Węgla! - część 2 - rozdział 5

Dodano 05.01.2010

 

 

5.

 

Około południa ujawniło się, że nie ma ani śladu po Mateczce. Wcześniej nie było nikogo, kto by ten ubytek zauważył, gdyż Józek i Stella znów leżeli razem - w sypialni, przyssani jedno do drugiego, tak silnie połączeni ze sobą, że trudno było rozpoznać kto jest kim, ich zlane w jedno miednice wolno pulsowały, nieświadome, co czynią.

 

Część obojga, część, która przynajmniej kiedyś była ładną blond-Stellą wydała z siebie w pewnym momencie głośny okrzyk, który bynajmniej nie był krzykiem potocznie rozumianej rozkoszy, ani też (potocznie rozumianej) rozpaczy lecz raczej krzykiem zaskoczenia - głosem przebudzonego, który zorientował się (albo przynajmniej tak mu się wydało), że znalazł się w świecie prostszym, lecz zarazem bardziej niebezpiecznym niż świat senny, w którym był wcześniej się zanurzył i teraz jest zmuszony się poruszać pomiędzy realnymi majakami jawy.

 

- Gdzie są wszyscy? – krzyknęła ww. krzykiem zaskoczenia Stella Herc.

Józef nic nie odparł (czy on nie był „wszystkimi?”)  tylko kilka razy pogłaskał ją; na oślep.

 

W końcu jakoś rozłączyli się, co było jednak trudne.

I „w końcu” zaszli do kuchni, by zaparzyć kawy, prądu ani gazu wciąż nie było, zapałki się skończyły, jednak Józef zapewnił, że posiada krzesiwo.

 

A więc byli już w kuchni. Józef nagi jak bydlę. Stella niedbale owinęła się jakimś prześcieradłem, by szczególnie nie krępować nestora, który – jak wtedy im się zdało -siedział sobie spokojnie, tak jak wcześniej.

Stella postanowiła (owinąwszy się mocniej) zobaczyć, czy zwłoki babki są utrzymane godziwie - mimo pewnego skrępowania (w zasadzie męska rzecz, uznała, nie wiedząc sama, dlaczego, ale On jest nagi, a nie śmie mu powiedzieć, żeby okrył się) wetknęła głowę do środka pomieszczenia zajmowanego przez Mateczkę i spostrzegła przedmiotowy Brak.

 

Co się stało z Mateczką to, różnymi drogi można było eksplikować, a  każda z tych dróg była drogą wężową:

 

Być może, oczywiście mateczka, była żywa, jak to przez moment swego czasu podejrzewał Rico. I ot tak po prostu poszła sobie, choć byłoby to w rażący sposób sprzeczne z jej dotychczasowymi zwyczajami: Mateczka nie wypuszczała się nigdzie „ot tak sobie”, nawet w czasach, w których zdrowie tej osoby było bardzo dobre, a stan żywy nie budził wątpliwości. Jednak Stella również podejrzewała przez moment, że Mateczka ożyła, w czym nieświadomie zbliżyła się do ojca, który z pewnością byłby przerażony tego rodzaju telepatią - mogłoby go pocieszyć, że przesłanki ich domniemań (ostatecznie uznanych, chociaż może nie z bezwzględną stanowczością, za nieprawdopodobne) były nieco inne, nawet jeżeli dotyczyły tego samego stanu rzeczy – Rico wnioskował o możliwym życiu uznanego za nieżywe ciała na podstawie jego bezpośredniej obserwacji, Stella z tego względu, że to ciało ubyło, a kradzież bądź Wniebowstąpienie (była wszak poganką) wydały jej się nieprawdopodobne.

 

- Ktoś nam zeżarł mateczkę? – ni to zauważył, ni zapytał Józek, lekko sarkastycznym tonem, stając za plecami Stelli (wciąż nagi, chociaż zasłonił sobie przyrodzenie dłonią - gestem jakby teatralnym, na zasadzie zadośćuczynienia formalności, które to jednak zadośćuczynienie kryło w sobie więcej niż jedno super-twarde dno); był jednak  poruszony nie na żarty, choć  źródło jego poruszenia było trudne do jednoznacznego zidentyfikowania, mogło być niemało abstrakcji w jego wodach, a więcej jeszcze w krainie, w której bił ów zdrój.

 

Stwierdzenie powyżej cytowane wskazuje, można rzec, że Marszałek przyjął nieco inne wyjaśnienie, niż te, które – w różnych tempach, w różnych okolicznościach, w oparciu o mocno odmienne punkty wyjścia – przelatywały w świadomości Rica oraz Stelli. „Zeżarł”. Jakie miał ten Pan dane, co by tak przypuszczać? Być może nie miał żadnych, być może uznał natomiast, że wszelkie przypuszczenie może być tylko rzutem kości, zaś wypowiedź o zjedzeniu mateczki uznać mógł za tego typu rzut, po którym kość odbije się od stołu w skocznym, intensywnym rytmie, więc jest warty grzechu, nawet jeśli wynik nie przyniesie cennych sześciu oczek. W każdym razie miał chyba czyste sumienie – w jego głosie obok mieszaniny poruszenia i sarkazmu było trochę świeżej niewinności.

 

                 Być może przypuszczenie Józefa nie było jednak pozbawione podstaw. Być może przy tym jego wiedza nie była taka żadna. Rzeczywiście, teraz przypomnieli sobie – choć może to były tylko strzępki ich snu (pokrywające się z faktami – tak już się przydarzyło – w stopniu dość niemałym), że rankiem dwaj kowboje rozgościli się w pomieszczeniu kuchennym. Pałaszowali tamże potrawę świeżo przyrządzoną na grillu, to oni zresztą najprawdopodobniej zmarnowali zapałki. Goście na pozór byli bardzo spokojni, nawet wręcz serdeczni, choć nie znaleźli nikogo żywego, któremu mogliby okazać tę serdeczność (Józef i Stella albo śnili, kiedy goście rozgościli się, albo byli zanadto otępiali, by wystąpić w rolach maitres d’hotel). Kowboje czas jakiś siedzieli skupieni nad potrawą, racjonalnie dzieląc mięsiwo na równiutkie porcje. Wyglądali jakby rzeczywiście przyjechali z owej krainy marzeń i niebezpieczeństwa („marzenia”, „niebezpieczeństwo” – czy nie chodzi o jedno?) określanej czasem mianem „Dziki Zachód”, bądź przynajmniej z jednej z jego kopii – mniej albo bardziej urojonej. Jak to rewolwerowcy, sprawiali wrażenie zasadniczo człowiecze. Jednakże zęby mieli jakieś nieludzkie, z ogromną wystawioną na zewnątrz parą długich siekaczy. Obserwator mógłby odnieść też wrażenie, że ich ciała równomiernie pokrywa jasnoszara sierść – chociaż była na tyle króciutka, jakby celowo przystrzyżona, że w jesiennym świetle, słabym słabością samej okolicznej natury – trudno było ją dostrzec. Czyżby gryzonie, które postanowiły odrobinkę poudawać ludzi? Albo też osobnicy, którzy przybrali w zasadzie ludzką postać długą drogą ewolucji od jakiegoś gryzonia? Czy jest udowodnione, że wszyscy nasi antenaci byli z rodu małp? Słowańcy – przynajmniej ci o bardziej materialistycznych przekonaniach – zdają się w to wierzyć, lecz mogą nie mieć racji. W końcu gryzoniom nikt rozsądny nie odmawia sprytu i determinacji, a to arcyludzkie przymioty.

Tak... na pewno Józefowi, a może tej części pięknej Stelli, która była z nim rankiem połączona (albo części Józefa, która była wtedy połączona ze Stellą) wydało się (albo przyśniło) w pewnej chwili – to było bodaj  o poranku – że po całym mieszkaniu rozchodzi się zapach spalenizny...

 

Jakoś więc dało się uzasadnić taką wersję zdarzeń, że Mateczka została spałaszowana przez kowbojów. Mogło tylko budzić wątpliwości, gdzie w takim razie podziały się jej resztki. Znaleziono kilkanaście włosów na podłodze, wszystko wskazywało, że to włosie seniorki, jednak równie dobrze mogła je pozostawić znacznie wcześniej, wtedy gdy była żywa bezdyskusyjnie – intensywna farba, którą z uporem pokrywała siwiznę, powodowała ich częste wypadanie. Być może jednak kowboje byli równie skrupulatni i schludni, jak w chwilach, w których spożywali pokarm – systematycznie, w równym tempie, symultanicznie wykonując identyczne gesty. Być może więc (hipoteza!) zabrali ze sobą pozostałości, by nie śmiecić, a może już zdążyli je przemyślnie wykorzystać do uzyskania jakiegoś przydatnego społeczeństwu surowca, metodą tak zwanego recyklingu. Ubranie zaś (znowu hipoteza!) wstawione zostało do komisu, o ile chociaż jeden działał jeszcze w tych feralnych dla Narodu dniach. Albo oddali je, pod tytułem darmowym, na rzecz potrzebujących, zwłaszcza jeśli mimo niechrześcijańskich praktyk spożywania bliźnich (mieli ludzkie ubrania – bliźnimi raczej byli, jeżeli nawet od małpy się nie wywodzili) zachowali jakieś resztki godziwości.

 

Trzeba było powrócić im do kuchni, jako że garniec z kawą, na zaimprowizowanym palenisku umieszczony, zaczął mocno drżeć. Z faktu przyjścia (i nie tylko z tego) wynikła jednocześnie dodatkowa potrzeba, spowodowana bardziej zatroskaniem o osoby, niż poręczne przedmioty, a kierowana odwieczną (wielce dyskusyjną, choć nieuniknioną jak należy przyjąć, na przekór różnorakim myślicielom) zasadą analogii: Skoro z Mateczką stała się rzecz dziwna (albowiem znikła Mateczka, albowiem jej ubyło) należy się przyjrzeć nieco bliżej, jak sprawy mają się z Nestorem.

Widok, który ujrzeli po tym bliższym przyjrzeniu, bardzo ich zaskoczył, tym bardziej zaskoczyło ich to, że wcześniej nie dostrzegli zasadniczej zmiany. W ciągu nocy, jak również ranną porą z miejsca spoczynku Dziadka nie dobiegały żadne odgłosy, które by słyszeli albo o których mogliby choć przez chwilę śnić.

Dziadka nie ubyło. Dziadek żył wciąż i wciąż oddychał tak samo – powoli, równomiernie i głośno, lekko chrapiąc. Wciąż siedział na wózku inwalidzkim w tym samym miejscu, w którym wcześniej został przez troskliwą rodzinę postawiony – to pozostało niezmienne, można to było stwierdzić z bardziej niż względnie wysokim prawdopodobieństwem, o ile nie z pewnością.

Tyle że spoczywał odwrócony nie do okna, jak go zostawili, lecz w przeciwną stronę, frontem do wchodzących. Jak mogli byli tego nie dostrzec! Czyżby zapomnieli, w jakiej pozycji został umieszczony – Stelli to mogło się przydarzyć, czy jednak mogło to się przytrafić Marszałkowi? A  ustawienie frontem teraz spowodowało, że szok, którego doznali, był o ile nie większy, to bardziej bezpośredni i natychmiastowy, gdyż od razu za ponownym wkroczeniem odkryli pewien szczegół, który, gdyby dziadek pozostał w pozycji, w której został troskliwie umieszczony, odkryliby dopiero po jego odwróceniu, a w każdym razie po wyraźniejszym przybliżeniu się: Tym szczegółem był widelec wbity w lewy policzek Henryka Rudolfa Herca. Co mogło się przydarzyć? Być może ktoś miał ochotę zdegustować na miejscu najstarszego górnika Republiki. Wątek kowbojski byłby w ten oto sposób nadzwyczaj (no, bez przesady może z tym „nadzwyczaj”) silnie uprawdopodobniony. Być może oczywiście widelec wbiła jakaś siła w okresie pomiędzy pierwszym wejściem rodzeństwa do kuchni, a wizytą w pokoju brakującej Mateczki, może zresztą dopiero wonczas ktoś dziadziusia obrócił. Tę opcję jednak rodzeństwo wykluczyło, nie mnie sądzić, czy słusznie.

Rana nie krwawiła, tylko dookoła miejsc, w które wbiły się poszczególne ząbki, było widać małe skrzepy gdzieś tak na dwa-trzy milimetry. Policzek był nabrzmiały, lecz nie tyle było to świadectwem opuchlizny, jak najpierw pomyśleli, a napięcia mięśni, które stały się niewiarygodnie sztywne, jak ze stali.

Zdjął też sweter – dostrzegli – albo ktoś to mu zrobił, a warstwa odzieży pod-swetrowa, w postaci koszuli flanelowej w drobną kratę, była, na każdej z jej części zwanych rękawami, zawinięta po łokcie. Obnażone przedramiona prężyły się w napięciu równie silnym jak mięśnie jego (wyżej już wymienionej) twarzy, zatrzymane w geście zawodowego boksera, który właśnie szykuje do kontry. Ten niecodzienny widok wywoływał wrażenie, jakby w ciało znieruchomiałego Nestora powróciła młodzieńcza siła mięśni górnika dołowego, przodownika pracy, który w powojennych latach bardziej aniżeli tylko względnej nędzy podczas jednego z kiermaszów wspiął się bez asekuracji na namydlony słup wysokości jedenastu metrów, by ściągnąć z jego wierzchołka upragnione trofeum w postaci kilograma wyborowej kiełbasy.

 

Józefowi też się najwyraźniej udzieliło szaleństwo znaleziska. Na chwilę przystanął blisko weterana – nagi, teraz znów odważnie odsłaniał przyrodzenie. Wyglądał wtedy, jakby kanon ciała, kanon bardziej kamienny, architektoniczny, niźli ludzki, stanął przed swym Stwórcą-Minotaurem. Stanął, jak mu stanąć kazano. Stanął, żeby zdać sprawozdanie ze świata, w który został rzucony, świata, w którym nie jest tak trudno o ekstazę, lecz w którym nawet bycie chłodnym, anonimowym, idealnym, bywa niekiedy drążące i bolesne. Być może osłupiały Józef po raz pierwszy odkrył coś w sobie z pełnego względnej niemoty, wiecznego i nieprzezwyciężalnego zawahania stryja, tak jak stryj próbował niejednokrotnie (bez swej woli, a może wręcz woli swej na przekór) odkryć w sobie swawolę występnego bratanka. Dlatego się wycofał ku odrzwiom kuchennego pomieszczenia, stojąc tak i patrząc – ze wspartą na jego ramieniu niemniej zszokowaną Stellą - na owo pobojowisko harde i chłodnawe, jakim był jego ukochany Dziad. Czyżby wszyscy Marszałkowie odczuwali strach, kiedy bitwa  staje się bardziej nieprzewidywalna, niż mogli byli przypuszczać, nawet jeśli przezornie założyli wcześniej, że w nadchodzącym boju, tak jak w każdym boju, w bród będzie diabelskich harców trafu?

 

Z tej nieco dalszej niż ustawienie twarzą w twarz jedno przyrodzenie tuż przy drugim perspektywy, starszy brygadzista Henryk Rudolf Herc wyglądał, jakby walczył.

Być może całą noc stawiał dzielnie czoła prawdziwym bądź wyśnionym napastnikom. Kawa na palenisku dawno wykipiała, lecz na to nie zważano.

 

Ich strach (tak Józefa, jak Stelli, choć może w różnych proporcjach, odcieniach i odmianach) był jednak nie tylko, a może nawet nie w pierwszej kolejności, strachem przed tym, co zobaczyli (choć ów też nie raczył w ogóle nie zaistnieć), ile strachem, że nie zobaczyli. Jak to możliwe, że od razu tego nie dostrzegli? Jakiego typu niewidzialność kryła się w tym zdarzeniu i jaki sens ma widzialność, którą Niewidoczne w końcu wytworzyło? Czy taka niewidzialność (bądź choćby tego rodzaju brak spostrzegawczości – powiedzmy bardziej „rozsądnie”) może w ogóle występować? A może jednak hipoteza, że oblicze dziadka było skutkiem dramatycznych przeobrażeń, które się dokonały nocą bądź nad ranem, a oni tylko nie od razu efekt ich dostrzegli – hipoteza, którą na początku przyjęli niezależnie od siebie za udowodnioną, choć może – co ciekawe – nie była dla nich jednocześnie bezwzględnie niewątpliwa, coś tam w środku obojga mrugało powątpiewająco – koniec końców okazała się fałszem? Może to wszystko wydarzyło się nagle. Dopiero wtedy gdy stali przy brakującej mateczce? Czy byłby to wtedy jakiś znak? Kto jednak by go dał (sam nestor, czy coś działające za pośrednictwem jego ciała pozbawionego świadomości i ruchu?), co by oznaczał tak naprawdę? Czy zdarzają się w Republice Słowanii, choćby w dni niespokojne, prawdziwe czary-mary?

 

Oniemiali padli sobie w ramiona. W ruchach ich nie było nic z występnego uścisku, który ich wcześniej połączył, chociaż resztkami odpływającego od nich aparatu wrażeń czuli zapach swych włosów, który jeszcze bardziej ciągnął ich ku sobie. Obejmując się w niemal całkowitym bezruchu – nie licząc dłoni, które nie wiedząc, co czyniły, ospałymi ruchami wędrowały po plecach – zapadali się cały czas w swoja pułapkę, jakby poza nimi, poza ich gasnącą świadomością nie istniało już nic. Ich serca biły mocnym, choć powolnym i równomiernym rytmem.

Nie wiadomo, czy zauważyli, że ktoś jeszcze, jakaś postać chuda i cienista stanęła w świetle drzwi i położyła na ich głowach swoje dłonie. Nie wiadomo, czy w tej chudej i cienistej postaci rozpoznali Teresę, która właśnie powróciła z bezsensownej tułaczki. Przybliżyła się jeszcze, pochyliła się i przystawiła do nich swoją twarz, wciskając swoje czoło pomiędzy ich policzki. Tak jakby ich postacie odkrywały dla niej jakąś wielką niesłychaną przestrzeń, jedyne miejsce, w którym można się zmieścić, jedyne miejsce na świecie, w którym można się skryć, jedyne miejsce, w którym można istnieć, jedyne miejsce, w którym wszystko można połączyć swoim węzłem.

 

***

 

Gdy (nieodmiennie) zdruzgotany Rico powrócił w końcu na miejsce, w którym sztab jego zajął swoje przyczółki i w którym na rozkaz przezeń wydany przetrzymywano parę zakładników, oczom jego ukazał się widok niesłychany: Drzwi budy na oścież były otwarte, nie było śladu Fredzika i Jubego. I  śladu jeńców. Czyżby wartownicy opuścili posterunek? „Czy naprawdę powróciłem na to samo miejsce?” – tego rodzaju pytanie też przewinęło się (nawet parokrotnie) w jego biednej głowie.

Bowiem, odkąd opuścił (najpierw przez okno, ostatecznie przez drzwi) swe rodzinne mieszkanie, miał wrażenie, że błądzi, myśli nasuwały mu najróżniejsze kierunki dalszej trasy, żadnego nazwa nie dała się jednakże dopowiedzieć do końca, a w trakcie trwania tych przemyśleń miał nieborak wrażenie, że jego stopy bardziej drobią w miejscu, próbując wykonywać specyficznie obrotowe ruchy, niż posuwają go w określoną stronę. A jednak się posuwał. I szedł mimo wszystko w stronę posterunku, który pozostawił. Szedł konsekwentnie i nieubłaganie (albo przynajmniej – coś w jego ciele, coś przeważającego w owym ciele,  szło ciągle – tak też można to ująć i niekoniecznie to będzie tylko li werbalna ekwilibrystyka). „Porucznik poszedł po rozkazy, porucznik musiał powrócić” – powiedział cicho do siebie, ściskając mocniej karabin – częściowo po to, żeby utwierdzić własną aktorską konsekwencję w tej komedii, którą miał odgrywać, częściowo jednak po to, by odnaleźć żelazny punkt zaczepienia i choćby względnie odegnać wszystkie wewnętrzne rozgardiasze. Skoro nie ma wyjścia i nie ma nawet jasnych stref względnych i bezwzględnych, trzeba działać schematycznie,  nawet jeżeli to nie będzie żadnym wybawieniem – tak zdawał się rezonować „porucznik” Ricardo Leon Herc. Nie był tylko pewien, czy owa argumentacja jest wyłącznie doraźnym usprawiedliwieniem trajektorii ruchu, czy też coś w nim od samego początku kierowało się tego typu racją, nawet kiedy bardziej powierzchowny gatunek jego ja był święcie przekonany, że błąka się bez sensu.

Gdy jednak przybył na miejsce, nieobecność spodziewanych osób (do tego ani śladu wskazującego przyczynę ich odejścia!), spowodował, że znów ten brak rozeznania co do właściwego kierunku marszu, wydał mu się uzasadniony: wydało mu się ponadto (kto chce niech nazwie to próbą samo-usprawiedliwienia), że miejsce, w które trafił, jest mu całkiem nieznane, a cała przestrzeń dookoła jest tylko przestrzenią błądzeń lunatyka (Rico jednak nigdy w sensie ścisłym nie lunatykował, miał więc mocną świadomość, że to wszystko i tak przypuszczenia). Cały czas wiedział – oczywiście – że jedna tylko jest buda w rejonie odgraniczającym Osiedle Łabędzie od Dąbrowy, wiedzy tej nawet przez moment, nawet gdy był na szczycie stromej góry wewnętrznego zamotania, nie utracił bynajmniej; inność, którą odczuwał, była więc innością bardzo osobliwą, innością nie zaprzeczającą tożsamości, a jednak jej wrażenia nie dało się odpędzić. 

Żeby zobaczyć, jak z tą innością (a być może także z innymi z wielu bardzo ważkich zagadnień) sprawa się przedstawia, zaczął obchodzić posesję dookoła i wtedy odkrył to, co po chwili z charakterystycznym dla siebie wisielczym (słowo bardzo znaczące, jak zaraz zobaczymy) poczuciem humoru określił jako „główny punkt programu”:

 

Na tyłach budowli stała starannie zbita z desek szubienica, wysokości mniej więcej dwóch i pół metra, tj. sięgająca metr niżej sufitu, dlatego idąc od przeciwnej strony nic nie zauważył, a na szubienicy – po skrajnych stronach belki, jakby jeden wybył na biegun północny, a innemu los przeznaczył biegun południowy – dyndali Fredzik i Juby, rozebrani do majtek.

 

A więc znów zdarzyło coś w najprostszy sposób zaskakującego. Ta swoista prostota (tak, zazwyczaj Ricardo czuł, że najbardziej zaskakujące są te wydarzenia, które są logiczne, oczywiste i typowe) w paradoksalny sposób zadziałać mogła wręcz wyzwalająco, tak jak  wtedy tamten skok przez okno (gdyby tylko drzwi się nie wmieszały w tę ostatnią historię!), jednak pytanie o swoją odpowiedzialność za śmierć, jakby nie było własnych podkomendnych („w końcu jest się dowódcą”) nie dało się odegnać. Pomyślał, że zostawiwszy ich samopas, a wcześniej nie dopuszczając do egzekucji jeńców, przyczynił się do tego wydarzenia. Tej myśli towarzyszyło podejrzenie, że za rozwój akcji odpowiada ów dąbrowski jeniec – jego zachowanie jakby obojętne i cyniczne: nawet gdy był spętany okowami (choćby i tylko dla pozoru) zdradzał ogromną pewność siebie, podziemną przebiegłość najbardziej występnego rodzaju zwierzęcości. „To ci chwat” – pomyślał teraz Ricardo Leon Herc walcząc z wielką kulą, która stała mu w gardle i której to kuli  sobowtór również się dawał we znaki grasując pod sklepieniem jego czaszki. Z drugiej strony (sam zdziwił się, jak bardzo racjonalnie rozważa różne możliwości) – zabicie Fredzika i Jubego przez owego skazańca nie było jedyną z wchodzących w grę hipotez – nie było nawet najbardziej prawdopodobną pośród nich. Mógł np. przyjść odwet ze strony rządowego wojska (niektórych obywateli zafrapowałoby, że władze demokratycznej, europejskiej Republiki każą swych wrogów linczem albo sądem doraźnym, dla Ricarda jednak taka opcja nie była wykluczona i nie potrzebował używać słowa „lincz” bądź innego wyrazu o przynajmniej względnie pejoratywnym zabarwieniu).

W każdym razie czuł żal. Czuł go na swój bardzo specyficzny sposób, ale ta wysoce specyficzna specyfika nie czyniła lżejszym poczucia, że zawinił.

Bo nawet gdyby to jednak nie jeńcy zabili Frecika i Jubego, to w każdym razie zostawił ich na warcie, na słabo strzeżonym posterunku, który z łatwością przejąć mogło wojsko albo jacyś inni niż oni, a generalnie nieprzyjaźni światu samozwańcy. Nie był wprawdzie bojowo najmocniejszy z załogi – „czy jednak nieobecni mają jakiekolwiek prawo dowodzenia swojej niewinności?” – pomyślał.

 

To musiało zdarzyć się niedługo przed powrotem Ricarda. Ciała były tylko lekko posiniałe i to raczej od zimna. Co ciekawe, były niemal nienaruszone, nie licząc kilku sińców na plecach, które teoretycznie mogli sobie nabić całkiem przypadkowo.

Wisielcy odsłaniali sporo ważnych szczegółów swoich anatomii. Brzuch Jubego wystawał znad slipów prężąc się dość dumnie. Jak dorodny arbuz. Z kolei wąsaty Fredzik, raczej szczupły z postury, wyglądał wręcz łagodnie i melancholijnie.

Rico sprawdzał, czy wiatr nie porusza ciał. Wydawało mu się, że jakby się kołyszą, lecz było to ledwie dostrzegalne, a więc dyskusyjne kołysanie. Spojrzał w dół, koncentrując wzrok na jedynych elementach garderoby, jakie im pozostały – opiętych czarnych slipach Adidasa, które Fredik wdział, zanim zabrał „narzędzia” i ruszył z nimi na przegraną bitwę (z drugiej strony slipki były tak nowiutkie i błyszczące swą czernią, że mógł mu ktoś specjalnie je nałożyć do tej ceremonii – jeśli tak, ciekawe było, czy Fredzik jeszcze żył, kiedy zmieniano mu dessous) oraz majty Jubasa – bezkształtne, zasadniczo białe, lecz od dawna nie prane, a teraz na dodatek wyraźnie przybrudzone gównem (to gówno było zarazem gównem Jubasowym i Wisielcze).

W przypadku obydwu delikwentów ukryte pod majtkami genitalia zbiły się w twarde niby-kule kurcząc jednocześnie swą objętość – Rico nie mógł dojść, czy przyczyną tego stanu było zimno, czy też sama śmierć. Powiódł wzrokiem w górę – Fredzik, którego brzuch był wklęsły, a żebra wyraźnie wystawały, przypominał Pana Zbawiciela na krzyżu z ludowych rzeźb średniowiecznych, które kiedyś oglądał w czasach szkolnych w regionalnym muzeum. Jubas – ze swej strony – przypominał wielkiego żabostwora z jakichś płazich zaświatów.

 

- Gdzie macie kapelusze – dali wam? Zgubiliście? – zapytał na głos Ricardo Leon Herc, tak jakby powieszeni byli kowbojami, choć prędzej to ową parę nocnych jeźdźców przez chwilę podejrzewał (tak, rozważał przelotnie również tę hipotezę) o dokonanie egzekucji.

 

I wybuchł cały w śmiechu. Wszystko śmiało się w nim, nie mógł tego powstrzymać, choć drżał jednocześnie – o tym, że jego ciało było skłonne do drżeń i to czasem bezwzględnych, wielokroć już wspomniano – to drżenie należało jednak do tych najsilniejszych, a stopień jego względności raczej był niewielki.

 

Kilka razy zasalutował powieszonym. „Moi chłopcy” – cicho łkając rzekł, mając na myśli głównie powieszonych, lecz i w jakiejś części – ten odruch myśli miał w sobie coś nie na żarty ekumenicznego – dwóch byłych zakładników, którzy skądinąd nieco bardziej (to już inna kwestia) wyglądali na chłopców.

 

Skoro się jest zarazem obłędnym poszukiwaczem i aktorem-racjonalnym dowódcą – trzeba jeszcze raz spenetrować samo wnętrze budy – tak zadecydował („rozkaz to rozkaz, poruczniku” – powiedział sam do siebie.) Jakże doskonale, idealnie wręcz, zlały się tu pobudki dosyć obłąkane z najbardziej logiczną procedurą.

Pora na rewizję. Przeszukiwał, przetrząsał – nie znalazł jednak nic co wskazywałoby bliżej na okoliczności tragicznego zdarzenia, a tych jednak szukała bardziej logiczna strona motywacji tego przedsięwzięcia. Zauważył, że wszystko dokładnie wymieciono – wszystko tj. uzbrojenie, ubrania i łańcuchy. Narzędzia, które posłużyły do wykonania szubienicy, jeżeli wcześniej choćby przelotnie znajdowały się na miejscu, musiały też zostać gdzieś zabrane. Zobaczył tylko w kącie kłąb sznura, za pomocą którego – takie poczynił założenie – dokonano egzekucji, oraz ostry nóż, który mógł posłużyć ewentualnie do jego stosownego przycięcia. Sprzęty te wybijały się wręcz chorobliwą świeżością, jakby przed godziną zostały dostarczone przez producenta, zdjęte prosto z taśmy, przy której w wielkim znoju pracują dzień i noc elektryczni ludzie. Wyróżniało to się na tle ogólnego zmurszenia, które biło zewsząd. Odłożył sznurek na właściwe miejsce (gdzie dokładnie jednak było godne miejsce dla wisielczego sznura?), zaś nóż schował za pazuchę. Skierował się ku wyjściu spostrzegając jeszcze w kącie kałużę szczyn – świeżych, parujących – jakby ktoś był tu przed chwilą, być może wtedy, kiedy on na tyłach przyglądał się wisielcom. Czy to on sam może, zsikał się tuż po tym, jak wszedł i teraz o tym w ogóle nie pamięta?

 

- Ręce do góry, spodnie w dół! – A w ogóle jest tu kto! – odważył się wykrzyknąć – jednak nikt mu nie odpowiedział, poza jego echem, które było  dziwnie słabe, zdławione.

 

Odszedł z gotowym do strzału karabinem i wydał z siebie długi krzyk. Potem krzyczał jeszcze, raz po raz tragicznie i radośnie. Szedł przed siebie. Dokąd zmierzał?

 

 

***

 

Zmierzał do Dąbrowy! A dokładniej ku jednemu z bloków. Nie wybrał tego najbliżej owej Budy Fatalnej, zdradzieckiej i wisielczej, z której był wyruszył, tak jakby wejście do budynku położonego na krawędzi osiedla było rozwiązaniem jednocześnie zbyt łatwym i zbyt trudnym, tylko jeden z dalszych. Nie chciał patrzeć na niego (nie chciał w ogóle patrzeć, jednakże powieki nadal nie raczyły wyrosnąć), czuł się tak, jakby miał przed sobą ciemność, a jego krzyk (tak, krzyczał i to krzyczał chwilami wcale nie bezgłośnie) był pośród jej odmętów jedynym, beznadziejnym światłem.

A gdy już zbliżył się do owego bloku, zawiesił na chwilę karabin pozwalając, by swobodnie spoczął na ramieniu, zbliżył do ust prawą dłoń i przy pomocy drobnych ruchów – rytmicznie przyciskając ją i oddalając wydał ze swojej jamy ustnej dźwięk, który kiedyś, młodym dziecięciem jeszcze będąc, podpatrzył w serialu o przygodach Winnetou.

 

- Łołołołołołoło…

 

A więc trafił Tam. W końcu dał się ponieść. Czyżby widok powieszonych kolegów nie dawał mu wyboru? Czyżby był rozwiązaniem (wielce niejednoznacznym, a jednak wielce faktycznym) jakiegoś równania logicznego, postawionego już bardzo dawno temu, a wynik ten pomimo niejednoznaczności, mógł go odesłać tylko do nowego Zadania – tego, jedynego, konkretnego?

 

Zatrzymał się pod domofonem. Nie widział, co ma zrobić. Dzwonić? Od razu ujawniać się wrogowi? Do kogo dzwonić dokładnie? Mimo tej niewiedzy, obserwując w zadumie ruchy własnej ręki, na chybił trafił nacisnął pierwszy lepszy numer. Choć może nie był pierwszy lepszy i nie na chybił trafił, bo obok przycisku napisano „Dozorca”. Nikt nie odpowiedział. Trzeba było przygotować się do szturmu. Wykrzyknął „Otwierać, Armia Wyzwoleńcza!” Serce biło szybko. „Za wolność Waszą i Naszą” – krzyknął i cały mokry od łez uderzył kilka razy lufą w prawą dolną ćwiartkę szklanych drzwi. Szkło rozprysło się tuż pod jego stopami, wywołując w ciele poczucie przerażenia, ale i zachwytu. Serce biło wciąż mocno, nie powoli. Wciąż słyszał jeszcze w uszach brzęk rozbitej szyby, schylił się, żeby przejść przez otwór, który tym sposobem sobie wybił, sporo ostrych odłamków zostało jednak w drzwiach, przez co było ryzyko, że może się poranić. Szarpnął klamkę i wtedy okazało się, że drzwi są otwarte, domofon w ogóle nie strzegł wrót.

 

Być może zresztą wiedział to od sam początku, a tylko szukał w sobie pretekstu, żeby nie wejść. Zdał sobie sprawę z tej ewentualności. Ale mimo wszystko nie mógł nie mieć wrażenia, że jak na jego dotychczasowe obyczaje wszystko niewiarygodnie przyspieszyło, a następne perypetie mogą dziać się w tempie niekoniecznie wolniejszym.

 

Był na klatce schodowej. Spojrzał na listę lokatorów, na której były wypisane typowo słowańskie nazwiska, poza niektórymi, wyglądającymi bardziej egzotycznie, chociaż owa egzotyka mogła być pozorna i to bardziej niż względnie. Obszedł dookoła klatkę na parterze – mniej więcej prostokątną. Podłogę wyłożono żółtawym linoleum. Wszystko, zwłaszcza w porównaniu z domami na Łabędziej, było dość zadbane. Niedawno pomalowano ściany, również na żółtawy kolor. Jednocześnie wrażenie było dość odpychające, jakby znalazł się wewnątrz bezdusznego, biurokratycznego szpitala albo w budynku administracyjnym jakiegoś wielkiego, lecz mało rentownego kombinatu. „Kogo tu leczycie? Jakie tu wyroby wyrabiacie?” – szepcąc zapytywał, a jednocześnie zastanawiał się, czy pytanie to nie jest właśnie do niego skierowane, albowiem na klatce nie było żywej duszy. To mogło uspokajać i w jakimś tam sensie tak się działo, nawet jeśli to było uspokojenie tymczasowe i względne:  był bowiem sam wśród betonu, żelaza, linoleum i tynku, nie spotkała go jeszcze ta najbardziej osobliwa ze strasznych konfrontacji: stanąć naprzeciwko tego człowieczego Obcego, który był mu zawsze napastnikiem i wrogiem, ale – czuł to od dawna – w jakimś sensie był też jego bliźnim, być może jedynym tak naprawdę. Oczywiście nie miał szansy poczuć się do końca rozluźniony – istnieje bowiem pewien silny lęk właściwy przewleczeniu, który się wywodzi – nie inaczej – z tzw. wyobraźni.

 

W każdym razie wkroczył teraz w Obcość. Tak mógł sobie powiedzieć. Wkroczył teraz w to, co naprawdę Obce (chociaż, a może właśnie dlatego, w jakimś sensie „bliźnie”) po raz pierwszy w życiu. Przez chwilę jeszcze próbował poddać w wątpliwość fakty, w obliczu których było mu dane się odnaleźć tak zwanym całym sobą. „Skoro skakałem przez okno, a wyszedłem drzwiami... a może jednak...?” Obmacał swoje ciało, aby sprawdzić, czy nie ma na nim śladów potłuczeń od jakiegoś upadku z wysokości, rozejrzał się dookoła, żeby sprawdzić, czy nie stoi na polu, tuż pod jakimś oknem, być może wypatrując swojej kamienicy, a być może patrząc w stronę Budy Fatalnej, pod którą odnalazł powieszonych Fredzika i Jubego (czy jednak to kiedykolwiek nastąpiło?). Badanie przyniosło wynik negatywny – według wszelkich danych (które można uznać za bardziej niż względnie wiarygodne) znajdował się – skądinąd całkiem żywy – na klatce schodowej dąbrowskiego budynku. 

Wszedł po schodach na pierwsze, jego nogi drżały. Znowu trzymał karabin w gotowości do strzału, licząc na to, że pojawi się ktoś, a może chętniej (o ileż chętniej, chociaż może nie aż tak wiele łatwiejsze by to było zadanie) coś ku czemu będzie można wypalić, a dzięki temu znajdzie jakiś punkt odniesienia.

Lecz nie znalazł nic, nie licząc dosyć sterylnej pustki dookoła.

 

Był już na trzecim piętrze, a tam nadal nic. Ani żywej duszy. Drzwi jednego z mieszkań były uchylone. Wszedł, powiedział (tak, powiedział i to całkiem głośno) „Nie ruszać się, rzucić broń” – ale jakby do siebie. Wszedł – i nie zobaczył nic – puste ściany, żadnych mebli, chyba że policzyć obudowę od telewizora, która stała w kącie, przykryta białą ceratą, na niej stała plastikowa doniczka z rośliną, niemożliwą do bliższego zidentyfikowania, której to roślinie ktoś skrupulatny obciął kwiaty i gałązki pozostawiając tylko cienki pień wysokości mniej więcej trzydziestu centymetrów. Ziemia w doniczce była całkiem wyschła. Być może ktoś opuścił mieszkanie całe lata temu i zostawił to, co uznał za całkowicie zbędne (obcinając z czubka rośliny kwiat – być może barwny kwiat, być może kwiat czarno-biały – po to, by wpiąć go na przykład w czyjeś włosy).

A jednak było bardzo mało kurzu, ściany wydawały się świeżo malowane, stąd albo mieszkanie nie zostało jeszcze urządzone albo ewakuacja odbyła się niedawno. O tej ostatniej możliwości świadczył fakt, że na jednej ze ścian odnalazł ślady po pinezkach (dwóch), którymi mogło być przymocowane jakieś zdjęcie. W innym z pokoi jedno z takich zdjęć –odkrył właśnie – pozostało przypięte, również pinezkami (dwiema). Było czarno-białe, dosyć kiepskiej jakości. Przedstawiało owczarka niemieckiego. Drżącą ręką oderwał je i zaczął się wpatrywać w podobiznę psa, śmiejąc się histerycznie z całej sytuacji. „Czy byłeś im zbędny, mój ty foto-wilczurze?” Tak, wprawiło go to w jakąś małą ekstazę, jednak nie był to Znak przez duże Z – taki, jakiego się spodziewał uzyskać/jakiego lękał się uzyskać na terenie Osiedla im. Edisona. Przedarł zdjęcie na dwoje i każdą jego połowę przypiął w innych częściach mieszkania, po czym wyszedł znowu na korytarz.

Szedł pod górę. Przebył jeszcze dwa piętra. A wtedy na dobre uświadomił sobie, że znajduje się już powyżej wysokości swego okna i to znacznie, skądinąd przekroczenie tej granicy nastąpiło wcześniej. Rico uznał to za pewne osiągnięcie.

Szedł i nasłuchiwał, nadstawiał gorliwie uszu w stronę każdych drzwi, a jednocześnie uszy swe zatykał – gwałtownie, choć dość niekonsekwentnie, niekiedy całkiem bez użycia dłoni.

W kilku mieszkaniach usłyszał wreszcie ciche rozmowy i brzęczenie sztućców, jakby jakieś rodziny, spokojne, nieświadome tego, co dzieje się na zewnątrz (czyli czego dokładnie?), siedziały przy obiedzie. Zapukał do jednego z mieszkań. Stało się. Jednak nikt nie kwapił się do wyjścia. Potem jeszcze raz. Może to zasadzka? Schował się do zsypu, który znajdował się naprzeciwko drzwi; pozostawał z karabinem gotowym wciąż do strzału, jakkolwiek zsyp był na tyle nieduży, że nie dało się tak pomieścić z karabinem, żeby lufa była gotowa do strzału w samo serce ewentualnego agresora.

Po chwili drzwi otworzyły się i wychyliła się jakaś siwa czupryna, lekko wystraszona, należąca do sześćdziesięcioparoletniego osobnika – chyba (a może więcej niż chyba, lecz Rico tego nie widział) męskiej płci. Osobnik rozejrzał się i skonstatowawszy, że nikogo nie ma pod drzwiami, zamknął je (trzask drzwi, po chwili trzask zasuwy) wypowiadając piskliwym głosikiem parę ordynarnych słów.

Rico cichaczem wymknął się ze zsypu. Serce mu waliło, czuł się dzieckiem, które bawi się niegrzecznie niepokojąc obcych pukaniem do ich wrót, po czym ucieka gdzie pieprz rośnie. Koledzy bawili się w to na terenie jego osiedla. On nigdy nie odważył się, choć zabawa była raczej niewinna i ryzykowało się tylko pogróżkami o skardze do rodziców, ewentualnie jakimś lekkim klapsem, tudzież pogróżkami w temacie wytargania za uszy, czasem jedna z wyżej wymienionych pogróżek była realizowana. A teraz się odważył. Pierwszy raz. To skojarzenie z dzieciństwem było skądinąd bardzo dobre – strach, który się pojawił w związku z nim, był właśnie strachem jednocześnie bardzo zmysłowym, młodzieńczym i bezmyślnym – nie był jeszcze tym strachem posępnie paraliżującym, wynikającym z obłędu wpatrzonej w Wielką Niemożliwość kontemplacji, tym strachem, z którym Rico dorosły był bardziej niż względnie za pan brat.

Musiał iść. To tylko z mu ostało. To jedyny sposób, żeby zachować w sobie ową dziecinną formę lęku, która potrafiła wytrącić go z bezruchu i zachęcić do dalszej eskapady w nieznane; wiedział, że tylko to go może (choćby bardzo doraźnie) uratować, albowiem zwykła ucieczka, choćby czysto technicznie (w bardzo szerokim, „ricowym” sensie tego słowa), nie była taka prosta, zaś pozostanie w bezruchu na korytarzu dąbrowskiego mrówkowca byłoby stanem chyba najbardziej dojmującym.

Musiał iść. Do góry. Więc wszedł jeszcze do góry. Był już bardzo zmęczony. To chyba było siódme piętro – jakby na to nie patrzeć spore osiągnięcie. Zapalił światło na klatce, mimo że naokoło było względnie jasno. Rzeczone światło zaświeciło bez przeszkód. Zadarł głowę do góry, upajając się widokiem trzech całkiem nagich żarówek, widok ten pasował doskonale do wyobrażeń na temat Osiedla Edisona. Wprawił go w zadumę. Był zmęczony, zapalił papierosa.

Pomyślał przez moment, czy – skoro jest się, jakby na to nie patrzeć, elektrykiem – nie dałoby się dokonać tutaj jakiejś naprawy, tudzież usprawnienia, choćby te czynności – naprawcze lub usprawniające – miały być równie osobliwe, co jego wyczyn z rurami, który swego czasu popełnił na klatce swego domu. W dodatku przecie miał broń do dyspozycji! „Nie – tutaj tego nie mogę. Jak długo zresztą będą prześladować mnie różne moje wybryki? Czy nie pora wreszcie...”

 

Nie mógł jednak zbyt długo ustać w miejscu, gdyż uświadomił sobie, w jakiej jest krainie. A już przez jakiś czas stało mu się to – przynajmniej w ułamku jego odczuć – względnie obojętne, do tego nawet stopnia, że przystosował się do klatek schodowych i do całej geometrii wnętrza zapominając niemal, że gdziekolwiek indziej wcześniej był, chociaż przecież cały czas odczuwał, że to wszystko jest obce; czym była swojszczyzna w takim razie? – bardziej fikcją, śmiercią, czy też błędem?

Wtenczas ogarnął go przemożny strach, na który jedyną możliwą i jedyną, przynajmniej w pewnym stopniu, słuszną odpowiedzią, jedyną drogą, by zachować w tym strachu coś z dziecinnej bezrefleksyjnej niewinności, było iść, iść, tylko iść – „jedynie ruch może uratować życie” – myślał, „czasem bywa tak, czasem bywa tak, że spoczynek równa się agonii, choćby nawet „tylko” takiej, której następstwem niekoniecznie jest dosłownie rozumiana śmierć.”

 

Był już jednak sterany swą wspinaczką. Więc zawezwał windę. Działała bez problemów, jak się okazało. Po kilkunastu sekundach klaustrofobii, którą przypłacił nieomal bezwzględnie niemym krzykiem, znalazł się wreszcie na Ostatnim Piętrze. Klatka na tym piętrze nie różniła się od innych, poza tym, że było tu wyraźnie chłodniej (różnica, którą odnotował zmysł czucia), a ten chłód (różnica, którą odnotował zmysł wzroku) dał się z kolei tym wyjaśnić, że zamiast schodów na następną kondygnację (ta nie występowała) umieszczono metalową drabinę prowadzącą na dach. Klapa, która to przejście otwierała, była odsunięta.

 

Zarzucił broń na ramię i zaczął piąć się w górę.

 

„Więc doszedłem. Wreszcie mam za swoje” – mruknął cicho do siebie Elektryk-Porucznik-Obieżyświat Ricardo Leon Herc.

Stał teraz na górze, na górze wszystkich gór, na szczycie wszelkich szczytów – jak by zauważył, gdyby był tzw. Mistykiem Poetyzującym, obejmując wzrokiem obydwa osiedla – swoje oraz Edisona, jak również inne fragmenty miejskiej zabudowy, tudzież puste pola, zupełnie nowe pola, wcześniej mu nieznane, których istnienia jakby nie przeczuwał ani nawet nie wyobrażał sobie.

Piętnasta kondygnacja, nie był jeszcze nigdy tak wysoko, nie licząc wycieczki na kościelną wieżę, dokąd onegdaj zaprowadziła go Mateczka.

 

Naprzeciw siebie miał sławetną ścianę z żarówką. Więc wystrzelił w jej stronę serię z karabinu.

„Wystrzeliłem” – powiedział do siebie Ricardo, uświadamiając sobie jednocześnie, że kompletnie nie wie, gdzie są jego palce, ani  jakie wojaże odbywały przed kilkunastoma sekundami. Trudno rzec, ile było racji w tych jego wątpliwościach, w każdym razie postronny naoczny obserwator (przynajmniej ten, którego można ochrzcić imieniem i nazwiskiem Statystyczna Większość) stwierdziłby, że jeden z palców Rico trzymał na cynglu, w chwili, gdy opadły go ww. wewnętrzne wątpliwości (istnienia tych ostatnich Większość mógłby się jednak nie domyślić), jak również nieco wcześniej – kiedy strzał oddano.

 

„Strzelają! Kryć się!” Z jego gardła wydobyło się coś, co było połączeniem czkawki i okrzyku spontanicznej radości. Zszedł po drabinie parę stopni, cały czas wystawiając głowę jakby „obserwował”

Wcześniej był tam, na wysokościach, a jednak to całe wydarzenie było jak jeden wielki zawrót głowy, zaś seria strzałów oddanych do żarówki była tylko jedną wielką plamą – o ile w ogóle rozróżnialną spośród bełkotliwej całości, to jedynie dlatego, że była ona zarazem najbardziej rozkrzyczana i najbardziej mętna. Choć był zaledwie o kilka szczebli od dachu, był już bardzo daleko, a to, co widział na górze, było straszne. Przerażała go wizja czystego, pozbawionego nawet chmurki błękitu – nadciągnął zimny wyż (jakby w jednej chwili, bo kiedy był na szczycie, nie miał cale wrażenia aż tak krystalicznej jasności, być może jednak któreś z jego dwóch właśnie porównywanych wrażeń było mylne). Nie mógł więc pójść znów w przestrzeń, która była aż tak bardzo otwarta (czy to z powodu tego typu doznań dziatwa często lubi wynajdywać przeróżne zakamarki?) – gdyby przynajmniej z dachu wyrastała jeszcze jednak drabina... sięgająca ku niebu, żeby się z inną drabiną krzyżowała...

 

Więc zszedł w dół. Tak jak musiał iść w górę swego czasu, tak teraz musiał zbiegać. Więc w dół, a więc w dół i w dół. Jednak labirynt, w którym się znajdował, roztoczył przed nim tego rodzaju specyfikę, że opuszczenie budynku urosło do rangi Zakazanej Strefy. Więc ta eskapada w dół była w pewien sposób beznadziejną eskapadą. Wykrzykiwanie indiańskiego „juhu” niewiele pomagało, poza tym omal sobie od tego wykrzykiwania nie zafajdał portek. Czy z kolei podoła wbiec na górę – zwłaszcza niosąc karabin – tę wyśnioną, a przecież dostrzegalną metalową rękę?

 

Zatrzymał się na przedostatnim piętrze. Im dłużej pozostawał w spoczynku, tym bardziej nieprzyjemna zadyszka się wzmagała. „Pies? Ten na fotografii? Może to jest Droga. Będę szczekał!” – pomyślał sobie Ricardo Leon Herc.

Kiedy jednak zdołał przez chwilę – mimo rozmaitych wspomnianych już przeciwności losu – pomyśleć trzeźwo o tym, czego zdołał dokonać, poczuł się dość dobrze. Tak jakby teraz pokonał w sobie część Obcości. Tak, jakby – pomimo myśli apokaliptycznych, które go tu i ówdzie dopadały, odnalazł w sobie wrażenie, że powraca w miejsce, które jest mu już znane. Coś zostało przez niego oswojone.

Zawiesił karabin na ramię.

 

Zszedł jeszcze jedno piętro w dół, tam zaczął szlajać się dookoła schodów. Było całkiem spokojnie, gdzieś daleko na jednej z dolnych kondygnacji szczekał pies (czy podobny był do tego z fotografii?).

Aż nagle zza jednych drzwi, na tym właśnie piętrze, dobiegł sobie walc sentymentalny. Mógł to być Johann Strauss, np. młodszy. Rico nie był do końca tego pewien, choć akurat Straussów jako tako kojarzył – dziadek dostał płytę z okazji jubileuszu w kopalni, słuchano jej w rodzinie przy specjalnych okazjach jako ideału wcielonego piękna. Odtąd każdą muzykę „poważną” Rico miał w zwyczaju nazywać walcem, choć wiedział i to wiedział dobrze, że to określenie uznano by za nieścisłe.

Ale tam za drzwiami… to naprawdę był walc.

Nabrał dziwnego poczucia, jakby stał koło Tego, co jest mu doskonale znane, co najmniej od dzieciństwa. Ręce drżały, ale nogi (choć również owładnięte dość bezwzględnym drżeniem) zaczęły przytupywać.

 

- Otwarte – oznajmił donośnie jakiś głos.

Czy to w ogóle możliwe? Mój Boże – usłyszał znów ludzki głos, który w dodatku wyraźnie go zapraszał. A przecież nie nacisnął dzwonka. Ani nie zapukał – tak mu przynajmniej wydawało się.

 

Odskoczył najpierw, potem jednak zdecydował się podejść. Stał przez chwilę przyciśnięty do drzwi, przyklejony własnym pożądaniem i oporem, z sercem mocno bijącym, po czym szarpnął za klamkę. Do jasnej ciasnej! Otworzyły się!

 

                      Wszedł do środka repetując broń, jakby muszka karabinu, niczym jakiś radar miała mu posłużyć za narzędzie orientacji. Mieszkanie było wielkie, a jednocześnie dziwnie rozplanowane, tak jakby jakiś domorosły architekt uparł się, by za wszelką cenę pokomplikować ile w jego mocy rozkład ludowego M4 – wąski kręty korytarz kluczył długo. Bądź przynajmniej Rico odniósł takie wrażenie. Ściany korytarza obwieszone były miniaturami kół sterowniczych, kotwicami i akwarelami, z których każda przedstawiała, w nieznacznie różnych sekwencjach, tę samą żaglówkę na wzburzonym morzu.

Muzyka w międzyczasie ucichła, a Rico dotarł do salonu, urządzonego bardzo elegancko, choć w guście drobnomieszczańskim, zbyt może cukierkowym dla nowoczesnego snoba, tym jednak Rico oczywiście nie był  (po prostu nie miał zdania w sprawie umeblowania – ważniejsze kwestie ciążyły na sumieniu, miewał ważniejsze dylematy w ciele).

 

Na skórzanej sofie siedział sobie mężczyzna, leciwy, odziany jeno w spodenki gimnastyczne. Mężczyzna wachlował się wachlarzem. Rytmicznie, w niezbyt szybkim tempie. Istotnie, było bardzo gorąco, niczym w oranżerii, co podchodząc do sprawy racjonalnie dałoby się wytłumaczyć włączonym do oporu centralnym ogrzewaniem przy zamkniętych oknach (empiryk wyposażony dodatkowo w narząd wzroku i nawykły do jego roztropnego – na ile to możliwe – używania nie uznałby po inspekcji lokalu ww. przypuszczenia za całkowite nieporozumienie).

Mężczyzna na początku nie zwrócił w ogóle uwagi na przybycie Rica. Tylko jakby lekko się uśmiechnął zza wachlarza.

 

W każdym razie stoją teraz naprzeciw siebie, Rico, lufa jego karabinu (jakoś sama, tak bez jego udziału) wycelowała w środek klatki piersiowej dziwnego osobnika... Tak, to jakoś samo się stało, od wejścia do mieszkania zesztywniałe ręce trzymające broń ani drgnęły. Gdyby to, gdzie celuje, był uświadomił sobie trochę wcześniej, najprawdopodobniej przemieściłby wyżej wymienioną lufę, choć w jakim kierunku zostałaby ona skierowana, nie jest prostą kwestią – zapewne by planował zachować położenie broni, lecz właśnie z uwagi na świadomość zamiaru byłoby to trudne.

Ale skoro uzmysłowił sobie, że celuje wprost w dąbrowskiego lokatora dopiero w jakiś czas po tym, jak obranie celu nastąpiło, ten fakt za bardzo przytłoczył go swoją dosłownością; poczuł się bardziej niż względnie sparaliżowany.

 

„Czyli strzał, teraz? Czyli strzał w jego pierś? Czyli wreszcie, po raz pierwszy w życiu coś rozwiązać?” – myślał umysł Ricarda nolens volens wyrywając się z krainy paraliżu swego posiadacza – krainy, której biednych poddanych, wśród nich np. serce, ciemiężyły kończyny, przeraźliwie zdrewniałe.

Są dokładnie naprzeciw, jakby Gospodarz był przeszkodą na drodze, jakimś zawalidrogą, do którego trzeba się odnieść, jakby tu chodziło o rozwiązanie łamigłówki. Umysł Rica lubił za młodu gry planszowe i teraz poczuł tu jakąś analogię.

„To takie proste, nie zdradza nawet lęku, nie wznosi rąk do góry. Chociaż to ostatnie może być właśnie komplikacją. Podejrzana łatwość... Oni tacy są... ten dąbrowski zakładnik... Czy jest tu jakaś szubienica dla mnie... czy jest tu jakiś współ-wisielec do pary?... Poza tym – gdzie to mnie doprowadzi?” – dumał.  Dokąd może pójść? Dalej, za plecami starca, jest biała tylko ściana, a powrót nie byłby już żadnym rozwiązaniem. Mógłby bić w tę ścianę głową, aż padnie zamroczony. Mógłby ewentualnie puścić w nią serię z karabinu i może jakoś – chociaż to technicznie nieprawdopodobne – przebić się gdzieś dalej. Jest co prawda możliwe pośrednie rozwiązanie. Skryć się za kanapą, którą od ściany oddziela jakiś metr. Czy będzie dosyć miejsca? A co tam dokładnie będzie się ukrywać? Bo  jego własne ukrywające się za kanapą ciało byłoby dla owego ciała dosyć ciężkim orzechem do zgryzienia. I co by miał wtedy robić? Czekać? Tak czekać – ale na co?

 

- Tu Pan złoży broń – oznajmił wtedy mężczyzna jakoś obojętnie i wskazał kąt za kanapą. Proszę się rozgościć.

 

Mężczyzna – Rico wreszcie przyjrzał się jego fizjonomii spojrzeniem względnie zwyczajnym – na oko dobiegał siedemdziesiątki. Był zwalisty, dobrze zbudowany, a jednocześnie niemal pozbawiony tłuszczu, sporo mięśni, wprawdzie stetryczałych (ale tylko względnie – o, ten Pan wciąż by uniósł za nogę sporawy taborecik!), głównie jednak kości. Włosy jego, kiedyś zapewne ciemnoblond, całkiem posiwiały. Z mocną budową wyraźnie kontrastowały jego oczy. Duże, błękitne, jakby szlachetnie mądre w swym spojrzeniu – chociaż mógł być to pozór, przecie  każda wiedza, którą odczytujemy z ludzkich oczu, jest zasadniczo ułudna.

 

Cały pokój stanowił istną menażerię, czego również Rico nie zauważył od razu: tym większe, a jednocześnie tym bardziej bezzałożeniowe było jego zdumienie (zdumienia z reguły nie są bezinteresowne, wbrew temu, co gawiedź często utrzymuje, ale w tym akurat przypadku względnie takie było). W klatkach barwne ptaki wyśpiewywały najrozmaitsze serenady; każdy innego gatunku – koliber, kanarek, papuga itd. itp. etc... Po podłodze hasał biały królik, na jednym z regałów siedział kot, któren z zadartą łepetyną wpatrywał się w kołującą muchę (mucha, o tej porze roku?, a jednak – być może była sztuczna, lecz to stwór tak mały, że z odległości metra bądź półtora trudno o jakieś bardziej dokładne w tej kwestii ustalenia), tuż obok kanapy drzemał młody jamnik. Na kanapie, wokół mężczyzny wił się wielki wąż: może pyton, może anakonda. „Ładne tu dziwa przechowują.”

 

W pewnym momencie coś tknęło R.L. Herca. Wtedy wciąż stał w miejscu, ze spuszczoną lufą karabinu, którego jeszcze nie złożył. Rozglądał się trochę dookoła patrząc na całą rozliczną menażerię, lecz hamował się nieco z tymi odruchami uznawszy, że jego głowa nie jest kołowrotem by się kręcić wkoło. W pewnej chwili mężczyzna wydał mu się doskonale znajomy. Przy czym owo wrażenie znajomości wywołała nie tylko sama twarz, lecz w większym jeszcze stopniu (doprawdy?) sylwetki wszystkich zwierząt, które widział dookoła siebie.

 

Wystąpił bezwzględny rodzaj drżączki.

 

- Major? Major? Pan Major? Towarzysz Major? Obywatel Major? – pytał rozgorączkowany (głośno, lecz ze względu na osobiste bezpieczeństwo przybrawszy ton, który by mógł sugerować, że w istocie słowa skierowane są w absolutną próżnię bądź do jakiegoś arcy-samotnego lustra, w którym nie odbija się żaden wizerunek), nie uzyskując jednak odpowiedzi od starszego mężczyzny, być może dlatego, że mówił jednak bełkotliwie i wcale nie tak głośno. Musiał sam rozstrzygnąć, czy chodzi o Majora. Na jakich jednak podstawach miał oprzeć swoje sądy?

 

Odwrócił się. Przy jednej ze ścian zobaczył metalową szafę, która kontrastowała ze staroświeckim przepychem pozostałych mebli. Mebel ten przywiódł mu na myśl szafę, w której spoczywał mundur dziadka, a którą on (albo brat – dalibóg, nikt już na świecie nie pamięta kto) pół-legalnie zachachmęcił w jakimś magazynie. Szafa w mieszkaniu sędziwego człowieka była jednak zamknięta. Zaczął szarpać. Mężczyzna, wciąż spoczywający na sofie, nic sobie z tego nie robił. Rico zrozpaczony podniósł głowę i przeleciał wzrokiem cykl obrazów, które dekorowały wszystkie ściany mieszkania. Każdy z nich – jak już chyba się rzekło – przedstawiał podróż morską. „A więc płynę, żegluję, obym tylko nie osiadł na mieliźnie” – powiedział sam do siebie Ricardo Leon Herc i chociaż było w jego powiedzeniu zarówno coś z sarkazmu, jak i z głębokiego, podszytego wątpliwościami dociekania na temat prawomocności wydanego sądu, to w jakimś sensie można przyznać mu rację. Odwracając pogląd Diderota z jego opowieści o sławetnej wyprawie Bougainville’a – czy nie zdarza się tak, że wszystko, nawet stanie w miejscu, okazuje się podróżą poprzez morze, podróżą podszytej lękiem wiary w przyszłość, nadziei na odnalezienie nieznanych atoli-ciekawostek?

 

- Major… major… owszem... kiedyś... w randze majora – nagle mężczyzna mruknął coś pod nosem, jakby jednak zwątpił w sens tego, co mówi, choć spojrzenie miał wyjątkowo trzeźwe, wręcz jakby trochę badawcze.

 

Rico słuchając tych enuncjacji zaczął się wycofywać w przerażeniu. Musiał teraz pójść gdzieś, spenetrować mieszkanie, musiał – o kurna! – znaleźć klucz do szafy. Wrócił na korytarz, ukrył się w jednym z jego licznych załomów. Po chwili sam już nie wiedział, w jaki sposób (dlaczego, bądź „na jakiej formalnej podstawie?”) zdezerterował sprzed oblicza mężczyzny, który mógł być Majorem. Zbiegł, co wydawało się przecież w ogóle niemożliwe albo świadczyłoby o jakimś zupełnie nieuświadomionym triumfie – jeżeli hipoteza z majorem była słuszna choćby w stopniu względnym. Gdy wreszcie umysł jego odtworzył prowi­zo­rycznie przebieg zdarzeń, Rico uznał swój postępek w tym samym stopniu za błąd, co za przejaw wprost zdumiewającej brawury. Niestety, błędnych stron postępku nie szło aż tak łatwo naprawić, bowiem tak jak chwilę wcześniej, nieoczekiwanie wykonał ruch ucieczki, czyli coś, do czego wydawał się niezdolny, to tak teraz, równie nieoczekiwanie, okazał się absolutnie niezdolny do powrotu.

Otworzył pierwsze lepsze drzwi. Drzwi owe niczym nie różniły się od innych dookoła, a jednak po przestąpieniu progu znalazł się w łazience: a przecie drzwi do łazienki czy też ubikacji mają zwykle nieznacznie inny format aniżeli drzwi do pomieszczeń w sensie ścisłym mieszkalnych. Łazienka była przestronna, wysprzątana. Nad wanną wisiał wielki obraz przedstawiający rozbitków stłoczonych w rozpaczliwą piramidę krzyczącą wielkie SOS, pogrążoną w beznadziejnych zmaganiach się z zuchwale wzburzonym oceanem – czuć było przybliżanie się śmierci pod sklepieniem nieba – surowo obojętnym, płomieniście mrocznym. Rico nie wiedział, że to słynna „Tratwa Meduzy” pędzla Gericault (tzn. jej kopia),  sam obraz zrobił na nim całkiem spore wrażenie. Spojrzał potem w dół. W ogromnej wannie, której świeża biel odcinała się od ekspresyjnych, a zarazem posępnych barw obrazu, pływało wesołe stadko kolorowych ryb, rozmiarami nieco mniejszych od karpia. „Piranie” – rzekł Ricardo do siebie; zafascynowany i przerażony jednocześnie odłożył swą wyśnioną metalową rękę zwaną karabinem i włożył prawą dłoń do wody. Niepokoił się Rico, ale coś w nim dało radę powstrzymać inne coś pod nazwą ruchy drżące. Ryby podpływały do jego zanurzonej  prawicy, po czym odpływały, jakby łasząc się, czy też przekomarzając. Czuł lekkie muśnięcia czegoś, co mogło być zębami: jakby udawały, że gryzą, albo też ktoś (takiś Trefniś, Majorze?) im stępił ząbki. Po jakimś czasie, kiedy sytuacja nie zmierzała do żadnego rozwiązania (kolejna taka sytuacja tego dnia, tego roku i w ogóle tego życia a może raczej kolejne coś, co tylko wydawało się być sytuacją albo tylko wydawało się nie mieć rozwiązania), wysunął dłoń i rozejrzał się raz jeszcze po łazience – poszukiwał klucza, chociaż stracił jakąkolwiek nadzieję na jego odnalezienie. I nie odnalazł klucza, a tylko wielki dziryt ukryty za rezerwuarem. Uznał to narzędzie za częściowo pomocne. Uradził sam ze sobą, że odłowi rybę. Jak postanowił, tak uczynił. Trafił mu się bardzo piękny okaz: czerwonawy, jakby rozpromieniony czyjąś krwią, a przecież sam nie zakrwawił. Z rybą nadzianą na szpikulec i karabinem przerzuconym przez ramię skierował się z powrotem do salonu. „Halo, halo” – czy jest tu gdzieś jakieś palenisko – zapytał gospodarza mieszkania – uśmiechnięty, głosem tak radosnym, jak chyba nigdy wcześniej w całym życiu. Ten jednak nic nie odpowiedział, znów słuchał sobie walca. Rico zresztą zadał to pytanie z oddali, bo mimo powrotu (czy może jednak narodzin?) dziecięcej dezynwoltury, ów puer ludens, którym stał się polując na prawdziwą bądź domniemaną piranię, nie odważył się wejść.

Skierował się do kolejnego pokoju, naprzeciwko łazienki. W tym pokoju, jedynym pomieszczeniu mieszkania, jakie dotąd widział pozbawionym akwarel marynistycznych (czy były tam kiedykolwiek wcześniej, kto je usunął i dlaczego?), czekała go zupełnie innego rodzaju ciekawostka. Pośrodku stała klatka (po prawdzie wypełniała większość objętości pokoju), a w klatce czarna pantera. Była wyraźnie rozleniwiona, jednak na widok Rica bezgłośnie poderwała się. Przybliżyła łeb do prętów i zaczęła bacznie się przyglądać intruzowi. Rico na chwilę odłożył rybę, kucnął na czworaka i przybliżył głowę jak się dało. Byli teraz ze sobą twarzą w twarz.  „Ciekawe czy mnie dotknie, czy poliże, czy ukąsi mnie? Jednak pręty były bardzo gęste i zwierze nie mogło w ogóle wystawić łba na zewnątrz; inna sprawa, że jakby nie zdradzało takiego rodzaju zamierzenia.

A więc trwali jeno: dwa łby blisko siebie, odgraniczała ich bariera prętów i powietrza, mniej więcej dwucentymetrowa. Z rozpłaszczoną jak naleśnik twarzą Rico przyglądał się ślepiom zamorskiego kota. Wtedy przypomniało mu się, jak badawczo przypatrywał się jednemu z Aresztantów, temu groźniejszemu, temu Stamtąd (a w tej chwili STĄD!). Czyżby to było w jakiś sposób ze sobą powiązane? Reinkarnacja? Nie, to chyba jednak niemożliwe. Przynajmniej nie w tym przypadku. Kilkakroć pantera otworzyła paszczę prężąc różową gardziel i dorodne kły, co wprawiło Rica w ekscytację, jakkolwiek z racji zbyt bliskiej odległości wszystko to  widział względnie niewyraźnie. On też otworzył usta, chociaż wydało mu się to śmiesznie niepotrzebne. A wtedy pantera zdołała wystawić język liżąc go przez moment w górną wargę. To go rozczuliło przyprawiając jednak o swoistą trwogę – po raz kolejny tego dnia jakaś granica została przekroczona. „Czy czworonożny jestem? Czy może to miejsce czyni czworonożnym?” – spytał sam siebie Ricardo Leon Herc.  Po czym cofnął się, sięgnął po rybę, rozerwał ją na części i nakarmił zwierzę. Najwyraźniej było bardzo radosne. Przez moment zareagowało głośnym i drapieżnym wyciem, takim jakiego po niej się spodziewał, słyszał zresztą to kiedyś – przynajmniej tak mu się wydało – był parę razy w dzieciństwie w ogrodzie zoologicznym, gdzie pantery powinni byli mieć na składzie, nie pamiętał jednak dokładnie, czy oglądał ten gatunek kota, jednak sądził, że tak.

Rysiu zaczął bić gromkie brawa temu kotu. Dziwne, że właściciel mieszkania nie zareagował, a przecież niemożliwe, żeby nic nie słyszał. Nagrodzona oklaskami pantera stanęła na dwóch łapach i jakąś dziwną sztuką zaczęła chodzić jak człowiek dookoła klatki uśmiechając się w co najmniej względnie ludzki sposób. Potem jednak opadła na swoje cztery łapy i przysnęła, raz po raz tylko mrugała ku niemu, może nieświadomie, lewym okiem: to jej postępowanie uznał za cyniczne.

 

Stwierdził, że dalej już nie ma czego szukać i pozostaje tylko wrócić do salonu, być może tam uzyska jakieś wyjaśnienia. Jednak wrócić!? Możebne? Tak. Teraz może to zrobić, gdyż poznał formę swego ciała właściwą dla powrotnego korowodu: Będzie teraz kroczył na wszystkich czterech łapach... To pomoże mu przezwyciężyć wszelkie lęki. A robiąc coś, co w zaistniałej sytuacji jest – jak uznał – bezwzględnie obowiązkowe, posiądzie jednocześnie wytrych, Prawdziwy Klucz (coś więcej niż tylko klucz do tamtej metalowej szafy), dzięki któremu potrafił będzie zrozumieć dookolną przestrzeń.

A jednak szedł na dwóch (nogach), ale był to krok bardziej tresowanego psa niż człowieka, choć jego świadomość oddawała się daleko bardziej zaawansowanym spekulacjom niż psia ma to w zwyczaju wedle wszelkiego prawdopodobieństwa: Cały czas myślał o tym, że odstawia popisowy numer, że potrafi przejść straszliwy dystans bez podpierania się wszystkim czterema kończynami. W dodatku z karabinem na ramieniu, po który musiał się wrócić do łazienki. „Pies, lokaj czy cyrkowiec?”

 

- Major, major! – krzyknął starszy mężczyzna, kiedy Rico znów wkroczył. Dziad trzymał coś na kolanach. Nie da się ukryć: był to mundur. Jednak był to mundur marynarski. Rico ośmielił się podejść.

- Tak, major, major – krzyczał gospodarz cały czas wskazując mundur, którego błękitne spodnie położył na kolanach, zaś bluzę podniósł do góry ściskając kurczowo za rękawy.

Po chwili Rico dostrzegł też białą czapkę z kotwicą, którą mężczyzna położył na oparciu sofy za swoimi plecami. Wyjął mu ją zza pleców i chciał założyć sobie na głowę dla kawału, jednak była za ciasna. Zauważył też, że cały mundur jest z tworzywa sztucznego, bardzo mały, być może został kupiony dla dziecka albo dla liliputa, jako przebranie na karnawał. W każdym razie skojarzył mu się z cyrkiem.

 

„Czy mam się przebrać w ten kostium? Czy on to sugeruje? Przecież jest za mały! Być może to rzeczywiście cyrk! Dobrze! Będę grał.”

 

                      Naraz w jednym momencie, ale niezależnie od siebie, jak dwa chóry odgrodzone nieprzepuszczalną promieni światła zasłoną, którym kazano śpiewać według tej samej partytury, niewiele tylko zmodyfikowanej, jeśli chodzi o rytm i wysokość poszczególnych dźwięków, wybuchli piskliwym konwulsyjnym śmiechem.

„Niby cyrk – pomyślał Rico, kiedy salwy śmiechu – jego i ta obca – już wybrzmiały. Ale przecież ile razy oni to mi kazali. Ile już razy musiałem przebierać się w dziecięce mundurki marynarskie! Ach, poza tym jeszcze trudniejsze miałem przecież zadania, muszę mu pokazać...!”

 

Wziął mundur z jego ręki. Przez chwilę patrzył mu prosto w oczy, chociaż ich obrazu nie był w stanie dostrzec.

- Oj, co wy żeście z nami wyprawiali! Jakie żeście ze mną wyczyniali hece, oficerze… przez całe długie lata – rzekł Rico, a w jego głosie dominowała nuta wielkiego zadziwienia, jakby ciąg tych wyczynów, których padał ofiarą, był tak dalece nieprawdopodobny, że mógł o nich wspominać tylko z założeniem, że komu innemu niż jemu się trafiły. Ale jednocześnie był ten głos przynajmniej odrobinkę jowialny. Jowialność ta była oczywiście jowialnością aktora odgrywającego komedię mimo łez w głębi duszy. Jednak nie istniała  wonczas żadna prawda, która mogłaby służyć temu aktorstwu jako przeciwwaga. Ani żaden fałsz, które mógłby je pogrążyć ostatecznie. Więc ta gra, ta wyczuwalna nuta błazeństwa w jego słowach, była w pewien sposób szczera, a nawet i źródłowa. Od tego mogła prowadzić droga do braterstwa. Droga, którą Rico w istocie zawsze pragnął przebyć, chociaż bał się jej i bał się tego pragnienia.

Objąć się, po radziecku, na niedźwiedzia, porozmawiać o zaistniałych krzywdach jak kolega z kolegą. No, ale do tego należałoby wypić jakiś bruderszaft. A żeby do bruderszaftu doszło, należałoby wpierw zamienić jakieś słowa (Rico nie wiedział, gdzie znajdują się w pomieszczeniu „majora” butelka i kieliszki, nie śmiał zresztą opuszczać miejsca, w którym utknął). Tymczasem facet milczał. Po chwili klasnął raz. I chociaż (słowo „chociaż” może być jednak nienajlepiej dobrane) było to tego typu klaśnięcie, jakie ma zazwyczaj miejsce podczas biesiad, Rico padł na kolana. „Poddać się, poddać się gwałtownie, dołączyć do jego arki, uwierzyć, że to On” – myślał, że to jedno mogło mu pozostać.

 

Teraz zaczął chodzić na czworaka, naśladując panterę. To był oczywisty wzorzec. Karabin spoczywał na podłodze, a on ganiał i warczał. Czuł się dość swobodnie, choć pantera niekiedy przemieniała się w psa. „Niestety trudno człowiekowi wydać z siebie inny odgłos niż w szerokim rozumieniu ludzki, który by nie był szczekaniem. A przecież psa nie miałem, więc powinienem być impregnowany. Może to dlatego, że w szczekaniu jednak jest obecny arcy-ludzki pierwiastek?” – coś w tym stylu mógł w tych chwilach myśleć Ricardo. Wolał być panterą niźli psem, ale poddał się psowatym inklinacjom. Zaszczekał raz czy drugi – odpowiedział mu jamnik, schowany za kanapą, i papuga;  wcześniej zwierzęta zgromadzone w salonie całkowicie milczały, tak samo czarna pantera zgromadzona za ścianą („albo źle udawałem ją, albo też nigdy, przenigdy, jej nie było” – pomyślał Ricardo Leon Herc).

Wydawało mu się, że coraz bardziej się zmniejsza. W każdym razie mundur marynarza doskonale pasował. Ciągle kurczył się. Tańczył, biegał wkoło. Im mniejszy był, tym był bardziej swobodny. Był już stanu małpiego (jednak to małpa, bardziej jeszcze niż pies i niż gryzoń, zostaje człowiekowi jako punkt odniesienia, gdy ma się zezwierzęcić, chociaż na ogół w ogóle nie myśli akurat o tym gatunku, być może jest mu zbyt bliski – pomyślał, cokolwiek po ludzku, arcyludzku, Ricardo Leon Herc – gdy już prawie w całości poczuł się małpą przechodzącą w małpkę bądź małpiatkę).

Stan małpi prezentował dość wyraźne plusy – po pierwsze umożliwiał dwunożność z podporami, która może dla niego była najbardziej komfortowym stanem, a – po drugie – dawał mu atut w postaci skoczności, której nigdy nie miał w nadmiarze (gdyby swego czasu przeskoczył przez płot elektrowni bardziej wdzięcznym susem, w dodatku w świetle kamer, jego życie może odmieniłoby się), a która teraz przyszła do niego w małpim korowodzie.

 

„Major” – wcześniej obojętny, najwyraźniej rozradował się przejściem dziwacznego gościa w stan małpi bądź „małpiatkowaty”, jak kto woli – zaczął klaskać: rytmicznie, niezbyt głośno.

 

Rico podskakiwał, przeróżne numery demonstrując – a to zjadanie mięsa, a to chałki, a to grę w szachy-maty, a to hokej na lodzie i jeszcze parę innych sportów. Te ruchy, rzecz jasna, miały o czymś przypomnieć, taka była ich rola. Rico miał prawo być zadowolony ze swojego popisu (przynajmniej jeżeli podstawą do zadowolenia może być fakt względnie udanego, jeśli chodzi o aspekty techniczne, wejścia czyjegoś ciała w zupełnie nową rolę, do której wcześniej wydawało się nie najbardziej zdolne). Były jednak problemy. Po pierwsze jeśli gesty małpy, małpki czy małpiatki, mają być nie tylko zatraceniem w szalonej ludyczności, ale też maja odsyłać do konkretnych zdarzeń, do pytań, które kiedyś zadał być może widz siedzący naprzeciwko, to jednak tamte zdarzenia miały miejsce (z bezwzględną niemal pewnością można to potwierdzić), między ludźmi, podczas gdy komizm małpi rządzi się własnymi regułami. Rico wybrnął z tego paradoksu, można by powiedzieć ze względnym powodzeniem jako człowiek parodiujący małpę udającą człowieka. Lecz jednak miał wątpliwości – z uwagi na wrażenie skurczenia się do rozmiaru, do którego mundurek pasował doskonale (chwilami wydawał się wręcz zbyt luźny), tudzież dużą skoczność – czy jeszcze zachował ludzką postać. Jakkolwiek rzeczone wątpliwości, przebłyskujące pomiędzy kolejnymi brawurowymi podskokami, mogły wskazywać (uwaga – być może sprawa jest wielce dyskusyjna), że zachowały się w nim typowo człowiecze właściwości, to jednak nie rozwiązywały dylematu.

Trwali tak jakiś czas – on, Rico, jako zwierzę, Domniemany Major jako jego (domniemany) Pan. Kiedy jednak Rico otrząsnął się z kolejnego modus zwierzęcości i zaczął z pewnym dystansem do własnych zastanowień zastanawiać się, jaki tak naprawdę zwierz-matryca najlepiej by mu przypasował (przez moment myślał, korzystając z przeświadczenia o znacznym skurczeniu swej postaci, żeby wskoczyć „Majorowi” na głowę i zagwizdać coś), zauważył, że mężczyzna śpi.

Podszedł do łóżka (na dwóch nogach, tylko silnie ugiętych i z jakoś dziwnie zwieszonymi dłońmi, jakby nie do końca przekonany był, czy chce być psem, małpiatką czy człowiekiem = wyżej nadmienione zastanowienia nie przyniosły jednoznacznego  rezultatu) i zaczął badać wzrokiem prawdziwego albo domniemanego (czy „albo” zostało użyte prawidłowo?) oficera. Skoro oczy mężczyzny były jednak zamknięte, nie na wiele mógł się przydać Rico jego wzrok (czy patrzący śpiącemu w oczy w ogóle widzi coś?), w szczególności nie było nadal pewne, czy zdziwaczały starzec naprawdę jest Majorem.

 

Nagle usłyszał salwę z karabinu. Jakby zarazem dobiegała z góry i skądś obok. Może po prostu strzelają ze szczytu sąsiedniego budynku?

 

W tym samym momencie zadzwonił budzik ustawiony na kredensie.

 

„Major, major” – zaskrzeczała papuga.

 

Wziął karabin i wybiegł. Jego ludzka świadomość powróciła – właśnie w tym momencie, gdy coś całkiem odruchowego popchnęło go ku ucieczce. Lecz nie bardzo go to uradowało. Wręcz przeciwnie nawet – powrót formy ludzkiego Podróżnika, figury wystraszonego odkrywcy zakazanych stref – znów wpędziło w stare dylematy, w dodatku zwielokrotnione. Przez chwilę błąkał się po klatce schodowej, piętro w górę, potem piętro w dół, po czym wrócił.

Wyłączał i włączał żarówki raz po raz. Światło migotało. I on też.

W pewnym momencie – gdy znów zapalił światło, wyrosła mu przed oczami jakaś wizja (tak, takie wizje zawsze pojawiają się w świetle, w świetle silnym i rażącym, niezależnie od tego, co by sobie roili romantycy) – a raczej przynajmniej względnie racjonalna interpretacja faktów, które jakieś dwie godziny wcześniej zauważył. Szubienica – tam było jedno miejsce pośrodku Fredzika i Lubego! Do tego nóż, który zabrał ze sobą. Przetrząsnął kieszenie, przez moment myśląc, że go zgubił, skoro o nim zapomniał. Nóż jednak wciąż tkwił zza pazuchą („sznur był w szopie, można trochę odkroić, trochę przyciąć trzeba, żeby ewentualnie dla innych wystarczyło”). Tak – powiesić się, to był jakiś znak, wyraźnie dany mu przez nieznajomą instancję. Być może najwyższą, najstraszniejszą instancję wszelkich władz, która zwie się Nikt.  Czy może zlekceważyć to? To byłoby proste zadanie na zasadzie „Wykonaj to samodzielnie”, przypomniał sobie podręczniki do zajęć technicznych dla młodzieży wydawane w dawnych czasach przez Lud i to go nawet rozbawiło.

 

Miał teraz przed sobą dokładnie trzy możliwości, które wydawały się wyczerpywać cały obraz sprawy.

 

1) Wrócić do człowieka, który być może był owym osławionym Majorem i przyłączyć się na zawsze do jego menażerii.

2) Zejść na dół, koło szopy i powiesić się.

3) Ponownie wejść na dach i w jakiś rozpaczliwy sposób załatwić sprawę z żarówką raz na zawsze.

Dom był daleko, do domu już nigdy nie powróci – to właśnie sobie uświadomił. I w tej świadomości było coś tak oczywistego, nieodwracalnego, że nie czuł żadnego żalu, a nawet czuł może pewną radość, chociaż gdzieś – w jego głowie, to znaczy daleko, nawet bardzo daleko – tkwił zatarty pejzaż… gdzieś tam właśnie, w jego kadrze, właśnie wyparowała  mała chmurka łez...

(Jedynie szubienica była dostępną formą powrotu do domu, na Łabędzią, taka mała parodia powrotu na ojczyste łono, przecież  właśnie po to, by tak grać, jest się z urodzenia artystą.)

 

Przed nim są trzy pułapki, w jedną z nich musi wpaść. Jedną z zagadek musi jakoś rozwikłać. Nie ma innych przejść. Może co prawda zostać tu na schodach, zasnąć i zobaczyć – zwłaszcza że po tym wszystkim jest już dosyć zmęczony. Spróbował. To jednak nie było żadnym rozwiązaniem, zwłaszcza, że wszystkie pozycje, które przybrało jego ciało, były (bardzo prozaicznie: a to łokieć nie tu, a to ucho nie tam) niewygodne.

 

A więc wyszedł na dach, zaskakująco bez najmniejszych kłopotów. Bał się, że sytuacja się pokomplikuje, że niełatwa jasność troistej alternatywy zostanie jeszcze zakłócona przez szczegóły, jak na przykład takie, że Ktoś zasunął klapę wiodącą na szczyt budynku albo Coś analogicznego „zasunie się” wewnątrz jego ciała, gdy będzie się wdrapywał. Jednak nic z tych rzeczy. „Jak łatwe jest to, co ostateczne” – pomyślał Ricardo Leon Herc.

 

Był na szczycie. Przeciągnął ręce, odchylając głowę, jakby chciał pokazać, że podda się (mimo bicia serca, które osadzało go w jego własnym wnętrzu) bezkresowi nieba, pod którym się znajdował bez żadnego pośrednictwa w postaci między-strefy z betonu czy żelaza. I wtedy, właśnie dwa budynki dalej, jeszcze bardziej w głębi dąbrowskich włości, Rico ujrzał jakąś ciemną postać, jak on sam stojącą na szczycie wieżowca, jak on sam z karabinem w dłoni. Obok niej szara chorągiew powiewała na wietrze. Nie wydało mu się prawdopodobne, żeby aż tak daleko zapuściły się oddziały z Łabędziej, czy w ogóle z Miasta Górniczego. Czy możliwe było, z drugiej strony, żeby wojska rządowe wypuszczały pojedynczych snajperów? Nie, to był człowiek z Dąbrowy, to był „cywil” z Dąbrowy, był o tym intuicyjnie (mimo że klasycznie rozumiana intuicja była raczej mu obca) przekonany. Wystrzelił. Wydawało mu się, że teraz naprawdę strzelił pierwszy raz! Wystrzelił całą serię. Postać padła, wydawało się, że została trafiona, jednak po chwili odpowiedziała własną serią z broni, która przeleciała jakieś kilkanaście metrów koło Rico, nie stwarzając żadnego zagrożenia. Po czym postać odwróciła się i zaczęła strzelać w zupełnie inną stronę. On też się odwrócił i też w tamtą inną stronę zaczął strzelać. Spojrzeli na siebie i choć z daleka nie widzieli swoich twarzy, było w tych spojrzeniach coś z porozumienia, które połączyło ich głęboko. „Nie mam flagi” – mruknął z zakłopotaniem Ricardo Leon Herc. „Ale co tam – mam przecież mundur marynarski, mam go, chociaż dziwnie zszarzał, odkąd znalazłem się na dachu i jest moim zwykłym ubraniem”.

 

Być może wspólny strzał w żarówkę mógłby ich połączyć. Było to jednak technicznie niemożliwe – o ile pozycja strzelecka Rica była względnie dogodna, co już udowodnił, to dla drugiego snajpera obraz ten był całkowicie niewidoczny. 

 

Niewątpliwie jednak to było jakieś zbliżenie, chociaż nie w pełni satysfakcjonujące – nie wyjaśniało do końca wszystkich dylematów. W każdym razie jednak znacznie więcej teraz rozumiał z tego, kim jest Obcy, niż kiedykolwiek wcześniej, nawet niż wtedy, gdy tańczył przed Majorem, nawet niż wtedy, kiedy – jeszcze wcześniej – wlepiał gały w schwytanego żołnierza. Czyżby ten ktoś tak samo błądził i poszukiwał, jak to czynił on sam? Jeden po stronie światła, drugi po stronie nocy (mniejsza z tym, czy to Łabędzia była stroną światła czy odwrotnie, czy w ogóle jest jakieś miejsce, w którym strony te da się oddzielić w sposób dostatecznie wyraźny nie tonąc w morzu względności) planują cały czas fantastyczne eskapady na przeciwną stronę, eskapady tym bardziej barwne, im silniejsze przekonanie o ich niemożliwości. A przecież przejście na drugą stronę, chociaż trudniejsze niż to się wydawało takim jak Frank Herc, nie było niemożliwe, sam przecież w jakimś sensie go dostąpił. Teraz jednak obydwaj wolą drążyć niemożliwość. Stanley i Livingstone wielkiego „Być nie może”.

 

Czy jednak ktoś z zewnątrz – jakiś gap – jeżeli by ich zobaczył, nie spojrzałby na każdego z nich tak, jak on, Rico Leon Herc, patrzył jeszcze przed paroma dniami na człowieka – małpę? Jak na dziwaczną, na wpół ludzką zjawę, sprowadzoną przez perspektywę zdystansowanego spojrzenia do wymiaru larwy zabłąkanej gdzieś na horyzoncie, która jednak im bardziej jest larwalna w swoich ruchach, im trudniejsze do zrozumienia i bardziej niebezpieczne są jej domniemane intencje, im bardziej staje się drugoplanową postacią rodem z pospolicie komiksowej makabreski, tym bardziej wgryza się w Jądro Tajemnicy.

Patrząc na snajpera odnalazł możliwość podobnego spojrzenia na samego siebie i dzięki temu poczuł się absolutnie szczęśliwy, po raz pierwszy w życiu.

 

Teraz on prowadzić mógł do tańca. Miał jeszcze jakieś naboje. Skierował lufę wprost ku słońcu i zaczął palić w górę. Po chwili to samo uczynił jego bliźni.

 

Tańcowali.