120 godzin, czyli upadek pewnego dżentelmena

Okładka

fragment powieści nagrodzonej w Konkursie Młodych Twórców Fundacji Kultury
 
(w całości dostępnej od w księgarniach – także po kliknięciu tutaj)
  
(...) A może należałoby zacząć od tego, że jestem człowiekiem, a w za­sa­dzie nie tyle czło­wie­kiem, co współczesnym człowiekiem. A w zasadzie, by być ścisłym wobec wszystkich moż­li­wych i niemożliwych po­ko­leń, człowiekiem z przełomu XX i XXI wieku. I może powinienem był zacząć od te­go, że zaw­sze, gdy spo­glą­dam w lustro, wi­dzę twarz człowieka z przełomu wyżej wymienionych wieków, w której nie odznaczyło się żadne cierpienie, żaden ból, widzę spoj­rzenie i pro­­mien­ne, i przyga­szone, którego nic nigdy nie u­de­rzyło; widzę swoją skórę, jest w do­sko­nałym stanie, gładka. I widzę dłonie, które nie trzymały nigdy ani rewolweru, ani czaszki, które rzadko zwijały się w pięści, choć wsu­wa­ły się czasem w różne śliskie zaka­ma­r­ki; długie i wąskie palce dobrze do tego się nadają. Nie. Nie przytrafiło mi się w życiu cier­pieć mę­ki gorszej niż pospolita nuda. Nie cho­ro­wa­łem ciężko. W mi­ło­ści za­w­sze pierwszy wy­­cho­dzi­­łem z gry. Nie zdradził mnie przy­ja­ciel i w ogóle nie skrzy­w­dził nigdy ża­den czło­wiek; nie byłem na wojnie, ani nawet w woj­sku, ani w szpitalu, nie do­zna­łem szy­kan ze stro­ny to­tali­­ta­r­nych władz i nie doświadczyłem nędzy. Nie zwią­załem się też nigdy z ża­dną ideą czy świa­to­poglądem, nie prze­żyłem więc roz­czarowania ani du­cho­we­go ban­kru­c­twa. Nigdy też nie cier­piałem z po­wo­du przed­wczes­ne­go końca cze­go­kol­wiek, bo i ni­gdy nie doznałem, że­by coś się dla mnie zaczęło. Nie cier­pia­łem na­wet wtedy, gdy jako dziecko straciłem uko­cha­ną ma­tkę. Bardzo rzadko zdarza mi się płakać, chyba że za sprawą piękna sztuki lub przyrody. Co więc mogę wie­dzieć o ży­ciu, które – jak to mówią cza­sem li­te­ra­ci, a je­sz­cze częściej pu­blicyści, czerpiąc z tej kon­sta­tacji prawo, by u­wa­żać się za poważ­nych pub­li­cys­tów – jest raną, jej ją­trze­­niem się i nie­moż­nością za­bliź­nie­nia? Zapewne nic... Ale może będę umiał coś zmyślić... Może wydobędę z tej rany krzy­­czą­­cą per­łę. I włożę ją sobie do źrenicy oka, aby zyskać prawo do uznania się za całkiem nie­po­­­wa­ż­nego. Aby zyskać prawo do tego, by nie mówić o płaczu, ani o ranach, ani o rozczarowaniach, ani o nędzy, ani o niedoli.

Więc pozostanie mi pewnie mówić o ko­lo­rach, szaletach i rozpad­li­nach mia­sta, po którym chodzę, i o jego szemranych sprawkach, o jego płytkich manipulacjach, o nich będę mówić za­miast mó­wić o swej tożsamości, za­miast mówić o swoich bliź­nich i esencji ich egzystencji; bliźnich do­pie­ro musiał­bym znaleźć, wy­do­być ich z jelit ulic, wyrwać z objęć murów... Bo tylko tyle, ile wchło­nę z tego szemranego miasta, mogę powie­dzieć o sobie, tylko to, czym napełnią mnie je­go ulice, jego dro­gowskazy, syreny, na­daj­ni­ki, stacje paliw, ubojnie i nocne klu­by, jego machinacje, jego podziemia. Jeśli za­tem nie będę milczał zu­peł­nie, jeśli nie zniknę roz­to­pio­ny w ruchu swej własnej mętnej trans­parencji, to tylko dzięki niemu, temu miastu bez twarzy, miastu obnażonego mięsa, miastu gonitwy czerwonej jak fan­taz­mat... Któ­­rego ka­na­li­zacje pod­ziem­ne o­po­wia­dają o przepływach niebotycznych... Któ­re­go wie­żo­w­ce o da­chach ze szkła opowiadają o przygodach błękitu. Którego sieć gazo­wa śpie­wa o nastrojach nie zaznanych przez nikogo. Którego oczyszczalnie ścieków tryskają szla­mem niesłycha­nych miłości. Tak, właśnie od tego powinienem był, jak sądzę, zacząć.
Nie wątpię też, że o wielu, bardzo wielu można powiedzieć, że byli jedynie obywatelami miast, w których mie­sz­ka­li nie wiedząc nic o tym, że jest jeszcze coś za tymi miastami, i że tchnienie tych miast nadawało kierunek ich pragnieniu i u­mie­raniu. Ale można tak o nich powiedzieć z przyczyn najczęściej powierzchownych, bo to, co ich wią­że z miastem, to rzeczy dobrze określone i w istotny sposób ich samych ok­reś­la­ją­ce, a więc oddalające od ich istoty charakter jego samego; praca, rodzina, są to szczelne gumowe kombinezony, które se­pa­rują ich od doznawania, a wraz z nim – i wyrażania czegokolwiek. Ich miasta, jeśli tak można po­wie­dzieć, nie tkwią w ich sercach nagie, a w instynktach nie od­zna­czają się w swej czystej płyn­ności... Oni nie piją as­fal­tu, nie są radioaktywnym pyłem – co więc mogą zna­czyć? Ja jed­nak, który jestem człowiekiem najbardziej współczesnym ze współczesnych, który jak do­tąd ani nie natrafiłem na rzecz dobrze określoną, która by i mnie określiła, ani takiej rzeczy nie stwo­rzy­łem; który żyję jedynie tym, co nadejdzie, i to naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym, poszu­ku­jąc w mieście, które zamieszkuję, jedynie przeczuć, szy­frów i śladów upior­nego jutra; czuję cza­sem, że, nie­związany z nikim i z niczym, prócz delikatnej paję­czy­ny ruchliwej gotówki, jestem samym tylko ob­na­­­żo­nym do kości mia­stem z jego dzi­kimi stru­mie­niami, ni­czym więcej jak tylko krzykliwym ka­wałkiem jego bruku.
Lecz nie pytajcie mnie, jak się nazywa to miasto. To nie Paryż. Ani Petersburg. Ani Nowy Jork. Moje sta­teczne, bezbarwne, rytmiczne życie, w którego rutynę i anonimowość wkradają się prze­cież macki czystego obłędu, w którego ulice i kanały wdzierają się labirynty bez­lud­ne, ono jest całe jedyną nazwą tego miasta, gdzie żyć warto jedynie dlatego, aby pod płasz­czami oby­cza­jów i form widzieć trupie spojrzenia pytań, które stają się właśnie teraz, właśnie w obecnej dobie, śmieszne, reguł, które stały się nieoczywiste, bo tak wiele dopuszczono wy­jąt­­ków, słów, które straciły odpowiednik w rzeczywistości. Ale może być tak, że wyginie wiele barw i wiele odcieni, i wiele gatunków ludzkich stanie się rzadkością jeszcze bardziej nie­po­li­czal­ną niż niegdyś, może zresztą już wymarło ich wiele; i może jest tak, że miażdżąca poro­wa­tość dnia wraz z po­cząt­kiem bieżącego millenium została ulepiona z jeszcze lepszych i szczel­niej­szych two­rzyw sztu­cz­nych – lecz i tak zawsze w szczelinach i wyziewach ciał, choć­by naj­bardziej ergo­no­mi­cznych, kryć się będą aforyzmy i przypowieści o stawaniu, oczekując na tego, który, nie­ważne w ja­kim płaszczu, z jakim skalpelem w dłoni, byle ostrym, i z jakim uśmiechem na ustach, byle nie fałszywym i nie zatroskanym, wygrzebie je z nich, aby na sposób dziwaka z sensa­cyj­nego filmu, zamkniętego pośród mniej lub bardziej ciasnych ścian swego apar­ta­me­n­tu, dry­fu­jącego samotnie przez gwałtowną próżnię dziwnej, kosmopo­li­­ty­­cz­nej stolicy, wypre­pa­ro­wać je i pozamykać w szkla­nych słojach elektronicznych plików.
Nie, to miasto nie potrzebuje nazwy. Tak bardzo, że może się nawet nazywać „Warszawa”. A co to za nazwa, pytacie? Właśnie ją teraz wymyśliłem. Warszawa, niech będzie, to dobrze brzmi, dość abstrakcyjnie. Czy może lepiej Szawarwa? Nie, Warszawa.
Historii też nie potrzebuje to miasto. Umarła już historia tego miasta, Warszawy, i tylko teraź­niej­szość oder­wa­na od wszelkiej przeszłości – lecz być może dzięki temu opowiadająca przyszłość? – to coś, co nas może obchodzić. Bowiem to bezimienne mia­sto, nad którym się uno­szę, sztuczne miasto postawione na własnych gruzach, miasto wyrwanej psu z gardła teraźniej­szo­ści, ono nie ma żadnej historii płynąc w dziwnym, nieruchomym, fantomowym czasie. Za to jego niezwykły or­ga­nizm ma w so­­bie, wi­dzę to pod płaszczem miałkości, zapro­gra­­mo­­wa­ną automatycznie prostotę wszelkiej zbro­d­ni, wszelkiego wykro­cze­nia­, mo­że dla­te­go, że upłyn­nia się w tym mieście miej­sca, gdzie mo­ż­­na postawić stopę i pogrążyć w po­god­nym bez­ruchu, rzeczy, których mo­żna do­tknąć, schwy­cić się mocno lub od nich odbić ku odmiennej przestrzeni, punkty, w któ­rych można ukryć się albo przed in­­ny­mi, albo i przed so­bą, us­ko­ki, w których od­mie­nia się rytm i tempo; może dlatego, że jest to mia­­sto gładkich przemieszczeń, zde­kon­cen­trowane, bez sił od­środ­kowych i do­środ­­kowych, bez stron i odgra­ni­­czo­­nych frag­men­tów, wielka, geometryczna urbano-miazga, porośnięta punk­ta­mi sku­pie­nia i rozproszenia po­wsta­ją­cymi doraźnie i zawsze pod­­da­­ny­mi kon­tro­li, porośnięta po­krzy­wą i rdzą. Z wy­spa­mi odda­le­nia i zatraty nie­trwa­ły­mi i ulotnymi niczym ru­chy kie­szon­ko­w­ca, gdy op­ró­ż­­nia nam kieszenie, z dekoracjami z teatru infantylnej makabry, z fasadami tym­cza­so­wy­mi i prowi­zo­rycz­ny­mi, za którymi nie od­najdzie się żadnych szkie­le­tów, ani żadnych klatek i cel ze zdu­szo­nymi popędami, a je­dynie coraz bar­dziej ab­strak­cyjne ko­lejne fasady, coraz bardziej mętne, skrzy­wione... – dlatego w mieście tym nie wę­druje się po­mię­dzy biegu­na­mi czło­­wie­­czeń­­stwa i nie­ludzkości, lecz jest się mię­­dzy nimi prze­rzu­ca­nym tyleż przy­pad­­­kowo, co na­tych­miast, bez ładu i składu, przez nieskoor­dy­no­waną masę sił i im­pul­sów; jest się nieskoordynowaną masą sił i impul­sów... I dlatego też miasta tego nikt jeszcze nie opisał, nie wykrzy­czała się jeszcze jego his­to­ria; pisze się w tym mieście książki, jak w każdym innym mieście, ale nie napisano jesz­cze nic o nim; ono pozostaje nieme, pozostaje niewidzialne, kto zechce je zobaczyć?
A czy uda się w tej przestrzeni odkryć ludzi, którzy stają przed jakąś praw­dzi­wą, a nie po­zor­ną decyzją w sprawie swo­jego istnienia? A z drugiej strony, może nie warto ich tak na­pra­wdę szu­­kać? Bo może już się narodzili i ży­ją swoim życiem jeszcze bardziej niesamowici od nich, tacy, któ­rzy, aby mogli ist­nieć, nie mówią już w ogóle, którzy tkwią w jednym nie­skoń­cze­­nie roz­­rze­dzo­nym i osłu­pia­ją­cym przeżyciu miotając się po­śród me­ta­mor­foz jego opu­sto­szenia i wie­lo­zna­czności, pośród pan­­teis­tycznych przebrań pieniądza, po­śród komu­ni­ka­tów, do­­żyl­nych jak niektóre narkotyki; któ­­rzy nie wie­dzą, bo nie nauczono ich, czym jest obraz i per­spek­tywa, architektura i jed­no­imien­­­ność, kon­sek­wencja i natural­ność, i reagują już tylko na krót­kie dźwię­kowe sygnały: rozproszeni, zde­kom­­ponowani, po­ka­wał­­ko­wani jak spazma­ty­czne po­ema­ty neonów... Jeśli się już narodzili, to pozdrawiam ich!
 
Schyłek popołudnia. Idę trochę nietrzeźwo po bocznej ulicy, wymachuję pustą tecz­ką. Pu­sty jest też mój nieznaczny uśmiech. Tak nieznaczny i tak geometryczny i nieporuszony, że bawię się myślą, iż co wraż­li­w­si prze­cho­dnie mogliby się zastanawiać, czy nie ukradłem swego uś­mie­chu ja­kie­muś niebo­sz­czy­ko­wi, hiena cmentarna; trupowi kogoś, kto, dajmy na to, zmarł z sar­kaz­mem na ustach. W śro­dku, w moim pustym środku, wszystko chwieje się i huśta. Gdy­by ci prze­cho­dnie mogli wie­dzieć... Gdyby mogli wiedzieć, nad czym się zastana­wiam, na jaką pro­po­zycję muszę jak najszybciej odpowiedzieć tak albo nie...
Bo­cz­ne ulice... Samo­cho­dy posuwają się w nich wśród dzikiej ciasnoty. Nie mogą się przebić, dźwięczą ich roz­wście­czone klaksony. Świat pełen jest bezczelnych aut. La­wiruję wśród nich, wśród spalin, nie wy­mieniając spojrzeń z kierow­ca­mi; pulsują światła, czer­wień i żółć, zieleń i żółć, czer­wień i żółć, i zieleń; migoczą nie­zno­ś­nie... Klak­so­ny! Boże! Prze­cho­dzę przez ja­kieś bra­my, podwórka... Ulicę da­­­lej ry­czą młoty pneu­ma­­tyczne... Bo za­w­sze gdzieś musi się od­by­wać mistyczny ob­rzęd młotów pneumatycz­nych. Drżał chod­­nik, drżały mu­­ry. U­cie­­­ka­łem, uciekałem przed tym drże­niem, znowu brama i pod­wór­ko.
 
Przez parę chwil obser­wuję dzie­ci ba­­wiące się w za­uł­ku. Choć to może dziwne, lubię dzieci. Ani dlatego, że są szczere, ani dla­tego, że okrutne i niewinne; lu­bię je, bo są mecha­ni­cz­ne, ośli­z­głe i mechaniczne, przeziera przez nie smutna pustka wszel­kiego ludzkiego jutra. Spoglą­da­łem więc zza węgła, sta­rając się być nie­widocznym widzem tej obsceni­cz­nie od­wie­cz­nej sceny: chłopiec silniejszy właśnie bije chłopca słabszego... Sła­b­szy za­­le­wa się łzami, a prze­cież nie pró­buje nawet u­ciec... Przypatruje się te­­mu bez­my­śl­­nie mo­że pięcioletnia dzie­w­czyn­­ka, w rękach trzyma ciężki plastikowy worek z ziem­nia­ka­mi... Me­cha­nicznie i pre­cy­zyj­nie bije słabszego sil­niej­szy, ale za­­jadle odmierza cio­sy. I raz, i dwa, i trzy, i cztery. Egzekucja. Pali­łem pa­pie­ro­sa za­cią­gając się powoli. Siar­czy­ste pla­ś­nięcia roz­legały się w dzi­­­w­nej, wy­so­kiej ciszy, jaka pa­no­wała w tym błot­nis­tym zaułku, gdzieś między bru­nat­ny­mi mu­­­ra­mi, wznosiły się w górę bu­dząc be­to­no­we echo; zza bu­­dyn­ków dobiegał wciąż ryk młota pneu­ma­tycz­ne­go, w konte­ne­rach na śmieci fermen­to­wały już towary dnia jutrzejszego. I spły­­­­wały łzy po twarzy mniejszego chło­­p­ca, po­wol­na sól drą­żyła miękki kamień twarzy ludzkiej, jak za­wsze drążyła i drążyć będzie. Moje spojrzenie po­zo­stało pu­ste, choć teraz roz­szerzało się i zwę­żało, również ono pul­su­ją­­ce pow­szech­nym ru­chem wz­ro­stu i za­niku, pulsujące w mo­jej błyszczącej, kredowej twarzy.
A potem szedłem da­lej. Wciąż półprzytomny. Pod jasnobłękitnym, lecz gasnącym już u kresu dnia nie­bem wczesnej wiosny. I nagle widzę coś jeszcze: ktoś mi to­wa­rzyszy. Nie za­trzy­mu­jąc się, rzu­ciłem spojrzenie przez swoje lewe ra­mię; ten ktoś, kto od jakiegoś już czasu mnie śledzi, szedł tuż za mną, nie zrów­nując się.
Aha, to zwykła pijaczka. Nędznie ubrana, w jakąś powłóczystą, wielowar­stwo­wą wdowią spódnicę, w jakiś podziurawiony sweter; chuda, sękowata, su­nie upośledzonym krokiem. Spo­strzegła, że ją przyuważyłem, i u­cie­szyła się od ucha do ucha, bo była jeszcze czymś, mianowicie, włóczącą się po ulicach wariatką:
-Cześć, chłopczyku! – mówi niewyraźnie, bezzębna, w jej wyłupionych oczach ja­rzy­ się coś... I szła za mną cały czas, przyspieszając, gdy przy­spie­sza­łem, zwalniając, kiedy zwal­nia­łem; ani stara, ani młoda, ani kobieta, ani męż­czy­zna (tylko ta spód­­nica miała jakąś płeć); szła i nie opuszczała mnie, dokąd bym nie poszedł. Trwa to kilka­na­ście minut, klucząc po ulicach i uliczkach nie mo­gę się od niej oderwać, a wstyd mi u­cie­­kać... Mijali nas prze­cho­dnie i roz­stę­po­wali przed nami, jak­byśmy na­praw­dę szli razem; cóż, mo­głem się zdawać trochę naga­zo­wa­ny... Skrę­cam... Ona za mną... Zno­wu bramy, pod­wórka, pło­­ty, śmiet­ni­ki, dzieciarnia... Już nie wie­­działem, gdzie do­kładnie jes­tem, za­trzymawszy się po­śród nie­zna­nych pod­nisz­czo­nych ka­mie­nic; ponad moją głową na bal­ko­nach suszyło się pra­nie, gdzieś obok prze­jeż­dżała z rykiem sy­ren karetka pogotowia, jak za­wsze, suszyło się pranie i przejeżdżała karetka, jak zawsze do tragi­cz­ne­go wypadku, o, piękno wiel­ko­miej­skiej śmierci. Młoty, pogotowie, klaksony, pul­sacja czer­wie­ni i żółci, po wiadukcie przetacza się pociąg. Co za ka­ta­klizm na­wiedził to miasto, to centrum? Serce bije mi coraz szyb­ciej. „Wy­drą­żone moje serce...” Ponad moją głową roz­brzmiewa dziwna kocia muzyka jakby z przyspie­szo­nej taśmy.
A teraz jest ciemniej, jest już prawie noc, choć gdzie indziej jeszcze dogorywa dzień i wła­śnie zamykają warsztaty wul­kanizacji. Zwró­ciłem się do wariatki, chcia­­łem w za­sadzie za­­pytać, czego chce, a prze­cież nie otwo­rzy­łem nawet ust, patrzę tyl­ko w tę twarz, cho­rą, szyderczą, popielatą, po­­mar­sz­czo­ną, o nosie tak dziwnie zadartym, że można pa­trzeć przez dziurki w czerń czającą się tam pod spodem, w otchłań po drugiej stronie twarzy.
Nie, nigdy nie zdarzyło mi się cierpieć bardziej niż cierpi się od pospolitej nudy – a przecież świat jest jątrzącą się raną, to właśnie pokazuje każda twarz i każdy mój nerw o tym wie... Ale zdaje się, że to jątrzenie i wszystkie jego epi­fa­nie to były dla mnie zawsze tylko powody do radości...
 
I teraz też, nagle, czuję ją...
Spłynęła na mnie.
Uniosła mnie.
Tak, nagle pokrzepiony spokojem milczącej radości, mogę już spojrzeć w każde oczy.
-Cześć chłopczyku! – powtórzyła ulicznica. – Mam trzę­sie­nie mózgu – dodała. – Tatusia Gestapo zamęczyło... I ciebie też zamęczy... – zaśmiała się zgrzytliwie.
Ale wciąż rozlewał się po moim ciele ten niespodziewany nastrój radosny... Idę więc dalej przez ulice i uliczki, przez podwórka, nie zważając na nią. Idę ró­­w­nomier­nym kro­kiem – i nagle znów przypomniał mi się Bohacki... Je­go propozycja, która wzbu­­­­dziła we mnie teraz lek­ki dreszcz... Jego plan... To się stanie szybko, bardzo szybko, elektronicznie, to bę­dzie raz dwa, to stanie się na­tych­miast, zaraz, za chwilę, jutro, może już dziś...
Teczka z wężowej skóry huśtała się w mojej ręce. Wkro­czy­liś­my na jakąś łąkę, wariatka za moimi plecami i ja, na jakieś błonia, idziemy pośród luźno roz­rzu­conych drzew pokrytych piegami świeżej i jasnej zieleni, pra­wie jesz­cze nagich. Za nami i przed nami ślą się wielo­pas­mo­we jezdnie. Potem przechodzimy przez jakieś przejście podziemne. Poczu­łem śliski za­pach rzeki. Wiem już, gdzie jestem. (...)
 
 
 

Kup książkę