Kiepura/Ordonówna, czyli tirli-tirli

Stara baba w tramwaju warcząca nad tobą, czasem nawet i do ciebie, że wszędzie coraz więcej chamstwa itd.

Kompozytor mówiący z radością o swoim ostatnim utworze, że wyjątkowo jest też „dla ludzi”, że tym razem udało mu się połączyć poważną robotę muzyczną z prawdą, bo dzieło bardzo komunikatywne, choć ceni oczywiście trudne kompozycje kolegi itd.

Opowieść o młodym, dojrzewającym chłopcu, który marzy, by być kimś itd.

Baba warczy a przecież zarazem bierze cię już na kolana.

Kompozytor cieszy się szczerze, choć robi to, co robił zawsze.

Ktokolwiek opowiada, mówi głosem mamy.

 

Chyba każdy kiedyś zwrócił uwagę na tę jedyną w swoim rodzaju mieszankę purytanizmu, dziecinady i sentymentu, szczelnie wypełniającą przestrzeń naszego życia. KO jest tak powszechne, tak niezniszczalne, że trzeba by je wręcz uznać za matrycę uspołecznienia, podstawowy warunek i mechanizm ludzkiego współbycia.

A jednak nie da się tego sprowadzić do niedojrzałości, nawet jeśli każde słowo, każde pragnienie, konstrukcja myślowa, problem są tu całkowicie i bez wątpienia niedojrzałe. KO nie polega na nieświadomej naiwności, biorącej rzeczy takimi, jakimi są lub się jawią. KO to, owszem, naiwność, ale wyrachowana. To upośledzenie (każdy KO-owiec przypomina sprytnego wariata). „Jesteś upośledzony”. „Bądź upośledzony”. „Chcę być upośledzony”. Oto podstawy społecznej umowy.

Zwróćmy uwagę: nie chodzi o śmieszność bądź miałkość naszych codziennych zaangażowań. Fakt – wszystko, co zrodzone z ducha KO (czyli niemal wszystko po prostu), jest kompletnie oderwane; pozorne lub urojone; zadekretowane. Ale jednocześnie całkowicie świadome, tzn. niekoniecznie w każdej chwili uświadamiane, ale bynajmniej nie „wyparte” czy „stłumione”. Nie ma potrzeby społeczeństwa „analizować” – ono niczego nie ukrywa. We wszelkich przejawach jego upośledzenia widzieć zaś trzeba nie zawstydzającą jałowość pseudo-dokonań, lecz jawnie wyrażaną tęsknotę za pseudo-rzeczywistością.

To smętne i smutne marzenie nie dotyczy świata szczęśliwego czy choćby szczęśliwszego niż nasz. Niechby był i straszny, byle upośledzony. KO jest bowiem tak naprawdę świadectwem tęsknoty za własnym źródłem, za owym człowiek-lgnie-do-człowieka, w miłości czy nienawiści, to akurat nie ma znaczenia. Nietrudno zauważyć, że owa „wymarzona pseudo-rzeczywistość powszechnego upośledzenia” oznacza ni mniej, ni więcej tylko najbardziej realną codzienność upośledzonych, uparcie czyniących ją pseudo-codziennością.

Nie można poprzestać na samym jedynie stwierdzeniu owego zapętlenia. „Błędne koło” (będące w istocie kołem zamachowym) nie stanowi pułapki, lecz wybawienie. Nie kompromituje, ale gwarantuje. Skąd ten dystans do upragnionego, skoro dawno się ono zrealizowało? Skąd pragnienie, skoro rzeczywistość?

Nie chodzi o świat szczęśliwy, nie o zrozumiały. Liczy się tylko obietnica świata, świat jako szansa, coś, co właśnie uciekło lub zawsze ucieka. I całe szczęście! Bo dzięki temu – na pozór wbrew wszelkiej logice (z logiką przemijania na czele) – zawsze jeszcze czeka w odwodzie, na zapleczu, zachowując status czegoś możliwego. Konkretna treść takiego świata nie ma najmniejszego znaczenia („Kiepura/Ordonówna” jest więc nazwą tyleż dowolną, co dostatecznie wyrazistą). Ważne, by samą esencję rzeczywistości wywyższyć w postaci niedostępnego ideału, przez co za jednym zamachem (błędnego koła) uświęca się codzienność, czyniąc ją zarazem nieskończenie trzeźwą.

Jest to więc trzeźwość pełna goryczy. Człowiek nie czuje się godny nawet swych najgłupszych tęsknot. Oto cena dystansu. Cena i zysk. Skoro bowiem dystans ten nie wyraża nic ponad istotę tego, co w życiu ludzi najzwyklejsze i najpowszechniejsze, dopiero w tym urojonym braku godności czują się naprawdę dobrze; jak gdyby grzali się w pobliżu ogniska, które ostrożnie podsycają.

Wystarczy wsłuchać się w ton, z jakim mówią cokolwiek, by odrzucić wszelkie podejrzenie o nieautentyczność. Ich wyrachowanie jest całkowicie szczere. Tylko dzięki temu w lot chwytają najdrobniejsze niuanse upośledzenia. Ponad słowami, gestami, zwyczajowymi zachowaniami, ponad uczuciami i doznaniami docierają do siebie nawzajem. Można by rzec, że porozumiewają się ich serca, najgłębsze wnętrza ich serc, gdyby nie to, że całe to porozumienie opiera się na tępej mechanice błędnego koła, wobec którego znajdują się w bezpiecznej odległości. Ono też pozwala im być doskonale elastycznymi. Nie ma niczego w ich wzajemnych relacjach, w ich poglądach, stosunku do świata i samych siebie, czego w swym nieskończonym wyrafinowaniu nie mogliby pominąć, obejść, odwrócić do góry nogami. Są w najwyższym stopniu nieobyczajni, są jedynymi autentycznymi wrogami tradycji. KO to wręcz synonim braku kultury. Nie w sensie jakiejś konkretnej kultury, np. dawnej lub idealnej. Chodzi o zupełnie podstawowy brak ucywilizowanej i cywilizującej samodyscypliny, pewnego stopnia ociosania, jakiegoś arbitralnego „nie rozmawiam”, gruboskórności.

Jeśli fenomen tak podstawowy, że aż intymny, zwraca w ogóle uwagę, to przecież nie za sprawą baby czy mamy. A jeśli w pewnym sensie także za ich sprawą, to jedynie pośrednio; wówczas mianowicie, kiedy w słowach baby słyszymy już głos kompozytora-baby a w pragnieniach mamy zdecydowanie już rozpoznajemy żądze kompozytora-mamy. Oto moment, gdy KO – dotąd jedynie powszechne – zaczyna być rozpowszechniane. Od baby w górę i z powrotem... Od mamy w świat i znowu do mamy... Trzeba dodawać, że to nasz moment? Czy poważne kazanie, czy dowcipny wykład, ostra sprzeczka czy ekspercka analiza, wyznanie czy ględzenie – wszędzie już rozbrzmiewa owo uspokajające „tirli-tirli”, w rytm którego porusza się maszyneria naszej codzienności. AP