
fragment powieści nagrodzonej w Konkursie Młodych Twórców Fundacji Kultury
(w całości dostępnej od w księgarniach – także po kliknięciu tutaj)
(...) A może należałoby zacząć od tego, że jestem człowiekiem, a w zasadzie nie tyle człowiekiem, co współczesnym człowiekiem. A w zasadzie, by być ścisłym wobec wszystkich możliwych i niemożliwych pokoleń, człowiekiem z przełomu XX i XXI wieku. I może powinienem był zacząć od tego, że zawsze, gdy spoglądam w lustro, widzę twarz człowieka z przełomu wyżej wymienionych wieków, w której nie odznaczyło się żadne cierpienie, żaden ból, widzę spojrzenie i promienne, i przygaszone, którego nic nigdy nie uderzyło; widzę swoją skórę, jest w doskonałym stanie, gładka. I widzę dłonie, które nie trzymały nigdy ani rewolweru, ani czaszki, które rzadko zwijały się w pięści, choć wsuwały się czasem w różne śliskie zakamarki; długie i wąskie palce dobrze do tego się nadają. Nie. Nie przytrafiło mi się w życiu cierpieć męki gorszej niż pospolita nuda. Nie chorowałem ciężko. W miłości zawsze pierwszy wychodziłem z gry. Nie zdradził mnie przyjaciel i w ogóle nie skrzywdził nigdy żaden człowiek; nie byłem na wojnie, ani nawet w wojsku, ani w szpitalu, nie doznałem szykan ze strony totalitarnych władz i nie doświadczyłem nędzy. Nie związałem się też nigdy z żadną ideą czy światopoglądem, nie przeżyłem więc rozczarowania ani duchowego bankructwa. Nigdy też nie cierpiałem z powodu przedwczesnego końca czegokolwiek, bo i nigdy nie doznałem, żeby coś się dla mnie zaczęło. Nie cierpiałem nawet wtedy, gdy jako dziecko straciłem ukochaną matkę. Bardzo rzadko zdarza mi się płakać, chyba że za sprawą piękna sztuki lub przyrody. Co więc mogę wiedzieć o życiu, które – jak to mówią czasem literaci, a jeszcze częściej publicyści, czerpiąc z tej konstatacji prawo, by uważać się za poważnych publicystów – jest raną, jej jątrzeniem się i niemożnością zabliźnienia? Zapewne nic... Ale może będę umiał coś zmyślić... Może wydobędę z tej rany krzyczącą perłę. I włożę ją sobie do źrenicy oka, aby zyskać prawo do uznania się za całkiem niepoważnego. Aby zyskać prawo do tego, by nie mówić o płaczu, ani o ranach, ani o rozczarowaniach, ani o nędzy, ani o niedoli.
Więc pozostanie mi pewnie mówić o kolorach, szaletach i rozpadlinach miasta, po którym chodzę, i o jego szemranych sprawkach, o jego płytkich manipulacjach, o nich będę mówić zamiast mówić o swej tożsamości, zamiast mówić o swoich bliźnich i esencji ich egzystencji; bliźnich dopiero musiałbym znaleźć, wydobyć ich z jelit ulic, wyrwać z objęć murów... Bo tylko tyle, ile wchłonę z tego szemranego miasta, mogę powiedzieć o sobie, tylko to, czym napełnią mnie jego ulice, jego drogowskazy, syreny, nadajniki, stacje paliw, ubojnie i nocne kluby, jego machinacje, jego podziemia. Jeśli zatem nie będę milczał zupełnie, jeśli nie zniknę roztopiony w ruchu swej własnej mętnej transparencji, to tylko dzięki niemu, temu miastu bez twarzy, miastu obnażonego mięsa, miastu gonitwy czerwonej jak fantazmat... Którego kanalizacje podziemne opowiadają o przepływach niebotycznych... Którego wieżowce o dachach ze szkła opowiadają o przygodach błękitu. Którego sieć gazowa śpiewa o nastrojach nie zaznanych przez nikogo. Którego oczyszczalnie ścieków tryskają szlamem niesłychanych miłości. Tak, właśnie od tego powinienem był, jak sądzę, zacząć.
Nie wątpię też, że o wielu, bardzo wielu można powiedzieć, że byli jedynie obywatelami miast, w których mieszkali nie wiedząc nic o tym, że jest jeszcze coś za tymi miastami, i że tchnienie tych miast nadawało kierunek ich pragnieniu i umieraniu. Ale można tak o nich powiedzieć z przyczyn najczęściej powierzchownych, bo to, co ich wiąże z miastem, to rzeczy dobrze określone i w istotny sposób ich samych określające, a więc oddalające od ich istoty charakter jego samego; praca, rodzina, są to szczelne gumowe kombinezony, które separują ich od doznawania, a wraz z nim – i wyrażania czegokolwiek. Ich miasta, jeśli tak można powiedzieć, nie tkwią w ich sercach nagie, a w instynktach nie odznaczają się w swej czystej płynności... Oni nie piją asfaltu, nie są radioaktywnym pyłem – co więc mogą znaczyć? Ja jednak, który jestem człowiekiem najbardziej współczesnym ze współczesnych, który jak dotąd ani nie natrafiłem na rzecz dobrze określoną, która by i mnie określiła, ani takiej rzeczy nie stworzyłem; który żyję jedynie tym, co nadejdzie, i to najbardziej nieoczekiwanym, poszukując w mieście, które zamieszkuję, jedynie przeczuć, szyfrów i śladów upiornego jutra; czuję czasem, że, niezwiązany z nikim i z niczym, prócz delikatnej pajęczyny ruchliwej gotówki, jestem samym tylko obnażonym do kości miastem z jego dzikimi strumieniami, niczym więcej jak tylko krzykliwym kawałkiem jego bruku.
Lecz nie pytajcie mnie, jak się nazywa to miasto. To nie Paryż. Ani Petersburg. Ani Nowy Jork. Moje stateczne, bezbarwne, rytmiczne życie, w którego rutynę i anonimowość wkradają się przecież macki czystego obłędu, w którego ulice i kanały wdzierają się labirynty bezludne, ono jest całe jedyną nazwą tego miasta, gdzie żyć warto jedynie dlatego, aby pod płaszczami obyczajów i form widzieć trupie spojrzenia pytań, które stają się właśnie teraz, właśnie w obecnej dobie, śmieszne, reguł, które stały się nieoczywiste, bo tak wiele dopuszczono wyjątków, słów, które straciły odpowiednik w rzeczywistości. Ale może być tak, że wyginie wiele barw i wiele odcieni, i wiele gatunków ludzkich stanie się rzadkością jeszcze bardziej niepoliczalną niż niegdyś, może zresztą już wymarło ich wiele; i może jest tak, że miażdżąca porowatość dnia wraz z początkiem bieżącego millenium została ulepiona z jeszcze lepszych i szczelniejszych tworzyw sztucznych – lecz i tak zawsze w szczelinach i wyziewach ciał, choćby najbardziej ergonomicznych, kryć się będą aforyzmy i przypowieści o stawaniu, oczekując na tego, który, nieważne w jakim płaszczu, z jakim skalpelem w dłoni, byle ostrym, i z jakim uśmiechem na ustach, byle nie fałszywym i nie zatroskanym, wygrzebie je z nich, aby na sposób dziwaka z sensacyjnego filmu, zamkniętego pośród mniej lub bardziej ciasnych ścian swego apartamentu, dryfującego samotnie przez gwałtowną próżnię dziwnej, kosmopolitycznej stolicy, wypreparować je i pozamykać w szklanych słojach elektronicznych plików.
Nie, to miasto nie potrzebuje nazwy. Tak bardzo, że może się nawet nazywać „Warszawa”. A co to za nazwa, pytacie? Właśnie ją teraz wymyśliłem. Warszawa, niech będzie, to dobrze brzmi, dość abstrakcyjnie. Czy może lepiej Szawarwa? Nie, Warszawa.
Historii też nie potrzebuje to miasto. Umarła już historia tego miasta, Warszawy, i tylko teraźniejszość oderwana od wszelkiej przeszłości – lecz być może dzięki temu opowiadająca przyszłość? – to coś, co nas może obchodzić. Bowiem to bezimienne miasto, nad którym się unoszę, sztuczne miasto postawione na własnych gruzach, miasto wyrwanej psu z gardła teraźniejszości, ono nie ma żadnej historii płynąc w dziwnym, nieruchomym, fantomowym czasie. Za to jego niezwykły organizm ma w sobie, widzę to pod płaszczem miałkości, zaprogramowaną automatycznie prostotę wszelkiej zbrodni, wszelkiego wykroczenia, może dlatego, że upłynnia się w tym mieście miejsca, gdzie można postawić stopę i pogrążyć w pogodnym bezruchu, rzeczy, których można dotknąć, schwycić się mocno lub od nich odbić ku odmiennej przestrzeni, punkty, w których można ukryć się albo przed innymi, albo i przed sobą, uskoki, w których odmienia się rytm i tempo; może dlatego, że jest to miasto gładkich przemieszczeń, zdekoncentrowane, bez sił odśrodkowych i dośrodkowych, bez stron i odgraniczonych fragmentów, wielka, geometryczna urbano-miazga, porośnięta punktami skupienia i rozproszenia powstającymi doraźnie i zawsze poddanymi kontroli, porośnięta pokrzywą i rdzą. Z wyspami oddalenia i zatraty nietrwałymi i ulotnymi niczym ruchy kieszonkowca, gdy opróżnia nam kieszenie, z dekoracjami z teatru infantylnej makabry, z fasadami tymczasowymi i prowizorycznymi, za którymi nie odnajdzie się żadnych szkieletów, ani żadnych klatek i cel ze zduszonymi popędami, a jedynie coraz bardziej abstrakcyjne kolejne fasady, coraz bardziej mętne, skrzywione... – dlatego w mieście tym nie wędruje się pomiędzy biegunami człowieczeństwa i nieludzkości, lecz jest się między nimi przerzucanym tyleż przypadkowo, co natychmiast, bez ładu i składu, przez nieskoordynowaną masę sił i impulsów; jest się nieskoordynowaną masą sił i impulsów... I dlatego też miasta tego nikt jeszcze nie opisał, nie wykrzyczała się jeszcze jego historia; pisze się w tym mieście książki, jak w każdym innym mieście, ale nie napisano jeszcze nic o nim; ono pozostaje nieme, pozostaje niewidzialne, kto zechce je zobaczyć?
A czy uda się w tej przestrzeni odkryć ludzi, którzy stają przed jakąś prawdziwą, a nie pozorną decyzją w sprawie swojego istnienia? A z drugiej strony, może nie warto ich tak naprawdę szukać? Bo może już się narodzili i żyją swoim życiem jeszcze bardziej niesamowici od nich, tacy, którzy, aby mogli istnieć, nie mówią już w ogóle, którzy tkwią w jednym nieskończenie rozrzedzonym i osłupiającym przeżyciu miotając się pośród metamorfoz jego opustoszenia i wieloznaczności, pośród panteistycznych przebrań pieniądza, pośród komunikatów, dożylnych jak niektóre narkotyki; którzy nie wiedzą, bo nie nauczono ich, czym jest obraz i perspektywa, architektura i jednoimienność, konsekwencja i naturalność, i reagują już tylko na krótkie dźwiękowe sygnały: rozproszeni, zdekomponowani, pokawałkowani jak spazmatyczne poematy neonów... Jeśli się już narodzili, to pozdrawiam ich!
Schyłek popołudnia. Idę trochę nietrzeźwo po bocznej ulicy, wymachuję pustą teczką. Pusty jest też mój nieznaczny uśmiech. Tak nieznaczny i tak geometryczny i nieporuszony, że bawię się myślą, iż co wrażliwsi przechodnie mogliby się zastanawiać, czy nie ukradłem swego uśmiechu jakiemuś nieboszczykowi, hiena cmentarna; trupowi kogoś, kto, dajmy na to, zmarł z sarkazmem na ustach. W środku, w moim pustym środku, wszystko chwieje się i huśta. Gdyby ci przechodnie mogli wiedzieć... Gdyby mogli wiedzieć, nad czym się zastanawiam, na jaką propozycję muszę jak najszybciej odpowiedzieć tak albo nie...
Boczne ulice... Samochody posuwają się w nich wśród dzikiej ciasnoty. Nie mogą się przebić, dźwięczą ich rozwścieczone klaksony. Świat pełen jest bezczelnych aut. Lawiruję wśród nich, wśród spalin, nie wymieniając spojrzeń z kierowcami; pulsują światła, czerwień i żółć, zieleń i żółć, czerwień i żółć, i zieleń; migoczą nieznośnie... Klaksony! Boże! Przechodzę przez jakieś bramy, podwórka... Ulicę dalej ryczą młoty pneumatyczne... Bo zawsze gdzieś musi się odbywać mistyczny obrzęd młotów pneumatycznych. Drżał chodnik, drżały mury. Uciekałem, uciekałem przed tym drżeniem, znowu brama i podwórko.
Przez parę chwil obserwuję dzieci bawiące się w zaułku. Choć to może dziwne, lubię dzieci. Ani dlatego, że są szczere, ani dlatego, że okrutne i niewinne; lubię je, bo są mechaniczne, oślizgłe i mechaniczne, przeziera przez nie smutna pustka wszelkiego ludzkiego jutra. Spoglądałem więc zza węgła, starając się być niewidocznym widzem tej obscenicznie odwiecznej sceny: chłopiec silniejszy właśnie bije chłopca słabszego... Słabszy zalewa się łzami, a przecież nie próbuje nawet uciec... Przypatruje się temu bezmyślnie może pięcioletnia dziewczynka, w rękach trzyma ciężki plastikowy worek z ziemniakami... Mechanicznie i precyzyjnie bije słabszego silniejszy, ale zajadle odmierza ciosy. I raz, i dwa, i trzy, i cztery. Egzekucja. Paliłem papierosa zaciągając się powoli. Siarczyste plaśnięcia rozlegały się w dziwnej, wysokiej ciszy, jaka panowała w tym błotnistym zaułku, gdzieś między brunatnymi murami, wznosiły się w górę budząc betonowe echo; zza budynków dobiegał wciąż ryk młota pneumatycznego, w kontenerach na śmieci fermentowały już towary dnia jutrzejszego. I spływały łzy po twarzy mniejszego chłopca, powolna sól drążyła miękki kamień twarzy ludzkiej, jak zawsze drążyła i drążyć będzie. Moje spojrzenie pozostało puste, choć teraz rozszerzało się i zwężało, również ono pulsujące powszechnym ruchem wzrostu i zaniku, pulsujące w mojej błyszczącej, kredowej twarzy.
A potem szedłem dalej. Wciąż półprzytomny. Pod jasnobłękitnym, lecz gasnącym już u kresu dnia niebem wczesnej wiosny. I nagle widzę coś jeszcze: ktoś mi towarzyszy. Nie zatrzymując się, rzuciłem spojrzenie przez swoje lewe ramię; ten ktoś, kto od jakiegoś już czasu mnie śledzi, szedł tuż za mną, nie zrównując się.
Aha, to zwykła pijaczka. Nędznie ubrana, w jakąś powłóczystą, wielowarstwową wdowią spódnicę, w jakiś podziurawiony sweter; chuda, sękowata, sunie upośledzonym krokiem. Spostrzegła, że ją przyuważyłem, i ucieszyła się od ucha do ucha, bo była jeszcze czymś, mianowicie, włóczącą się po ulicach wariatką:
-Cześć, chłopczyku! – mówi niewyraźnie, bezzębna, w jej wyłupionych oczach jarzy się coś... I szła za mną cały czas, przyspieszając, gdy przyspieszałem, zwalniając, kiedy zwalniałem; ani stara, ani młoda, ani kobieta, ani mężczyzna (tylko ta spódnica miała jakąś płeć); szła i nie opuszczała mnie, dokąd bym nie poszedł. Trwa to kilkanaście minut, klucząc po ulicach i uliczkach nie mogę się od niej oderwać, a wstyd mi uciekać... Mijali nas przechodnie i rozstępowali przed nami, jakbyśmy naprawdę szli razem; cóż, mogłem się zdawać trochę nagazowany... Skręcam... Ona za mną... Znowu bramy, podwórka, płoty, śmietniki, dzieciarnia... Już nie wiedziałem, gdzie dokładnie jestem, zatrzymawszy się pośród nieznanych podniszczonych kamienic; ponad moją głową na balkonach suszyło się pranie, gdzieś obok przejeżdżała z rykiem syren karetka pogotowia, jak zawsze, suszyło się pranie i przejeżdżała karetka, jak zawsze do tragicznego wypadku, o, piękno wielkomiejskiej śmierci. Młoty, pogotowie, klaksony, pulsacja czerwieni i żółci, po wiadukcie przetacza się pociąg. Co za kataklizm nawiedził to miasto, to centrum? Serce bije mi coraz szybciej. „Wydrążone moje serce...” Ponad moją głową rozbrzmiewa dziwna kocia muzyka jakby z przyspieszonej taśmy.
A teraz jest ciemniej, jest już prawie noc, choć gdzie indziej jeszcze dogorywa dzień i właśnie zamykają warsztaty wulkanizacji. Zwróciłem się do wariatki, chciałem w zasadzie zapytać, czego chce, a przecież nie otworzyłem nawet ust, patrzę tylko w tę twarz, chorą, szyderczą, popielatą, pomarszczoną, o nosie tak dziwnie zadartym, że można patrzeć przez dziurki w czerń czającą się tam pod spodem, w otchłań po drugiej stronie twarzy.
Nie, nigdy nie zdarzyło mi się cierpieć bardziej niż cierpi się od pospolitej nudy – a przecież świat jest jątrzącą się raną, to właśnie pokazuje każda twarz i każdy mój nerw o tym wie... Ale zdaje się, że to jątrzenie i wszystkie jego epifanie to były dla mnie zawsze tylko powody do radości...
I teraz też, nagle, czuję ją...
Spłynęła na mnie.
Uniosła mnie.
Tak, nagle pokrzepiony spokojem milczącej radości, mogę już spojrzeć w każde oczy.
-Cześć chłopczyku! – powtórzyła ulicznica. – Mam trzęsienie mózgu – dodała. – Tatusia Gestapo zamęczyło... I ciebie też zamęczy... – zaśmiała się zgrzytliwie.
Ale wciąż rozlewał się po moim ciele ten niespodziewany nastrój radosny... Idę więc dalej przez ulice i uliczki, przez podwórka, nie zważając na nią. Idę równomiernym krokiem – i nagle znów przypomniał mi się Bohacki... Jego propozycja, która wzbudziła we mnie teraz lekki dreszcz... Jego plan... To się stanie szybko, bardzo szybko, elektronicznie, to będzie raz dwa, to stanie się natychmiast, zaraz, za chwilę, jutro, może już dziś...
Teczka z wężowej skóry huśtała się w mojej ręce. Wkroczyliśmy na jakąś łąkę, wariatka za moimi plecami i ja, na jakieś błonia, idziemy pośród luźno rozrzuconych drzew pokrytych piegami świeżej i jasnej zieleni, prawie jeszcze nagich. Za nami i przed nami ślą się wielopasmowe jezdnie. Potem przechodzimy przez jakieś przejście podziemne. Poczułem śliski zapach rzeki. Wiem już, gdzie jestem. (...)
Kup książkę