Maksymilian Wolski

Cała prawda o Józefie K. i "Procesie" Kafki

Wielokrotnie zauważano, że kiedy wielkie dzieło literackie osiąga status szkolnej lektury, wydarzenie to ma dla niego złożone i niejednoznacznie pozytywne konsekwencje. Z jednej strony – oznacza to wejście do „panteonu”. Z drugiej – w tym „panteonie” nierzadko trafia się na dwuznaczne, a czasem, cóż, po prostu nieprzyzwoite towarzystwo: dość pomyśleć, że do lektur szkolnych niejako z konieczności zalicza się „autorów patriotycznych”, zwykle pierwszej wody grafomanów (czasem uta­len­to­wa­nych grafomanów, jak Sienkiewicz), a nierzadko, po prostu ludzi pozbawionych intelektu, za to żarliwych piewców narodu, czyli czystej wody kretynów (jak np. Maria Konopnicka). Zaś z trzeciej jeszcze strony (tych stron jest zawsze więcej niż dwie, toteż nie ma nic skandalicznego w „trzeciej” stronie, ani nawet w „setnej”) – oznacza to, że dane dzieło uznano za „bezpieczne dla młodzieży”, „moralnie niepodejrzane” – czyli: przechodzi ono do rzędu dzieł-bezzębnych staruszków.

"Literatura zrujnowana" i polityka języka

...literatura zrujnowana mniej lub bardziej świadomie (na ile bowiem jej twórcy są w ogó­le świa­domi swoich poczynań, na ile w ogóle wiedzą, co mówią, to zawsze jest kwestia dysku­syj­­na, dość jednak zauważyć, że często sprawiają oni wrażenie osób mocno zdezorien­to­wa­nych) rezygnuje z konstrukcji, formy, struktury („rezygnuje” nie znaczy: „przekracza”, ale raczej: za­do­wala się bylejakością), wreszcie, nawet, z opowieści. Dokąd to wszystko pro­wa­dzi? Rzecz jas­na. Do banału. Pod owrzo­działą skórą języka od­naj­du­jemy więc już tylko wy­­­świe­chtane uczu­cia (a ściśle – resentymenty), powierzchowne percepcje – a wreszcie: bez­my­śl­ność. Lite­ra­tu­ra zrujnowana pragnie co prawda z bezmyślności uczynić swą cnotę...

Eros, pornos i inni

Gdyby w naszych czasach żył jakiś dionizyjski filo­zof, to jakże zatroskanym spojrzeniem musiałby ogarnąć współ­­czesne eu­ro­pej­skie przy­bytki za­bawy i tłumnego celebrowania ciał, owe podziemne lochy lub wie­lokon­dyg­nacyjne fabryki, które jednak rzadko zasługują na miano lu­pa­na­rów; w których tańczy się bez wyobraźni, flirtuje bez dowcipu, bez po­lotu uży­wa instynktów; używa też narkotyków, lecz nie przeprowadza ekspe­ry­men­tów na świadomości

Bardzo, bardzo długa i całkiem niekontrolowana rozmowa o prawie wszystkim z J. Dobrowolskim

Zawsze twierdzę, że wszystko wolno. A cóż w tym idiosynkratycznego? Pozornie może nic poza prostodusznością takiej postawy. Mówię o tym, bo w tym sensie dyskurs, który uprawiam, jest niejako całkowicie poza­sys­te­mo­wy i nieuchwytny. Jest wyra­zem radykalnej swobody i pojedynczości, przygodności myślenia.

Subskrybuj zawartość