Tezy, diagnozy, proroctwa

tezy

diagnozy

proroctwa

Prorok nie jest nikim wyjątkowym. Jest wiernym synem zbiorowości, która go wydała. Bardziej niż o przyszłość dba o jej morale. Sam ucieleśnia całą jej mądrość i całą głupotę. Spinoza powiada, że „Żydzi posiadali o Bogu i naturze pojęcie bardzo pospolite”. W równej mierze dotyczyło to ich proroków. Prorok nie mówi nic, czego zbiorowość, do której się zwraca, nie mogłaby pojąć, czego sama już nie wie bądź przeczuwa. Dlatego nie ma potrzeby z prorokiem dyskutować.

Społeczeństwo nie istnieje.

Nie istnieje wspólna przestrzeń życia i komunikacji.

 

Ta fikcja, pozór społecznej całości, owo „Wspólne” będą istnieć coraz silniej, żywotniej, powszechniej, nachalnie i natrętnie.

 

Jeśli istnieje jakaś poprawność, jakaś „zgoda ponad podziałami”, to dotyczy ona zbiorowości – że jest dobra, wymarzona, że istnieje.

 

W imię uczucia bądź rozumu, więzi organicznej lub instytucjonalnej, uprawia się kult zbiorowości, reprodukuje fikcję wspólnoty, ustanawia pozór jedności i porozumienia – tak że ludzie nie pragną już niczego innego. Co najwyżej trochę walki bez walki.

 

Naczelną (dziś być może jedyną) władzą człowieka jest wyobraźnia. Nie odczuwa się i nie rozumuje, tylko majaczy.

Wyobraźnia niczego nie tworzy, nie wymyśla – przeciwnie, poruszając się w żywiole form, wszystko powtarza, potwierdza to, co rzekomo dane. Wyobraźnia zawsze jedynie odpowiada – dlatego jej przedmiotem jest Natura: po co patrzeć, skoro i tak się widzi?...

 

Dzisiaj Naturą – tym, co uświęcone jako dane, na co trzeba odpowiedzieć, co się widzi i czego nie sposób nie dostrzec – jest np. uniwersum znaków, przestrzeń symboliczna itp. Ta przemiana natury w „kulturę” wydaje się dostatecznie przewrotna, by wszelkie przedsięwzięcia krytyczne zyskały aurę demaskacji lub interwencji, by przedsięwzięcia artystyczne stały się agresywne i skomplikowane.

 

Cudowna wielość znaków i symboli, fakt, iż służą jako narzędzie i cel sztuki, każą wierzyć w jej piękną i długą jeszcze przyszłość, w mnogość jej kolejnych zadań – czasem będzie to bój o odzyskanie, czasem odważne zawłaszczenie, czasem radosna konstatacja chaosu... Zawsze będzie dużo do odsłonięcia i pokazania, będzie tego coraz więcej. Sztuka stanie się coraz prawdziwsza, może nawet coraz bardziej potrzebna – aby potwierdzić władzę pozoru: tym pewniejszą, że ukrytą jako sama Natura. Wskazać – oto gest przyszłego artysty.

 

Wyobraźnia jako władza widzenia-bez-patrzenia, jako władza nie-wrażliwości, jako władza braku i pozbawiania percepcji jest zarazem źródłem zabobonu (Spinoza: „wszyscy ludzie z natury są skłonni do zabobonu”). Niczego się nie postrzega, choć wszystko akceptuje. Prawdziwy rozum tworzy, mianowicie myśl. Wyobraźnia nie tworzy. Jest pusta i niecierpliwa. Przyjmie cokolwiek a cokolwiek przyjmie, uczyni z tego pustą formę, jednoznaczną treść, jałową oczywistość.

 

Czas panowania wyobraźni to czas religii. Upadek dawnych, tradycyjnych form zabobonu – z ich jawną nienaturalnością, z ich rygorem i represją, z ich absurdalnym bajkopisarstwem – tylko uwolnił nowe: bardziej naturalne, bliższe ludzkiej kondycji. Współczesna religijność jest natychmiastowa i fizjologiczna, powszechna i odruchowa, grupowa i indywidualna. Oto człowiek wreszcie staje się sobą!

 

Wolałbym być niesłusznie skazany niż tolerowany

(P. P. Pasolini)

 

„Każdemu jego zabobon!”

 

Zapewne czekają nas coraz dziwaczniejsze formy kapłaństwa, kulty bardziej perwersyjne niż późnorzymskie próby wskrzeszenia najstarszych wierzeń. Zarazem jednak od nich prostsze i łatwiejsze, zdradzające raczej mentalność krytycznego publicysty niż zboczonego władcy. Wszystkie połączy dbałość o bezproblemową identyfikację, o  t w a r z . Choćby tych twarzy było wiele... Przyszli „fanatycy” zgodzą się tutaj z przyszłymi „ekumenistami”. Wszyscy uznają istnienie wspólnej przestrzeni społecznej. Pierwsi będą chcieli ją zdominować, drudzy zadbają o nadzór.

 

Polska jest krajem bardzo religijnym a Polacy narodem o rozpalonej wyobraźni. Nie ma powodu temu zaprzeczać. Cecha narodowa nie jest bezpośrednio naturalna ani biologiczna – przeciwnie, jest historyczna i urojona. Nie ma powodu czynić Polakom z ich religijności i wyobraźni – tzn. z ich wyjątkowo rozwiniętego instynktu stadnego – zarzutu. Instynkt ten i jego skutki są prawdopodobnie najważniejszym i jedynym oryginalnym wkładem Polski w dzieje narodów.

Wiadomo, w jaką konsternację wprawiał nierzadko zagranicznych obserwatorów fenomen Sierpnia i  - szerzej – „Solidarności”. Zwykle nie zwracali uwagi na dominujący motyw wspólnotowości. W jego świetle należy widzieć powiązanie wątków katolickich z socjalistycznymi w „Programie” z ’81 roku, także zarzuty pod adresem władzy, która zdaniem związkowców dzieliła społeczeństwo i niszczyła wszelkie więzi, także niechęć do wewnętrznych podziałów w Związku – wyrażoną choćby w organizacji jego struktury (jedność przywództwa + komisje rewizyjne z uprawnieniami kontrolnymi), także ciągłe odwołania do wyobrażonej większości związkowej, wreszcie spór Gwiazdy z Wałęsą, w którym radykalny demokratyzm pierwszego stanowił w oczach związkowców zagrożenie dla jedności wspólnoty tym silniej ucieleśnianej przez jednoosobowe kierownictwo drugiego.

Paradoksalnie nowa sytuacja, w jakiej znaleźli się obecnie Polacy, do pewnego stopnia odpowiada ich wspólnotowemu duchowi. Świat nie oferował wcześniej aż tylu kultów! Wprawia to zresztą Polaków w niemałe rozgorączkowanie: ich religijność jest bowiem tyleż wielka, co krótkotrwała a wyobraźnia wprawdzie rozpalona, ale mało bujna. Stąd bardzo częste odstępstwa i herezje. Polak nie zapozna się z całością doktryny a już zmienia wyznanie.

 

Sztuka prawdziwa – oto powoli zaczyna dominować; sztuka paktująca ze światem.

(1)                                                    Nadchodzi, by powiedzieć prawdę: artyści przenikliwi, artyści-analitycy, artyści-wykładowcy, artyści-przekaźniki „sensu”. Nowy „realizm”.

(2)                                                    Innym razem wielość odniesień, gra ze znakami i znaczeniami, praca w przestrzeni symbolicznej: rzeczywistość jako chaos oczywistych form, idzie więc o stworzenie mnogości zaskakujących z nimi więzi. Nowy „konceptualizm”.

(3)                                                    Wreszcie sztuka jako gest, jako „działanie artystyczne”, jako sztuka w cudzysłowie, czyli – jak idea i instytucja: z określonymi celami i funkcją (np. poszerzenie wolności w internecie); aktywność w ramach i na czele współczesnych tendencji. Nowa „awangarda”.

Polityczny potencjał takiej sztuki będzie ogromny.

 

Wszechobecny formalizm – bo wszystko stanie się oczywistością, nie zawsze jawną, często właśnie ukrytą prostotą-Naturą – odsłoni nowe oblicze wolności sztuki, mianowicie dowolność. Podwójną. Po pierwsze na przykład sztuka. – Wybór akurat sztuki – jako medium lub celu – nie będzie w żadnym razie konieczny. Po drugie, już w ramach sztuki cokolwiek. Weźmie się, rzecz jasna, to lub tamto, ale sztuka niczego nowego tu nie wniesie: co najwyżej skomentuje, wskaże, odsłoni. Tego rodzaju dowolność – patrząc z innej perspektywy – nie będzie nawet wolnością – oba wybory dokonają się w myśl innych reguł, reguł świata, zabobonu i wyobraźni.

 

Wykład o ironii

Podobno żyjemy w czasach ironii. Jednak dzisiejsze jej postacie – dystans, zabawa, krytycyzm – są jeszcze świeżej daty, nierzadko więc zachowały w sobie patos i żywotność. Współczesna ironia jest jeszcze ironiczna. Przyszła – płaska i dziecinna – zaskoczy nas swoim zaangażowaniem.

Trzeba pamiętać, że ironia nie polega wyłącznie i przede wszystkim na negacji, burzeniu, lecz opiera się na micie Natury. Naiwnie zakłada, że świat jest dany i gotowy, w związku z czym zawsze jesteśmy z boku, na zewnątrz, nigdy w bezpośrednim kontakcie.

Ironia współczesna akceptuje ten mit, piętnując wszystko, co w jej mniemaniu stanowi złudną aspirację (do wyjątkowości, ostatecznej wiedzy, sprawiedliwej oceny). Ironia jutrzejsza też się na niego godzi, tyle że w przeciwieństwie do poprzedniczki będzie aktywna i zaangażowana. W żadnym razie twórcza. Podejmie wszelkie wyzwania, wejdzie w każde przedsięwzięcie, przyjmie jakąkolwiek ofertę: ironia profesjonalna albo profesjonalizm ironiczny.

Co pozwala utrzymać to przekonanie o świecie danym i gotowym? Co jest rzekomo tak naprawdę dane? Otóż nic innego jak „społeczeństwo”: jedność życia zbiorowego, wspólna przestrzeń komunikacji itp. Społeczeństwo-organizm, społeczeństwo-system rywalizacji, społeczeństwo –struktura złożona z wyraźnie określonych pozycji i funkcji: całość; rzeczywista, bo wyobrażona; reprodukowana jako jedyny i nieuchronny punkt odniesienia, jako wzorzec dla myślenia i działania. Z tej perspektywy – jedynej a przez to naturalnej – nie ma innej postawy niż ironiczna. Przy czym dawna ironia, właśnie odchodząca, musi się wydać skrajnie naiwna: pragnąc zachować dystans, sugeruje jakieś absolutne „na zewnątrz”. Ironia nowsza, już triumfująca, wchodzi w świat – czy to z pragnieniem zmiany, czy z wolą sukcesu – wierząc mu na słowo, wierząc, że jest jeden i jedyny, tzn. integralny, że zawsze taki był, tzn. zawsze układa się w pewną całość, w ramach której z konieczności działamy.

Ironia ze swoją akceptacją i wiarą byłaby więc synonimem religijności! A przyszła bardziej nawet niż tradycyjna, o ile ta naiwnie szukała archimedesowego punktu wyjścia, urojonego miejsca i czasu spoza rzeczywistości, granic „natury”, podczas gdy tamta przenikliwie uznaje, że karty zostały rozdane a w każdym razie talia z pewnością jest tylko jedna, tym samym uświęcona.

Ironistów przyszłości nie ma potrzeby wskazywać – wystarczy się rozejrzeć. Ironistą niewątpliwie tradycyjnym – pamiętajmy o okazji, z jakiej się tu spotkaliśmy! – byłby np. Andrzej Gwiazda. Na pozór zdecydowany wróg Natury, uparcie podkreślający wczoraj dzisiejszego porządku – niekoniecznie nawet w formie spisku czy planowych działań. Idzie raczej o historyczną skończoność – nic nie jest po prostu dane, skoro kiedyś się rozpoczęło. Przy czym jako ironista Gwiazda dociera ostatecznie do porządku prawidłowego, punktu „zero” historii, jakim były WZZ-y, Sierpień i zjednoczona strona związkowa negocjująca z rządem, mimo iż jedność ta zawsze była urojona, bo wyłącznie wyobrażona i upragniona; do tego ściśle związana z jednością przywództwa Lecha Wałęsy.

Swoisty sokratyzm Gwiazdy polega na tym, że wierzył on i wierzy chyba nadal w zbiorowość jako efekt układu bądź starcia między wolnymi, tzn. mającymi swe cele i znającymi swe interesy jednostkami. Jedyny problem to zapewnić tym celom i tym interesom przestrzeń, w której będą się mogły w pełni wyrazić. Istnieje zatem pusta scena – dotąd konsekwentnie niszczona lub zawłaszczana -, na której wszyscy zasadniczo mogą i powinni się zaprezentować. Tak właśnie działo się w Sierpniu. Całe późniejsze nieszczęście, czyli właściwa „historia” bierze się z opanowania tego obszaru przez jedną ze stron; „historia” to ciągły wzrost tej przewagi, tej początkowej nierównowagi. Niezależnie od wszystkich podejrzeń i oskarżeń, które każdy z nas na pewno słyszał a których treść miałaby wyjaśnić początek i przebieg rozkładu, sokratyczna wiara w rozumny indywidualizm, w jasną – przynajmniej potencjalnie – samowiedzę jednostek nie uwzględnia prymatu zbiorowości. Nieprzypadkowo na Zjeździe Wałęsa – jako symbol jedności Związku – zwyciężył w wyborach na przewodniczącego. Zbiorowa jedność nie stanowi rzeczywistego efektu, lecz urojony punkt wyjścia, a z racji tego urojonego statusu zawsze potrzebuje jakiejś konkretyzacji, obiektu skupiającego zbiorowe namiętności. Demagogia nie jest szkodliwym i nieszczęśliwym przypadkiem w życiu zbiorowości, lecz jej naturalnym odpowiednikiem, jej żywiołem. Pusta scena nie istnieje, ponieważ nie ma a przede wszystkim nigdy nie było suwerennych indywiduów poza nią.

Wie o tym ironista-pragmatyk, mniej jakoby naiwny, skoro wszystko akceptuje a problem polega co najwyżej na orientacji w świecie, w którym najważniejsze decyzje zawsze już zapadły. Tym samym jednak ironia przyszłości jawnie zbliża się do religijnego dogmatyzmu.

Z tego punktu widzenia sytuacja Gwiazdy coraz bardziej upodabnia go do Sokratesa i to tym silniej, im mniej prawdziwe są jego sądy dotyczące Sierpnia i natury ówczesnej wspólnoty związkowej. Nawet jeśli – jak jego ateński poprzednik – nie dostrzega nieuchronności mniemań, dostrzega przecież same mniemania, ich przemożną „naturalność”, ich tępe przywiązanie do wiecznej teraźniejszości i ich konkretne, tzn. społeczno-historyczne źródło. O ile przyjąć, że właściwa aktywność Sokratesa – ujęta w figurę gza kąsającego Ateny – zakładała jako pewien ideał wspólnotę „nic nie wiedzących” krytyków, to niewypowiedzianym horyzontem działalności Gwiazdy pozostaje zbiorowość debatujących pracowników. Najistotniejszy w obu projektach, które przedstawiamy skrótowo i w świadomie wyostrzonej wersji, jest ich niepowtarzalny formalizm, będący miarą ich naiwności.

To ważny moment, bo odróżnia on tę postać ironii od rozpoczynającej właśnie swe panowanie ironii przyszłości. Nieprzypadkowo będzie ona z ducha bardziej platońska, tzn. pełna oczywistych i jednoznacznych treści, które po prostu „są”. Platon był idealistą i o tyle reprezentował umysłowość bliższą zbiorowym mniemaniom, której nic nie jest równie obce jak beztreściowy formalizm, do tego realizowany w praktycznej działalności. Co innego treści przemienione w formy, treści bezproblemowe i naturalne, treści-liczmany. Z tą różnicą, że nadchodzący platonizm swoje idee widzi już wyłącznie na ziemi, ziemi przemienionej w zbiór form.

Powiedzieliśmy, że ironia – godząc się na mit Natury – staje się przez to religijna. Jak widać, jest to z jednej strony religijność naiwna i mesjaniczna, niemożliwa i poniekąd aspołeczna, nierzadko mizantropijna, za co społeczeństwa słusznie każą jej orędowników, z drugiej religijność przebiegła i zawsze aktualna, namiętna i powierzchowna, nieskończenie gościnna i absolutnie poddańcza, każdego czyniąca swoim kapłanem.

 

 

Wyznanie wiary w przyszłość*

 

Wierzę w Mikro-Boga, Formę Wszechmogącą, stworzycielkę nieba na ziemi.

I w imaginację, córkę Jej jedyną, Panią naszą,

Która poczęła się z Ducha zbiorowego,

Narodziła się z Matki-Natury, nikt jej nie męczył,

Nie umarła i żyć będzie;

Każdego dnia ożywa.

Wstępuje w nasze głowy i ciała, gdzie siedzi już Mikro-Bóg, Forma Wszechmogąca,

Stamtąd włada martwym i umarłym.

Wierzę w Ducha wspólnego, jeden dialog powszechny,

Ludzi porozumienie, głów potakiwanie,

Mimo ślepoty widzenie, wieczne trwanie. Amen.

 

* Modlitwę tę należy rozumieć w kontekście całości Tez, diagnoz, proroctw, zwłaszcza zaś tekstów bezpośrednio mu towarzyszących. „Przyszłość” z tytułu to, oczywiście, ta sama przyszłość, o której mowa w Wykładzie. Natomiast biorąc pod uwagę następujący za moment poemat tytuł modlitwy oznacza Wyznanie wiary w jutro. Jest to wyznanie przede wszystkim współczesnych Polaków, chociaż nie tylko. Powtarzają je nieprzerwanie, chociaż nie chcą tego usłyszeć.

 

Sztuka pojutrza, która zawsze istnieje...

 

Sztuka pojutrza

która zawsze istnieje

potrafiła zniszczyć formę

wyskrobać z człowieka to mikroskopijne żyjątko

boga (znanego już Antoninowi Artaud)

ponieważ nie mogła ścierpieć jego

rzekomych kontaktów z naturą

której pozór stworzył

której wmówił dziewictwo

aby z nią kopulować

dla narodzenia wyobraźni

i ukryć prawdziwe pochodzenie

czyli kłamstwo narodzin

 

Największe nieszczęście polega na tym, że nawet wyobraźnia nie wierzy w swoje niepokalane poczęcie i szuka nowej, prawdziwej Matki-Natury. Odnajduje ich wiele a zawsze dziewice. Nieskończona ilość, bo wszystkie pochodzą od jednej. Wszystkie czekają na odsłonięcie.

 

Dlatego

istnieje tylko sztuka pojutrza

która przejrzała kłamstwo

i zna prawdziwe imię Oszusta

OCZEKIWANIE

wielki szwindel narodzin

dokonywany

przez mikro-boga

dzięki wyobraźni

by nikt go nie podejrzewał

NIEWINNOŚĆ

to także imię natury-dziewicy

która czeka

uniewinniając wyobraźnię

 

Jeśli mówię o sztuce pojutrza

nie chodzi o niewiarę w jutro

lecz wiarę w dziś (którą posiedli Emerson i Whitman, ale także Corneille, Leibniz i kardynał de Retz – ten ostatni zwłaszcza tak bardzo wierzył w dziś, że wszyscy mieli go za proroka)

raz na zawsze

niszczącą prawdziwą Trójcę

a nie tylko jej oszukańcze wcielenia