Dodano 01.10.2011
[o Polsce, zapiski badacza]
dla Kristofa, aby wiedział, dlaczego tak trudno wiedzieć o niej cokolwiek pewnego
[1] Polska jest najważniejsza – hasło wyborcze PIS, dużej polskiej partii prawicowej, obecnie nazwa jednego z małych ugrupowań.
„Niemcy, Niemcy ponad wszystko” – to chyba najbardziej idiotyczne hasło, jakie kiedykolwiek istniało. Dlaczego akurat Niemcy – pytam: skoro nie pragną, nie reprezentują, nie unaoczniają niczego, co przedstawiałoby większą wartość od jakiejkolwiek innej dotychczasowej mocy! Same w sobie są tylko kolejnym dużym państwem, kolejną niedorzecznością w świecie.
Friedrich Nietzsche
A dlaczego akurat Polska? Czego ona pragnie, co reprezentuje i co unaocznia? Jakiego rodzaju i jak wielką wartość antropologiczną? Polak – co to za typ człowieka? Czy Polacy są dobrymi Europejczykami? Czy dobry Europejczyk winien się raczej wystrzegać polskości? A może winien jej właśnie bronić, może winien chcieć być Polakiem? Co zasługuje tutaj na obronę, choćby na wegetację, na przetrwanie?
Skądinąd czy to nie zdolność przetrwania była jak dotąd jedną z ważniejszych, ciekawszych, o ile nie po prostu jedyną interesującą cnotą Polaka? Czy Polska nie stanowi – przynajmniej od kilkuset lat – laboratorium przetrwania?
[2] Nb. „przetrwanie”, „żałoba”, „resztka” to istotne, wiodące tematy części powojennej myśli, zwłaszcza francuskiej. Polska historia mogłaby stanowić niezły materiał do analiz tych zagadnień (Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy – słowa polskiego hymnu wyraźnie wskazują na fundamentalną dla tego kraju rolę nosicieli: czy wiedzieli kiedykolwiek, po co żyją).
[3] Nie jest wcale pewne, z czego „składa się” Polska – czy na pewno z terytorium, obywateli, instytucji, klas?... Co tu jest „elementarne”? Nawet niekoniecznie w znaczeniu „istotowe”, „najpierwotniejsze”, lecz w sensie „żywiołowe”. Co uderza z nagła? Co wciąga albo za czym można podążyć?
Jako żywioł, jako wypełniony żywiołami świat jawi się np. detektywowi w czarnym kinie. Nie jest on policjantem – nie postrzega świata z punktu widzenia normy, tego, co statystycznie najczęstsze. Ale nie jest też typem „klasycznego” detektywa, przenikliwego do bólu, kimś w rodzaju Dupina (bohatera Edgara A. Poe), który potrafił dostrzec to, co wyjątkowe, nienormalne, niespotykane, owego orangutana-mordercę, niewidocznego dla żadnego policjanta. Detektyw noir błądzi – „kłopoty to jego specjalność” – ponieważ cechuje go głupota i niecierpliwość. Rzeczywistość, którą ucieleśnia np. figura femme fatale, uderza weń, a on coraz bardziej się w niej pogrąża i wikła. To, co odkrywa (nigdy nie jest to pełnia ani dno prawdy), nie jest niczym innym jak wielością napastliwych sił.
Detektyw mógłby się nazywać Żelbetnietzschek. Żelbetnietzschek w poszukiwaniu sił konstytuujących Polskę.
[4] Po śmierci Jana Pawła II, której cierpliwie towarzyszył cały lud, zaczęto mówić o „pokoleniu JP2”. Po katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku, w której zginął m.in. urzędujący prezydent, Polacy spontanicznie uczcili ofiary, miesiącami przychodząc pod pałac prezydencki, znowu zawiązując wokół tego wydarzenia osobny ruch. Krytyczni obserwatorzy zaczęli mówić o kolejnym świadectwie polskiej tanatofilii, kulcie zmarłych i upiorów.
Tymczasem za ważniejszy i bardziej uderzający należałoby uznać zbiorowy charakter zdarzeń (zbiorowy także w przypadku krytyków). „Instynkt wspólnotowy” ocierający się o stadną kultowość – liczą się bezpośredni akces i pewność uczestnictwa. W centrum jakaś postać, relikwia, tytuł, szyld – coś emanujące „charyzmatem” i ucieleśniające jedność.
Wiadomo, w jaką konsternację wprawiał nierzadko zagranicznych obserwatorów fenomen Sierpnia i – szerzej – „Solidarności”. Zwykle nie zwracali uwagi na dominujący motyw wspólnotowości. W jego świetle należy widzieć powiązanie wątków katolickich z socjalistycznymi w „Programie” z ’81 roku, także zarzuty pod adresem władzy, która zdaniem związkowców dzieliła społeczeństwo i niszczyła wszelkie więzi, także niechęć do wewnętrznych podziałów w Związku – wyrażoną choćby w organizacji jego struktury (jedność przywództwa + komisje rewizyjne z uprawnieniami kontrolnymi), także ciągłe odwołania do wyobrażonej większości związkowej, wreszcie spór Gwiazdy z Wałęsą, w którym radykalny demokratyzm pierwszego stanowił w oczach związkowców zagrożenie dla jedności wspólnoty tym silniej ucieleśnianej przez jednoosobowe kierownictwo drugiego.
Filozof z Long Island
A jednak ten wspólnotowy instynkt, ta stadność nie są odpowiedzią – same stanowią zagadkę. Z czym przychodzi Polak do innych Polaków?
[5] Wiele „cnót” Polaka to cnoty wyłącznie z konieczności – po pierwsze cechy to wcale nie tak chwalebne, po drugie stanowią zwykle raczej niechciany ciężar niż powód do dumy. Np. indywidualizm – raz nadmiernie podkreślany jako znamię wyjątkowości, umiłowania swobody tudzież, przeciwnie, skłonności do anarchii i warcholstwa, innym znów razem niepotrzebnie kwestionowany jako sprzeczny z właściwym Polakom instynktem stadnym.
Jest dokładnie odwrotnie. Polak bowiem tak naprawdę jest zmuszony być jednostką. Brak jakiegokolwiek wsparcia „instytucjonalno-państwowego” sprawia, że – mówiąc żargonem socjologicznym – mamy do czynienia z „indywidualizacją” bez „uspołecznienia” (stąd taka a nie inna postać polskiej zbiorowości).
[6] Zbiorowość – jako zbiorowość – po wielokroć (o ile nie po prostu) „gnojona”, po wielokroć (o ile nie po prostu) będąca przedmiotem eksperymentów (od Powstania Warszawskiego poczynając, przez PRL-owską inżynierię polityczno-obyczajową, aż po czasy „transformacji”), najbardziej oddana dowolnemu pasterzowi, którego porzuca wprawdzie łatwo, ale zawsze za późno, bo zwykle podążając już za kolejnym. Dlatego bez trudu zyskuje miano „krnąbrnej”. Tym bardziej, że z każdej konfrontacji wychodzi na pozór nietknięta – żadna władza nie ma na nią cywilizującego wpływu, żaden przywódca nie zdąży być prawdziwym pedagogiem (nie jest to zatem typowa nowoczesna populacja, kształtowana przez historię jako historię postępującej instytucjonalizacji i racjonalizującego nadzoru). Oznacza to, że z każdej konfrontacji wynosi jedynie rany. Wszystko, co ją spotyka, jest dla niej wyłącznie ciosem.
[7] Nieokrzesanie, brak obycia (kultury, Bildung, paideia) – nic nigdy nie zostaje tu przeżyte, przetworzone, nic się nie osadza. Polska jako kraj zapóźniony (ale może i niewczesny: idealny na nowe czasy oferty i dostępu).
[8] Wbrew wszelkim pozorom – zakłamaniu, lękom, pysze, megalomanii, ksenofobii (stanowiącym raczej czynniki reaktywne i terapeutyczne) – polska świadomość zawsze ostatecznie okazywała się formacją autoopresyjną. Patrz na okrucieństwo to jedyne trafne określenie trybu przyswajania czegokolwiek (w szczególności własnej historii – czy to w narracji o winach, czy o ofiarach). W istocie model rozszarpywania stał się wzorcowy – pewien zasadniczy brak wyrozumiałości powoduje, że Polak nigdy nie płacze z powodu doznanych ran, lecz zawsze jedynie się im przygląda. Oczywiście uwewnętrzniona przemoc łatwo znajduje tym brutalniejszy wyraz zewnętrzny.
[9] Odczuwać wszystko wyłącznie jako ciosy, z wszelkich wydarzeń wynosić jedynie rany – oznacza to konieczność zapominania, czyli w gruncie rzeczy niemożność usunięcia czegokolwiek w niepamięć albo przynajmniej zaburzenie mechanizmu pamięci; w przypadku zbiorowości – brak instancji czy wręcz instytucji (całego systemu instytucji) selekcjonowania śladów. Praca archiwizacji spada na indywidua (archiwizować: przyglądać się, opracowywać, kopiować, wyrzucać, porządkować, planować przyszły dostęp).
[10] To dlatego Polska nie wnosi do Europy swego doświadczenia komunizmu (nie walki z nim, czyli ran, jakie po sobie pozostawił!). Dlatego – innymi słowy – nie niesie go w samej sobie, dla siebie (może sobie na to pozwolić np. Rosja z oficerem KGB na czele państwa, kraj być może bardziej zachodni niż Polska – „zachodniość” to forma, nie treść, czyli nie np. „obrona zachodnich wartości”; dawno już takich tu nie było, w szczególności Zachód od dawna niczego podobnego nie „bronił”).
[11] Instynkt stadny, wola wspólnoty jako wyraz „indywidualizacji z konieczności” odpowiada też za osobliwe prymusostwo Polski w Europie – jej proeuropejskość i niesłabnący optymizm. W raptowności, z jaką Polacy wracają jakoby do siebie, do swego właściwego środowiska, daje o sobie znać swoiście polska umiejętność, techne – konformizm, oficjelstwo i ciągła aspiracja, dla kogoś z zachodu Europy niewyobrażalne i niedostrzegalne. Bo nie chodzi tu bynajmniej o interesowność, łapczywość, jakieś polskie łakomstwo na europejskie dobra, nagle, po latach rozbudzony i w niekontrolowany sposób realizowany konsumpcjonizm prostaka wkraczającego na salony. To kwestia egzystencjalna, nie ekonomiczna. Polak nie tyle naśladuje czy nawet służy, ile przystępuje. A jako że zmuszony jest to robić indywidualnie (znikąd pomocy), od razu też swój udział intensyfikuje – jako prymus sprawia wrażenie żywotnie i afirmatywnie zainteresowanego (nie powinny dziwić dane o polskich pracownikach – że są pracowici, niesamowicie mobilni, do tego nieodmiennie optymistyczni). Z kolei w chwilach zagrożenia ogarnia go niesamowita odwaga, z którą rzuca się w sam środek niebezpieczeństwa (desperat walczący za naszą i waszą wolność). Jakkolwiek stereotypowo brzmią takie sądy, jedno jest pewne – ani normalność, ani sytuacje ekstremalne nie ujawniają natury Polaka. Prymus albo śmiałek – nigdy nie pokazuje swej natury wiernego łajdaka (chyba tylko los Polski może tu służyć jako symptom).
[12] Polak przystępuje, to znaczy – niepewny, osamotniony, bez wsparcia – staje po stronie tego, co słuszne (czy to jako uczestnik Powstania Warszawskiego, czy jako przeciwnik kapitalizmu). To egzystencjalna konieczność, cena przetrwania. Prawdopodobnie trudno byłoby to pojąć obywatelom innych krajów europejskich. Różnica najwyraźniej ujawnia się w odmiennym stosunku do własnej winy. Z boleśnie zindywidualizowanego Polaka nikt jego winy nie zdejmie, nic nie weźmie jej na siebie, żadne „mechanizmy” nie przepracują jej za niego, nie zapomną, nie zamiotą pod dywan, nie wintegrują. Polakowi brak konfesjonału (nie pełni tej roli ani państwo, ani kultura, ani intelektualiści, ani tym bardziej kościół).
[13] Stąd ta osobliwa relacja do zewnętrza, nacechowana wyjątkową, wręcz alergiczną wrażliwością – Polak zawsze czuje się atakowany (brak „skorupy”, a zatem i „wnętrza”; nieumiejętność „wzruszenia ramionami”). Niepodobna się z czymkolwiek „rozliczyć”, bo niepodobna niczego „przyjąć” czy choćby dostrzec (czy będzie to antysemityzm, czy PRL, agenturalne uwikłania czy syta stabilizacja). A nie ma żadnego miejsca, żadnej instytucji, gdzie takie „przyjęcie” (archiwizacja albo inskrypcja) mogłoby się dokonać. W tym istotnym sensie państwo polskie nigdy nie służyło Polakom (wystarczy porównać stosunek do Niemców, Francuzów lub Rosjan ich własnych państw, zwłaszcza gdy idzie o kwestię archiwum, wpisu, winy itd.). Można by też powiedzieć, że nigdy nie było ich państwem.
[14] Polak-atom nijak nie potrafi się odnaleźć w jakiejkolwiek formie „obiektywnej” (instytucjonalnej). Działania czynników obiektywnych są poniekąd obojętne, tzn. są czymś obcym. Jednak nie w tym sensie, w jakim postrzega je Europejczyk – jako wyalienowaną część własnej rzeczywistości i o tyle zawsze atakowaną słusznie i beztrosko, bo w imię niemożliwego ideału, państwa bezpośrednio wyrażającego społeczeństwo, będącego jego emanacją, jego „samorządem” (świadectwem i przyczyną tej niemożliwości jest istnienie całego aparatu bezpieczeństwa i zabezpieczania – państwo nie jest moim państwem, bo z konieczności jest „policyjne”). Polak tymczasem obcość postrzega nie jako efekt alienacji, lecz rodzaj narośli. Sfera instytucji to nie coś, w co wyrodziła się nasza własna aktywność, lecz pasożyt, który zaszczepił się na ciele wspólnoty. Urzędnicy i wszelkiej maści funkcjonariusze to nie ci z „nas”, którzy zapomnieli o tym, skąd pochodzą, bo im się „udało”, a teraz wykorzystują swoją pozycję, lecz ci, którzy nas zdradzili, przechodząc do obozu wroga i teraz na nas żerują (toteż relacje z nimi zawsze oscylują pomiędzy butą a płaszczeniem się – państwo nie jest moim państwem, bo z konieczności jest „okupantem”).
Oczywiście taka sytuacja poglębia tylko polski „indywidualizm”.
[15] Z perspektywy najbardziej indywidualnej: Polak nie jest w stanie rozpoznać się w swym własnym, zewnętrznym obrazie. Z jednej strony tego obrazu poniekąd brak, to znaczy brak czegoś, co pełniłoby funkcję „sfery symbolicznej” albo Lebenswelt, co pełniłoby ją w sposób nieagresywny i niejako pierwotny (oczywiście, istnieją w Polsce kody porozumiewania się, stereotypy, etykietki itp., ale z grubsza biorąc wszystkie mają charakter wtórny i reaktywny, do tego wcale nie zapewniają „spokoju”; czym jest „spokój”? tym, co wyznacza obszar możliwej obojętności, niereagowania, „nieneurotyczności”). Mówiąc jeszcze innym żargonem: w Polsce brakuje Innego, czyli tego, w co wierzymy, ponieważ wierzą w to inni. Oto prawdziwe źródło i sens wzajemnej polskiej nieufności. Z drugiej strony każdy taki zewnętrzny obraz jest jak gdyby za „ciężki”, zbyt „agresywny”, zbyt wymagający. Polak jest za słaby, by wziąć na siebie własną podłość, tępotę, by wziąć na siebie cokolwiek. To anty-wielbłąd (łatwo zauważyć, że nie pozwala mu to stać się indywiduum, czymś prawdziwie suwerennym – i to właśnie dlatego, że tak wiele w Polsce zależy od „indywidualnych postaw”).
[16] Jeśli pewnego rodzaju rozdwojenie albo zapośreniczenie stosunku do samego siebie uznamy za wyznacznik człowieczeństwa, to Polak sytuuje się raczej na poziomie zwierzęcia albo anioła (co czyni go zresztą istotą bardzo „na czasie” – por. współczesna zmysłowość, powierzchowność i naskórkowość, zarazem dyskurs dobra i zła obowiązujący w polityce międzynarodowej – pytanie, czy Polak potrafi dać radę jako tylko-indywiduum, być może rozpłynie się, z sukcesem i gładko, idealnie wpasowany w reżim „miękkiej kontroli”, być może czeka go śmierć w ekstazie, podczas gdy Europejczycy umierać będą ze strachu albo z nudów).
[17] W Europie „indywidualizm” to zwykle wyzwanie, zarazem oznaka buntu – w Polsce równia pochyła prowadząca do klęski (ściślej: problem rozgrywa się w różnych porządkach, na osi konformizm/bunt w Europie albo zwycięstwo/klęska w Polsce – czy Sierpień ’80 nie oznaczał zmiany dotychczasowej osi także z racji odejścia od polskiej wersji „indywidualizmu”?).
[18] Koszelow – Rosjanin, okupant i mężczyzna – w połowie XIX wieku o Polaku w ogóle: że jest nierozsądny, kłamliwy, fałszywy, niesamodzielny, przebiegły, że kobiety w Polsce mają te same wady, nawet w stopniu bardziej rozwiniętym niż mężczyźni, i że dlatego tak łatwo wyjaśnić dominację w Polsce kobiet nad mężczyznami. A ponieważ cechy te częściej występują u kobiet, „kobiecość” najlepiej i najdokładniej oddaje charakter Polaków – oto skąd nieumiejętność posiadania własnego państwa i dominacja intryganctwa w życiu politycznym i społecznym.
Polski mężczyzna – skazany na bycie jednostką i rządzenie w obszarze, gdzie w większym stopniu musiał ścierać się z innymi, podobnymi sobie aniżeli uprawiać politykę (zdaniem Aschersona demokracja szlachecka bardziej niż tradycyjne wzorce europejskie przypominała kurułtaj, zgromadzenie mongolsko-tatarskiej szlachty i naczelników klanów – być może polska polityka = plemienność minus witalność). Nieustanny prymat słabych mężczyzn? Przewrażliwionych, bez żadnej realnej gratyfikacji symbolicznej, zawsze jedynie czczonych w obrębie modelu rodzinnego (w rzeczywistości, tzn. przez własne rodziny, ale i w ramach narodu ukształtowanego niczym jedna wielka rodzina). Stąd popularne wśród Polaków przekonanie, że każdy znaczniejszy Polak mógł być kobietą (słynny casus Kopernika).
[19] Historia hodowli w Polsce. Przez dziesiątki lat kolejne pokolenia wychowywane w kulcie nieobecnych ojców, mężów matek (przede wszystkim pod ich nieobecność), którzy równie niechętnie jak ochoczo (i to z tych samych powodów) szli kurwić się z wyimaginowaną „ojczyzną”. Kogo, jaki typ się wówczas realnie kształtuje?
[20] Odrzucenie mężczyzn z podwójną siłą po ’89 roku – z jednej strony przez upychający wszystko w sferę prywatną globalny system oferty i dostępu (w Europie zachodniej w dużej mierze współobsługiwany przez państwo i szeroko pojętą sferę publiczną, co stanowi pewne amortyzujące wsparcie), z drugiej przez znaczną eliminację tradycyjnych, dominujących w ostatnich dwustu latach wśród Polaków ról-wybiegów. Szansa, jaka się dzięki temu otwiera: mężczyźni po raz pierwszy zmuszeni (dodatkowo przy braku instytucjonalnej amortyzacji) wykonać „pracę emocjonalną”, postawić pytanie o siebie, „spojrzeć w lustro” (Gombrowicz itd.), „zanalizować się”. Konieczność doświadczenia histerii, impotencji, „andropauzy”. Co to oznacza dla kultury?
[21]
Rodacy, droga, jakąśmy przebyli od 89 roku [zdobycie Bastylii – AP], usiana była niepomiernie większymi trudnościami niż ta, która stoi jeszcze przed nami
Markiz de Sade