O możnowładztwie

(Lekko zmodyfikowany fragment znacznie obszerniejszej Teorii przywództwa.

Redakcja zdecydowała się go opublikować po części z racji zbieżności z wątkiem przewodnim niniejszej edycji OM.

Przede wszystkim jednak składamy tym tekstem hołd wspaniałym czasom polskiej literatury, ostatnim być może tak wielkim. Niepowtarzalnym czasom baroku – gdy poeci korzystali nie tylko z dobrodziejstw urzędów, ale ponadto z opieki możnych. Poeci-żołnierze, poeci-dyplomaci, poeci-spiskowcy... – sami pełni możności.

Jest to zarazem hołd złożony domowi Radziwiłłów, któremu służyli m.in. Daniel Naborowski i Zbigniew Morsztyn.

Tytuł pochodzi od Redakcji OM.)

[Głównym bohaterem Teorii przywództwa jest Jean François Paul de Gondi, kardynał de Retz (1613-79), jeden z przywódców paryskiej Frondy (1648-53). W czasie jej trwania de Retz zdążył współpracować lub walczyć ze wszystkimi stronami konfliktu: parlamentem, znienawidzonym kardynałem Mazarinim, regentką Anną Austriaczką, zbuntowanymi książętami, stale właściwie zachowując poparcie paryskiego ludu.

„Teoria przywództwa” stworzona na podstawie Pamiętników de Retza stanowi jednocześnie teorię stronnictwa jako pewnego typu zbiorowości (trzeciej obok ludu i parlamentu), niecierpliwej i przestraszonej, której w związku z tym stale grozi letarg bądź chaos w posunięciach. De Retz, cierpliwy przywódca, prowadzi w stosunku do podwładnych swoistą politykę „zarządzania strachem”. Tylko w ten sposób może wpływać na jakąkolwiek zbiorowość, ta bowiem zawsze opiera się na projekcjach, nieufności i braku percepcji. Wyobraźnia to jedyna i właściwa władza tłumu, żywioł, z którego się rodzi i w którym zwykle się porusza.

Książę, człowiek możny to już inny typ sojusznika.]

Prawdopodobnie nic bardziej nie zaskakuje w biografii de Retza niż jego przywiązanie do księcia Gastona Orleańskiego, wiecznego buntownika a przy okazji nieprzeciętnego tchórza, człowieka chwiejnego i niezdecydowanego, którego skłonność do urojeń, stwarzania przeszkód, unikania wszelkich posunięć czyniła zeń wręcz karykaturalny obraz człowieka tłumu, znajdującego się wciąż na granicy letargu. Kiedy na sugestię de Retza, by działać w zależności od innych (konieczność percepcji i gotowość reagowania), odpowiada: „Przesada! Każdy myśli jednakowo: są tylko ludzie, którzy lepiej umieją ukryć swe myśli niż inni”, zdaje się tylko potwierdzać swoją całkowitą niezdolność postrzegania, jak zwykle, rzecz jasna, związaną z generalną nieufnością oraz postawą hermeneuty. Wszelako mimo tych stadnych poglądów, mimo ciągłego poczucia zagrożenia jego działania nie były wynikiem niecierpliwości. Przede wszystkim kurczowo trzymał się przekonań budzących lęk – nie był w stanie dostrzec jakiejkolwiek drogi wyjścia, nie poruszały go zatem zbiorowe halucynacje pełne nadziei i cudownych rozwiązań. Strach – zbyt wielki, a przez to i permanentny – wykluczał w tym wypadku dezorientację, pierwszy warunek sojuszy. Taki strach – po pierwsze – izoluje, po drugie – tworzy własną, wewnętrzną skalę, niewspółmierną z tradycyjną hierarchią lęków zbiorowych.

Czy książę Orleański żył więc w nieustannym letargu? Nie wolno zapominać, że letarg ściśle się wiąże z niecierpliwością i towarzyszącym jej bezładem. Letarg to wynik przesadnej nieufności, stan ogólnej utraty znaczenia – nic już nie wiadomo: pozostaje chaos i bierność. Tchórz-samotnik nie ma wątpliwości – wiadomo, że wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Owszem, tchórz-samotnik jest typem maniaka (Gaston Orleański nierzadko wpadał w rzeczywiste przeszkody ze strachu przed urojonymi). Dlatego nie sprawdza się w jego wypadku metoda działająca zwykle na zbiorowość – trzymanie w napięciu przez wywołanie strachu. Nieprzenikniona miara tchórzostwa właściwie uniemożliwia kontrolowany wpływ, perspektywiczne zarządzanie. Ta swoista utrata kontaktu, brak formalnej więzi – a wszelka więź zachodzi jedynie na poziomie formy (zbiorowa więź semantyczna i religijna) – to wyraźne świadectwo, że oto znaleźliśmy się w obszarze materii.

Fakt, iż książę Orleański żył w ciągłym strachu, że zasadniczo widział tylko niebezpieczeństwa, że ich wręcz wypatrywał, wprowadzał go – paradoksalnie – w stan cierpliwego zobojętnienia i wyczekiwania. De Retz sformułował w tym miejscu pierwotną, psychospołeczną wersję późniejszego, psychofizycznego prawa Webera-Fechnera opisującego zależność między bodźcem i wrażeniem. Zupełnie oczywistym jest stwierdzenie, że książę Orleański nie działał, gdy się nie bał, że tylko lęk skłaniał go do aktywności. Musiał to być jednak lęk zmierzony na jego urojonej, książęcej skali. Krótko mówiąc: coś, co za słabo uderza, nie robi na nim wrażenia. Uderzenie odpowiednio silne, sięgające aktualnego maksimum strachu, wywołuje natychmiastową reakcję. Rzecz jasna, nie gwarantuje to wcale posunięć zawsze i z konieczności trafnych, czynów „przemyślanych”, zaangażowań proporcjonalnych do zagrożeń. Przeciwnie, trzeba by nawet powiedzieć, że każda ingerencja ma w sobie element przesady, nadmiernej afektacji, jakiegoś naiwnego zaślepienia; każda wszak wyraża maksymalne natężenie książęcych obaw. Dotąd świat zdawał się raczej nudny – jednoznaczność powszechnego niebezpieczeństwa uwalniała od obsesji hermeneutycznych poszukiwań, tchórzostwo kazało trwać w bezczynności. Czyn stanowi wówczas tyleż odpowiedź na zbytnią nachalność świata, co – w większym stopniu i zarazem – świadectwo książęcej wrażliwości i percepcji.

W pewnym sensie diagnoza tchórzostwa niczego tu nie wyjaśnia. To, co znakomicie charakteryzowało zniecierpliwione i zdezorientowane zbiorowości, co stanowi ich właściwą conditio, tu jest co najwyżej cechą niezdolną do uchwycenia poszczególnych momentów bezczynności: jednoznacznej percepcji i czynu-reakcji, nie mówiąc o ich specyficznej jedności, jaką tworzy książęca możność. Teoria możnowładztwa nie daje się zatem zredukować do filozofii tchórzostwa dokładnie z tych samych powodów, dla których maksymalnego quantum siły, tzn. czynu nie sposób utożsamić z odwagą.

W pierwszej i podstawowej tezie de Retz ustala swoistą regułę krańcowości, która z góry unieważnia tradycyjne dystynkcje. Warto zauważyć, że jako teoretyk możnowładztwa de Retz znalazł się w idealnych wręcz okolicznościach. Przez cały okres Frondy stykał się bowiem – a nierzadko współpracował – nie tylko z lękliwym spiskowcem, księciem Orleańskim, ale również z Wielkim Kondeuszem, mimo licznych zdrad z pewnością wierniejszym koronie, nade wszystko jednak bezwstydnie odważnym. Mimo swego niezmiennego podziwu i szacunku dla księcia Kondeusza, de Retz stwierdza z właściwa sobie bezwzględnością, że „ślepa odwaga i do ostatecznych granic posunięte tchórzostwo dają podobne rezultaty w umysłach ludzi nie zdających sobie sprawy z niebezpieczeństwa”. Książę Kondeusz, owszem, potrafił bezstronnie patrzeć, zbytnia śmiałość wszakże czyniła go niezdolnym do oceny wagi tego, co widzi. Krótko mówiąc: coś, co za słabo uderza, nie robi na nim wrażenia. Silne uderzenie wywołuje natychmiastową reakcję.

Jałowym wydaje się w tym miejscu spór, który z książąt reaguje częściej, innymi słowy: czy Gaston Orleański jest bardziej tchórzliwy niż Ludwik II Condé odważny. Tym, co ich łączy, a w istocie konstytuuje rzeczywisty sens reaktywności, jest gnuśność. Gnuśność to synonim jednoznaczności percepcji, zupełne przeciwieństwo zbiorowych majaczeń i nieufności. Całkowita pewność świata zastępuje obsesję znaczenia i prawdy-chytrości (w myśl zbiorowej koncepcji prawdy to, co najchytrzejsze, musi być z konieczności najprawdziwsze). Nasłuchująca zbiorowość, dla której wszystko, nawet czyn, jest tylko znakiem, słowem, nie potrafi wyłonić żadnego konkretnego spostrzeżenia, przewrażliwiona widzi bowiem zbyt wiele. W pewnym sensie nie jest ani odważna, ani tchórzliwa, lecz nijaka. Jej strach to w istocie dezorientacja, ta zaś wynika z niecierpliwości. Tymczasem „my, książęta – powiada książę Beaufort, bliski współpracownik de Retza – mamy słowa za nic, ale nie zapominamy nigdy czynów”. Dla nas nawet słowa są czynami! – oto najkrótsza definicja ufności. Świat jest bliski, od razu dostępny, pozbawiony tajemnic – mierzony na skali książęcej wrażliwości jedną miarą, miarą aktualnego maksimum. Faktycznie możny postrzega znacznie mniej i rzadziej aniżeli zbiorowość; w zasadzie jest to zawsze jedna percepcja, swoiste zapatrzenie (możny nie słucha!), stan nie-aktywności albo wegetacji, charakteryzujący się określonym poziomem natężenia, któremu odpowiada każdorazowo specyficzna reaktywność. Dlatego właśnie – jakkolwiek dziwnie by to brzmiało – czyn jest przede wszystkim całościowym wyrazem owej gnuśności, a gnuśność – jako forma skumulowanej możności – prawdziwą treścią czynu. Możny jest drapieżnikiem, który zwykle wegetuje, którego zwierzęca egzystencja nie ujawnia niczego poza jego roślinną naturą.

Z tego względu możny pozostaje figurą tyleż niebezpieczną, co dwuznaczną. Po pierwsze nie należy zapominać, że zarówno gnuśność, jak i wyrażający ją czyn stanowią w tym wypadku momenty czysto formalne, poniekąd te najbardziej widoczne, rzucające się w oczy (podobnie jak – odpowiednio – hermeneutyczna mania i kult w przypadku zbiorowości); co więcej, z tego powodu zazwyczaj traktowane osobno. Już np. Saint-Simona – bez wątpienia przecież spostrzegawczego – gdy charakteryzuje syna Wielkiego Kondeusza, stać wyłącznie na trafną, choć pozbawioną wyjaśnień konstatację, na dodatek mającą świadczyć o pewnej wyjątkowości księcia, który „nigdy nie wiedział na pewno, co będzie robił”, przez co „daremnie byś szukał (...) tyle bezużytecznych talentów”.

Słowa pochodzą, rzecz jasna, z czasów, gdy sytuacja arystokracji radykalnie się zmieniła, stąd wrażenie swoistości; a trudno chyba o lepsze ujęcie natury możności, jeśli pamiętać do tego fragment, w którym Saint-Simon opisuje księcia jako „dzikie zwierzę”. Owa bezużyteczność, budząca podziw i żal, jest nieodłącznym elementem i formalnym warunkiem prawdziwie możnego czynu. Taki czyn, mimo iż stanowi jedynie właściwą postać książęcej jawności, wyraża od razu i do końca całą – skrytą dotąd, jako że gnuśną – istotę możnego. O tyle w każdym czynie tkwi siła (siła, jak wiadomo, jest perspektywą – tutaj: specyficzną dla danej gnuśności skalą reaktywności, miarą aktualnie maksymalnego pobudzenia). Gnuśność wybuchająca czynem-reakcją zawsze zaskakuje; z racji uwewnętrznienia miary niezrozumiałe tło istnieje tylko w swoim wyrazie. Ale i sam wyraz – oderwany i zagadkowy – zdaje się uparcie odsyłać do ukrytej treści jako rzeczywistego źródła siły. Choć zatem istnieje wyłącznie czyn, ale też i z tego powodu, jego dokonanie każe spodziewać się czegoś więcej. Innymi słowy: czyn jest niebezpieczny albo stanowi znak tego, co dokonujący go może. I właśnie możność jako książęca materia tworzy jedność gnuśności i czynu.

Jeśli czyn ma wyrażać książęcą gnuśność i w ten sposób stać się znakiem jego możności, jeśli – krótko mówiąc – ma on być czynem możnym, to dzieje się tak tylko za sprawą i w imię książęcego rodu. Dom, pochodzenie, nazwisko nie stanowią bynajmniej tradycyjnie pojętego dziedzictwa, które należy zachować bądź potwierdzić, godnie mu służąc. Nazwisko nie jest stałym elementem formalnym, który miało się szczęście otrzymać lub który trzeba dopiero wypracować, by przebywać w jego cieniu, żyć w glorii. Przeciwnie, ród, nazwisko są tym, czym się szafuje, w czym bezpośrednio wyraża się możność. W tym sensie czyn nie dokonuje się dla nazwiska, ponieważ nigdy nie wiadomo, co ono samo – jako pewien potencjał – każe nam uczynić. Radziwiłł – to jeszcze wrodzoność niezdolna niczego wyrazić, idealny przedmiot dumy, wstydu, kompleksu dla potomka (ten już nie patrzy, jedynie nasłuchuje – „jakie znaczenie ma dziś to nazwisko?”, „co ono znaczy dla mnie?”). Jej rozwinięcie zaś może przybrać formę czynów choćby Bogusława...

Zauważmy, że perspektywa uwewnętrznionej skali reaktywności, książęca gnuśność w naturalny sposób czynią z możnego zdrajcę. To, że jest niebezpieczny, nie oznacza nic innego jak brak jakiejkolwiek więzi poza najsilniejszą i absolutnie bezpośrednią zależnością od aktualnego stanu wrażliwości. Piotr de Brantôme uzasadniając swego czasu zdradę Karola de Bourbon trafnie uchwycił jej związek z siłą: „Dla silnych każda ziemia jest ojczyzną, jak dla ryb morze” – jako że ojczyzną tą zawsze pozostaje możność. Rzecz jasna, towarzyszy im zwykle sława będąca swoistą miarą rozwinięcia rodowego potencjału. – Na ile Radziwiłł stał się już Bogusławem? Obca im jest natomiast wszelka godność – nie walczą też o dobrą sławę. Możnemu zawsze grozi infamia. Nie istnieje dlań bowiem żadna niezmienna stawka godna podjęcia działań, choć każda może się okazać warta natychmiastowej reakcji i nadmiernie angażujących czynów. Ten zasadniczy brak godności wyraźnie widać w momencie, gdy możny sam siebie uznaje za właściwą stawkę rozgrywki. – Wielki Kondeusz podburzający parlament, aby podbić swoją cenę, przez co walczą o niego i dwór, i książę Orleański; Bogusław Radziwiłł między Janem Kazimierzem i Szwedami – oto chwila najwyższej przesady, w której zła sława nie umniejsza możności, tworząc wręcz formalny warunek powodzenia. Co więcej, możny uzna ją za złudzenie, perspektywiczny błąd wynikający z przykładania doń nieadekwatnej, bo uniwersalnej i zewnętrznej miary. Miara natomiast jest wyłącznie wewnętrzną miarą wrażliwości wyrażającą się w czynach. Dlatego wszelką ocenę należy traktować tylko jako czyn, który odpowiednia reakcja unieważnia. „Nie uczynek dowodzi postępku, ale sąd. Ludzie widzą uczynek, ale Bóg widzi serca i on sam tylko jest prawdziwym sędzią. Ustanowił tedy, że każdy człowiek oskarżony będzie mógł bronić swego prawa za pomocą bitwy i On sam walczy po stronie niewinnego” – powiada Tristan przyłapany na zdradzie. Bóg to w tym wypadku gwarant i strażnik chroniący przed zakusami obrońców ludzkiej godności. W podobnym duchu pisze książę Bogusław w kwietniu 1656 do brzeskiej szlachty wzywając ją do złożenia broni, dzięki czemu „personas i substantiae salvare mogą”. Trzeba dobrze rozumieć tę rycersko-książęcą wersję materializmu. On to każe np. Tristanowi na pierwszym miejscu postawić ciało i ziemię. Materializm możności i rodu wyklucza zarówno kult osobistej godności, jak i ambitne pragnienie prestiżu (dwa fundamenty „dobrej sławy”). Kariera Makbeta – mimo całego „barbarzyństwa” i okrucieństwa – to jednak zapowiedź bądź świadectwo innego, bardziej personalnego świata. Formy świata książąt – gnuśność i czyn – źle służą ich „osobom” (jeśli, rzecz jasna, przyjąć na moment w stosunku do nich taką „personalistyczną” perspektywę).

Zysk osobowy zwykle równoznaczny jest z jakąś postacią degeneracji – nieufność zaburza gnuśną bezczynność, zamiast czynić szuka się sprzymierzeńców, dbałość o nazwisko przybiera formę spragnionych majaczeń lub maniakalnych urojeń: nie wiadomo już, co można. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi już w samej istocie książęcej gnuśności. Trzeba by nawet mówić o całkowicie naturalnej tendencji do rozkładu – a im większa kumulacja rodowej drapieżności, tym większa grozi bezczynność. W rzeczywistości rzadko do tego dochodzi – możność zbyt duże budzi zainteresowanie panujących i innych rodów. Reakcja staje się w końcu nieunikniona. I właśnie reaktywność, swoista gotowość do służby albo umiejętność podporządkowania się wyzwaniom, krótko mówiąc: ta jedyna w swoim rodzaju, pełna ufności zażyłość ze światem czynią książęcą drapieżność wielce dwuznaczną.

Chodzi przede wszystkim o dwuznaczny stosunek do Króla czy – szerzej – żywiołu woli. Oczywiście nie zachodzi tu raczej konfrontacja wól. Królewskie „chcę” z gnuśnej perspektywy możnego jawi się jako wyraz nadmiernej, a przez to i stadnej aktywności. Król jest idiotą, bo nie potrafi być gnuśny – o ile chce, to z pewnością nie może. Stąd też absolutna już niechęć do urzędników, królewskich ministrów i doradców najpełniej ucieleśniających niemoc Króla. Ich faktyczna niezależność, osławione sobiepaństwo administracji to tylko świadectwo Królewskiego idiotyzmu, tym większego zresztą, że biurokracja – jako pewien byt zbiorowy – nie opiera się bynajmniej na obsesyjnym kulcie woli i decyzji, lecz zinstytucjonalizowanej niecierpliwości. W iście kafkowskich słowach opisał to Saint-Simonowi kanclerz Daguesseau: „długotrwałość i mnogość procesów stanowi o bogactwie i znaczeniu stanu urzędniczego, wobec czego trzeba pozwolić im mnożyć się swobodnie i trwać w nieskończoność”. Możny zazwyczaj więc zachowuje obojętny dystans wobec spraw „stolicy”, ta jednak – jeśli tylko uwzględni określony poziom nieprzewidywalności – bez trudu może prowadzić względnie stabilną politykę „zatrudnienia” książąt. Możny przypomina bowiem proletariusza – wszędzie znajdzie ojczyznę i to czyni go zdrajcą wciąż zagrożonym infamią, to wszakże pozwala też ją przekreślić: gwałtowny i reaktywny, z racji ograniczoności percepcji zawsze daje się w końcu związać, choć nawet wówczas walcząc dla Francji, pozostaje gnuśnym zwierzęciem zdolnym przejść na stronę Hiszpanów.

O percepcji możnego

Percepcja możnego jest w istocie tożsama z jego aktywnością. Gnuśny możny dopóki pozostaje w stanie zapatrzenia, dopóty w zasadzie nie percypuje (nie potrafi ocenić wagi tego, co widzi). Moment zaangażowania, czyn oznacza pierwsze i właściwe spostrzeżenie (określenie rangi). Niby czyn jest tylko formalnym wyrazem gnuśności, stopnia zapatrzenia, aktualnego poziomu braku percepcji. Co ważniejsze jednak, właśnie i dopiero w postaci czynów rozwija się materia rodu, w której wyraża się z kolei możność. Nie trzeba wcale spierać się o pierwszeństwo (formy bądź materii, treści lub wyrazu) – należy natomiast zauważyć tożsamość czynu-reakcji oraz percepcji, będącej pierwotnie i zawsze autopercepcją własnej możności. Możny nigdy nie jest pozbawiony odrobiny narcyzmu. Częsty zwyczaj działania pod przybranym nazwiskiem (Monte Christo, Zorro...), także nadawanie przydomków zapewniają możnemu – w ramach rozdzielenia gnuśności i czynu, treści i wyrazu – obszar stałej percepcji: oto świat przychodzi jako dobra lub zła sława, w niej zrównują się spostrzeżenia i aktywność, czyny Wielkiego są zarazem percepcjami Kondeusza, są sposobem, w jaki Ludwik II Condé pozostając gnuśnym percypuje sam siebie. Nie ma potrzeby dopatrywać się w tym znamion schizofrenii czy nieautentyczności. Gdy jakaś zbiorowość – chcąc zapobiec niejednoznaczności – nadaje komuś z racji jego specyficznych dokonań szczególne miano, potwierdza jedynie narcystyczną jedność treści i wyrazu. Nietrudno zauważyć, że tak pojęta możność nie łączy się od razu i wyłącznie ze społecznie rozumianą arystokracją. Paradoksalnie – biorąc pod uwagę konstytutywną rolę gnuśności – w każdym buncie, w każdej niemal rewolcie da się odnaleźć pewien moment arystokratyczny. „Ja, ... ..., nie mogąc ścierpieć tak wielkiej wobec mnie popełnionej niegodziwości, staję do walki! Jako że w walce tej mam na uwadze jedynie ową niegodziwość, przeto na jej czas przybieram imię ...” – oto wspólny początek czynu, percepcji i nazwiska.

Możny nie ryzykuje...

Ryzyko wiąże się w zasadzie z projekcyjną aktywnością wyobraźni, a jego reguły są logiczne i formalne – rachunek opiera się tu na prawdopodobieństwie trafności i możliwości realizacji. Możny nie ryzykuje, bo niczego nie urzeczywistnia: reakcja jako wyraz gnuśnej natury księcia odsyła do wewnętrznej skali wrażliwości, rządzonej nieuchronnym prawem każdego zetknięcia. Jednak możny, człowiek czynu, nie jest człowiekiem spotkania. Faktycznie przygotowany jest zawsze na jedno tylko spotkanie, odpowiadające aktualnemu maksimum na książęcej skali. Zwykle zresztą – z perspektywy gnuśności – nie widać, by miało ono w ogóle dojść do skutku. Książę Orleański nie odróżnia wszak trudnego od niemożliwego – wszystko zdaje się równie niewykonalne („lepiej nie ryzykować!”; ryzyko niemal stuprocentowe). Książę Kondeusz z kolei nie sądzi, by cokolwiek okazało się niemożliwe – wszystko wręcz nuży swą łatwością (ryzyko bliskie zeru). Czyniąc, możny nie podejmuje ryzyka, lecz zrywa z gnuśnym zapatrzeniem, przez co i jego samego czyn „zaskakuje” – jako obca dotąd sfera wyrazu odsłaniająca właściwą materię gnuśnej treści, czyli możność. Oto Radziwiłł stał się nagle Bogusławem...

„Ciemnota i zabobon”

Gnuśny możny ma w sobie jednak pewien element zbiorowy – zapatrzony i obojętny zwykle snuje najdziwaczniejsze rozważania, tworzy urojone teorie, zdolny uwierzyć w każde wyjaśnienie; mniej zaangażowany, nie jest też aż tak chytry i cyniczny jak niecierpliwi członkowie zbiorowości – toteż żyje w uniwersum „wszelkich możliwych konfiguracji”, gotów wybrać dowolną, która z natury, z racji swej dowolności zawsze da się określić jako „ciemnota i zabobon”. Rzecz jasna, nijak się to ma do możnego czynu...