Król Feliks, czyli wyprawa antropofagów

(dramat mitopojetyczny)

(Tekst drukowany pierwotnie w „Przeglądzie filozoficzno-literackim”, nr 1 (3), 2003)

Osoby:

FELIKS KRIGE, pracownik misji ONZ

KSIĄDZ ROBERT, misjonarz

CHIŃSKI HANDLARZ

TOBI, pomocnik Feliksa

SPRZEDAWCA BILETÓW NA PROM

CZŁOWIEK-MAŁPA

PREZENTERZY TV

IRYS, przyjaciel Feliksa

LEKARZ WIĘZIENNY

TUBYLCY I TUBYLKI

ŻOŁNIERZE ONZ, PIELĘGNIARZE, STRAŻNICY, TECHNOMANI

AKT I

Scena 1

W ciemności sceny ukazuje się obraz emitowany przez wkomponowane w scenografię monitory telewizyjne.

GŁOS SPIKERA WIADOMOŚCI TV, tonem frywolnym, jakim wygłasza się informacje w wydaniach popołudniowych.

...w niespotykany i oryginalny sposób uczcili Międzynarodowy Dzień Praw i Swobód Człowieka mieszkańcy miejscowości Czeskie Budziejowice. Zamiast podniosłych uroczystości tamtejsi restauratorzy zaproponowali niecodzienną zabawę: bicie rekordu Guinessa na największy knedlik świata. Poprzedni rekord należy do Ołomuńca, który może się pochwalić dwutonowym knedlem. Budziejowiczanie postanowili, że będą lepsi o tonę. Na gigantyczny knedlik zużyto pięć tysięcy dwieście siedemdziesiąt osiem jaj, tysiąc siedemset dziewiećdziesiąt kilogramów mąki...

Na ekranach monitorów ukazują się: rynek w Czeskich Budziejowicach, gar, do którego kucharze wrzucają mąkę, stos jaj, transparent z napisem po czesku: MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ PRAW I SWOBÓD CZŁOWIEKA, uśmiechnięte grube dziewczynki opychające się knedlami, salutujący policjanci.

Obraz zmienia się, jak przy zmianie kanału telewizyjnego. Na ekranie ukazuje się ekspert.

EKSPERT, tonem nudziarza.

...pozytywnym aspektem globalizacji jest między innymi jej rola w promowaniu uniwersalnych wartości i postępu o charakterze ogólnoświatowym, co przynieść może wymierne korzyści społeczne i cywilizacyjne dla całej planety. Ale globalizacja ma także strony negatywne, zarówno w sensie cywilizacyjnym, jak i społecznym. Te negatywy mogą przyczynić się do znacznego osłabienia pozytywnych tendencji globalnych, z którymi wiążemy tak wiele nadziei...

Kolejna "zmiana kanału"; ukazuje się prezenter wiadomości.

PREZENTER, tonem spektakularnym.

Od kilku dni w Faluku południowym trwa chaos po wycofaniu się z terytorium enklawy armii Goby i przejęciu władzy przez zwalczające się bojówki Frontu Rewolucyjno Ludowego i Demokratycznej Armii Ludowej. Na domiar złego przedwczoraj kraj zalała powódź wezbranej po fali nadspodziewanie dużych deszczów monsunowych rzeki Kalanga. Jedno z najbiedniejszych państw świata pogrążone jest w anarchii i bratobójczych walkach, tysiące ludzi powódź i zniszczenia pozbawiły dachu nad głową i dobytku, jest wielu zabitych i zaginionych. W głębi kraju powstają ogniska epidemii cholery. Mieszkańcom Faluku grozi głód. Misja pokojowa ONZ wysyła dramatyczny apel do społeczności międzynarodowej.

O Faluku słychać było wiele przed ośmioma laty, kiedy to uzbrojone bandy FRL mordowały masowo zwolenników konkurencyjnych organizacji. Po ataku przed trzema miesiącami wojsk sąsiedniej Goby i obaleniu cesarza Charlesa Barneya w kraju wybuchła wojna domowa pomiędzy zwolennikami unii z Gobą a zwolennikami niepodległości, skłóconymi z powodów religijnych. W wyniku zaostrzania się konfliktów wojna rozgorzała z taką siłą, że dowódcy wojsk Goby zdecydowali wycofać się z terytorium podbitego kraju. Mamy połączenie z szefem misji pokojowej ONZ w Faluku Feliksem Krige, dzień dobry panu, panie Krige...

FELIKS, ukazuje się na scenie, w siedzibie misji ONZ; siedzi skulony w kącie, ledwie widoczny. Dookoła parę prostych szaf, biurek i krzeseł. Plakaty unicefu. Zaślepione okno.

Słychać mnie?...

PREZENTER

Czy mógłby pan pokrótce opisać sytuację panującą obecnie w Faluku?

FELIKS

Sama krew... Tyle krwi... Widziałem czerwone smugi płynące w wodzie... Zarzynają się, wszyscy się zarzynają, pogrążeni w jakimś szale mordu... Toną i zarzynają się... (Monitor: kilku ludzi walczy ze sobą pośród rwących fal rzeki; toną zwarci w zajadłym uścisku.)

PREZENTER skonsternowany.

Hmm, panie Krige, czy mógłby nam pan powiedzieć coś o sytuacji politycznej w Faluku?

FELIKS

W jednym miejscu i czasie wszystkie występujące w naturze typy masakry i rzezi spotkały się, by urządzić orgię... Sytuacja polityczna?... To rzeźnia, ale w rzeźni odróżnia się zabijających od zabijanych, a tutaj już nie...

PREZENTER

Czy ktoś ma jeszcze jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją?

FELIKS

Od czasu powodzi panuje anarchia. Przedtem istniało jeszcze kilka dość zwartych organizacji wojskowych, angażujących się w walki, o których można by powiedzieć, iż miały posmak jakiejś oficjalnej wojny... Ale po tej katastrofie, każdy walczy z każdym o życie; to coś w rodzaju zbiorowej furii, jakiegoś ataku szału, który ogarnął wszystkich. Dzisiaj rano byłem świadkiem, jak dwoje dzieci, być może rodzeństwa, walczyło o kromkę chleba, który dałem im do podziału... (Monitor: dwoje dzieci walczy o chleb.)

PREZENTER

Czy misja ONZ jest zagrożona?

FELIKS

Misji już nie ma... Ja i mój jedyny pomocnik wegetujemy w oczekiwaniu na ewakuację. Barak, w którym się zabarykadowaliśmy, jest bez przerwy otoczony przez tłum dzikich. Rozlegają się strzały. Wcześniej, gdy wychodziliśmy, za każdym z nas podążały setki krzyczących, oszalałych osób... To cud, że nie doszło do linczu...

PREZENTER

Panie Krige, ostatnie pytanie: co społeczność międzynarodowa może zrobić dla Faluku?

FELIKS, po chwili milczenia, wzruszając ramionami.

Nic. Nie ma ratunku.

PREZENTER, profesjonalnie niezmieszany.

Panie Krige, niech pan przyjmie od nas wyrazy najwyższej solidarności i życzenia pomyślności... Dziękujemy, że zechciał pan do nas dołączyć, do widzenia... Po tym dramatycznym apelu pana Feliksa Krige, szefa misji pokojowej Narodów Zjednoczonych w Faluku południowym, przechodzimy do innych dzisiejszych wiadomości...

Scena 2

Monitor: twarze dzikich, wrzeszczących, wyłupiających oczy.

FELIKS, patrząc przez okno; jakby kontynuował urwaną rozmowę z prezenterem.

Ta ściana krzyku, tak gęsta i gruba, że chciałoby się jej dotknąć dłonią... Te twarze wszędzie dookoła, na odległość spojrzenia, napierające, bezdenne... Ci ludzie, których przyszłość skróciła się do chwili krótszej niż czas potrzebny na dojście do mnie i dotknięcie mnie. Co mnie czeka? Oni sami jeszcze nie wiedzą..., cokolwiek mnie spotka, stanie się to na zewnątrz tych, którzy to zrobią; w ten sposób nigdy nikt tego nie zapamięta, a ja przepadnę w otchłani przypadków niemożliwych... A jednak zdaje mi się, że nie boję się o siebie. Jakbym i ja był wśród nich, jakbym sam nie mógł bać się niczego, co...

...Nie. Jestem przerażony. Nie spałem tej nocy, wczorajszej również nie...

Tak, lecz mimo to jestem spokojny; jakbym był w przezroczystej skrzyni, wokół której wieje huragan: oczywiście, mógłbym nie zajmować się niczym innym, jak tylko nim, ale równie dobrze mogę nie zwracać nań uwagi. Wszystko we mnie jest natężone, gotowe na każdy cios... Doznaję niezwykłego stanu chłonności: ta ociemniałość, w jaką wpadli ludzie, którzy mnie otaczają, którzy zamykają być może wszystkie drogi, a przecież w swym zamroczeniu są może również otwarciem wszystkich dróg - ta ich niewiedza jest czymś, co mnie przyciąga...

Wchodzi Tobi.

Tobi! Jakie nowiny?

TOBI

Rozruchy trwają. Nikomu, a zwłaszcza panu, nie radziłbym wychodzić na zewnątrz.

FELIKS

Nawet o tym nie myślałem. Odwagi starcza mi tylko na to, żeby wyglądać przez okno. Czy miałeś kłopoty z dostaniem się do środka?

TOBI

Pytali, po co tu wchodzę, ale nic więcej... Przebrałem się i nikt nie mógł wiedzieć, że jestem pracownikiem ONZ.

FELIKS

Dlaczego nas otaczają?

TOBI

Nie wiem. I oni też chyba nie wiedzą. Nikt nic nie wie. Nikt nad niczym nie panuje. Wszyscy mówią o Białym Wybawcy... Panie Krige, jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, znikąd ratunku, możemy tylko bezczynnie czekać na najgorsze... Boję się strasznie, co z nami będzie!

FELIKS

Co z nami będzie? Coś, co nie ma żadnego sensu; coś, co będzie jakby najpustszym odpadem rzeczywistości, śmieciem losu, historią bez treści i konturu...

TOBI

Czy to nie przerażające?!

FELIKS

Tak, to przerażające: wiedzieć, że to, co nas spotka, będzie bezkształtne. Już chyba lepiej zginąć w wypadku samochodowym, o tak, to chyba ma jeszcze dużo sensu w porównaniu z tą niedorzecznością... Tobi, Tobi, pomyśl, że zmasakrują nas tak, że nikt nie pozna naszych zwłok!...

TOBI

Naszych zwłok?!

FELIKS

Albo że żywcem obedrą nas ze skóry!

TOBI

Nie, nie, to niewyobrażalne!...

FELIKS, znowu zalękniony.

Tak, to niewyobrażalne... Boję się!... Obym nigdy nie był tu przybył!... Czemu nie siedziałem w domu? Co mnie popchnęło, żeby się tłuc do tego przeklętego kraiku?!

TOBI, histerycznie.

A co mnie popchnęło, żeby...

Scena 3

Słychać walenie w drzwi. Tobi z największą ostrożnością podchodzi i uchyla je. Wchodzi zdyszany ksiądz Robert.

KSIĄDZ ROBERT

Ludzie, ratujcie, ratujcie, przed chwilą omal mnie nie zlinczowały te dzikusy!...

FELIKS

Proszę wejść... Proszę, proszę; tu będzie pan bezpieczny... Przynajmniej na razie...

Ksiądz, starając się złapać oddech i opanować wzburzenie, siada na krzesełku. Tamci przyglądają mu się z uwagą. Po chwili.

Widzę, że jest pan Europejczykiem i to zupełnie mi wystarcza. Ale z czystej ciekawości: kim pan jest i co tutaj robi?

KS. ROBERT

Jestem ksiądz Robert Kowalczyk, od dziesięciu lat w misji katolickiej. Pochodzę z Polski.

FELIKS

Feliks Krige, pełniący obowiązki szefa misji pokojowej ONZ. A to mój asystent Tobi.

KS. ROBERT

Chwalić Boga, że udało mi się do was przedostać. Dziś rano w czasie mszy w kościele wybuchły rozruchy. Te bestie nie mają już szacunku nawet dla domu bożego. Akurat rozdawałem komunię... Nagle któryś z tubylców przyjąwszy ciało boże wpadł w szał, wypluł sakrament... Podniósł się straszny harmider... Dzikusy uzbroiły się w maczety. Na moich oczach zamordowano dwie zakonnice; biedaczki ledwie przed miesiącem przybyły z Wilna, by pomóc w organizacji przykościelnej szkoły...

FELIKS, z zadumą.

Wszystkie tamy przerwane, proszę księdza; wszystkie zahamowania, które oddzielają świat w jego zwykłym biegu od wybuchu potworności. Zdaje się, że nie skończy się to dla nas dobrze...

TOBI, ochłonąwszy, lecz bez przekonania.

Och, nie traćmy nadziei, pozostawmy sobie choćby jej ułamek... To musi się kiedyś skończyć!

KS. ROBERT

Pan jest chrześcijaninem?

TOBI

Tak, protestantem. Mój pastor zginął przedwczoraj.

KS. ROBERT

Panie Boże, miej go w swojej opiece.

FELIKS, znowu wyglądając przez okno.

A jeśli nie? Jeśli nie ma końca dla takich wybuchów? Jedynie wzbieranie, ciągłe wzbieranie aż do absolutnej zagłady?

KS. ROBERT

Ach, ach, unde malum, pytam się, unde malum?

Milczenie; w tle narasta nagle wrzask. Monitor: twarze dzikich.

FELIKS, zatykając dłońmi uszy i odwracając się gwałtownie od okna.

To nie do zniesienia, nie do zniesienia!

KS. ROBERT, po chwili.

Jest pan nadzwyczaj młody jak na szefa misji...

FELIKS, uspokaja się.

Jestem jej szefem dopiero od paru dni, jako jedyny Europejczyk, który tu pozostał. Wcześniej byłem pracownikiem niższego szczebla... Ściśle mówiąc: najniższego.

KS. ROBERT

Co sprawiło, że nie został pan ewakuowany?

FELIKS

W ostatniej chwili przed ewakuacją do misji zgłosiła się pewna Angielka w ósmym mie-siącu ciąży. W helikopterze nie było już ani jednego wolnego miejsca, ale tej kobiety nie można tu było zostawić. Czas gonił, a nie było rozwiązania tej sprawy. Wtedy poddałem szefowi misji myśl, byśmy ciągnęli losy...

KS. ROBERT

I sam pan wylosował ten jeden jedyny przegrywający?! Mój Boże, cóż za ironia losu!

FELIKS

Wzbraniam się przed tym, by uważać to za ironię. Wolałbym widzieć w tym jakąś..., jakąś symetrię... Nie wiem czy ksiądz mnie rozumie... Zbieg okoliczności, w którym uwidoczniła się jakaś równowaga pomiędzy dobrowolnym działaniem a przypadkiem...

KSIĄDZ ROBERT

Pan ma bardzo uduchowione usposobienie, pan mógłby być księdzem.

FELIKS, z uśmiechem.

Ksiądz żartuje. Dlaczego? Ksiądz ma podobne usposobienie?

KS. ROBERT, niezmieszany.

Ach, nie, nie, nie, nie!... Zresztą, mniejsza o to... (milczenie) Ale... Jak rozumiem, nie zostawiono tu pana bez nadziei ratunku? I pan będzie ewakuowany?

FELIKS, ucinając.

Tak, z całą pewnością... Ale czy to nie wszystko jedno...

KS. ROBERT, z namysłem.

Pan... Pan jest taki zrezygnowany... Pan stracił nadzieję... Czy nikt na pana nie czeka w domu? Nie ma pan dokąd wracać?

FELIKS, wzruszając ramionami.

Mam żonę, skoro ksiądz pyta. Mam dom, mam wszystko.

KS. ROBERT

I nie chce pan wrócić do żony? Nie zależy panu, by uratować się z tego piekła, zobaczyć znowu dom?... Zresztą, chyba jeszcze nie urwała się wszelka łączność?

FELIKS

Ma pan rację, jest tu telefon satelitarny (uśmiecha się), mogę się stąd dodzwonić do każdego miejsca na ziemi!

KS. ROBERT

To kiedy ostatnio rozmawiał pan z żoną?

FELIKS

Przedwczoraj.

KS. ROBERT

I przecież ona straszliwie martwi się o pana, pragnie, by pan wrócił, tęskni, czy nie mam racji? Przecież jesteście szczęśliwym małżeństwem?

FELIKS

Tak, to wszystko prawda, jesteśmy, byliśmy szczęśliwi...

KS. ROBERT

Kocha pan swoją żonę?

FELIKS

Nie wiem, czy ksiądz mnie zrozumie, ale w tej chwili jestem tak dogłębnie świadom swojej sytuacji, miejsca, w którym się znalazłem, miejsca być może najbardziej odciętego na ziemi, miejsca, w którym każde inne miejsce jest całkowicie niedostępne... (przerywa) Jestem tego świadom każdą cząstką duszy, jestem przesiaknięty tym odcięciem, które nie jest już nawet odległością i czasem... Czy kocham swoją żonę? Wiem, że ją kochałem, i wiem, że jeśli zobaczę ję znowu, będę szczęśliwy, być może najszczęśliwszy w życiu. Lecz teraz, tu i teraz, nie rozumiem sensu tego pytania. Świat, w którym żyje moja żona, jest tak bardzo, tak nieskończenie niedostępny, świat, w którym jestem teraz ja, jest tak namacalnie skończony i zamknięty, że myśl o jakimkolwiek związku między nimi wydaje mi się najczystszym nonsensem. Kocha się przecież tylko to, co nas przyciąga, nie coś, co jest zupełnie niedostępne, tak bardzo, że jedyną jego gwarancją nie może być nasza wyobraźnia, a co najwyżej tylko wspomnienie...

KS. ROBERT

Przeciwnie, przeciwnie, kochamy właśnie to, co niedostępne, niemożliwe...

FELIKS

To, co niedostępne, nie jest godne miłości. I wszelkich w ogóle uczuć - bo przecież nasze uczucia są tak... miejscowe... Uczucia, jak sądzę, zawsze rozciągają się tylko po horyzont; są one jakby bezdenną głębią tego, co jest w naszym zasięgu, i siłą naszych chwytających to rąk...

KS. ROBERT

Pan mówi o miłości ziemskiej, by nie powiedzieć: przyziemnej. Ale są też inne. Jak moglibyśmy kochać ludzkość, gdybyśmy ograniczali się jedynie do uczuć codziennych?

FELIKS

Nie wiem, bo nie kocham ludzkości. Kocham tylko to, co mnie kocha...

KS. ROBERT

Co pan tu zatem robi? Szuka pan siebie? Pragnie określić swą tożsamość?

FELIKS

Znalazłem się tutaj przez przypadek, o którego okolicznościach nie chcę mówić... (Lekko) Nie, nie szukam siebie. Nigdy się nie zgubiłem, więc nie muszę się szukać... Zresztą, od tego, czym jesteśmy, o wiele ciekawsze jest wszystko to, czym być możemy...

KS. ROBERT, sucho.

Cóż, wnoszę, że nie jest pan właściwym człowiekiem na tym miejscu.

FELIKS

Nie miałem nigdy ambicji, by być na właściwym miejscu...

KS. ROBERT

Tym bardziej jednak powinno ci, młodzieńcze, zależeć na tym, by przeżyć tę piekielną przygodę. Nie pragniesz ratunku?

FELIKS

Pomiędzy życiem, które widzę tutaj, tym życiem najbardziej wybujałym w swej kruchości, najbardziej zacieśnionym pomiędzy wszystkimi formami zagłady, najszybciej przechodzącym metamorfozy, życiem, które zdaje mi się jakąś aż do zwyrodnienia przyspieszoną przemianą materii, a tamtym życiem, do którego wróciłoby mnie ocalenie, jest zbyt wielka różnica, by można jeszcze było pragnąć ponad nią skoczyć, by można było pragnąć czegokolwiek...

KS. ROBERT

Jak łatwo się poddajesz! Ach, boję się o ciebie, boję się bardziej niż o siebie, bo wiem, że ci, którzy nie zabiegają, zawsze będą przegrani.

FELIKS

Ja się nie poddałem, wcale się nie poddałem...

Wygląda przez okno. Milczenie. Decyduje się nagle.

Pozwolicie, że was na jakiś czas opuszczę?

KS. ROBERT

Dokąd to, obłąkańcze? Życie ci niemiłe?!

FELIKS

Chcę stąd wyjść, przejść się trochę, może są jeszcze jakieś możliwości ucieczki.

TOBI

Panie Krige, to nie jest dobry pomysł. Zdarzały się już przypadki linczu.

FELIKS

Tłum linczuje tylko tych, których sam zamknął w potrzasku. Ci, którzy się przezeń przebijają na wylot, zastają go jakby uśpionym i łatwiej jest im go rozerwać. Zanim ten tłum zorganizuje się w masę zdolną do linczu, będę już po drugiej stronie. A będę wtedy szedł tak wolno, że nikt nie zdoła rzucić się za mną w pogoń.

KS. ROBERT

Wariackie teorie, od początku do końca.

FELIKS

Gdy wyjdę, wystrzelcie racę. To powinno odwrócić uwagę.

KS. ROBERT

Nie znasz nawet ich języka! Co powiesz, gdy cię otoczą? Jak się wytłumaczysz?

FELIKS

Przez pół roku pobytu tutaj nauczyłem się nieco tutejszego języka, o to niech się ksiądz nie martwi.

KS. ROBERT

Tak czy inaczej: to lekkomyślność, wielka lekkomyślność!

FELIKS (do siebie)

Tak, to lekkomyślność... Niezbędna lekkomyślność... Wrócę niedługo...

Wychodzi.

Scena 4

Nieokreślona okolica usłana zwłokami. Feliks, krocząc przez nią w zamyśleniu, natyka się nagle na Chińskiego handlarza.

HANDLARZ

Człowieku, zatrzymaj się!

FELIKS

Czego ode mnie chcesz?

HANDLARZ

Czy to nie ty jesteś ostatnim obrońcą europejskiej misji?

FELIKS

Jestem tu ostatnim Europejczykiem, nie licząc pewnego Polaka. Nie jestem jednak obrońcą... Jestem przedstawicielem, rezydentem, kimś, kto niewinnie świadkuje...

HANDLARZ

Ha, ha, ha! Widzę, że twoje położenie zaczyna cię nawet bawić.

FELIKS

Bardzo powoli, ale tak. Tę powolność wynagradza mi jednak szybkość następstw...

HANDLARZ

Nie jesteś zatem obrońcą misji i nie myślisz nim być? Nie chciałbyś kupić ode mnie broni? Slużę każdą bronią, jakiej sobie zażyczysz.

FELIKS

Jakże misja pokojowa mogłaby się bronić? I to z bronią w ręku?

HANDLARZ

Spójrz na ten automat. Sześćset strzałów na minutę.

FELIKS

Minuta to tutaj za długo.

HANDLARZ

Jeśli otoczy cię tłum, ten automat będzie twoja tarczą.

FELIKS

Musiałoby w nim być milion sztuk amunicji. Tyle tutaj jest ludzi na metrze kwadratowym...

HANDLARZ

Nie bądź głupi. Nie chcesz automatu, to może chcesz ten gaz?

FELIKS

I cóż miałbym z nim zrobić? Gazować?

HANDLARZ

Nie możesz dać się po prostu zabić! Musisz się ratować! Niedługo wasz barak zostanie zaatakowany, aż roi się od plotek na ten temat.

FELIKS

Kto tak mówi?

HANDLARZ

Mniejsza o to. W każdym razie sam dobrze wiesz, że jesteście śmiertelnie zagrożeni, że w tym kraju nikt nie może aż tak jak wy być pewien śmierci. Nikt!

FELIKS

Wiem. Ale co mi w związku z tym po broni?

HANDLARZ

Czy nie masz zamiaru walczyć?

FELIKS

Ależ oczywiście, że będę walczył. Jak mógłbym poddać się bez walki? Będę gryzł, wierzgał i drapał!...

HANDLARZ

Gryzienie nie na wiele się zda. Potrzebujesz broni.

FELIKS

Broń nie zwiększy moich szans na przeżycie.

HANDLARZ

Ale zwiększy twoje możliwości walki.

FELIKS.

Czy jednak ten wzrost może cokolwiek zmienić?

HANDLARZ

Nawet jeśli nie zmieni wyniku, to zmieni ciebie.

FELIKS

Być może masz rację... A zatem sprzedaj mi nóż.

HANDLARZ

Nóż? Sam nóż? Zamiast skuteczności coś po prostu brutalnego?

FELIKS

Częściowo mnie przejrzałeś, chiński handlarzu. Skuteczność wszak nie jest mi potrzebna, potrzebny mi jest sam cios.

HANDLARZ

Weź zatem ten. To sztylet damasceński. Widzisz, jaki piękny? I jak krzywy? W swej krzywiźnie wyraża całą swą siłę... Właśnie tak krzywy, jak tego chciałeś w swoim ostatnim życzeniu.

FELIKS

Tak, jest piękny i ma w sobie jakąś furię. Ile za niego chcesz?

HANDLARZ

Weź go. Jeśli proponowałem ci handel, to nie dlatego, że chcę zarobić, ale dlatego, że pragnąłem dokonać jakiejś transakcji.

FELIKS

Chciałeś dokonać transakcji? Tylko tyle?

HANDLARZ

Mój drogi, to nie tak mało w tej sytuacji. Tutaj transakcje już nie istnieją. A poza tym, ja też nie mam szans na przeżycie. Pieniądze nie są mi już potrzebne. Weź ten nóż, przyda ci się. A teraz żegnaj.

FELIKS, biorąc nóż, ważąc go w dłoni i wtykając za pasek.

Dzięki, być może go użyję. Powodzenia.

Chiński handlarz wychodzi.

Scena 5

Ta sama okolica. Feliks rozgląda się. Nagle z drugiej strony wybiega krzycząca tubylka goniona przez rozbestwionego, charczącego tubylca. Feliks kryje się za jednym z trupów. Po chwili tubylec chwyta kobietę i przyciska do siebie; ta wyrywa się i wymija go, tamten łapie ją znowu. Kobieta stawia dwuznaczny opór, zarazem krzyczy i śmieje się. Tubylec przewraca ją na jedno z leżących ciał; kładzie się na niej lubieżnie, ona drapie go w plecy i obejmuje nogami; oboje zaczynają poruszać się miarowo; kobieta jednocześnie bije pięściami w plecy mężczyzny i bełkocze coś do jego ucha; próbuje się bez powodzenia wyrwać i obejmuje go. Feliks przygląda się tym dwojgu beznamiętnie. Po jakimś czasie powstają; tubylec trzyma tubylkę za rękę i wyprowadza ją; ta odchodzi z nim chichocząc i próbując zarazem się wyrwać. Feliks wychodzi.

Scena 6

Biurko. Monitor: jezioro zasnute mgłą. Za biurkiem sprzedawca biletów na prom segreguje dokumenty. Wchodzi Feliks.

SPRZEDAWCA

Niestety, spóźnił się pan na ostatni prom. Teraz nie mogę już panu pomóc, zwijam biuro. Połączenia zostały zawieszone.

FELIKS

To były jeszcze promy na drugi brzeg?

SPRZEDAWCA

Do dzisiaj o szóstej po południu. Czekaliśmy na pana dwie godziny. Prom odpłynął przed dziesięcioma minutami.

FELIKS

Czekaliście na mnie? Przecież nie miałem wcale płynąć promem. Nic o nim nie wiedziałem, a znalazłem się tutaj przez przypadek, błąkając się po okolicy.

SPRZEDAWCA

Jak to, przecież szef misji jeszcze przed tygodniem nakazał zachować dla pana miejsce. Na każdym promie była dla pana rezerwacja!

FELIKS

Szef misji?

SPRZEDAWCA, pokazując jakiś dokument.

Proszę, niech pan spojrzy.

FELIKS

Rzeczywiście... Ale dlaczego nic o tym nie wiedziałem?...

SPRZEDAWCA

Niedopatrzenie, fatalne niedopatrzenie! Ewakuacja była tak nerwowa, być może właśnie dlatego...

FELIKS, jakby zapominając już o całej sprawie.

I stąd przez cały ten czas regularnie i bez przeszkód odpływały promy?

SPRZEDAWCA

Przeszkody były, ale koniec końców przebiegało to dość sprawnie. Mieliśmy dużo szczęścia...

FELIKS

A teraz? Co pan teraz zrobi?

SPRZEDAWCA

Firma zawiesiła działalność, a ja uporządkuję tylko te papiery i wracam do domu.

FELIKS

Wraca pan do domu?

SPRZEDAWCA

Mam nadzieję wrócić. Mój dom jest o dwie mile stąd. Ale kiedy trwa wojna, dom oddala się. Dlatego biorę ze sobą plecak z prowiantem i ten rewolwer.

FELIKS, zabierając się do odejścia.

A zatem życzę powodzenia...

SPRZEDAWCA, patrząc długo za odchodzącym.

Poczekaj, poczekaj! Jeszcze nie wszystko stracone! Nie zależy ci na tym, żeby jednak stąd uciec?

FELIKS, odwracając się.

Oczywiście, że tak. Ale czy jest jeszcze jakaś możliwość?

SPRZEDAWCA

Co wieczór dobija tutaj łódź pewnego rybaka. Jeśli na niego zaczekasz, być może będziesz mógł umówić się z nim na przeprawę jutro.

FELIKS

Nie jestem sam. W misji schronił się pewien ksiądz; on też pragnie stąd uciec.

SPRZEDAWCA

Znalazłoby się miejsce i dla niego. Musisz tylko rozmówić się z tym rybakiem. Poczekaj, on niedługo powinien tu być.

FELIKS

Myślisz?...

SPRZEDAWCA

Oczywiście, to twoja ostatnia szansa. To nie potrwa długo.

Scena 7

Późna noc. Feliks i sprzedawca biletów promowych siedzą w ciszy nad brzegiem jeziora.

SPRZEDAWCA

Nie niecierpliw się. Rybak już dawno powinien tu być.

Długie milczenie.

FELIKS, powstając raptownie.

Nie mogę już dłużej czekać.

SPRZEDAWCA

Spieszy ci się dokądś?

FELIKS

Nie. Ale nie mogę tu dłużej czekać. Muszę iść. Ta cisza, to siedzenie tutaj - to doprowadza mnie do straszliwego znużenia, jest mi tu ciężko, bardzo ciężko... Jeśli nie pójdę dalej, chyba zwariuję. To nie do wytrzymania. Nie znoszę czekać.

SPRZEDAWCA

Będziesz zgubiony, jeśli nie poczekasz na ostatniego przewoźnika! To ostatnia szansa.

FELIKS, głosem coraz cichszym i bardziej zmęczonym.

Być może... Ale jeszcze chwila tutaj i nie będę miał sił, by z nim mówić. Muszę się przejść, zrobić jakiś ruch. Za chwilę wrócę.

SPRZEDAWCA

Jeśli rybak tu przypłynie, a ciebie nie będzie, nie zaczeka.

FELIKS

Namów go, by przedostał się do misji. Powiedz, że wynagrodzę go sowicie; zapłacę mu tyle, że będzie mógł z tego utrzymać swą rodzinę do końca życia. Powiedz, że czekam na niego w misji.

SPRZEDAWCA

To się nie uda. To ciemny i nieufny człowiek. Nie będzie się narażał na takie niebezpieczeństwo!

FELIKS

Ty go tam zaprowadź. Nagroda cię nie ominie. Ja dłużej czekać nie mogę.

SPRZEDAWCA, za odchodzącym Feliksem.

Zaczekaj, oszalałeś chyba!

Goni za nim i chwyta za rękę; Feliks wyrywa się.

Nie masz wyboru, musisz na niego zaczekać.

FELIKS

Nie, nie, nie! Nie mogę już dłużej. Wydaje mi się, że czekałem tu rok. Jestem straszliwie zmęczony!

Ucieka. Sprzedawca robi za nim kilka kroków, lecz szybko rezygnuje. Zabiera się do powrotu. Nagle wchodzi uzbrojony w maczetę tubylec, zbliża się groźnie do sprzedawcy. Ten wyciąga rewolwer i mierzy do tubylca. Tubylec krąży wokół niego wymachując maczetą. Nagle przyskakuje doń; sprzedawca naciska kilkakrotnie na spust, lecz rewolwer nie wypala. Tubylec zarzyna go maczetą i wybiega.

Scena 8

Nieokreślona okolica, jeszcze więcej zwłok. Gdzieś wśród nich kuca tubylka ze sceny 4, poprawia włosy. Na widok Feliksa powstaje gwałtownie, lecz nie ucieka. Feliks przystaje i przygląda się jej, potem przybliża powoli. Tubylka patrzy nań zarazem zalotnie i z trwogą.

FELIKS

Nie uciekaj, nie uciekaj, nie skrzywdzę cię!

TUBYLKA, z natychmiastową przekorą.

Przecież nie mógłbyś mnie skrzywdzić. Biali chłopcy jak ty nie krzywdzą tutejszych kobiet, nie. Dają im mleko dla dzieci; robią im badania medyczne, szczepionki...

FELIKS

Myślisz, że nie mógłbym zrobić tego, co zrobił z tobą tamten dzikus? Mógłbym cię złapać i...

TUBYLKA

Nie, nie dałbyś rady!

Feliks doskakuje do niej i próbuje złapać, ona wymyka się ze śmiechem.

Nie dasz rady, nie!

FELIKS, śmiejąc się razem z nią.

Złapię cię, poczekaj!

Gonią się w kółko.

TUBYLKA

Nie, nie złapiesz!

Nagle potyka się o leżące na ziemi ciało i pada; Feliks rzuca się na nią zdyszany i łapie za rękę.

FELIKS, z uśmiechem.

A jednak! Mam cię!

TUBYLKA, próbując się wyrwać, lecz nie cofając ręki.

I co zrobisz teraz?

FELIKS

Teraz?

Pieści ją łagodnie dłońmi.

Podobasz mi się.

TUBYLKA, wzdychając.

Jesteś taki delikatny, taki delikatny...

FELIKS, obmacuje ją gwałtowniej.

Nie, nie aż taki!

TUBYLKA, broniąc się bezskutecznie.

Czego ode mnie chcesz?

FELIKS, łagodniej.

Czego chcę? Czego chcę?...

TUBYLKA

Zostaw mnie! Wy wszyscy z ONZ pogardzacie takimi dziewczynami jak ja. Co innego biali najemnicy... Tylko że oni zawsze są pijani. Ale ich już dawno tu nie było. A ty nie jesteś pijany!

FELIKS, zapalczywie.

Jestem, jestem! I wcale tobą nie gardzę, podobasz mi się!

TUBYLKA

Ty też mi się podobasz...

Wpada tubylec z maczetą. Feliks powstaje, cofa się o kilka kroków. Tubylec, rozwścieczony, podbiega do leżącej dziewczyny i podnosi ją.

TUBYLEC

Co ty tu robisz? Gdzie się włóczysz? Wstawaj, pójdziesz ze mną!

Dziewczyna, milcząc, poddaje mu się z zupełną biernością. Tubylec mierzy wzrokiem Feliksa.

Czego od niej chciałeś? Odpowiadaj, czego od niej chciałeś? To moja kobieta!

Dziewczyna stoi za jego plecami i patrzy w ziemię.

FELIKS, pojednawczo.

Twoja kobieta? Nie wiedziałem.

TUBYLEC, miota się wściekle i przybliża nieznacznie do Feliksa; ten robi krok do tyłu.

Teraz już wiesz. Wynoś się stąd!

FELIKS, cofając się.

Już idę. Nie wiedziałem, że ona jest twoja. Gdybym wiedział, jakżebym się ośmielił...

TUBYLEC, z pewnością siebie.

Precz! I żebym cię tu więcej nie widział, bo następnym razem wypruję z ciebie wnętrzności i powieszę na drzewach, jak lianę!

FELIKS, nie odwracając się od niego cofa się ostrożnie i sięga ręką za plecy.

Nie wiedziałem, przyjacielu, że to twoja kobieta; bardzo mi przykro, że cię uraziłem... Myślałem, że jest sama, i chciałem jej...

Ostatnie słowa wypowiada już skacząc jednym susem ku tubylcowi i wbijając weń nóż; tamten zdąża tylko podnieść maczetę, gdy nóż tkwi w jego sercu.

(Dokańcza) ...tak, tak, chciałem jej, chciałem... (do dziewczyny) Hejże, rzeczywiście miałaś coś wspólnego z tą obdartą kanalią?

TUBYLKA, podnosząc nań powoli, lecz śmiało, oczy; po dłuższej przerwie.

Tyle samo, co z tobą. Na pewno nie więcej. Mężczyźni! Biali, czarni, wszystko to samo!

FELIKS, z namysłem i lekkim uśmiechem; w sposób przekonujący.

Cóż, ponieważ ten tu jest martwy, twoja odpowiedź obraża mnie jedynie w czasie przeszłym. A zatem nie czuję się na ciebie obrażony i wszystko możemy jeszcze odrobić...

Podchodzi do niej i bierze ją za rękę; ona, nie stawiając oporu, daje mu się posłusznie wyprowadzić.

Scena 9

Siedziba misji ONZ. Tobi w stroju ministranta, ksiądz Robert, gromada tubylców w obdartych łachach, steranych przez nieszczęścia, udręczonych i groźnych; klęczących dookoła - lecz nie wkrąg - księdza Roberta, który w chwili, gdy do pomieszczenia wkracza Feliks, unosi w rękach prowizoryczną monstrancję: tubylcy wpatrują się w nią dzikim wzrokiem.

KS. ROBERT, intonuje.

Oto przybyliście na ucztę Pana!

FELIKS, na stronie; ironicznie.

Doprawdy, sielanka.

Powoli omija klęczących tubylców, by zająć miejsce bliżej księdza i Tobiego. Tamci rozdają z tacy poszarpany na drobne kawały chleb. Tubylcy mamroczą monotonnie i nabożnie, pochylają głowy. Głośno, do księdza.

Co to, msza?

KS. ROBERT

Tak. Musieliśmy coś zaimprowizować. Wtargnęli tu przed półgodziną, zażądali Świętej Komunii. Nie można było zdobyć Opłatka, więc poświęciłem ten Chleb Święty.

FELIKS

Miejmy nadzieję, że nie wpadną w konwulsje, jak ci, którzy dzisiaj rano wtargnęli do księdza na mszę z maczetami. Albo żeby po tym chlebie nie zrobili czegoś jeszcze gorszego.

KS. ROBERT, odpowiadając ponad głowami zgromadzonych.

Ci są nieuzbrojeni. Nie śmieliby iść na mszę z bronią. Wiedzą, że Chrystus nienawidzi przemocy.

FELIKS

Wszyscy o tym wiedzą. Ci zresztą wyglądają mi na szczególnie skruszonych. Ale czy ksiądz wygłosił już kazanie?

KS. ROBERT, z powagą.

Oczywiście; czyś nigdy nie uczestniczył we mszy, synu?... Widzisz, być może w sensie ściśle liturgicznym ten obrządek jest nielegalny i nieważny; dokonany w pośpiechu, z doraźnym kazaniem, z pominięciem słowa bożego... Lecz jeśli ci tutaj przyszli z czystym sercem, by oddać w opiekę boską swoje dusze, Bóg nie poczyta im za złe tego, że jego ciało przyjęli pod postacią bułki. Jeśli zaś przychodzą ze złego podszeptu, Ciało Boże tym bardziej, bo także z punktu widzenia formalnego, nie zostanie zbeszczeszczone przez szatana.

Rozdziela chleb wśród wyciągniętych łakomie jak u piskląt ust.

Corpus Domini Nostri..., Corpus Domini Nostri...

FELIKS, drwiąco.

Ksiądz powinien mieć zawiązaną na oczach przepaskę. Wtedy w ogóle nie byłoby punktu widzenia...

KS. ROBERT

Błogosławieni wyszydzeni! Synu, nie bluźnij przeciw temu, co robię dla tych zagubionych owieczek!

FELIKS

Czy jednak wymuszona komunia, niepoprzedzona spowiedzią, nie jest grzechem?

KS. ROBERT

Była spowiedź powszechna, w szczególnych wypadkach uważana za wystarczającą... Zresztą zdaję sobie sprawę z ryzyka... Jestem jednak człowiekiem, który nigdy nie traci nadziei. Dlatego nawet teraz z całego serca pragnę wierzyć, że sakrament będzie miał na nich zbawczy wpływ. (Podnosi cicho głos w przypływie rozpaczy.) Ach, jeśli nawet oni grzeszą śmiertelnie, to ja spełniam ostatni być może w swoim życiu dobry uczynek...

FELIKS, wysłuchawszy go z namysłem; zapalczywie.

Dobrze! A zatem niech ksiądz pozwoli i mnie rozdawać ten chleb!

KS. ROBERT

Synu, czy jesteś pewien, że przemawia przez ciebie szczera chęć serca?

FELIKS

Tak, tak, najszczersza! Chcę księdzu pomóc! Przecież i ja jestem chrześcijaninem, a im więcej się nas zaangażuje w tę mszę, tym będzie ona wartościowsza w oczach Boga.

KS. ROBERT

Bóg w swej mądrości wie, że nie liczba chrześcijan jest tu najważniejsza.

FELIKS

Czy zatem nie mogę pomóc?

KS. ROBERT

Zrobisz, co zechcesz. Nie moja to rola, powstrzymywać innego od dobrej posługi.

Feliks jakby zaskoczony jego słowami popada na chwilę w odrętwienie i przypatruje się, jak kolejni tubylcy zaczynają przeżuwać chleb.

TUBYLEC I, nagle.

Ojcze!

KS. ROBERT, z niepokojem.

Słucham cię, synu.

TUBYLEC I, furiacko.

Ojcze!!

KS. ROBERT, robiąc nad nim znak krzyża, współczująco.

Mów, mów śmiało... Chcesz się wyspowiadać?...

TUBYLEC I, wpadając księdzu w słowo, wrzeszcząc na całe gardło zarazem groźnie i rozpaczliwie i przysuwając ku tamtemu twarz pogrążoną w amoku.

Ojcze!!!

Milczenie. Ksiądz przypatruje się z uwagą tubylcowi, ten wytrzeszcza w niego oczy.

FELIKS, głośno do tubylca.

No powiedz wreszcie, czego chcesz?

TUBYLEC I, nieco łagodniejąc; śpiewnie.

Ojcowie! Powiedzcie mi, o, powiedzcie mi, wielcy ojcowie, czy teraz gdy przyjąłem ciało boże, jestem Bogiem? Powiedzcie mi, o, powiedzcie, ojcowie!

KS. ROBERT, z mocą.

Nie! Popełniłbyś grzech, gdybyś tak myślał!

TUBYLEC II

Lecz jednak nie może być inaczej. Być może jest to grzech, ale nie można nie zmienić się w duszy w tego, kogo się zjadło. Nawet gdy jem antylopę, jej dusza zlewa się z moją...

KS. ROBERT

Bóg nie jest zwierzęciem.

TUBYLEC I, zapalczywie.

Ale czy nie jestem przynajmniej święty, kiedy jem jego ciało?

KS. ROBERT

Nie, również święty nie jesteś, mój drogi...

TUBYLEC I, nagle wyciąga zza paska spodni sztylet i wymierza go w księdza Roberta.

Jak jednak mogę zjeść ciało boże i nie być z tego powodu co najmniej świętym albo błogosławionym?!

FELIKS, przybliżając się od tyłu do tubylca.

Niesłusznie się oburzasz, synu. Bo spożywszy wieczerzę pańską nie zamieniasz się w Boga; Bóg, jak wszak wiesz, jest jeden; nie zmieniasz się również w świętego. Jednak zamiast tego, zmieniasz się w anioła. Czyżeś nie słuchał uważnie tego, czego nauczał cię twój kapłan?

TUBYLEC I

W anioła?

FELIKS

Tak, w anioła, który w dzień unosi się na skrzydłach ponad obłokami.

TUBYLEC II

Unosi się?

FELIKS

Tak, i ty się uniesiesz, poczekaj tylko do rana.

TUBYLEC I, podejrzliwie

Ale nigdy wcześniej, przyjąwszy ciało Boga, nie zmieniłem się w anioła.

FELIKS

To dlatego, że nie dostąpiłeś wcześniej najwyższej tajemnicy wiary. Dzisiaj jednak, ponieważ przybywasz tutaj z czystym sercem, odkryto przed tobą ostateczną moc Pana! Wszak dotąd przyjmowałeś komunię pod postacią opłatka. Dzisiaj jednak dostałeś chleb, którego siła jest o wiele wyższa i dostępna jedynie nielicznym. Bądź błogosławiony, że przybyłeś na wieczerzę chleba chrystusowego (kreśli przed twarzą tubylca znak krzyża).

TUBYLEC I, cofając nóż, z niepokojem.

Ale nie rzuciliście na nas jakiejś klątwy?

FELIKS

Ten chleb przemieni się w klątwę zamkniętą w twoim brzuchu, jeśli tej nocy nie poświęcisz, by podziękować w pokorze Bogu za jego łaskę.

Reszta tubylców zaczyna się tłoczyć przy księdzu; ci, którzy jeszcze nie otrzymali chleba, domagają się go z płaczem; inni padają na kolana i krzyczą, inni zaczynają chodzić w kółko.

KS. ROBERT, do Feliksa.

No, uratowałeś nas... Bóg ci zapłać.

Tubylcy, przyjmując chleb i żując go nabożnie, wychodzą bardzo powoli, jeden po drugim, z siedziby misji; towarzyszą temu chaotyczne tańce i dzikie zawodzenia, bębnienie i brzęczenie bransolet.

Monitor: tubylcy ze skrzydłami aniołów unoszą się w przestworzach.

AKT II

Scena 1

Siedziba misji, ranek. Feliks patrzy przez okno. Tobi śpi na krześle. Ksiądz wchodzi z boku, owinięty w ręcznik kąpielowy.

KS. ROBERT

Co tam widać przez okno okno?

FELIKS

Wokół ogrodzenia gromadzi się coraz więcej ludzi. Ale dzisiaj nie krzyczą, lecz milczą. Są nieruchomi. Co wyżsi spoglądają tutaj sponad muru. Są wręcz niewiarygodnie spokojni.

Monitor: statyczne i długie ujęcie setek nieruchomych tubylczych twarzy.

KS. ROBERT

Chwała Bogu, być może opamiętali się... (Po przerwie) Ale, ale! Miałem pana obrugać za wczorajszą noc! Gdzie się pan włóczył tyle czasu?! Umieraliśmy z niepokoju!

FELIKS, odwracając się od okna.

Byłem wszędzie... Błąkałem się... Miałem przygody...

KS. ROBERT, zaniepokojony.

Stało się coś złego?

FELIKS

Nie, wręcz przeciwnie.

KS. ROBERT

W takich okolicznościach? Co cię zatem spotkało?

FELIKS, w przypływie dobrego humoru.

Na każdych okolicznościach można coś wymusić.

KS. ROBERT

Co za typ! Jesteś zatem zrezygnowany czy chowasz nadzieję? Jesteś zrozpaczony czy wesoły? Jesteś bierny czy czynny? Jesteś ufny czy nie wierzysz już w nic? Nie wiem już, co o tobie sądzić... Poddaję się.

Obaj patrzą na siebie w milczeniu; Feliks energicznie - ksiądz opadły i sceptyczny

A więc? Co takiego zdziałałeś, panie Wieloznaczny?

FELIKS, z mężnym rozmarzeniem.

Hm... Rzekłbym, że zatrzymałem kogoś, kto szedł krokiem zupełnie innym niż mój; kto choć nie uciekał przede mną, ani nie zbliżał się do mnie, a po prostu przechodził mimo, był dla mnie zupełnie nieuchwytny... A ja, ja jednak go schwyciłem. Zatrzymałem go, aby go rozpędzić... Tak, rozpędzić... Schwyciłem kogoś nieuchwytnego i nadałem mu własną prędkość... Nie, nie własną, raczej: taką, że mogliśmy rozpędzić się wspólnie.

KS. ROBERT

Wietrzę grzech. Coś ty zrobił, obłąkańcze?!

FELIKS

Ach, nic! To drobiazg.

KS. ROBERT

Jakże ci nie wstyd w chwili, gdy twoje życie jest zagrożone, działać tak lekkomyślnie, zapominać się i kalać swoje sumienie!

Budzi się Tobi, ziewając rozlegle i przeciągając się. Feliks przygląda mu się uważnie.

FELIKS

Oto właśnie wspaniałe przebudzenie. Cóż za dziecinna zachłanność na życie się za nim kryje! Można by rzec, przebudzenie bezwstydne...

KS. ROBERT

Za chwilę obudzi się zupełnie i pozna prawdę, a wtedy okaże się, że ten bezwstyd należał jeszcze do snu, a na jawie czeka męka i przerażenie.

Tobi powoli dochodzi do przytomności.

FELIKS, cicho, do siebie.

A może nie? Może nie?

TOBI, spostrzegając wpatrujących się weń księdza i Feliksa; strwożony.

Co się stało? Czemu tak patrzycie? Ach, to wy!

Podnosi się gwałtownie.

Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Musiałem bardzo mocno spać. Ale teraz już wiem...

Podbiega do okna.

No tak, jesteśmy cały czas otoczeni! Boże, Boże, czy to się nigdy nie skończy?!

Łomot do drzwi.

Jezu, przyszli po nas!... Jezu!

KS. ROBERT

To koniec. Boże miej nas w swej opiece.

Klęka na podłodze z różańcem w dłoniach, wznosi głowę ku górze.

FELIKS, podchodząc do drzwi.

Kto tam?

HANDLARZ

Wpuśćcie mnie. Potrzebuję pomocy.

Feliks otwiera. Wkracza Chiński handlarz, prowadząc za sobą na sznurku Człowieka-małpę.

FELIKS

Kim jesteś?

HANDLARZ

Nie poznajesz mnie?

FELIKS

To ty, Chiński handlarzu? Zmieniłeś się nie do poznania!

HANDLARZ

Muszę się u was schronić. Przyszli i podpalili mój dom. Zabili moją żonę. Uratowałem się jedynie ja... I on... Tak, los chciał, byśmy tylko ja i ten potwór ocaleli. Lecz znienawidzę swój los później; teraz muszę się ratować.

FELIKS

Nie wygonię cię stąd rzecz jasna. Ale wątpię, czy jesteś tu bezpieczniejszy niż gdziekolwiek indziej.

KS. ROBERT, energicznie, do Chińskiego handlarza.

Czy wolno mi wiedzieć, kim pan i jego towarzysz jesteście?

HANDLARZ

Jestem ciężko pracującym Chińczykiem. Pochodzę z Kalifornii. A ten tutaj to po prostu potwór. Znalazłem go kiedyś w buszu. Skąd się wziął, nie wiem. Być może z małpy, z którą sparzył się człowiek. Może zaś to człowiek, który cierpi na jakąś chorobę. Lub, by nie wykluczać niczego, chorująca małpa... Jest łagodny i niegroźny. Trzymałem go z litości w domu. Uratował się, bo u tubylców wzbudza trwogę.

Monitor: Człowiek-małpa przedziera się przez gęstwinę drzew, biegnie, skrada się, czai, czołga, skacze etc.

KS. ROBERT

Jest człowiekiem?

HANDLARZ, wzruszając ramionami.

Nie wiem... Ale może być przydatny...

FELIKS

Przydatny?

KS. ROBERT

I tylko jego udało się panu uratować?

HANDLARZ

Nie ratowałem go. Dość miałem zajęcia z ratowaniem siebie. On sam się uratował.

KS. ROBERT, zbliżając się do Człowieka-małpy.

Jesteś człowiekiem, dziwne stworzenie? Potrafisz rozumieć i mówić?

HANDLARZ

Rozumie tyle, co kapucynka. Często drapie się w głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. Umie strzelać kciukiem.

FELIKS

Przydatny do czego?

KS. ROBERT

Jesteś człowiekiem? Jesteś człowiekiem?

HANDLARZ

Dla mnie był nieoceniony. Nie oddałbym go za darmo.

FELIKS

Naprawdę? A za ile?

KS. ROBERT

Skinął głową! Skinął głową na moje pytanie! Widzieliście? Nie, nie widzieliście, jesteście zajęci handlem. Skinął głową! Jest człowiekiem!

FELIKS, do siebie.

Czy to coś dla niego zmienia?

KS. ROBERT

Jest człowiekiem, mój panie. A zatem nie możesz go sprzedać, bo nie jest twoją własnością. Przejmuję opiekę nad nim.

HANDLARZ

Proszę, weź go sobie. Jest twój.

KS. ROBERT, chwytając za sznurek i odciągając Człowieka-małpę na stronę.

Nie, nie, nie! On jest człowiekiem. Jest wolny.

Rozplata sznurek i oswobadza Człowieka-małpę, który zaczyna biegać po scenie.

Patrzcie, jak hasa z radości, że spuszczono go ze smyczy!

HANDLARZ

Zawsze lubił biegać.

KS. ROBERT

Nie był zapewne ochrzczony?

HANDLARZ

O ile mi wiadomo - nie.

KS. ROBERT

Należy go ochrzcić. Jest istotą ludzką, dzieckiem bożym, jak my wszyscy.

TOBI

O tak, należy go ochrzcić!

HANDLARZ

Nie będę się temu sprzeciwiał.

KS. ROBERT

Feliksie, czy zechcesz być jego ojcem chrzestnym?

FELIKS

Czemu nie.

KS. ROBERT

Weź go zatem za rękę. Tobi, znasz swoje powinności.

Feliks podchodzi zdecydowanym krokiem do Człowieka-małpy; tamten ucieka. Feliks łapie go w końcu mocno za rękę; w tej samej chwili przechodzi go ulotny dreszcz. W tym czasie Tobi przynosi balię z wodą, a ksiądz, odwracając się, zakłada sutannę.

HANDLARZ, do księdza.

Słyszałem plotkę, że wczoraj zamienialiście tubylców w anioły. O świcie, jak mówią, paru dzikich wzniosło się w powietrze.

KS. ROBERT, sceptycznie.

Co pan powie.

HANDLARZ

Powtarzam tylko, co słyszałem. Podobno fruwali w powietrzu jak wielkie ptaki.

KS. ROBERT

Jak mógł pan jednocześnie uciekać i słyszeć jakieś plotki? Masz go, Feliksie? Dobrze, przyprowadź go do balii. Tobi, pomóż im.

Feliks doprowadza nie stawiającego oporu Człowieka-małpę do balii.

HANDLARZ

Jeśli ma się i nogi, i uszy...

KS. ROBERT

Stań w wodzie, synu... Tobi, podaj mi kubek. Feliksie, pomóż mu wejść do wody...

Feliks pochyla się i stawia nogę Człowieka-małpy w wodzie. Ksiądz szepcze modlitwę.

Scena 2

Krzyk tłumu otaczającego nagle siedzibę misji. Łomot do drzwi i okien.

HANDLARZ

Przyszli po nas!

KS. ROBERT, gubiąc kubek.

Boże, zmiłuj się!

Rozpierzchają się. Krzyk po drugiej stronie narasta. Walenie do drzwi, brzęk tłuczonych szyb. Ksiądz chroni się w jednej z szaf. Feliks, trzymając Człowieka-małpę za rękę, wbiega do szafy środkowej. Chiński handlarz dobiega do szafy księdza, chwilę szamocze się z drzwiami, wreszcie znika we wnętrzu. Drzwi do misji zostają wyważone. Wpada tłum tubylców uzbrojonych w maczety, maczugi, sierpy, dzidy, cepy itp.

W czasie napadu aż po sc. 3 na monitorze: w półmroku i ciasnocie zamkniętej szafy Feliks i Człowiek-małpa przypatrują się sobie:

Sierść i skóra, paznokcie i pazury, zęby i kły, usta i gęba, sierść i paznokcie, skóra i kły, pazury i usta, sierść, paznokcie, kły, usta, sierść, pazury, zęby, sierść, kły, usta, skóra, pazury, kły, skóra...

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Wymordować białych! Niech ich krew tryska na wszystkie strony świata.

TUBYLEC I

Nie ma tu nikogo. Tylko ten tutaj.

Wskazuje na Tobiego, skulonego pod środkową szafą.

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Gdzie jest reszta? Gadaj, jeśli chcesz żyć.

TOBI

Nie ma ich tutaj. Uciekli.

TUBYLEC II

Kłamiesz!

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Chcę znaleźć tego cudotwórcę, którego czary sprawiły, że ludzie zmienili się w ptaki! Chcę, by na mnie wypróbował swoje sztuczki! Biały wybawca! Tak się tylko mówi! Roztrzaskam mu czaszkę!

TOBI

Wszyscy uciekli!

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Gdzie on jest? Gadaj!

TOBI

Zostałem tu sam.

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Odetnijcie mu palec.

Tubylcy łapią Tobiego za rękę. Jeden z nich podnosi maczetę. Przywódca przybliża twarz do twarzy Tobiego.

Gadaj, bo każę ci je odciąć wszystkie!

TOBI

Odeszli w stronę jeziora.

PRZYWÓDCA TUBYLCÓW

Maczetą go!

Tobi wyrywa się rozpaczliwie, wrzeszczy. Nagle otwierają się drzwi środkowej szafy. Wyskakuje z niej w dzikim wybuchu wściekłości Feliks; rycząc rzuca się w amoku na Przywódcę tubylców i powala go na ziemię. Za nim wyskakuje piszcząc Człowiek-małpa i wpada na tamtych dwóch. Wśród reszty tubylców wybucha szał. W rozgardiaszu tamta trójka kotłuje się na podłodze; w końcu nieruchomieją, a Feliks unosi się znad Przywódcy, leżącego z nożem wbitym w serce. Człowiek-małpa biega po scenie, budząc przerażenie u tubylców. Feliks, powstawszy, rozgląda się. Wrzeszczący tubylcy, uciekając przed Człowiekiem-małpą, zbijają się w zwartą grupę. Do Feliksa przybiega Tobi. Feliks chwyta nagle przebiegającego obok Człowieka-małpę; ten, złapany, uspokaja się natychmiast.

FELIKS, do tubylców zbitych teraz w kupę naprzeciw niego.

Cisza! Cisza!

Scena 3

Tubylcy powoli uciszają się.

FELIKS, podniośle.

Słuchajcie mnie wszyscy!... Chcieliście poznać czarownika, za sprawą którego dziś o świcie ludzie zmienili się w ptaki? Więc oto jestem! Oto widzicie mnie!

TUBYLEC I

Nie wierzcie mu, chce was oszukać! Zamordować go!

FELIKS

Cisza! Ten, który wypowiedział te słowa umrze w straszliwych bólach przed zachodem słońca. Niech wypowie jedno słowo, kto chce do niego dołączyć... Słuchajcie mnie wszyscy, bo mam wam wiele do powiedzenia... Oto bogowie wody zesłali na was zagładę. Straszliwy był ich gniew na was. Wielu z was odwróciło się od nich ku innym bogom. Wielu ośmielało się zaprzestać składania im ofiar. Wielu bluźniło. Święte miejsca pozamienialiście w zabytki ku uciesze cudzoziemców. Kłanialiście się obcym kapłanom. Wznosiliście świątynie według ich nakazów, zapominając o swych przodkach! Śmieliście się ze starożytnych tabu. Zdradziliście największe tajemnice przybłędom zza mórz. I oto nadszedł dzień furii waszych bogów. Spadły na was śmiertelne deszcze; wasze bydło pomarło, wasze dzieci potopiły się! Okrutna jest zemsta bogów wody!

Rozlegają się szlochy i jęki; tłum tubylców kurczy się ogarnięty strachem.

Słuchajcie! Oto Bogowie słońc postanowili przebłagać bogów wody. Niechże tylko część naszego ludu zginie, a innej pozwólmy jeszcze poprawić się, powiedzieli im. Jakże nieubłagani byli bogowie wody! Nie chcieli słyszeć o ocaleniu was. Pragnęli zetrzeć wasze ohydne plemię na proch, a z prochu tego kazać zrodzić się nowemu ludowi. Na pięć dni i pięć nocy niebo zamieniło się we wzburzone morza. Grzmoty trysnęły zeń jak głazy. I powiadam wam, długo próbowali bogowie słońc wstrzymać bogów wód przed tym dziełem zniszczenia. I bylibyście potonęli niechybnie, gdyby w końcu nie posunęli się do podstępu. Kazali niebiańskim słońcom pozostać po drugiej stronie ziemi. Gdy nie powracały one na boski firmament, bogowie wód zasnęli w ciemnościach.

Ich sen będzie trwał długo, a duch snu, na rozkaz bogów słońc, ukaże im waszą zagładę i narodziny nowego plemienia. Ale bogowie wód obudzą się w końcu. I jeśli ujrzą, że sen ich oszukał, wywrą na was zemstę jeszcze sroższą. Dlatego bogowie słońc przysłali do was mnie, jak mnie tutaj widzicie, podobnego w części wam, a w części małpom, mnie jednego pod dwiema postaciami, wasz nowy, żywy Totem. A przysłali mnie, bym z was uczynił nowe plemię. Powiadam: zginą, którzy nie będą posłuszni moim rozkazom. Zginą, którzy będą mi się sprzeciwiać. Zginą, którzy szerzyć będą bunt w imię starego. Jeżeli zdradziliście wszystko to, czym byliście, będziecie musieli zdradę waszą doprowadzić do końca. Zginie każdy, kto nie zapomni o sobie i kto nie zrodzi się od nowa. Zginie, kto będzie przywoływał przeszłość. Zginie, kto użyje starego imienia. Od dzisiaj każdy dzień będzie dniem nowej zmiany.

W milczeniu wchodzi w tłum z Człowiekiem-małpą u boku, chwyta kilku tubylców za szczęki i obraca nimi władczo.

A teraz, rozkazuję wam: rozejdźcie się do siebie. Lecz najpierw dajcie bogom znak nowego przymierza. Słuchajcie, oto pośrodku wioski najeźdźcy waszymi rękoma wybudowali szkołę, by was w niej uczyć swego pisma i swoich liczb. Podłóżcie pod nią ogień! O zmierzchu zaś rozpalcie wielkie ogniska na zgliszczach, wtedy przybędę do was i przemówię do wszystkich. Kto nie przyjdzie do mnie, by mnie wysłuchać, ten w nocy usłyszy szept śmierci.

Tłum, ogarnięty religijną wrzawą, wycofuje się powoli, składając hołdy Feliksowi.

Scena 4

Z szafy wychodzi ksiądz Robert.

KS. ROBERT

Nareszcie wolni!... Panie Krige lub raczej, drogi Feliksie, nie ma wiele czasu, więc nie będę zbyt wylewnie ci dziękował, żeś wyratował nas z tej sytuacji. W każdym razie przyjmij podziękowanie; mimo że wiele ci zarzucałem, teraz widzę, że na miejscu z ciebie młodzieniec...

FELIKS, trzymając za rękę Człowieka-małpę.

Nie ma za co dziękować.

KS. ROBERT

Ach, nie przesadzaj ze skromnością. Byłeś dzielny, wszyscy zawdzięczamy ci życie. Wprawdzie przesadziłeś, każąc im podpalać szkołę... Cóż, ale to rzeczywiście odwróci ich uwagę od nas...

FELIKS

To nie ja, to Człowiek-małpa...

KS. ROBERT

...ale teraz, przyjaciele, chyba nie muszę mówić, że trzeba nam pośpiechu...

FELIKS

Pośpiechu?...

KS. ROBERT

...zbierajmy się, zanim dzicy zorientują się, że wystrychnęliśmy ich na dudka...

FELIKS

Zaraz, zaraz, dokąd to ksiądz się tak spieszy? Zastanówmy się chwilę...

KS. ROBERT

Szybciutko, szybciutko, dzieci...

TOBI

Chyba nie myśli pan tu zostawać, panie Krige?...

FELIKS

Tobi, przyjacielu, mów: Feliksie...

TOBI

Więc... Feliksie, czy naprawdę chcesz tu zostać?

FELIKS

A czemu mielibyśmy uciekać? Przecież nie jesteśmy już zagrożeni.

KS. ROBERT

Synu, nie zastanawiaj się, tylko chodź, jeśli ci życie miłe!

FELIKS

Ależ ja się nie zastanawiam. Nigdzie nie idę. Zostaję. Jak mógłbym się wycofać z takiej zabawy?

KS. ROBERT

Feliksie, nie jesteś już dzieckiem. Bądź rozsądny.

HANDLARZ, wchodząc.

Tak, tak, Feliksie, nie możesz tu zostać. Musisz uciekać!

FELIKS

A, to ty, Chińczyku z Kalifornii!

HANDLARZ

A więc tym razem mnie poznałeś?

FELIKS

Tak, po tym, że nie mogłem cię poznać.

HANDLARZ

Przebiegły jesteś!

FELIKS

Nie mniej niż ty. A może bardziej?...

HANDLARZ

Ha, ha!

FELIKS

Któryś z nas będzie przegranym.

HANDLARZ

A jeśli obaj przegramy?

FELIKS

Mało prawdopodobne. Gdzie ty przegrasz, tam ja nie.

KS. ROBERT

Dość, dość, dość!... Panowie, ostatnie pytanie: kto ucieka ze mną?... Ach, widzę, że nikt?... Wszyscy zostajecie?... Dobrze, szczęść wam Boże... Arrivederci... (wychodzi).

TOBI, patrząc za księdzem.

Ksiądz ma rację, Feliksie.

HANDLARZ

Tak. On ma rację.

FELIKS

Więc ruszajcie razem z nim. Nie musicie zostawać ze mną.

TOBI

Nie, Feliksie, ja ciebie nie zostawię.

FELIKS

Tobi, nie proszę cię, byś zostawał.

HANDLARZ

I ja zostanę. Chcę zobaczyć, jak zamierzasz rozegrać tę sprawę.

FELIKSIE

Obym zdołał zaskoczyć cię swymi posunięciami.

HANDLARZ

Tak przewiduję.

TOBI

...tak, zostanę z tobą, choć nie wiem, co tobie każe tu zostać! Zdobyłeś władzę nad tubylcami, ale co chcesz z tym począć? Kim chcesz dla nich być? Chcesz zapomnieć o sobie i stać się jednym z nich?

FELIKS, niecierpliwie.

Nie, nie!

TOBI

A zatem chcesz, by oni stali się tacy, jak ty?

FELIKS, zamyślony.

Nie, Tobi, nie, nie!... Mam na myśli co innego. Popatrz na Człowieka-małpę. Na tego potwora!... To on, nie ja, zdobył władzę nad tubylcami. Albo raczej: ani on, ani ja, ale my obaj. On i ja razem... I to jest właśnie potworność. A potworność stała się oto siłą, siłą, która rośnie i rośnie...

TOBI

Ale co znaczy: wy obaj?

FELIKS, z uniesieniem.

Cały czas coraz więcej... Nie widzisz? To się dzieje! Popatrz na nas. To dzieje się na twoich oczach!...

TOBI

Co?

FELIKS

Patrz. Po prostu patrz uważnie. Nie strać niczego. Patrz równie uważnie jak ja. I jak chiński handlarz, o, on przypatruje się bardzo wnikliwie.

TOBI

Ale co zamierzasz? Chcesz zostać królem tego kraju?

FELIKS

Nie mam żadnych zamierzeń. Nie wiem, co się stanie. Dokąd zmierzamy, ja i Człowiek-małpa?

HANDLARZ, retorycznie.

Ale kim jest Człowiek-małpa?

TOBI

...nic nie rozumiem...

HANDLARZ, chytrze.

A ja chyba rozumiem.

FELIKS

Dojdziemy jeszcze do miejsca, w którym rozumieć przestaniesz.

Dzwoni telefon. Feliks odnajduje go wśród bałaganu i odbiera. Monitor: urywki materiałów dokumentalnych o przewodniczącym ONZ. Feliks, głosem biurokraty-służbisty.

...tak. Tak, przy aparacie. Pan przewodniczący?... Tak, Feliks Krige, kłaniam się uniżenie. Tak jest... Tak jest... W chwili obecnej sytuacja jest pod kontrolą... Tak jest, panie przewodniczący. Tak jest, sytuacja została opanowana. Pogoda poprawia się, panie przewodniczący... Z góry dziękuję za wszystkie starania, jakie pan przewodniczący podejmuje... Tak jest. Tak, sytuacja została opanowana. Tak jest, sytuacja jest pod kontrolą. Oczywiście, będziemy w kontakcie... Dziękuję. Do usłyszenia.

Wyłączając aparat i przypatrując mu się przez chwilę.

Śmieszne urządzenie...

TOBI

Dzwonił ktoś z ONZ?

FELIKS

Nie byle kto. Sam szef.

HANDLARZ

Przewodniczący ONZ?

FELIKS

Tak się przedstawił.

HANDLARZ

Co powiedział?

FELIKS, wzruszając ramionami.

Wypowiadał się niezbyt dorzecznie. Właściwie nic nie powiedział. (Decydując się.) Trzeba tego się pozbyć!

HANDLARZ

Zwariowałeś!? To nasza jedyna łączność ze światem.

FELIKS

Tobi, zrób coś z tym telefonem. Najlepiej wrzuć go do jeziora.

TOBI

Feliksie, nie możemy tego zrobić... Handlarz ma rację...

FELIKS, ostro.

Zrób, co ci kazałem.

Tobi wychodzi z telefonem.

Scena 5

HANDLARZ

Straciłeś wszelki rozsądek.

FELIKS, po dłuższej chwili, z lekkim uśmiechem.

Rozsądek? Zawsze chciałem się go pozbyć!...

HANDLARZ

Nie żartuj sobie! Myślisz, że nic ci już nie grozi?

FELIKS, prawie kokieteryjnie.

...I czy nie stałem się przez to piękniejszy?

HANDLARZ

Udało ci się ich zwieść, ale tylko na moment. Powinieneś skorzystać z szansy i ratować się! Ale nie, ty nie chcesz się uratować! (Łapiąc się za głowę.) Dokąd zmierzasz? Odpowiedz! Dokąd?... Ach, nie, ja sam ci powiem: zmierzasz donikąd!

FELIKS, po chwili.

Przypomniał mi się fragment wiersza... "Co stać się może, niech ci wszystko sprzyja, dąż ku radości! Cóżby mogło bowiem urazić ciebie, serce! Cóż tam spotkać, dokąd iść winieneś?"*

HANDLARZ

Głupiec!

Hałas u drzwi. Paru tubylców wprowadza do środka szamoczącego się księdza Roberta w podartej sutannie.

TUBYLEC

Panie, ten tutaj pragnął po kryjomu uciec! Złapaliśmy go i oto przyprowadzamy do ciebie. Powiedz nam, co mamy z nim zrobić?

FELIKS, podniośle.

Dobrzeście uczynili, przyprowadzając go do mnie; nie ominie was nagroda. To jeden z oszustów, którzy nawracali was na obcą wiarę. A teraz zostawcie go mnie; odbędę nad nim srogie sądy!

Tubylcy ciskają księdza na kolana przed Feliksem i wychodzą. Gdy tylko znikają, ksiądz podnosi się.

KS. ROBERT

Oto do czego doprowadziłeś!

FELIKS

To dopiero początek, księże. Ale nie obawiaj się, dopóki tu jesteś, ochronię cię...

KS. ROBERT

Nie chcę twojej ochrony, szaleńcze! Trzeba nam wszystkim się stąd wydostać i tylko ty jesteś w stanie nam to umożliwić. Zaklinam cię!

FELIKS

Nie. Nie odejdę stąd. Doprowadzę wszystko do końca, do ostatecznej konsekwencji.

KS. ROBERT

Do jakiego końca?

FELIKS

Do każdego z możliwych.

KS. ROBERT

Skoro chcesz tu zostać i wykorzystać władzę, jaką przypadek zesłał w twe ręce, powinieneś zabrać się do zaprowadzenia porządku. Zawrócić tych ludzi na słuszną drogę...

FELIKS

Ależ ja niczego innego nie zamierzam...

KS. ROBERT

Nie kpij sobie ze mnie. Bóg widzi, że postępujesz źle...

FELIKS, lekkomyślnie.

Bóg tak, ale bogowie słońc?...

KS. ROBERT

Nie popełniaj grzechu! Wzywam cię, wzywam na wszystkie świętości: ty jeden masz teraz możność po temu, by przywołać dzikich do porządku, by zawrócić ich na drogę zbawienia!... Zaklinam cię na wiarę twoich rodziców!...

FELIKS, szczerze.

Nie, już za późno... Zresztą, to zbyt oczywiste... Nie, nie mogę przecież odwołać tego, co powiedziałem... Muszę iść wślad za tym, co przeszło przez moje usta, muszę się temu poddać...

KS. ROBERT

Co zamierzasz?

FELIKS

Być... ptakiem niebieskim.

KS. ROBERT

Ciąży na tobie ogromna odpowiedzialność, pamiętaj o tym...

FELIKS

Odpowiedzialność?

KS. ROBERT, z uniesieniem.

Nie, nie mogę już na to patrzeć! Nie będę brał w tym udziału. Nie będę zakładnikiem niczyjej lekkomyślności. Ani poplecznikiem niczyjej zbrodni. Nie mogę stąd uciec - dobrze, zostanę! Niech będzie wola boża. Ale nie liczcie, że będę wam pomagał. Mam inną misję!

FELIKS

Jaką?

HANDLARZ

Co ksiądz zamierza?

KS. ROBERT

Jeśli ty nie chcesz, to ja muszę to zrobić! Choćby za cenę życia! Odchodzę, żegnajcie!

FELIKS

Co zrobić?

HANDLARZ, ironicznie.

Chyba - zrobić z siebie męczennika.

KS. ROBERT, do Feliksa.

Ja, w przeciwieństwie do ciebie, wiem, jaki ciąży na mnie obowiązek. I sprostam mu.

FELIKS

Nie może stąd ksiądz odejść!

KS. ROBERT

Nie, nie zostanę z tobą. Odchodzę, by głosić wiarę prawdziwą.

FELIKS, ostro.

Niech ksiądz nie popełnia żadnej nielojalności.

HANDLARZ, zjadliwie, sługusowsko.

Nieee, niech raczej ksiądz nie popełnia czynów zbyt wzniosłych!

KS. ROBERT

Nielojalności? Wobec ciebie? Ależ nie można być wobec ciebie lojalnym lub nielojalnym! Żegnajcie, idę w swoją stronę.

HANDLARZ, świętoszkowato.

Panie, miej go w swej opiece.

Ksiądz wychodzi.

Pozwalasz mu odejść? Przecież on cię zdradzi!

FELIKS

Nie. Żeby mnie zdradzić, musiałby wpierw być ze mną. Ale on ze mną nie był; nikt nigdy ze mną nie był... i nikt nie będzie...

HANDLARZ

Owszem. Ja jestem z tobą. Przekonałeś mnie do siebie.

FELIKS, kończąc.

...nigdy... Nie..., a zwłaszcza ksiądz Robert... Jest w nim coś..., jakaś oślizgłość czy idealizm... (Podnosząc wzrok na handlarza.) Ty?! Jakże niby - ty ze mną?!

HANDLARZ

Myślisz, że nie przyda ci się moja pomoc?

FELIKS

Nie chcę żadnej pomocy.

HANDLARZ, wzruszając ramionami.

Mylisz się. Nie poradzisz sobie bez pomocników, popleczników, klakierów i prowokatorów. Ale niech ci będzie. Jeśli chcesz, ja również odejdę. Zostanę jednak do dyspozycji...

Wychodzi. Feliks, z Człowiekiem-małpą u boku, przechadza się chwilę po scenie.

Scena 6

FUGA

FELIKS, do Człowieka-małpy.

(Figlarnie.) I czyż nie jestem piękniejszy?... (Biurokratycznie.) Tak jest, panie przewodniczący, kłaniam się uniżenie... (Podniośle.) Przysłali mnie bogowie słońc!... (Władczo.) Nikt nie będzie ze mną! Chcę pustki u swego boku!...

Śmieje się. Puszcza Człowieka-małpę; ten zaczyna biegać wokół Feliksa.

Tańcz, małpo, tańcz! (Figlarnie.) Tak jest panie przewodniczący, sytuacja jest opanowana!... Sytuacja jest piękna... Coraz piękniejsza... (Biurokratycznie.) Tak jest, bogowie słońc! Tak jest. Tak jest. Tak jest. Baczność! (Staje na baczność.) Jestem piękniejszy! (Władczo.) Będę sam, panie przewodniczący... (Podniośle.) Ale co to za sytuacja? Co to za sytuacja? (Figlarnie.) Co to za sytuacja?... Nikt ze mną, nikt przeciw mnie! (Władczo.) Żadnych sytuacji! (Biurokratycznie.) W tej sytuacji bogowie słońc wszystko pod kontrolą będę sam, sam, coraz piękniejszy, panie przewodniczący!... (Podniośle.) Panie, o panie przewodniczący! O bogowie, bogowie! (Figlarnie.) Aż do końca, do tysiąca końców. (Dostojnie.) "Co stać się może, niech ci wszystko sprzyja." (Biurokratycznie-automatycznie.) Sytuacja pęka. Pęka pęka pęka sytuacja bogowie będziemy w kontakcie... (Figlarnie.) O bogowie, bogowie!... (Podniośle.) Pękniesz, panie przewodniczący... (Władczo.) Tańcz, małpo... (Figlarnie.) Tańcz, małpiszonie!... (Biurokratycznie.) Tańcz, tańcz, tańcz, obywatelu małpo!... (Podniośle.) Tańcz, małpo, bogu-małpo, tańcz, małpo, małpiszonie, małpiatko!... Pękaj!...

Śmieje się radośnie, zaczyna biec wokół Człowieka-małpy. Po chwili wkracza Tobi.

Scena 7

TOBI

Zrobiłem, o co mnie prosiłeś... Co się dzieje? Gdzie handlarz?

FELIKS, przybiega do niego trzymając Człowieka-małpę "na barana".

Ach, Tobi... Mów, co widziałeś po drodze?

TOBI

Hm, wygląda to dwuznacznie. Rozruchy nie ustały zupełnie, jest wiele bójek pomiędzy twoimi stronnikami a przeciwnikami... Ale szkoła płonie... Wielu tam stoi i przygląda się płomieniom... I los ci chyba sprzyja, bo poprawia się pogoda...

FELIKS

Dobrze... Tak, lepiej by być nie mogło...

TOBI

Co teraz?

FELIKS

O zmierzchu rozpalimy ten stos.

Wchodzi Chiński handlarz w stroju do tenisa, z rakietami; tryskający białozębnym sportowym humorem.

HANDLARZ

No, brawo, brawo, Feliksie. Stałeś się władcą niepodzielnym tego ludu! Wszyscy są ci posłuszni, a zatem i ja składam ci hołd! A ponieważ pogoda bardzo się poprawiła, czy nie zaszczyciłbyś mnie partyjką tenisa? Przyda ci się na odprężenie. Bierz przykład z władców świata. Sport to obowiązek każdego prawdziwego męża stanu.

FELIKS, z dyskretnym rozbawieniem.

Ależ to znowu on!

TOBI, równocześnie.

A to kto znowu?...

HANDLARZ

Nie mów tylko, że nie grasz w tenisa!

TOBI, do siebie.

Kto tu nie jest obłąkany?...

FELIKS, chłodno.

Nie. Nie zagramy w tenisa.

HANDLARZ

Etam, Feliksie. Zadbaj o kondycję. Zrelaksuj się trochę. Wiem, że to trochę dziwaczne w tej sytuacji. Ale czy, jak sam powiedziałeś, nie mamy sytuacji pod pełną kontrolą? Zrozum, Feliksie. Jesteś tu królem. Rządzisz. A zatem wszystko wróciło do normalności. I jak jeszcze przed tygodniem mogłeś pójść na kort, ten na tyłach misji, i normalnie sobie pograć, tak zrób to teraz - niech będzie tak, jak było. Zachowujmy się tak, jak zachowujemy się zawsze. Bądźmy sobą.

FELIKS

Proszę bardzo, jeśli chcesz. Ale ja nie. Zresztą - nie grywam w tenisa. Tobi grywa. Zapytaj go. Jeśli chcecie, możecie pograć.

HANDLARZ

Hejże, Feliksie, bo pomyślę, że boisz się ze mną zmierzyć! Dalej, zostaw na moment tego pokraka i zagraj ze mną.

FELIKS

Nie, nie grywam...

HANDLARZ

Dlaczego?

FELIKS

...nie grywam na zamkniętych polach...

HANDLARZ, sprytnie.

Ha, tu cię mam! Boisz się obiektywnych kryteriów. Nie chcesz się poddać prawdziwej próbie... Ale powiem ci jedno: niczym jest wygrana w grze, w której samemu ustala się reguły.

FELIKS, lodowato.

Masz mnie chyba za nadzwyczaj naiwnego.

HANDLARZ

...a szkoda, szkoda. Tym bardziej, że to tylko zabawa. Ale ty nie lubisz przegrywać, co?

FELIKS

Tobi, idź zagraj w tenisa z handlarzem.

TOBI

Ach, więc to Chiński handlarz! A ja od dłuższej chwili...

HANDLARZ

Nie, nie będę grał z Tobim, skoro ty nie chcesz...

Zabiera się do odejścia.

...Ale może weź przynajmniej rakietę.

FELIKS

Rakietę?

HANDLARZ

Tak. Zatrzymaj ją. Może kiedyś na nią spojrzysz i zachce ci się pograć. Weź ją, śmiało.

Feliks bierze wyciągniętą w jego stronę rakietę i przygląda się jej przez moment.

To na razie, jeszcze się spotkamy.

Wychodzi.

TOBI

Czy on oszalał, Feliksie?

FELIKS

Nie wiem... Albo to idiota, albo...

Rakietę z jego rąk bierze Człowiek-małpa, wymachuje nią i więcej już się z rakietą nie rozstaje.

Cóż, teraz, Tobi, chcę się trochę przejść sam na sam z nim. Zobaczymy się wieczorem.

Wychodzi.

Scena 8

Monitor: ogień stosu.

Wieczór. Korowód tubylców. Wchodzi Feliks z Człowiekiem-małpą. W blasku ognia, we wrzawie bębnów i piszczałek, wśród zmiennych i coraz dzikszych rytmów odbywa się taniec koronacyjny. Niesieni na ramionach tubylców Feliks i Człowiek-małpa (stanowiący punkty centralne dwóch splecionych prądów tańca, z czasem przenikających się aż po nieodróżnialność) zostają umieszczeni na tronie, jeden obok drugiego. Z chwilą intronizacji taniec tubylców wybucha z nową gwałtownością, tym razem już nie grupowy, lecz rozproszony. Po chwili z tańczącego tłumu wyodrębnia się Tubylka ze sc. 7 aktu I, która z wdziękiem zbliża się do tronu Feliksa, by mu o sobie przypomnieć. Ten poznaje ją natychmiast i oddala zdecydowanym gestem; Tubylka znika. Zwarty w czymś na kształt cielesnej komunii, sprawiającej wrażenie zarazem płynnej i konwulsyjnie sztucznej, z Człowiekiem-małpą, Feliks przypatruje się uroczystości. Potem unosi dłoń, by uciszyć dzikich.

FELIKS, władczo, podniośle, figlarnie.

Bogowie zesłali do was mnie, który jestem jelitem wszystkich bóstw, gardłem i dzieckiem wszystkich duchów, zesłali mnie, bym przeprowadził was na drugą stronę was samych, zesłali mnie, byście nie rozpoznali siebie, swych rodziców i swych dzieci; zesłali mnie, byście stali się czymś, co oczy widzą zawsze po raz pierwszy. Nie będziecie znali siebie, nie będziecie pamiętali swych imion i domów; odtąd imion wam zakazuję, a domów was pozbawiam, każdy niech tam mieszka, gdzie zmoży go sen; oto po co zesłali mnie bogowie, których jestem skórą i ostrzem. Przywdziewać będziecie maski, co dzień inną, ci, którzy pójdą za mną. I inne maski wdziewać będą mężowie, i inne co dzień niewiasty i dzieci, a każde z nich własną maskę co dzień inną, co dzień o dzień różną... Bogowie zesłali mnie, bym pokarał srodze tego, kto maski będzie odkrywał - ten, powiadam wam, nie ujrzy słońca dnia następnego. Kto bowiem chce iść moją drogą, a nie porzuci imienia swego, tego nie oszczędzi gniew bogów wody w dniu przebudzenia...

Słuchajcie mnie, słuchajcie słów boskich! Oto nie będzie już dni powszednich i świątecznych, bo wszelki dzień będzie skokiem w nieznane; nie będzie tygodni i roku, a każde wasze słońce będzie początkiem światów. Dlatego wszystkie dni świętować będziecie z zapałem i bawić się będziecie ochoczo jak dzieci.

Słuchajcie mnie dalej! Składaliście niegdyś na ofiarę bogom młodą gazelę. Ale gniewają się bogowie, bo oto ofiary tej już od lat nie składacie. Tak więc jutro, jak niegdyś, upolujecie młodą gazelę. Ale nie złożycie jej w ofierze tak, jak czynić to zwykli wasi dziadowie, nie. Miast podrzynać zwierzęciu gardło, czarownicy wasi o zachodzie słońca obedrą ją żywcem ze skóry i obleją jej krwią wasze kobiety, które tańczyć będą do świtu w szale i zapamiętaniu! Tak będziecie czynić!

Dziki taniec wybucha z nową siłą. W triumfalnym korowodzie tubylcy wynoszą Feliksa i człowieka małpę ze sceny.

AKT III

W akcie trzecim wszyscy - prócz Chińskiego handlarza, który odtąd występuje w garniturze tajwańskiego biznesmena i ciemnych okularach, oraz księdza Roberta - występują ze zmiennymi maskami na twarzach; także Feliks - jednak seria jego masek różni się w sposób charakterystyczny od wszystkich pozostałych. Człowiek małpa towarzyszy mu w sposób niezmieniony, aczkolwiek w mocniejszym uścisku. Ruchy Feliksa są teraz nieco płynniejsze i bardziej gibkie - ale płynnością i gibkością, które nie zbliżają go do tubylców, a jedynie oddalają od poprzedniego typu jego ruchliwości.

Scena 1

Amorficzny tłum tubylców. Rozprzężenie i zabawa. Akty rozpusty, bójki, naprawdę i na niby. Śpiewy, tańce, śmiechy. Wchodzi ksiądz Robert w jeszcze bardziej potarganej sutannie.

KS. ROBERT, stając na środku.

Opamiętajcie się, dobrzy ludzie! Czyż nie widzicie, co czynicie? Czyż nie widzicie, że dajecie się wieść na pokuszenie? Żałujcie za grzechy!

Część tubylców przysłuchuje się, inni nie odrywają się od swych zajęć.

Idziecie na zatracenie! Czeka was zagłada! Matki nie poznają synów, mężowie żon, siostry braci! Fałszywy prorok zaprowadził wśród was cywilizację śmierci! Nie dajcie się zwieść. Żałujcie za grzechy. Zwróćcie się do Boga Prawdziwego, który kocha was, swoje dziateczki.

Wchodzi Chiński handlarz, ostentacyjnie żując gumę balonową i nagrywając wydarzenia kieszonkową kamerą.

Bracia i siostry, opamiętajcie się! Powróćcie na drogę skromności i cnoty. Nie pozwólcie, by pleniła się wśród was rozwiązłość. Nie pozwólcie, by brat cudzołożył z siostrą, a córka kładła się z ojcem! Zrzućcie z siebie maski i powróćcie do prawdy. Niech nikt nie zasłania się, niech każdy będzie tym, czym jest i czym był.

TUBYLEC I, podchodząc do księdza, wesoło.

Ale kim są moja matka i moja siostra? I czym się różnią od siebie?

KS. ROBERT

Oto zatraciliście wszelką prawdę, nie wiecie, kim jesteście! Zrzućcie maski, niech ujawni się to, co fałszywy prorok chciał wam odebrać - to, co najcenniejsze dla każdej owieczki ludzkiej.

TUBYLEC II

A kim ja jestem?

TUBYLEC I, do księdza.

Zamiast tyle gadać, sam załóż maskę!

Wraz z paroma innymi próbuje założyć księdzu maskę pantery; ksiądz broni się dzielnie.

TUBYLCY

Załóż maskę, załóż maskę!

KS. ROBERT

Nigdy! Wolę zginąć niż przestać być prawdziwym. Wolę śmierć niż nieprawdę!

FELIKS, wchodząc wraz z niewielkim orszakiem.

Ale czym jest nieprawda?

TUBYLEC II

Panie, oto człowiek, który nie chce założyć maski i każe nam je zdejmować!

FELIKS

Kim jesteś, człowieku bez maski?

KS. ROBERT

Jestem pokornym sługą bożym! Dziecięciem Chrystusa Króla.

FELIKS, z niecierpliwością.

Ach, ciągle mówisz jedno i to samo!...

TUBYLEC I

Występował przeciwko bogom. Kazał nam przerwać święto.

FELIKS

Czy występowałeś przeciwko bogom, których językiem i kłem jestem?

KS. ROBERT

Nie ma bogów przed Bogiem Jedynym. Jesteś fałszywym prorokiem.

FELIKS

Czy namawiałeś lud do zrzucenia masek?

KS. ROBERT

Namawiałem ich, by wrócili do życia prawdziwego.

FELIKS

Wystąpiłeś zatem przeciw rozkazom bogów.

TUBYLEC I

Panie, co rozkażesz, byśmy z nim uczynili?

FELIKS

Człowiek ten sprzeciwił się zamiarom bogów. Zasługuje na śmierć.

KS. ROBERT, odważnie.

Co chcesz zrobić, zbrodniarzu?

FELIKS

Ciężka jest obraza bogów na tego człowieka. Ale chcę, by dano mu nadzieję na ocalenie. Niech każdy z was weźmie po kamieniu, tak jak ja, po jednym tylko, nie więcej. Niech jednak nikt nie rzuci kamieniem w niego i niech nikt go nie powstrzymuje. Rzucajcie kamienie w górę, a bogowie nimi pokierują. Jeśli uda mu się pod ciosami kamieni dobiec do jeziora - będzie uwolniony. Taka jest wola bogów. (Do księdza.) Czy jesteś gotów na próbę?

Ksiądz milczy dumnie.

Doskonale. Zaczynamy!

Rzuca kamieniem w górę; po nim robią to inni. Ksiądz stoi w miejscu. Chwieje się pod spadającymi nań kamieniami; w końcu upada. Tryska krew.

KS. ROBERT, konając.

Niech żyje Papież! Niech żyje Matka Teresa! Niech żyje Ojciec Pio! Niech...

HANDLARZ, robiąc balona i chowając dyskretnie kamerę. Do Feliksa.

No, to mamy następnego świętego... Chcesz gumę?...

FELIKS, nagle zamyślony, z roztargnieniem.

A, to ty, handlarzu... (Do siebie.) Następnego świętego?... Nie, być raczej... pierwszym i ostatnim...

HANDLARZ

Ha, ha, ja, nie kto inny!...

TUBYLEC II, zbadawszy leżącego księdza.

Nie żyje.

FELIKS, wciąż zamyślony.

Wynieście go i pogrzebcie tak, by wszelki ślad po nim zaginął.

HANDLARZ, cynicznie, porozumiewawczo.

Słusznie, dowody zbrodni trzeba zniszczyć.

FELIKS

Zbrodni? Przecież to było samobójstwo!

HANDLARZ, przymilnie.

Nie spierajmy się o słowa. Gumę?

FELIKS, decydując się nagle.

Odejdźcie stąd wszyscy. Chcę być sam.

Wszyscy wychodzą. Feliks i Człowiek-małpa przechadzają się po scenie. W końcu siadają gdzieś w rogu; Człowiek-małpa rozgląda się na wszystkie strony i iska, Feliks pochyla się ku ziemi w sposób nieokreślony, jego postać powoli jakby rozmywa się i rozchodzi w szwach.

Scena 2

IMPROWIZACJA

Monitor: gazela obdzierana żywcem ze skóry.

FELIKS, urywanie, stochastycznie, lekko, gwałtownie, niezrównoważenie.

...być... być cięciem... mikroskopijną naroślą oddzielającą skóry dwóch światów, kroplą dzielącą morze od morza... Aż roi się od tych niewidocznych przecięć, od tych rozpadlin; trzeba tylko trafić, wpaść w jakąś... A kiedy się wpadnie, być jeszcze wyborem, spośród wszystkich możliwych upadków - wyborem tego najlepszego; rzucić się w dół z radością... I lecąc w dół, nabierając szybkości, być coraz bardziej oddanym, coraz wierniejszym; albowiem wierność jest czymś, co darować samemu sobie należy dopiero skoczywszy... Ach, tak, wpaść, zderzyć się, rzucić, rozrzucać się na wszystkie strony, rozgałęziać, rozpełzać... Rozchwiać się, rozchwiać aż po nieuchwytność, rozmazać kontury kroku, rozchwiać się, rozwinąć skrzydła nierówności... I unosić się jak dym nad zgliszczami samego siebie... Być lewitacją ponad wszystkimi rozstajami, rozlać się na wszystkie przestrzenie, pędzić po wszystkich torach, być szponem wykolejenia, pić, pić niejeden dym, pić z każdej żyły, podmyć wszystkie brzegi, chłonąć aż po niepojętość, aż po uduszenie, aż po astmę radości... Poddawać się z wilczą beztroską każdej pasji, każdemu ciału w swym ciele, każdemu rozerwaniu, biec, rozchwiać się, rozmyć, rozkruszyć, rozwiać... I rwać, rwać!... Rwać jak najwięcej..., rozrastać się, gwałcić, zmieniać kolejność, małpować, tonąć, tryskać, roztrwaniać wszystkie ciała w swym ciele, macać dokoła, szarpać, pałać, dyszeć wszystkimi stronami świata, zakrzywiać się, wić, być lunatykiem błądzącym pomiędzy horyzontami, sceną wszystkich podmuchów... Ach, tak, i być rośliną, która rozrasta się w tysiąc stron; splatać się z mgławicami zdarzeń, rozrastać się, zagęszczać, zapuścić korzeń w każdej ruchomej wydmie, fermentować, gnić, rozpadać się w kawałki, kawałki ostrej lawy, lawy mięsa, lawy! Być żywym wysypiskiem padliny, z którego rodzą się urywki robaczywej myśli... Pyłki szalonego kurzu frunące pomiędzy wysepkami kosmosu, widzę was. Krople pęknięcia krążące pomiędzy księżycem a morzem, widzę was...

Słychać kroki i gwar nadchodzących tubylców.

I być deltą, być deltą, deltą, deltą!

Scena 3

Powoli w przeciwległym rogu sceny gromadzą się tubylcy.

FELIKS, jakby budząc się ze snu.

Przyszliście?

TUBYLEC I

Jesteśmy z tobą.

FELIKS

Czy chcecie iść dalej, aż do ujścia delty?

TUBYLEC II

Zrobimy wszystko, co rozkażesz.

FELIKS, dostojnie i figlarnie.

...widziałem to ujście, było czarne i łaskotało... Widziałem je, a w nim wy nie odróżnialiście się od ziemi... A ziemia była rozkoszą trzęsienia... Chcę teraz, byście cieszyli się jak ona, byście byli nią, byście nie widzieli siebie... Chcę dzisiaj wielkiego święta, święta zatraty, święta pęknięcia...

TUBYLEC I

Królu, lud świętuje bez ustanku, dniem i nocą; lud nie wie już, czym jest dzień, a czym noc, czym bezczynność, a czym bieg, czym ślina, a czym łzy...

FELIKS

Dzisiaj chcę święta nad świętami, chcę, by cały mój lud radował się, ucztował, tańczył i folgował żądzom ziemi!...

TUBYLEC II

Lud twój, królu, raduje się bez ustanku...

FELIKS

Niech nie przestaje rosnąć wasza radość... Dzisiaj pokażę wam, jak rozpętać święto świąt... Przygotujcie wielką ucztę. Niech nie zabraknie pokarmów i trunków!...

TUBYLEC I

Królu, pokarmów nie starczy. W czasie powodzi padło większość bydła i zgniły zasiewy. Pokarmów od dawna nie starcza. Gdyby nie radość z twego nadejścia, dawno już pokonałby nas głód.

FELIKS

Nie macie co jeść?

TUBYLCY

Nie mamy... Głodujemy...

FELIKS

A mimo to świętujecie dni wielkiego przejścia?...

TUBYLEC II

Tak, ufamy ci, posłańcu bóstw... Cieszymy się mimo głodu!

FELIKS, zdecydowanie, podniośle.

Słuchajcie zatem, co wam powiem! Głód wkrótce się skończy. Już niedługo czeka was Święto Mięsa - to mówię wam jako promień bogów. Jeść będziecie aż po przepełnienie. Bogowie okażą wam łaskę. Zdobędziecie pokarm... A teraz odejdźcie!

Tubylcy wychodzą. Feliks zamyśla się.

Scena 4

Wchodzi Chiński handlarz.

HANDLARZ

Mówiłem ci, że będziesz potrzebował mojej pomocy.

FELIKS

Ale myliłeś się.

HANDLARZ

Jak chcesz nakarmić tych ludzi? Obiecujesz wiele, ale niewiele możesz.

FELIKS

Czego chcesz?

HANDLARZ

Można sprowadzić nieco żywności.

FELIKS

Można ją też zdobyć.

HANDLARZ

Jak i gdzie?... Nie, mój drogi, nie łudź się. Nie wytrzaśniesz żarcia spod ziemi. Musisz je sprowadzić.

FELIKS

Trzeba by za nie zapłacić.

HANDLARZ

Nie. Proponuję handel wymienny. Tutaj założy się warsztaty produkcyjne. Kilimy. Eksport, import. Bez pracy nie ma kołaczy.

FELIKS

Nie, warsztatów nie będzie.

HANDLARZ

Jak zatem chcesz nakarmić tych ludzi? Do zbiorów jeszcze daleko! Chcesz, by wszyscy pomarli z głodu?

FELIKS

Nie, już niedługo Święto Mięsa.

Człowiek-małpa wybucha radością.

HANDLARZ

Zobaczymy!

FELIKS, poddając się radości Człowieka-małpy, z uniesieniem.

Tak! Zdobędziemy mięso! Będzie wielkie święto, ach, wielkie obżarstwo, wielka orgia! Do mnie! Do mnie wszyscy!

Handlarz usuwa się na bok. Gromadzą się tubylcy.

Scena 5

FELIKS

Słuchajcie, co wam powiem z rozkazu bogów! Niech mężczyźni zbroją się, a kobiety naprawiają łodzie! Oto czeka nas wielka wyprawa myśliwska! Popłyniemy na drugą stronę jeziora, by zdobyć pokarmy na Wielkie Święto Mięsa!

Wybucha szał wojenny, śpiewy i radosne tańce.

HANDLARZ, zbliżając się konfidencjonalnie.

Niczego tam nie znajdziesz. Po tamtej stronie powódź poczyniła nie mniejsze spustoszenia.

FELIKS, nie zważając nań.

Dziś w nocy przeprawimy się łodziami na drugi brzeg jeziora. Chcę, by poszli ze mną najcelniejsi strzelcy i najlepsi tropiciele. Przed nami wielka wyprawa!

TUBYLCY, entuzjastycznie.

Wyprawa, wyprawa, wyprawa po mięso!

Tubylcy w uniesieniu porywają Feliksa wraz z Człowiekiem-małpą i wyprowadzają ze sceny.

HANDLARZ

Na nic się to nie zda. Donikąd to nie zaprowadzi. Niczego to nie da. Nic z tego nie wyniknie. Z pustego w próżne nie przelejesz. Gruszki na wierzbie. Będzie trzeba prosić o pomoc humanitarną. Mleczko w proszku. Mąka. Odżywki dla niemowląt. Penicylina. Ale wraz z pomocą humanitarną skończą się twoje rządy... A takie interesy mógłbyś zrobić... (Wychodzi.)

Scena 6

Monitor: W mroku nieokreślone postaci: polujące, rzucające włóczniami, skaczące, dopadające, rozszarpujące; postaci uciekające przed polującymi, padające, dopadane, rozszarpywane; jedne i drugie, na wpół ludzkie, na wpół zwierzęce.

Przy waleniu bębnów i okrzykach wyprawa tubylców powraca na scenę niosąc na kijach kawały mięsa, na wpół zwierzęcego, na wpół ludzkiego; niektóre z kawałów są jeszcze ubrane. Radosny korowód witają kobiety; przygotowania do wielkiej uczty.

Wchodzi Chiński handlarz.

HANDLARZ, ze zgrozą.

Jak to? Co to? Ludzkie szczątki? Czyście oszaleli?!

TUBYLEC I

Bogowie kazali nam nie wzdragać się przed żadnym mięsem!

HANDLARZ, łapiąc się za głowę.

Jak to?!...

Wydobywa kamerę i nagrywa wydarzenia. Tubylki preparują zdobyte mięso. Bębny biją coraz szybciej.

Nie do wiary, do czego doprowadził ten chłopaczek... Dwu centów by człowiek za niego nie dał. Ależ będę miał zdjęcia...

Wchodzi majestatycznie - z wieloznaczną miną - Feliks, witany z czcią i uniesieniem przez tubylców.

O fuck, prawdziwy cesarz się z niego zrobił...

FELIKS, do tubylców.

Zapalcie ogniska i upuszczajcie krew do mosiężnych mis. Rzućcie do kotłów zioła, rzućcie sól. Niech z płonących stosów unosi się dym, a z nim aromat krwistej strawy. Oto obchodzimy Święto Mięsa.

(Do handlarza.) Co ty tam nagrywasz, handlarzu?

HANDLARZ, zmieszany.

A tak tylko sobie utrwalam...

FELIKS, wielkodusznie.

Po co utrwalać? Niech wszystko trwa nie dłużej niż się staje...

HANDLARZ

Życie toczy się za szybko, człowiek nie może wyłowić wszystkich szczegółów.

FELIKS

Jakże to: ty nie nadążasz?

HANDLARZ

A ty? Ty jeszcze nadążasz?

FELIKS, z upojeniem.

Ach, czuję, że nigdy rzeczy nie rozpędziły się do szybkości tak zgodnej z moją! Tak, nigdy nie czułem się tak doskonale zestrojony ze wszystkim tym, na czym się unoszę... Świat i ja pędzimy w tym samym tempie! I jest tak, że ani to nie świat unosi mnie, ani nie ja unoszę świat, ale...

HANDLARZ

Jesteś niemożliwy.

FELIKS

Wszystko jest możliwe.

HANDLARZ

O nie! Są na ziemi rzeczy nieosiągalne.

FELIKS, do tubylców.

Skoro upuścicie krew z połci mięs, wylejcie ją z mis na ziemię, by ją błogosławić. Niech jednak jedna oddana będzie mnie, by moimi ustami wypili ją bogowie!

Jedna z tubylek podaje Feliksowi misę; pozostałe rozlewają krew. Feliks unosi misę i wypija łyk krwi. Do siebie.

Ta krew mogłaby być... wodą morską albo... żywicą, albo ropą, albo spirytusem lub strychniną... Nie, ona jest tym wszystkim; jest trucizną, a jednak nie szkodzi mi...

HANDLARZ

Zwariował!

FELIKS

Teraz podajcie mi kawał mięsa!

HANDLARZ, filmując.

Nie rób tego!

Feliks unosi kawał mięsa do ust i w upojeniu wbija w nie zęby. Tubylcy przypatrują się znieruchomiali.

Je ludzkie mięso!

FELIKS, odrzucając ekstatycznie ochłap.

A teraz jedzcie wszyscy i pijcie!

Scena 7

Wśród tubylców wybucha ORGIASTYCZNA UCZTA (scena i monitory).

FELIKS, obserwując tubylców, do zgorszonego Handlarza.

Śmiej się! Trucizna nie truje...

HANDLARZ, przejęty zgrozą.

Nie, ja już nie potrafię się śmiać. Śmiech we mnie zamarł.

FELIKS, śmiejąc się.

Żal mi ciebie!

HANDLARZ

Nie, już nigdy nie będę się śmiał... Nigdy!

Feliks dołącza się do zabawy. Handlarz wychodzi. Reszta pogrąża się w nieskończonym rozkiełznaniu i rozpuście.

Scena 8

Monitor: powtórzenie emisji ze sc. 6. oraz nagrania dokonane przez Handlarza. Zaciemnienie sceny.

Pojawia się prezenter wiadomości.

PREZENTER

Sceną tych krwawych wydarzeń była przed kilkoma dniami Goba, niewielkie państewko nad jeziorem Goba. Zbrojne watahy z sąsiedniego Faluku napadły na graniczne miasto Kawimba, mordując i uprowadzając jego mieszkańców. Jak dowiadujemy się ze źródeł wojskowych, w Faluku władzę objął Feliks Krige, były pracownik misji ONZ. To on miał być przywódcą i prowodyrem tej zbrodniczej napaści. Jak przyznało ONZ, Krige został szefem misji w Faluku po ewakuacji jej załogi. Miał to być ochotniczy pracownik organizacji, wyróżniający się ofiarnością, o nieposzlakowanej opinii, zrównoważony i odpowiedzialny. Nieznane są jeszcze szczegóły objęcia przez niego władzy w Faluku.

Dzisiejsza decyzja Rady Bezpieczeństwa o interwencji wojskowej Narodów Zjednoczonych w Faluku nie była dla nikogo zaskoczeniem. Jak informowaliśmy przed chwilą, zapadła ona jednogłośnie. W tej chwili w stronę Faluku skierowały się helikoptery desantu powietrznego.

Monitor: lądowanie sił interwencyjnych.

Na scenie ukazują się Feliks i Człowiek-małpa, śpiący. Wbiegają tubylcy.

TUBYLEC I

Królu! Jakieś wojska spadają na nas prosto z nieba!

TUBYLCY

Z nieba! Z nieba leją się wojska! Strzelają do nas!

FELIKS, do siebie.

Interwencja! Ale tak szybko? Czemu to? (Do tubylców) Szykujmy się do walki. Niech wszyscy chwytają za broń! Do broni!

TUBYLCY

Do broni! Do broni, bracia! Niech żyje wolność!

Wybiegają.

Monitor: żołnierze cali zasłonięci skafandrami, w ogromnych okularach i błękitnych kaskach, obwieszeni technotronicznym sprzętem, pookręcani rurami i uzbrojeni w fantastyczne karabiny strzelają strzykawkami ze środkiem usypiającym do tubylców. W zaciętych walkach nie ponoszą żadnych strat; posuwają się metodycznie i w sposób zautomatyzowany.

PREZENTER

Wojska interwencyjne wylądowały w Faluku dzisiaj o świcie. Po raz pierwszy w dziejach ludzkości atak zbrojny odbywa się bez ofiar ludzkich zarówno po stronie atakujących, jak i atakowanych. Wojska pokojowe ONZ strzelają strzykawkami z silnie i bardzo szybko działającym środkiem usypiającym. Choć na zdjęciach widzimy wielu padających ludzi, nikt z nich nie ginie; wszyscy po prostu zasypiają. Mamy do czynienia z najbardziej humanitarną interwencją zbrojną w dziejach świata.

Wchodzi Chiński handlarz.

HANDLARZ

Koniec. Przegrałeś.

FELIKS

Tak, to koniec. Ale czy przegrałem?

HANDLARZ

Przegrałeś, bo ja wygrałem. A sam powiedziałeś, że tylko jeden z nas może wygrać.

FELIKS

Więc ty wygrałeś? Dlaczego?

HANDLARZ

Tak, wygrałem. Wygrałem, bo jestem szpiegiem.

FELIKS

Bo jesteś szpiegiem?

HANDLARZ

Otóż to, chłopie.

FELIKS

I doniosłeś o wszystkim?

HANDLARZ

Taka moja robota.

FELIKS

Komu?

HANDLARZ

Co to ma za znaczenie, komu doniosłem. Przecież i tak dowiedziały się o tym wiadome władze i instytucje...

FELIKS

Więc to nie ty ze mną wygrałeś, tylko twoi mocodawcy. Ty w ogóle nie wygrałeś. Jesteś na zero.

HANDLARZ, ze złością.

Wygrała moja sprawa!

FELIKS, zdziwiony.

Twoja? W sprawie, której służysz, nie ma nic twojego. To sprawa niczyja.

HANDLARZ

Ale zwycięska.

FELIKS, lekceważąco.

Może właśnie dlatego...

HANDLARZ

Może. Mimo wszystko mnie jest lepiej niż tobie.

FELIKS

Wątpię.

Wbiega kilku przerażonych tubylców.

TUBYLEC I

Królu, nie możemy stawić im oporu. Wszyscy nasi padają. To jakieś niepokonane wojska. Nie imają się ich pałki i maczety.

FELIKS, walecznie.

Zostańcie ze mną. Będziemy się bronić. Brońmy się!

TUBYLCY

Brońmy się! Brońmy!

HANDLARZ, przedrzeźniając złośliwie.

Brońmy się! Spróbuj się teraz śmiać tak, jak się śmiałeś!

FELIKS, patrząc prosto w oczy Handlarza, szczerze; tak, że w końcu tamten nie wytrzymuje.

Ależ ja się wciąż śmieję! To ty się nie śmiejesz!

HANDLARZ

Nie słyszę!

Żołnierze ONZ wchodzą na scenę od strony widowni; idą miarowo, pół-ludzie, pół-maszyny, stalowi, skomputeryzowani, gigantyczni, technokratyczni i niezniszczalni. Strzelają do tubylców, którzy po kolei zasypiają.

HANDLARZ, wskazując na Feliksa.

To ten! To ten! Aresztujcie go!

FELIKS, z uśmiechem zdumienia.

Strzelają strzykawkami?! Środek usypiający?! Jak do dzikich zwierząt?! (Z uniesieniem.) Jak dzikie zwierzę!.. Jak w cyrku, jak w cyrku!...

Nagle zostaje ugodzony strzykawkami; tuż po nim Człowiek-małpa. Obaj padają na siebie i zasypiają spleceni na ziemi. Żołnierze rozplatają ich i wywlekają Feliksa ze sceny. Chiński handlarz podchodzi do Człowieka-małpy i zakłada mu obrożę ze smyczą.

HANDLARZ, czule, głaszcząc Człowieka-małpę po gębie.

No, znowu będzies z wujaskiem. Stęskniłeś się juz pewnie, co, maluśki?

PREZENTER

Komisja śledcza bada pogłoski o niewyobrażalnych zbrodniach reżimu Feliksa Krige. W nieoficjalnych doniesieniach mowa między innymi o mordach na chrześcijańskich duchownych oraz aktach kanibalizmu. Mamy połączenie z naocznym świadkiem tych wydarzeń, przedsiębiorcą chińskiego pochodzenia, panem Ci-Ai. Dzień dobry panu.

HANDLARZ

Haj!

PREZENTER

Był pan naocznym świadkiem ostatnich tragicznych i straszliwych wydarzeń w Faluku. Niech pan nam powie, co właściwie się tam wydarzyło?

HANDLARZ, urzędniczo.

Miały tu miejsce liczne zajścia o charakterze okrucieństw i przemocy. W ramach tych zajść doszło do bezprecedensowych rzezi o skali przekraczającej wszelkie miary kontrowersji. Eskalacja napięcia wywołanego wzrostem bezładu i chaosu, które powstały w wyniku utraty kontroli nad ludnością tubylczą, doprowadziła do tego, że zanarchizowana masa poddała się demagogicznej polityce szarlataństwa i nieodpowiedzialności, w wyniku której rozpętały się nieprzewidziane i irracjonalne konsekwencje, które wstrząsnęły podstawami człowieczeństwa rozsadzając je i unicestwiając w otchłani zwierzęcego bestialstwa. Rzezie, jakie z tego wynikły, będą jeszcze obiektem wnikliwych, dogłębnych dochodzeń śledczych, ale już teraz można powiedzieć, że były one równie bezprecedensowe, jak liczne inne sceny deprawacji i dehumanizacji, jakich świadkami byliśmy w wieku XX, wieku zbrodni i wojen. Były to rzezie krwawe i bezsensowne; już niedługo świat pozna ich szczegóły, które zbulwersują go bezmiarem rozprzężenia i deprawacji...

PREZENTER

Dziękujemy panu za tę obszerną relację...

Monitor: poszatkowane i przyspieszone fragmenty emisji z aktu I i II.

Interwencja wojsk ONZ przyniosła spektakularny sukces. Rzeziom położono kres. Jak obwieścił dzisiaj na konferencji prasowej prezydent, był to sukces humanitaryzmu i wolności. Udowodniliśmy, że wartości i praw człowieka bronić można tak, by nikomu nie wyrządzić krzywdy. Ludność Faluku, kiedy obudzi się ze snu, odkryje, że znalazła się w lepszym świecie. Odtąd, dzięki pokojowemu nadzorowi wojsk ONZ, ten najbiedniejszy kraj świata będzie mógł wejść na drogę rozwoju i powrócić do rodziny narodów świata, cieszących się rządami prawa i dobrobytem. Oczywiście, zadania, jakie stoją obecnie przed mieszkańcami Faluku, są przeogromne. Nawet przy najszybszym wzroście gospodarczym państwo to dojdzie do dzisiejszego poziomu zamożności państw zachodnich najwcześniej za tysiąc dwieście osiemnaście lat. Nie należy jednak, zdaniem prezydenta, tylko z tego powodu załamywać rąk i poddawać się biernej rozpaczy. Warto pracować na rzecz przyszłych pokoleń, na rzecz dzieci i wnuków. Faluku może liczyć, że w swej wytężonej pracy na rzecz rozwoju dostanie wsparcie społeczności międzynarodowej, dodał prezydent.

Obecnie wojska interwencyjne ONZ opanowują sytuację w Faluku i przywracają porządek, nie napotykając już żadnego oporu. Należy się spodziewać, że już jutro powołany zostanie tymczasowy komisarz...

AKT IV

Scena 1

Szpital więzienny. Lekarz więzienny i Irys (w transseksualnych fatałaszkach, wyszminkowany, jaskrawy).

LEKARZ

Jest pan krewnym, członkiem rodziny?

IRYS

Nie. Ja i Feliks, to znaczy pan Krige, jesteśmy zakontraktowani.

LEKARZ

Ach tak...

Lekarz notuje coś w notatniku. Milczenie.

IRYS

Panie doktorze, czy z nim wszystko dobrze?

LEKARZ

Tak. Będzie żył. Był w bardzo ciężkim stanie, kiedy go tutaj przywieziono, ale udało nam się go uratować. Teraz dochodzi już do siebie. Niestety, nigdy nie będzie już mógł normalnie funkcjonować.

IRYS

Na czym polega owa dysfunkcjonalność?

LEKARZ

Jest ona dla nauki nie do końca zrozumiała. Prawdopodobnie pański... kontrahent... był uczulony na któryś ze składników środka usypiającego, którym posłużyły się czynniki interwencyjne. W wyniku porażenia tą substancją popadł w bezdech; jest to przypadłość częsta u niemowląt, natomiast rzadka u ludzi dorosłych; sprawia ona, że czynność oddechowa raz na jakiś czas zamiera, to jakby zacinanie się mechanizmu pompy płucnej...

IRYS

I to nieuleczalne?

LEKARZ

Nie wiadomo. Na razie schorzenie nie wykazuje tendencji regresywnej. Toteż pan Krige, nawet gdy już opuści szpital więzienny, będzie musiał posługiwać się pompą podpierającą.

IRYS

Będzie więc kimś jakby kaleką?

LEKARZ

Poniekąd. Pompa ta to bardzo nowoczesne urządzenie; właściwie pan Krige będzie pierwszym jej użytkownikiem. Jest zaopatrzona w czujniki, które nieustannie rejestrują pracę mózgu, schowane pod dość sympatycznym stalowym kaskiem. Dane z czujników analizowane są przez komputer, który monitoruje również pracę serca, wątroby i nerek, jak również wszystkich czterech kończyn. Steruje on gumową rurką umieszczoną na stałe w gardle pacjenta; gdy tylko na podstawie analizy danych komputer stwierdzi groźbę zaistnienia bezdechu, uruchomi tłok pompy i zacznie tłoczyć do płuc potrzebną dawkę azotu i tlenu. Jednym słowem ultra high-tech.

IRYS

Ale poza tym będzie w pełni sprawny?

LEKARZ

Oczywiście.

IRYS

A czy dostanie odszkodowanie za to, co się stało?

LEKARZ

Tego nie wiem. Jestem lekarzem, nie prawnikiem.

IRYS

Tak, moim zdaniem powinien się ubiegać o odszkodowanie. Wszak interwencja miała obyć się bez ofiar. Należą mu się grube pieniądze od rządu... Czy mogę go teraz zobaczyć?

LEKARZ

Tak, proszę.

Naciska guzik. Ukazuje się Feliks, leżący w łóżku szpitalnym, podłączony setką splątanych rurek i kabli z setką urządzeń, jakby był w pajęczynie; urządzenia dyskretnie i rytmicznie funkcjonują i pobłyskują.

Oto on.

IRYS

Feliks!

LEKARZ

Śpi.

Naciska guzik; jakieś urządzenie budzi Feliksa.

IRYS

Feliks? Feliks!

LEKARZ

Zostawiam panów. Pamiętajcie, że jesteście pod nadzorem niewidocznych kamer.

Wychodzi.

Scena 2

FELIKS, słabo.

Irys!

IRYS, przysiada się do łóżka.

Feliksie, witaj. Długo się nie widzieliśmy.

FELIKS

Tak, długo.

IRYS

I nie słyszeliśmy.

FELIKS

Również.

IRYS

Nie pisałeś. Również.

FELIKS

Rzeczywiście, nie pisałem.

IRYS

Coś ty narobił, Feliksie: znikasz, a potem nagle wracasz, oskarżony o rzezie?

FELIKS

Skoro tu przyszedłeś, skoro tu jesteś z własnej woli, to nie zaczynaj od wyrzutów, lepiej przywitaj mnie zwyczajnie...

IRYS

A zatem witaj.

Całują się.

To dlaczego zniknąłeś?

FELIKS

Czułem się bardzo niedoskonale. Musiałem wyskoczyć. Powiedziałem ci przecież.

IRYS

Tak, wiem, powiedziałeś: "muszę wyskoczyć" - i zniknąłeś na miesiące.

FELIKS, szczerze.

Tak, wyskoczyłem...

IRYS

Niezły wyskok.

FELIKS, z zapałem.

I wiesz, wyskoczyłem tak, że wpadłem w tę jedną jedyną sekundę, ten jeden ułamek sekundy, kiedy otwarty był dla mnie los, jakiego tylko w tamtej chwili mogłem sobie życzyć! Uwierzyłbyś? Ach, gdy pomyślę, jak wiele zbiegów okoliczności doprowadziło do tego...

IRYS

Świrze, przecież jesteś oskarżony o rzezie. Grozi ci strzykawka z trucizną. Albo długie lata w pudle.

FELIKS

O rzezie?

IRYS

Jesteś w nienajlepszym położeniu. Nie wiem, czy wiesz, że trzymają cię w najlepiej strzeżonym więzieniu świata.

FELIKS, zdumiony.

Naprawdę?

IRYS

Popatrz (wydobywa czasopismo kolorowe), tu jest cały artykuł o tym, w jakim osadzono cię więzieniu. (Czyta.) ...teren zakładu podzielony na tysiąc sektorów nadzorowanych przez program komputerowy..., superczułe czujniki metalu zainstalowane na stałe w mundurach więźniów, połączone z centralnym komputerem..., trzy siatki ogrodzenia pod napięciem, każda innym, oraz specjalnie tresowane owczarki pomiędzy ogrodzeniami... I tak dalej. Oto w jakim znalazłeś się miejscu. I jeszcze coś. Będziesz musiał chodzić ze sztucznym płucem. W kasku z czujnikami i bajerami...

FELIKS

Co ma płuco do kasku?

IRYS

...i z plastikową rurą wetkniętą w gardło, która będzie cię pompować, gdy zabraknie ci tchu... Oto, co osiągnąłeś swoim postępowaniem...

FELIKS

Tak, wsadzili mnie do więzienia... Mogłem to był przewidzieć, oczywiście. Ale po cóż miałem wtedy się o to troszczyć? Zresztą, nie było czasu na takie zmartwienia. Ciągle przychodziły mi do głowy jakieś myśli..., jakieś zdania..., jakieś głosy dobywały się ze mnie jakbym był podzielony na wiele różnych obszarów, w których było tak wiele różnych eksplozji... Byłem w jakiejś dziwnej malignie... Wszystko to było jak somnambulizm... Tak bardzo, że teraz czuję, jak szybko się oddala; czuję, że oderwano od mego ciała jakiś świat i odrzucono go w dal...

IRYS, nagle zrozpaczony.

Ach, Feliksie, dlaczego byłeś tak nierozsądny?!... Dlaczego dopuściłeś się tych potwornych rzezi?

FELIKS

...Czułem się porwany, wszystko przebiegało tak szybko; cały czas coś mówiło mi, że za chwilę przestanę nadążać - i co chwila okazywało się, że nie przestaję, że nie tylko nadążam, ale i jestem samą szybkością tego, co się dzieje...

IRYS

...Feliksie, dlaczego to wszystko? Czy jesteś awanturnikiem?... Zresztą, bądź sobie awanturnikiem - ale czy nie możesz być nim w sposób odpowiedzialny?

FELIKS

Chcesz wiedzieć, po co? Po nic, zupełnie po nic...

IRYS

...Oj, oj, Feliksie, dlaczego byłeś tak nieroztropny, po co ci to było? Czy ktoś ci kazał?

FELIKS

...nie, nikt...

IRYS

...czy ktoś cię zmuszał, czy ktoś cię nakłaniał?... Po co ci to było?

FELIKS

...po nic...

IRYS

...Zupełnie nie mogę cię zrozumieć, mój drogi... Pojmuję, że każdy z nas potrzebuje wyskoków, zabawy, spontaniczności. Jakiegoś małego święta, które przerywałoby rytm codzienności. Czegoś przypadkowego, przypadkowej miłości, przypadkowego... ...tak, każdy z nas. Ale robimy to z głową. Nawet wtedy, kiedy się zapominamy, pamiętamy o pewnych zobowiązaniach. Robimy to tak, by móc o ustalonej porze powrócić. I gdyby nie było tego, do czego wracamy, nie liczyłoby się także tamto, to, do czego uciekamy. Nie ma skoku bez pełzania. Nie ma ekscesu bez koncesu... Nie ma wolności bez pozwolenia...

FELIKS

...I być deltą, być deltą, deltą, deltą!...

IRYS

...Ale dla ciebie wygłup niczym nie różni się od rzezi!...

FELIKS

...Pamiętam, dawniej, w tym świecie, który teraz zdaje mi się nie tylko przeszłością, ale i czymś po drugiej i już nieosiągalnej stronie mnie samego, wpadałem często w stan, w którym wszystkie moje arterie zamulały się straszliwie, tak, było to coś w rodzaju wielkiej niedrożności, paraliżu pragnień i zamiarów. Nie mogłem zrobić nic, byłem przywalony sobą...

IRYS

...Ale dlaczego? Nie, ja nic nie rozumiem... Kiedyś cię rozumiałem, teraz nie. I co z tego ci przyszło?... Nic.

FELIKS

...ale tam, tam, wśród dzikich, nigdy mi się to nie zdarzyło; byłem tak świeży...

IRYS

...Nic poza tym, że siedzisz w więzieniu i czekasz na proces...

FELIKS

...Bo, widzisz, zdarza się czasem tak, że człowiek, będąc jednym, nagle, niepostrzeżenie, staje się nawet nie drugim czy trzecim, ale siódmym - i nie wie, kiedy to nastąpiło, nic nie wie, i już się nie poznaje...

IRYS

...I poza tym, że będziesz chodził podłączony do elektronicznego płuca!

FELIKS, otrząsając się z rozmarzenia.

Podłączony do płuca!... Irysie, czy to pewne?

IRYS

Nabawiłeś się bezdechu z powodu uczulenia. Nie będziesz mógł się ruszyć bez tego sprzętu!

FELIKS, przerażony.

Ach, Irysie, czy jesteś tego zupełnie pewien?... Bo jeśli tak, to błagam cię, skróć to... Wyłącz te aparaty...

IRYS

Zwariowałeś? Chcesz zginąć?

FELIKS

To lepsze niż łazić w kasku!

IRYS

A rozprawa? Nie chcesz bronić swej sprawy? Nie chcesz udowodnić, że jesteś niewinny?

FELIKS

Nie zależy mi na rozprawie... Nie zniosę ani jednego dnia z płucem!

IRYS

Przyzwyczaisz się!

FELIKS

Nie! Nie chcę! Błagam cię, Irysie, odłącz mnie od tych aparatów!...

IRYS

Tak ot, po prostu, teraz, natychmiast?! Zwariowałeś!

FELIKS

Tak, proszę cię! Teraz!

IRYS

Poczekaj. Zastanów się. Zmienisz zdanie.

FELIKS

Irysie, nie prosiłbym cię, gdyby nie to, że jedną nogę mam przymocowaną łańcuchem do łóżka! Irysie!

IRYS

Nie, nie można tego zrobić tak od ręki! Zresztą, oskarżą mnie o morderstwo...

FELIKS, opadając, do siebie.

Nie, nie uda mi się go przekonać...

IRYS

Nie, nie mogę... Ale nie martw się, Feliksie, na pewno szybko się z tym oswoisz...

FELIKS, cicho.

...Tak, było to nie do zatrzymania... I nie mogłem był chcieć czegoś innego... Delta, delta... Wyskok. Szybkość. Strzał. Dryf.

IRYS

...Winieneś był zastanowić się wcześniej, co cię czeka... A teraz już za późno... Wiem, że żałujesz tego, co zrobiłeś - ale trzeba było wcześniej... Po co ci to było? Dlaczego to wszystko zrobiłeś? Z żądzy panowania? Dla władzy?

FELIKS, coraz ciszej.

Nie, nie chodziło o władzę... Nie chodziło o władzę... Chodziło o... wzdrąd..., tak..., tak, o WZDRĄD.

IRYS

To nic nie znaczy!

FELIKS

Tak, to nic nie znaczy...

Scena 3

Wchodzą lekarz, dwaj pielęgniarze i trzej strażnicy w kominiarkach.

LEKARZ

Cóż, właściwie powinienem pana wyprosić, bo czas wizyty minął. Ale jeśli pan chce, to może zostać i być świadkiem historycznej chwili. Czas na próbne przymiarki płuca.

Lekarz naciska guzik. Platforma umieszczona za plecami Feliksa w łóżku unosi go do pozycji półsiedzącej. Do pielęgniarzy.

Panowie, zaczynamy. Róbcie wszystko według odgórnych wskazówek, jakich wam udzieliłem.

Pielęgniarze zaczynają zakładać na Feliksa płuco wspierające.

Bardzo jestem ciekaw wyników tego eksperymentu. Gdyby się powiódł, wielu ludzi mogłoby wrócić do względnej normalności... A przecież nie ma nic ważniejszego niż normalność... Stajemy u progu chwili, w której uszczęśliwimy tysiące przykutych do łóżka pacjentów, damy im szansę, by byli przeciętnymi ludźmi. To piękna sprawa. W takich momentach człowiek jest dumny z tego, że jest lekarzem. Nie, kask w drugą stronę. O tak. A teraz skafander. Doskonale. (Do Feliksa.) Nawet elegancki ten skafanderek, prawda?... No, jak się pan w tym czuje? Dobrze? To świetnie. Oczywiście, z początku może być trochę niewygodnie... - ale szybko się pan przystosuje. Założę się, że za miesiąc już pan będzie lubił to urządzenie...

IRYS, pocieszycielsko.

Rzeczywiście nie taki diabeł straszny; całkiem sympatyczne urządzonko!

LEKARZ

Prawda? Takie estetyczne!

IRYS

W looku całkiem odjechane.

Feliks wrzeszczy. Strażnicy przystawiają mu lufy do głowy - wrzeszczy głośniej. Pielęgniarze próbują go uciszyć - wrzeszczy głośniej. W końcu lekarz robi mu zastrzyk usypiający. Feliks zasypia, reszta wychodzi.

Monitor: fragmenty emisji z aktu II i III, w zwolnionym tempie, wplecione w teledysk familijno-religijnej kapeli poprockowej "Children of Earth".

Scena 4

Sąd. Feliks z przymocowanym płucem, w kajdankach, wpatrzony w ziemię.

Chiński handlarz w roli sędziego.

HANDLARZ-SĘDZIA, hieratycznie i moralnie, wskazując palcem na Feliksa.

Mordy i okrucieństwa. Potworności i zbrodnie równe stalinizmowi i nazizmowi. Bestialstwo i bezwględność. Ohyda i zgorszenie. Zboczenie i degeneracja. Obraza i degrengolada. Strach i niedowierzanie. Upadek i zgnilizna. Rozkład i rozprzężenie. Horror i koszmar. Smutek i gorycz. Bezprawie i anarchia. Cynizm i brak norm. Złość i agresja. Gorycz i nienawiść. Zło i niegodziwość. Wilk i owca. Nihilizm i bezczelność. Okrucieństwo i frustracja. Zbrodnia i kara. Surowość i praworządność. Skazuje się Feliksa Krige na karę dwustu sześćdziesięciu dziewięciu lat więzienia!

Feliks zostaje wyprowadzony.

Scena 5

Supernowoczesna cela więzienna. Monitor: obraz z kamery nadzorującej celę. Feliks przechadzając się, macha ręką do kamery, co uwidacznia się na ekranie. Potem kładzie się na pryczy. Punktowe światło skierowane na jego leżącą postać.

Monitor: impreza techno z głośną, zredukowaną do samego dudnienia muzyką. Na pierwszym planie ekranu czterech osobników ubranych w hiperindustrialne kostiumy: maski gazowe, stroje do nurkowania, świecące hełmy etc.; jeden z nich w stroju do złudzenia podobnym do sztucznego płuca Feliksa. Podskakują rytmicznie i nieprzytomnie.

Scena: leżący na pryczy Feliks. Po dłuższej chwili uruchamia się sztuczne płuco. Feliks wyrywa rurę ze swych ust. Dusi się i kona prawie niewidocznie.

Monitor: jeden z techno-osobników, nie przestając pląsać, trąca drugiego i pokazuje mu palcem w stronę konającego Feliksa. Tamten patrzy, ale nie daje poznać, czy cokolwiek zauważył; nie przestaje kiwać się w rytm muzyki. Pierwszy z osobników wskazuje Feliksa trzeciemu; z podobnym efektem. Z kolei drugi wskazuje palcem w zupełnie inną stronę; wszyscy patrzą tam nie dając poznać, czy coś ujrzeli; kiwają się. Trzeci pokazuje palcem w jeszcze inną stronę; podobnie wskazują czwarty, a potem pierwszy i drugi, za każdym razem w zupełnie innym, abstrakcyjnym kierunku. Rytm przyspiesza. Jeden z osobników dopada od tyłu drugiego osobnika; złączeni w uścisku kopulują jak roboty. Kurtyna.

Koniec