Jak niewiele czasem potrzeba, żeby nas zadowolić! Oto widzimy człowieka małostkowego, śmiesznego, przy tym nawet nie specjalnie zorientowanego w rzeczywistości, mającego „swoje” przesądy i złudzenia, nie grzeszącego trzeźwością – i mimo tych wszystkich niedoskonałości (występujących pojedynczo lub razem, w najróżniejszych konfiguracjach), gotowi jesteśmy jeszcze zakrzyknąć: to jednak człowiek inteligentny! Oczywiście nie wchodzi w grę całkowite odkupienie, wszelako rekompensata kryjąca się w owym „jednak” może (i powinna) zastanawiać. Cóż takiego cenimy w tak zwanej inteligencji, kim jest osławiony „człowiek inteligentny”?
Jak w przypadku większości komunałów, na nic zdadzą się tu słownikowe definicje. Trzeba odwołać się raczej do potocznego, sytuacyjnego użycia słów – do sytuacji, w których mawiamy: „inteligentny”, „inteligentna”, „inteligentnie” itd. Czytelnicy, którzy – w taki czy inny sposób – zetknęli się na przykład z instytucjami szkolnictwa wyższego, z pewnością poczują znajomy dreszczyk na dźwięk formuły: „inteligentny student”. Inteligentny student na zajęciach odzywa się często, ale ich nie „zagaduje”, stawia „sensowne” pytania, nawet, jeśli zdarzyło mu się nie przeczytać zadanego tekstu. Same te pytania należą, rzecz jasna, do gatunku pytań inteligentnych i wiążą się z wątpliwościami szczególnego typu – wątpliwości (zwłaszcza pewnego typu) świadczą wszak najlepiej o inteligencji, w tym przypadku niemal tożsamej z „żywością umysłu”. W dziedzinie nauk humanistycznych uprzywilejowaną grupę pytań inteligentnych stanowią pytania dotyczące tzw. „sprzeczności performatywnej”. Inteligentny student nie omieszka, omawiając jakąś koncepcję, zaznaczyć, że jej tezy powinny stosować się również do niej samej; a że z reguły takie zwrotne odniesienie nastręcza trudności, cała grupa rozumie, że autor został „zagięty”. Umiejętność „zaginania” należy do najlepiej rozwiniętych u inteligentnego studenta, podobnie jak umiejętność „przypierania do muru”, na przykład pytaniem: „a skąd to wiadomo?”. Każda teza musi w końcu obnażyć przed nim swą arbitralność i bezpodstawność. I chwała mu za to, albowiem – powiedzmy to bez cienia ironii – inteligentni studenci są ostoją życia akademickiego. W ogóle dobrze jest móc pogadać z inteligentnym człowiekiem („inteligentna dyskusja”), obejrzeć czasem inteligentny film, przeczytać inteligentny artykuł itd.
A więc – w czym problem? Otóż mimo wszystko czujemy, że samo słowo sugeruje już pewnego rodzaju ustępstwo albo kompromis, rezygnację ze zbyt wygórowanych aspiracji czy wymagań. Inteligentny film jest w pewnym sensie „tylko”, „zaledwie” inteligentny – nie będąc pospolitą hollywoodzką szmirą, dodatkiem do popkornu i systemu dolby-stereo, nie może też właściwie pretendować do miana dzieła sztuki; opowiada historię jedynie trochę bardziej skomplikowaną i trochę mniej jednoznaczną, w paru miejscach zawiesza osąd, nie podaje skrajnie uproszczonych wyjaśnień i nie moralizuje w sposób przesadny. Inteligentny film „pobudza nas do refleksji”, ale tylko przez chwilę, zasadniczo bowiem nie mówi nam nic, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – zakładając, że nie jesteśmy całkowitymi tępakami. O tyle też, mimo pewnych pozorów, nie różni się jakościowo od produkcji, które instynktownie uznajemy za zdecydowanie zbyt tandetne jak na nasz gust.
Ów pozór, roztaczany właśnie przez inteligencję, może okazać się fatalną pułapką w momencie, gdy w pełni mu ulegniemy. Nieprzypadkowo entuzjaści filmów inteligentnych często uznają dzieła rzeczywiście wielkie za „wydumane” i „dziwaczne” atrakcje dla snobów. Tak samo zwolennicy inteligentnej publicystyki tracą w końcu wszelki zapał do naprawdę poważnych lektur, zadowalając się w gruncie rzeczy byle czym, to znaczy – najczęściej – każdym dyskursem, byle nie popadającym w „skrajności”, „wyważonym” i „dostrzegającym przeciwne racje” (tu „człowiek inteligentny” – zarówno w przypadku autora, jak i czytelnika – staje się synonimem „człowieka rozsądnego”). Tymczasem wszystko, co budzi zachwyt i faktycznie daje do myślenia, sytuuje się zdecydowanie powyżej tego elementarnego poziomu. Film genialny ma się do „filmu inteligentnego” tak, jak dobre Bordeaux do pospolitej Sophii. Inteligentny artykuł pobudza na takiej samej zasadzie, jak poobiedni spacer: krew zaczyna krążyć nieco szybciej, ale też szybko wracamy do stanu wyjściowego, podczas gdy lektura rzeczywiście przenikliwego tekstu grozi zawałem serca. Nawet inteligentny student, bez którego akademia dawno by przepadła, budzi owo niejasne poczucie niedosytu. Jeszcze jeden wysiłek! – chciałoby się rzucić. Również za cenę niezrozumiałości, ryzykując śmieszność, warto czasem zrezygnować z inteligentnych, podchwytliwych pytań, by przebić się do... – no właśnie, do czego?
Tradycyjnie zwykło się przeciwstawiać inteligencję – jako zdolność czysto „techniczną”, przysługującą być może nawet automatom – w pełni ludzkiej i godnej najwyższego szacunku Mądrości. Obrońcy tej ostatniej wskazują na bezduszny, „kombinatoryczny” charakter inteligencji, nieprzypadkowo dającej się kwantyfikować dzięki odpowiednio ułożonym testom. Co bardziej krytyczni wspomną może nawet o istotnym związku między owym poszukiwaniem odpowiedniego „współczynnika” a zasadniczą tendencją naszej epoki, sprowadzającej wszystkie zjawiska do czegoś policzalnego. Otóż właśnie z tą „humanistyczną” krytyką należy się rozstać, aby dotrzeć do sedna sprawy. Skądinąd nie jest wcale pewne, czy tzw. testy na inteligencję mierzą wyłącznie czysto techniczne, kombinatoryczne zdolności – a nie, na przykład, również pewien zasób wiedzy. To odrębna kwestia – niech ją rozstrzygają specjaliści od owych testów. Przede wszystkim jednak, gdy mówimy o inteligencji i człowieku inteligentnym, zazwyczaj nie mamy przecież na myśli żadnych „algorytmicznych” funkcji umysłu – idzie tu o pewien „zmysł” raczej niż o moc obliczeniową. Dlatego właśnie co i rusz słychać o różnych rodzajach inteligencji – przede wszystkim o „inteligencji emocjonalnej”, ale też innych, bardziej cząstkowych, lokalnych jej przejawach: od inteligencji społecznej do inteligencji seksualnej, muzycznej itp.
Postawmy sprawę jasno: chodzi o to, by przezwyciężyć człowieka inteligentnego (także, a może przede wszystkim, w sobie samym). Zadania tego nie należy jednak zbytnio sobie upraszczać, sprowadzając inteligencję do banalnej postaci „ilorazu”, nawet z uzupełnieniem w postaci aspektu „emocjonalnego”. Wiadomo, że człowiek, który wykazuje nieprzeciętną umiejętność wnioskowania czy kojarzenia w sytuacji testowej, może okazać się o wiele bardziej nieudolny w „naturalnych” warunkach – choćby ze względu na ideologiczne fiksacje, nieraz skutecznie blokujące elementarne procesy umysłowe. Wszelako również takiego „zafiksowanego” człowieka w pewnych okolicznościach będziemy skłonni uznać za osobę niepozbawioną tajemniczego „zmysłu” inteligencji.
Wracając do wspomnianego już przykładu – film inteligentny jest nie tylko „dobrze zrobiony”; tu nie wystarczy technika – potrzeba jeszcze pewnej subtelności, roztaczającej pozór myślenia. Otóż związek humanistycznej „mądrości” z myśleniem niestety jest równie pozorny. W istocie owa mądrość, tradycyjna depozytariuszka „współczynnika humanistycznego”, stanowi jedynie dopełnienie inteligencji w rozumieniu „sprawności technicznej”, której się przeciwstawia trochę na takiej zasadzie, na jakiej „umysł humanistyczny” przeciwstawia się „umysłowi ścisłemu”. Z jednej strony sprawni technicy pozbawieni ducha, z drugiej – obrońcy kultury i wartości, na których spoczywa obowiązek uświadamiania innym „ważnych, głębokich problemów”.
Jak przekroczyć człowieka inteligentnego, wykraczając jednocześnie poza tę fałszywą, wręcz szkodliwą alternatywę? Człowiek inteligentny nie jest wszak automatem, czujemy do niego wiele (zbyt wiele) sympatii – tak jak niezbyt sympatyczny jest nam właśnie pobożny dyskurs „mądrościowy”. Każdy z nas bywa człowiekiem inteligentnym – ale czy czasem nie stać nas również na coś więcej? Można oczywiście próbować sporów definicyjnych i szukać formuły „prawdziwej” inteligencji – takiej, która wykluczałaby na przykład resentyment albo hołdowanie przesądom pewnego rodzaju. Taką inteligencją moglibyśmy się w zasadzie zadowolić, ale i wtedy czulibyśmy chyba pewien niedosyt. Rozumiemy bowiem, że między inteligencją a myśleniem godnym tego miana (skądinąd nie zawsze będącym domeną „ludzi myślących”) zachodzi pewna istotna, choć prawie niedostrzegalna różnica. Zarysowuje się ona na samej granicy ich nierozróżnialności – tej samej być może, która oddziela inteligentną ironię od (czasem rubasznego) humoru. Ironia jest bronią człowieka inteligentnego, właściwą mu strategią, podszytą, mimo wszystko, pewnego rodzaju niemocą, owszem – zaczepną, ale w swej zaczepności wciąż jakby reaktywną i (może zwłaszcza dziś) zasadniczo nietwórczą. Czasem trzeba olbrzymiego wysiłku, by wyrzec się ironii i wznieść się na poziom humoru, będącego „aktywnym zapomnieniem”, uwolnieniem mocy, czystą erupcją – bez żadnych ukośnych spojrzeń. Taka „prostota” (bynajmniej nie stojąca w sprzeczności z największą komplikacją) cechuje właśnie myślenie w chwilach jego najwyższego napięcia. Nawet więcej niż prostota – swego rodzaju dzikość czy brutalność, zarazem skłonność do ryzyka i coś, co przypomina niemal... chłopski upór.
MH