Witold Kaszpiro
Zatrzymał się pod domofonem. Nie widział, co ma zrobić. Dzwonić? Od razu ujawniać się wrogowi? Do kogo dzwonić dokładnie? Mimo tej niewiedzy, obserwując w zadumie ruchy własnej ręki, na chybił trafił nacisnął pierwszy lepszy numer. Choć może nie był pierwszy lepszy i nie na chybił trafił, bo obok przycisku napisano „Dozorca”. Nikt nie odpowiedział. Trzeba było przygotować się do szturmu. Wykrzyknął „Otwierać, Armia Wyzwoleńcza!” Serce biło szybko. „Za wolność Waszą i Naszą” – krzyknął i cały mokry od łez uderzył kilka razy lufą w prawą dolną ćwiartkę szklanych drzwi. Szkło rozprysło się tuż pod jego stopami, wywołując w ciele poczucie przerażenia, ale i zachwytu. Serce biło wciąż mocno, nie powoli. Wciąż słyszał jeszcze w uszach brzęk rozbitej szyby, schylił się, żeby przejść przez otwór, który tym sposobem sobie wybił, sporo ostrych odłamków zostało jednak w drzwiach, przez co było ryzyko, że może się poranić. Szarpnął klamkę i wtedy okazało się, że drzwi są otwarte, domofon w ogóle nie strzegł wrót.
Podpalono stos. Wszystko się zajęło momentalnie. Skazaniec nic nie krzyknął, zresztą znikł okryty parawanem płomieni. Może taśma na ustach dobrze się trzymała, tak nawet, że żadne przemówienie, żadne przemówienie „czytane jakby z taśmy”, nie mogło się z nich dobyć.
W nowo zbudowanym budynku, który całe lata Rico Herc oglądał z takim zapamiętaniem, (pełnym, jak pamiętamy, przeróżnych gorzkich dwuznaczności), przy jednym z okien zasiadałby Szef Powiatu Kordian Tudorescu. Zasiadałby, gdyby nie to, że trwały zamieszki i nowy urząd powiatowy był nieczynny; urzędnicy przenieśli się do lokalu w centrum, starannie strzeżonego przez policję i wojsko, tam mieścił się Sztab Identyfikacyjno-Kryzysowy powołany w celu zidentyfikowania, a następnie zapobieżenia dalszemu rozwojowi Groźnej Sytuacji.
„NEGATYWNE WIBRACJE”
1.
Rozruchy zaczęły się następnego dnia po przyjeździe dzieci.
Kopalnię „Kniaź Radosław” wysadzono w powietrze tuż nad ranem, niedługo przed planowanym rozpoczęciem święta górniczego. Niewiele godzin później stanęła w płomieniach elektrownia miejska, jak również kilka większych sklepów.
Minęło właśnie południe i dzień nieubłaganie chylił się ku schyłkowi, gdy dojeżdżał drogą krajową nr 8 do Miasta Górniczego po męczącej, trwającej koło doby podróży. Dzień chylił się ku schyłkowi, jak każdy byt z chwilą urodzin doznaje powolnego wtajemniczenia w umieranie, chociaż nic jeszcze nie wskazywało, że zapadnie ciemność, a przecież było wiadome, że nastanie nie dłużej niż za trzy godziny. Była późna jesień... Póki co jednak wszędzie królowało słońce, tak rzadkie w ostatnich dniach i w ogóle nieczęste o tej porze roku. Dookoła rozpływała się ostra żółć przechodząca w czerwień; docierała wszędzie, nie omijając także oczu kierowcy, który musiał szukać ucieczki do remedium w postaci ciemnych okularów. Oczy piekły go tak, że aż schował się cały za czarnymi szkłami i przez niedługą chwilę, w której sobie przedstawił, że oddychając wolno i spokojnie odpoczywa otoczony przyciemnianą przesłoną, poczuł się znacznie lepiej. Lecz świdrujący ból prawej półkuli tak łatwo nie chciał ustąpić. Słońce śledziło każdy jego ruch. „Najwyższy czas zażyć wreszcie Preparat” – powiedział mrukliwym tonem i sięgnął do podręcznej torby odrywając na chwilę od kierownicy prawą dłoń; droga była zresztą już prosta, bez wiraży. Wyjął dwie kapsułki. Od rana słońce, które zgodnie z prognozami (mglisty niż) nie miało prawa w ogóle się pojawić, nie chciało dać mu spokoju. To zaczęło się jeszcze, gdy jechał serpentyną drogi krajowej numer 6 mijając Masyw Czarnych Karpat, który oddzielał okolice Miasta Górniczego od bardziej centralnych regionów. Światło skupiało się na szczytach i niby na powrót wypromieniowywało z nich, jakby kolejne fale jasności biły nie ze słońca, ale z wnętrza ziemi, dzięki sile wewnętrznego jej spalania. W tym ognistym żarze rozpływały się kontury domostw góralskich, schludnych, dobrze utrzymanych, przykrytych spadzistymi dachami, z których ześlizgiwały się płomienie, niczym dzieci zjeżdżające na sankach w dzikiej radości; nie baczące, że na końcu trasy czekać może upadek.
Dziadek Henryk Rudolf przeszedł nielekkie czasy w swoim długim życiu. Wiele razy musiał, przynajmniej w pewnej części, zmieniać język, którym zwykł był władać; czasami w sposób mniej albo bardziej dyskretny naciskano go, żeby zmienił pamięć, którą zwykł posiadać… W każdym razie co do słów i nazw, proces adaptacji bywał często niezbędny. Gdy dorastał wszystkie główne ulice Miasta Górniczego nosiły tradycyjne, raczej banalne, choć (banał nie musi być zresztą negatywnym określeniem) dosyć urokliwe nazwy. Główna arteria nazywała się „Dworcowa” i, jak sama nazwa wskazuje (za władzy ludowej nie byłoby to już wcale bezwzględnie oczywiste), prowadziła z Dworca Głównego ku stosunkowo oddalonym przedmieściom przecinając całe ówczesne centrum miasta. Inne najważniejsze ulice nazywały się „Piekarska”, „Jałowcowa”, „Szewska”, „Kopalniana”, „Żelazna”, „Bednarska” i „Kwiatowa”; w tym ostatnim przypadku nazewnictwo było prekursorskie wobec późniejszych praktyk państwa ludowego – albowiem (mimo licznych dociekań lokalnych historyków) nikt nie znalazł naukowych dowodów, że kiedykolwiek „Kwiatowa” była znacząco ukwiecona, chociaż trzeba pamiętać, że Nauka to przecież jest dwuznaczna rzecz.
Ricardo Leon Herc otworzył okno i wychylił głowę, zapaliwszy wcześniej papierosa. Przed jego oczami ukazało się od lat wprawiające go w trwogę osiedle im. Thomasa Edisona. Trwoga jego była niemal równie niezmienna jak samo osiedle, w którego obrębie zachodziły przemiany, jednak bardzo powolne, tak samo powoli jego trwoga przechodziła w coraz to inne modulacje ukrytych jęków, drżeń i osłupień, nie oddalając się jednak od swojego rdzenia, tak jak osiedle nie oddalało się od nagiego pola, na którym je umieścił ludzki czyn. Patrzył, po raz en-ty w swym życiu na trzynastopiętrowe blokowisko, a szczyty wieżowców spowite kłębami późno-jesiennej mgły rozmywały się aż tak, że miało się wrażenie, iż ta babilońska ohyda, jak nieraz co bardziej wykształceni ziomkowie Rica określali ją, wzbija się aż po same niebo, a chmury tylko zakrywają obraz piętrzących się po niebiosa krzywd, jakich doznali, jakie zadali bądź o jakich tylko myśleli (że mogą je zadać albo doznać ich) okoliczni mieszkańcy. Dla Rica było w tym coś porażającego – pamięta jeszcze z wczesnego dzieciństwa, jak za oknem rozciągało się tylko puste pole, za którym z daleka przebłyskiwały niskie budynki prowincjonalnej jeszcze wtedy Dąbrowy Robotniczej. Któregoś dnia zjechali tu z dźwigami i w podejrzanie szybkim, jak na owe czasy tempie, postawili kilkadziesiąt mrówkowców. Ktoś, kto znał pewne uwarunkowania polityczne, nie mógł być szczególnie zszokowany tą zmianą. Miasto Górnicze – nigdy nie dosłużyło się bardziej oryginalnej nazwy, chociaż ta przynajmniej na przeciągu burzliwych stuleci była wymawiana w różnych językach urzędowych panujących władz – założono pod koniec osiemnastego wieku na niemal bezludnych rubieżach krainy, która obecnie wchodzi w całości w skład państwa nazwanego Republiką Słowanii.
Od rana rodzina Herców szykowała się do uroczystości... Mundur dziadka wydobyto z metalowej szafy... Ta szafa miała swoją własną historię – ktoś kiedyś, w ciężkich latach, nie wiadomo już kto, Rico albo Frank (sami już tego nie pamiętają, chociaż na pewno nie mogli tego zrobić razem, od lat nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego), kiedy rodzinne meble nie wystarczały, by pomieścić cały dobytek rozrastającej się trzódki, a nowych na rynku brakowało, przyniósł ją wraz z kompanem, którego imienia nikt już nie spamięta (ani tego, czy jeszcze jest pośród żywych, ani tego, jaki miał kolor włosów, jakiej barwy oczy, czy był żonatym, rozwiedzionym czy wdowcem) z jakiegoś państwowego magazynu. Obaj Hercowie podówczas w zasadzie byli uczciwi (Rico takim pozostał, Frank aż tak bardzo nie odchylił się od normy, jak niektórzy sądzili) i czuli strach przed wówczas jeszcze nie takim starym i wciąż fertycznym dziadkiem, który nieraz mawiał, że nawet, gdy głód przyjdzie (a na szczęście nigdy nie było aż tak źle), lepiej sobie odciąć i zjeść własny palec, niż coś skraść. Lecz kierownik magazynu po wypiciu z petentem (Ricardem albo Frankiem) zafundowanego przez jednego z tych ostatnich bruderszaftu, uznał, że szafa nadaje się na złom, przy czym koszty zezłomowania będą większe od jej wartości, zatem petentowi (Ricowi albo Frankowi) można przekazać szafę w posiadanie, a na nawet na własność, odciążając w ten sposób państwową instytucję zobowiązaną do jej przechowywania. Trochę dziwne, bo szafa była solidna, a wiele innego szmelcu walało się po magazynie, zaś jeszcze więcej rzeczonego szmelcu było w powszechnym użyciu rozmaitych publicznych instytucji. Ale sprawę załatwiono pół-oficjalnie, a nawet może i całkiem oficjalnie – wypiwszy kolejny bruderszaft (na koszt tego samego osobnika) kierownik magazynu wypełnił protokół zdania rzeczy, a petent (Ricardo albo Frank) protokół ten podpisał, zamaszystym i lekko krzywym podpisem (to zapewne z wrażenia). A więc petent ów (Rico albo Frank), któremu jednocześnie udało się skombinować furgonetkę (wtedy to nawet przyjezdni z innych części kraju byli ludzcy, a zapewne ludzcy byliby także i ci z zagranicy gdyby kraj odwiedzali, w każdym razie dało się coś załatwić, teraz to „nie idzie i ze swojakami” – jak mawiano w mieście), w towarzystwie kompana (o którym nikt już nie pamięta, czy był wysoki czy niski, czy szczupły czy otyły i czy jeszcze żyje – może nie – jak wszędzie indziej, ludzie w tym mieście także umierają) załadowali przedmiotową szafę na naczepę i zawieźli do domu.
|