Proza
Podpalono stos. Wszystko się zajęło momentalnie. Skazaniec nic nie krzyknął, zresztą znikł okryty parawanem płomieni. Może taśma na ustach dobrze się trzymała, tak nawet, że żadne przemówienie, żadne przemówienie „czytane jakby z taśmy”, nie mogło się z nich dobyć.
Za płotem cmentarza trop prowadził nadal ku górze. Była to słabo widoczna bruzda w podłożu, jaką pozostawili po sobie sprawcy ciągnąc po ziemi zrabowaną trumnę. Musiało ich być najwyżej trzech zauważył Inżynier. Nic dziwnego, pomyślał Koniarek. W takich przypadkach to najzupełniej zrozumiałe. Prowodyrów jest zawsze zaledwie kilku. Pozostali uczestnicy spektaklu stanowią masę, bez której udziału całe przedsięwzięcie nie miałoby sensu, ale przygotowaniem muszą się zająć osobiście przywódcy. To można wziąć niemal za pewnik. Ślady, które uda się zabezpieczyć na miejscu przestępstwa należeć będą do osób kierujących zajściem. Mógł na to postawić swoją służbową kaburę.
Wówczas pomyślałem, że w miłości nie chodzi nigdy o kochany przedmiot, lecz o relację z nim. Atawistyczna ostrożność miłości każe nam przeczuwać, że jej temat jest tajemnicą, a więc jedną z ról wiecznego Non, dziką czarą cierpienia, która w każdej chwili gotowa jest się przelać. Bo niespodzianka nocy nie była logiczna, lecz miłosna: każdy przedmiot był tajemnicą, lecz tajemnicą miłosną, nie epistemologiczną. Widać to od razu na dnie każdej głębokiej myśli: upuszczona do Morza Martwego biała bransoletka, krnąbrny „souvenir” z Atlantydy, problem miłości. Pod każdą powłoką miłości szaleje brutalna uniwersalność pocałunku. Drzewo-pytanie, cień-pytanie, hetera-pytanie, pytanie-pytanie: jakże mam was kochać? Czy kobiety, cienie, morza to tylko wulgarne burze, które przemijają i czy miłość to spóźniona tęcza ponad nimi, strojąca się w żałosne piórka nierealność?
Dlaczego muchy zawsze latają po liniach prostych? Musza prostolinijność kontra komarza krzywolinijność.
W nowo zbudowanym budynku, który całe lata Rico Herc oglądał z takim zapamiętaniem, (pełnym, jak pamiętamy, przeróżnych gorzkich dwuznaczności), przy jednym z okien zasiadałby Szef Powiatu Kordian Tudorescu. Zasiadałby, gdyby nie to, że trwały zamieszki i nowy urząd powiatowy był nieczynny; urzędnicy przenieśli się do lokalu w centrum, starannie strzeżonego przez policję i wojsko, tam mieścił się Sztab Identyfikacyjno-Kryzysowy powołany w celu zidentyfikowania, a następnie zapobieżenia dalszemu rozwojowi Groźnej Sytuacji.
Bachanalia rozpoczęły się za moimi plecami. Trzymałeś mnie za biodra i napierałeś od tyłu całym swoim ciężarem. Ostra krawędź parapetu wbijała się w mój brzuch i dzieliła ciało na niespójne, chwiejne połowy. Byłam jak klepsydra: powolny, płytki oddech nieprzerwanie napędzał krew...
„NEGATYWNE WIBRACJE”
1.
Rozruchy zaczęły się następnego dnia po przyjeździe dzieci.
Kopalnię „Kniaź Radosław” wysadzono w powietrze tuż nad ranem, niedługo przed planowanym rozpoczęciem święta górniczego. Niewiele godzin później stanęła w płomieniach elektrownia miejska, jak również kilka większych sklepów.
Jeśli istnieje coś takiego, jak bon ton pieprzenia, jak kultura kopulacji, jak honorowy kodeks jebaki, a istnieje ponad wszelką wątpliwość, to współuczestnik moich wstępnych igraszek był człowiekiem o nienagannych manierach i prawdziwie salonowym obyciu. Wycofał się pozostawiając mi swoją spermę, która była w tej sytuacji jedynym, co mogłoby mnie interesować.
Minęło właśnie południe i dzień nieubłaganie chylił się ku schyłkowi, gdy dojeżdżał drogą krajową nr 8 do Miasta Górniczego po męczącej, trwającej koło doby podróży. Dzień chylił się ku schyłkowi, jak każdy byt z chwilą urodzin doznaje powolnego wtajemniczenia w umieranie, chociaż nic jeszcze nie wskazywało, że zapadnie ciemność, a przecież było wiadome, że nastanie nie dłużej niż za trzy godziny. Była późna jesień... Póki co jednak wszędzie królowało słońce, tak rzadkie w ostatnich dniach i w ogóle nieczęste o tej porze roku. Dookoła rozpływała się ostra żółć przechodząca w czerwień; docierała wszędzie, nie omijając także oczu kierowcy, który musiał szukać ucieczki do remedium w postaci ciemnych okularów. Oczy piekły go tak, że aż schował się cały za czarnymi szkłami i przez niedługą chwilę, w której sobie przedstawił, że oddychając wolno i spokojnie odpoczywa otoczony przyciemnianą przesłoną, poczuł się znacznie lepiej. Lecz świdrujący ból prawej półkuli tak łatwo nie chciał ustąpić. Słońce śledziło każdy jego ruch. „Najwyższy czas zażyć wreszcie Preparat” – powiedział mrukliwym tonem i sięgnął do podręcznej torby odrywając na chwilę od kierownicy prawą dłoń; droga była zresztą już prosta, bez wiraży. Wyjął dwie kapsułki. Od rana słońce, które zgodnie z prognozami (mglisty niż) nie miało prawa w ogóle się pojawić, nie chciało dać mu spokoju. To zaczęło się jeszcze, gdy jechał serpentyną drogi krajowej numer 6 mijając Masyw Czarnych Karpat, który oddzielał okolice Miasta Górniczego od bardziej centralnych regionów. Światło skupiało się na szczytach i niby na powrót wypromieniowywało z nich, jakby kolejne fale jasności biły nie ze słońca, ale z wnętrza ziemi, dzięki sile wewnętrznego jej spalania. W tym ognistym żarze rozpływały się kontury domostw góralskich, schludnych, dobrze utrzymanych, przykrytych spadzistymi dachami, z których ześlizgiwały się płomienie, niczym dzieci zjeżdżające na sankach w dzikiej radości; nie baczące, że na końcu trasy czekać może upadek.
Dziadek Henryk Rudolf przeszedł nielekkie czasy w swoim długim życiu. Wiele razy musiał, przynajmniej w pewnej części, zmieniać język, którym zwykł był władać; czasami w sposób mniej albo bardziej dyskretny naciskano go, żeby zmienił pamięć, którą zwykł posiadać… W każdym razie co do słów i nazw, proces adaptacji bywał często niezbędny. Gdy dorastał wszystkie główne ulice Miasta Górniczego nosiły tradycyjne, raczej banalne, choć (banał nie musi być zresztą negatywnym określeniem) dosyć urokliwe nazwy. Główna arteria nazywała się „Dworcowa” i, jak sama nazwa wskazuje (za władzy ludowej nie byłoby to już wcale bezwzględnie oczywiste), prowadziła z Dworca Głównego ku stosunkowo oddalonym przedmieściom przecinając całe ówczesne centrum miasta. Inne najważniejsze ulice nazywały się „Piekarska”, „Jałowcowa”, „Szewska”, „Kopalniana”, „Żelazna”, „Bednarska” i „Kwiatowa”; w tym ostatnim przypadku nazewnictwo było prekursorskie wobec późniejszych praktyk państwa ludowego – albowiem (mimo licznych dociekań lokalnych historyków) nikt nie znalazł naukowych dowodów, że kiedykolwiek „Kwiatowa” była znacząco ukwiecona, chociaż trzeba pamiętać, że Nauka to przecież jest dwuznaczna rzecz.
|