Wygłoszone podczas pierwszej Nocy Literatury Niełatwej 04.06.2006
Dodano 06.06.2006
Pytanie o awangardę, o jej „możliwości” i „perspektywy”, mogłoby przybrać dla nas taką oto postać: na ile literatura jest w stanie oddać aktualne stawanie się kapitalizmu, a w szczególności polskiego turbo-kapitalizmu, zarazem dzikiego i ultra-nowoczesnego? czy potrafi rozpędzić go do tak olbrzymiej prędkości, by przeszedł jakąś potworną, nieprzewidywalną mutację? 120 godzin Jacka Dobrowolskiego to rzecz o szybkościach i przepływach kapitału. A także o pewnym mieście (możecie nazywać je „Warszawą”) – postludzkim, wypranym z mieszczańskiej przytulności, absolutnie niemalowniczym, a mimo to hipnotyzującym. Warszawa jest miastem abstrakcyjnych prędkości i pustych przestrzeni, przez które ciągle coś przepływa, przelatuje, przez które można wyłącznie przepłynąć bądź przelecieć. To pustynia rzeczywistości, w której wszelako co i rusz odżywają różne archaiczne, choć od początku do końca symulowane rytuały.
W pewnym sensie samo miasto jest bohaterem książki, choć ma ona oczywiście także bardziej tradycyjnego bohatera. Jest nim człowiek współczesny. Owszem, można by go nazwać cynicznym i amoralnym dandysem, ale tylko w pewnym przybliżeniu. Tylko do pewnego stopnia wpisuje się on w znane konwencję na granicy zużycia, tylko „przypomina” klasycznego bohatera nowoczesnej powieści (flâneura albo „ostatniego z rodu”, skazanego na upadek). Jest bezwzględny, jest immoralistą i sybarytą. Zarazem jednak pozostaje wolny od narcyzmu, nie kocha siebie (ani siebie nie nienawidzi) i nie pragnie, by go kochano. To właśnie go ratuje. Wit jest zaprzeczeniem „neurotycznej osobowości naszych czasów”. W ogóle nie jest osobą czy osobowością – raczej subiektywnym (choć bezosobowym) wyrazem pewnego ruchu, ruchu aktualności. O tyle też nie należy do „naszych czasów”, tylko podążą dalej za strumieniami kapitału i pragnienia, za procesem stawania się kapitalizmu – w tym procesie ostatecznie się zatraca, ale bez histerii i żalu, okazując się tym samym godnym własnego losu.
W swoim eseju o literaturze sprzed kilku lat (Postać, otoczenie, materia, „Twórczość” 2001, nr 12) Jacek Dobrowolski złożył coś w rodzaju deklaracji realizmu. Literatura chce przede wszystkim „zapisać ruch rzeczywisty”, co znaczy: „przenosić jego ruchliwość, dynamikę, siłę, na ruch tekstu”. Nie będąc prostym „naśladownictwem”, stara się być przyspieszającym powtórzeniem pewnego ruchu w innej materii wyrazu. Właściwie chodzi tu o swoisty nad-realizm, także w odniesieniu do postaci. Jeśli ulega ona deformacji, albo wręcz zupełnemu rozpadowi, jeśli jej konstrukcja nie musi być bezwzględnie posłuszna prawom psychologii, to właśnie dlatego, że liczy się ukazanie samej postaci jako pewnego ruchu, jako wiązki procesów ze wszystkich stron przekraczających sferę psychologiczną. Przeciw literaturze moralnego dylematu i niepokoju, w której postać-osoba nieodmiennie dokonuje wyboru, stającą na rozstaju dróg, powstaje literatura losu. Bohater jest tu sprzęgnięty z ruchem otoczenia, poddany konieczności nie mającej nic wspólnego ani z prostym determinizmem, ani z transcendentnym, quasi-metafizycznym (a w istocie zawsze para-religijnym) przeznaczeniem. Nic trudniejszego niż działać zgodnie z ową wyższą koniecznością, rozpoznać ją i pójść za nią, jednocześnie stale w najbardziej zadziwiający sposób „odchylając się” od dotychczasowego toru, nic trudniejszego niż sprostać swej konieczności – jak bohater 120 godzin.
Pisarz awangardowy musi przede wszystkim myśleć, bo tylko myśl jest w stanie „prześcignąć” teraźniejszość i wybiec w stronę aktualności. Po drodze zostawia ona za sobą wszystko, co ociężałe, naznaczone „moralizatorstwem”, małoduszne i głupie. Stąd bezwzględność pisarza, który jako „filozof z powołania” za swój cel uznał prześledzenie wszelkich przejawów bezmyślności – od jej form najbardziej oczywistych aż do przypadków zachowujących wszelkie pozory powagi i głębi. Tu, w owej filozofii głupoty, bije jednak również źródło humoru powieści Jacka Dobrowolskiego, humoru literatury awangardowej nie wynikającego nigdy z chęci obśmiewania tych czy innych osób, lecz właśnie z walki wydanej bezmyślności – z chęci zabicia jej śmiechem.