ORGIA MYŚLI O POLSCE!
Zaktualizowano 16.02.2010
5 URODZINY ORGII MYŚLI - 19.02.2010
Zapowiedzi:
Już w marcu rozpoczynamy nowy cykl spotkań pt. Orgia Myśli o Polsce
Szczegóły wkrótce!
Od redakcjiORGIA MYŚLI O POLSCE!Zaktualizowano 16.02.2010 Zapowiedzi: Już w marcu rozpoczynamy nowy cykl spotkań pt. Orgia Myśli o Polsce Szczegóły wkrótce! Z zasobów OMLiteratura w stanie wyższej koniecznościLiteratura musi być polityczna, ponieważ w Polsce nie zostało dokończone dzieło nowoczesnej emancypacji. Polska jest przestrzenią dziwnego przenikania się elementów najbardziej archaicznych z częściowo urzeczywistnioną nowoczesnością oraz z elementami naszej lokalnej, dzikiej ponowoczesności, dodatkowo komplikującymi i tak już złożoną sytuację. W tym zamęcie powinniśmy uzyskać jakąś orientację, by sprostać wyzwaniom, jakie przed nami stoją. Literatura, właśnie jako splot najróżniejszych narracji interpretujących społeczną rzeczywistość, ma być jednym z naszych przewodników . Inny ważny postulat również związany jest z koniecznością emancypacji i również zamienia literaturę w pewnego rodzaju narzędzie – tym razem ma to być oręż radykalnej krytyki politycznej albo społecznej. Otóż krytyka – jeśli faktycznie jest radykalna – powinna kwestionować całość „systemu”. Nie może ona poprzestać na efektach, zatrzymać się, na przykład, na poziomie jednostkowej psychologii. Powinna nie tylko (i nie tyle) piętnować i wyśmiewać, ile docierać do podstawowych mechanizmów zniewolenia: „Niech to będzie dekonstrukcja tych mechanizmów, a nie tylko kpienie z konsekwencji ich działania” – powiada Sławomir Sierakowski. Innymi słowy – literatura musi stać się orężem strukturalnej krytyki kapitalizmu. |
Leczenie człowieka to długotrwały procesAutor: Jacek SzabanDodano 22.12.2009
A teraz coś o ludziach bogatych, wykształconych i młodych. Czy to właśnie jest człowiek? – Klara Sieniawska bezgłośnie poruszyła pociągniętymi błyszczykiem wargami. Jej dłoń przesunęła się wzdłuż torsu mężczyzny siedzącego obok niej. Jego skóra była blada, klatka zapadnięta, gdzieniegdzie wyrastało z niej trochę włosków. Mężczyzna był w wieku średnim, trudno było nawet powiedzieć, ile dokładnie ma lat, w każdym razie na pewno gdzieś między 30 a 45, jak się zdawało. Siedział przygarbiony nie patrząc na nią, właściwie miał przymknięte powieki, co nadawało mu wygląd woskowej kukły, z twarzą jak maska o zaciętych ustach, bez kropli krwi na policzkach. Kobieta dotknęła opuszkami palców jego piersi. Naciskając lekko powiedziała mu żeby się położył. Zareagował jak automat, odchylając się do tyłu aż do poziomu, z rękoma wzdłuż boków. Na szyi wystąpiły mu żyły. Nie otworzył oczu nawet wtedy, gdy nachyliła się nad nim i zaczęła wcierać chłodny przezroczysty żel w skórę na jego klatce. Też coś, pomyślała pamiętając, że mężczyźni na ogół wręcz odwrotnie – pochłaniali ją wzrokiem, kiedy siedziała przy nich tak blisko, atrakcyjna zdrowa blondynka ubrana w ładniutki kitel lekarki, widziała to kątem oka, wręcz czuła to, gdy spoglądała uważnie na obraz na ekranie, podczas gdy jej dłoń zaopatrzona w końcówkę aparatu do USG przesuwała się ostrożnie po piersi pacjenta. Może pan otworzyć oczy powiedziała z uśmiechem, nie ma się czego wstydzić. Boże, co za obskurant jakiś, pomyślała, ale zaraz pogroziła sobie za to w duchu palcem i zaśmiała się do siebie, postanawiając być dla tego zahukanego niezguły podwójnie miła, zwłaszcza, że usłuchał i otwierał właśnie oczy. Rzeczywiście. Leżący na kozetce osobnik otworzył oczy. Otworzył je na raz, jak za pociągnięciem sprężyny, na twarzy nie drgnął poza tym ani jeden mięsień. Po prostu powieki jednym ruchem odemknęły się szeroko i od razu też wypłynęły spod nich gałki oczne, jak porcelanowe kulki, białe i błękitne, wybałuszone, puste i niewinne. Jeden, dwa. Zamknięte, otwarte. Bez żadnego przejścia. Ciemność, światło. I to na rozkaz Pani Doktor. Pacjent nie zaciskał już kurczowo powiek, jednak w istocie niewiele to zmieniło i ku swemu rozczarowaniu Klara wcale nie była teraz bliżej do nawiązania ludzkiego kontaktu z badanym. Kontakt taki nie był oczywiście do niczego potrzebny, w każdym razie jeżeli chodzi o rodzaj wykonywanego badania, ale zawsze byłoby przecież milej. Wielu lekarzy, zwłaszcza młodych kobiet byłoby na jej miejscu zadowolonych, że pacjent nie marudzi i nie narzuca się ze swoimi żarcikami i obciachową szarmanckością jakiegoś biznesmena od węży ogrodowych czy innego kierownika. Uśmiechnęła się ze swojego porównania. A nie trzeba chyba mówić, jakich natrętów spotkać można pracując w tym zawodzie. Wystarczy, że takiego sercowca dotknie tylko młodsza kobieta, a kompletnie im odbija. No właśnie, wiele lekarek wolałoby więc mieć święty spokój, żeby pacjent wychylał się jak najmniej ze swoją osobowością, żeby można było w spokoju zająć się badanym organem, przeanalizować wszystko w naukowym skupieniu, w oderwaniu, a potem już tylko opis kliniczny, tak jak uczono ich w szkole, najważniejsza część wizyty, wydruk, kilka szybkich słów, a pacjentowi spogląda się w oczy dopiero na do widzenia. Tak byłoby wygodnie. Ale Klara nie była taka. Kobieta nie ma się czego obawiać, jeżeli tylko lubi ludzi, potrafi do nich wychodzić. No pewnie, że w kilkuletniej praktyce przydarzył się jej już niejeden nicpoń, który akurat w trakcie badania przedsionka z ciężką niewydolnością nagle przypominał sobie o swoim wspaniałym uroku, który w dziewięćdziesiątym roku wraz z czeską fryzurą tak świetnie działał na sklepową w Grójcu. Ale takich ludzi też należy umieć zrozumieć. Odpowiednio do nich trafić. Właśnie ze względu na te piętnaście lat, kiedy być może nie dotykały ich ręce kobiety, choćby nawet w gumowej rękawiczce. Często powtarzała sobie, że przecież na co dzień stykała się w gabinecie z czyimś, ludzkim losem. Może przesadzała, ale jej zdaniem potrzebna była też jakaś wrażliwość. Bez specjalnie wielkich teorii była zdania, że o wiele trudniej jest skutecznie leczyć człowieka, jeżeli nie traktuje się go jako osobę, pełną, żywą i czującą jednostkę. Chyba coś takiego chciał nam przekazać Papież, przeszło jej przez myśl, on też miał biały kitel, ojej, to znaczy sutannę, co ona wygaduje, zupełnie jej się od tego dziwnego pacjenta pokręciło w głowie. Tymczasem obraz serca nie był wyraźny… Osobnik przez cały czas patrzył wciąż prosto na sufit, a właściwie patrzyły jego oczy, bo na temat aktywności jego samego doprawdy trudno było spekulować. Ale serce biło. Wyglądało to tak, jak gdyby życie, własne istnienie było dla niego jakimś odgórnym, niepojętym, ale całkowicie przemożnym imperatywem, nakazem poza wszelką możliwością niezgody, który można było jedynie z absolutnym zaangażowaniem wypełniać, cały czas w pogotowiu, w pełnym napięciu i gotowości na wszystko. Zupełnie jakby trwał na jakiejś wszechobejmującej warcie, jakby jego własnej woli i wytrwałości powierzono to, że otwarte źrenice reagują na światło, nozdrza poruszają się ciężko, a serce uderza minuta po minucie. W dodatku było jasne, że wysiłek ten, niepozostawiający w nim samym już miejsca na nic innego, będzie kontynuować tak długo, jak przyjdzie mu wytrzymać, poza logiką porażki. Można było włożyć mu na głowę wyszczerbiony czajnik parowy do góry dnem, w rękę włożyć kij od szczotki w miejsce kopii, a w jego spojrzeniu nie wywołałoby to żadnego efektu. Biedny człowiek. Klara zastanowiła się, jak to możliwe, że z taką wrażliwością została jednak lekarzem. Przypomniała sobie to dziwne uczucie na zajęciach ze specjalizacji w Akademii Medycznej podczas sekcji, kiedy to rozcinano pierś jakiegoś bezdomnego przywiezionego z wypadku, a potem pochylano się nad jego sercem leżącym w podłużnej metalowej kuwecie. Większość studentów patrzyła uważnie, chciwa niecodziennego widoku, niemal pchali się, aby nic nie uronić z wyników dokładnej obserwacji. Tomasz powiedział jej wtedy, że jako lekarze nie mogą przecież myśleć o tych wszystkich innych sprawach, to znaczy powinni o nich myśleć, ale nie w momencie obserwacji i zbierania danych, kiedy trzeba skupić się na istotnych dla diagnozy epifenomenach (tak powiedział); w tym momencie on sam na przykład radził sobie, traktując widok czyjegoś ciała jak obraz w muzeum, kiedy zwracamy uwagę na linię i kształty, cienie i kolory. To właśnie z tego składa się zawsze to, co widzimy, z tą różnicą, że w przypadku obrazu chodzi o to, czy kompozycja się nam podoba, na przykład na płótnach Moneta (czule się wtedy uśmiechnął), podczas gdy w przypadku badania te dane pozwalają nam wyciągnąć ważne dla naszej pracy wnioski. Westchnęła wtedy lekko, przyznając mu rację. Ona sama nie potrafiła jednak oddzielić samego widoku od świadomości tych wszystkich rzeczy, które w normalnych warunkach nazwałaby obrzydlistwem, a które tutaj, jak tłumaczyła sobie, były po prostu prawdą o biologicznej stronie życia i gdybyśmy odwracali od nich wzrok, medycyna nie zrobiłaby żadnego postępu. Klara nie mogła zresztą odwracać wzroku, bo przecież gdyby tak robiła, nie zaliczyłaby ćwiczeń, a co wtedy? Musiał więc znaleźć się sposób i znalazł się, a jakże. Klara, czy chciała tego czy nie, wciąż wkładała w normalne obserwacje nie tylko analityczny zmysł i chłód specjalisty, ale również pozostałą część swojej duszy, naprawdę nie mogła inaczej. Zamiast więc patrzeć, w trakcie tych mniej przyjemnych zajęć, tylko powierzchownie, na jakiś tam obraz w muzeum, otwierała po prostu tylko jedno oko, którym szybciutko obserwowała wszystko pilnie i dokładnie, podczas gdy sama stała sobie schowana za drugim okiem, zamkniętym, stała tam w letnim słońcu, wśród kwietnych pyłków, w ogrodzie ich cudownego domu na Starej Ochocie, kręciła się w kółko z wirującą wokół bioder sukienką i dopiero znacznie później, kiedy niebo robiło się różowe, jak przymknięta powieka w ostro oświetlonej sali, z ogromną uwagą czytała swoje notatki, tak jak wtedy, gdy z otwartymi ustami przysłuchiwała się opowieściom dorosłych w czasie podwieczorku na tarasie. A studia jakoś skończyła, i to z jednymi z najlepszych ocen na roku. Oj, śmieszna ze mnie dziewczyna. Właściwie to nikt by chyba nie pomyślał, że zostanie lekarką. Owszem, jak każdy odczuwała potrzebę, żeby pomagać w cierpieniu, na przykład jak jakieś dziecko przewróciło się i płakało, no, ale jakimś demonem miłosierdzia przecież do licha nie była. A więc? To pewnie dlatego, że ceniła sobie porządek w tym, co ją otaczało. A choroba to przecież w jakimś sensie nieporządek. Kiedyś w ogródku rozdeptała niechcący dużego żuka. Właściwie to jakoś na nim stanęła, chociaż dostrzegła go sporą chwilę wcześniej, no i jakoś tak, postawiła nogę. A potem, kiedy ten żuk wyglądał niespecjalnie z potrzaskanym pancerzykiem, wykrzywionym na różne strony, poczuła, że naraz zrobił się brzydki, więc wzięła go do domu, żeby go naprawić… A poza tym była ambitna i chciała pokazać, że potrafi. Wybór tego zawodu wydawałby się bowiem może dziwniejszy, gdyby nie pamięć o jej pradziadku, prawdziwej legendzie rodzinnej, wybitnym pulmonologu, honoris causa we Lwowie, Dreźnie i Salzburgu. Dziadek miał bródkę w szpic, nazywał się Ignacy, na nazwisko tak jak Klara – Łemkiewicz. Klara, kiedy miała dwanaście lat, często patrzyła na jego zdjęcie, w palcie i chapeau, potem szybko spoglądała w duże lustro w salonie i powtarzała szybko: „Klara Łemkiewicz”. Okropna była ze mnie snobka. No, ale przynajmniej nie brakło jej nigdy serdeczności. Zresztą tego akurat w rodzinie zawsze ją uczono, nigdy nie okazuj innym, że wywodzisz się z lepszego od nich środowiska. Ludzie są równi i szczególnie ci dobrze wychowani powinni o tym pamiętać. Ona w każdym razie zawsze to właśnie lubiła w swojej pracy – kontakt z ludźmi. Pomyśleć, że są tacy, co całe życie spędzają za biurkiem z nosem w stosie papierów. Brrrr. I często to właśnie lekarze tak widzą swoją rolę. Pytanie, do czego jest im jeszcze potrzebny pacjent. - Nie mówi oczywiście o teoretykach, autorytetach naukowych, którzy potrzebują dużego stopnia abstrakcji, gdy pracują nad jakimś przekrojowym studium. Ich praca, nawet jeżeli z pozoru jest zimna i skoncentrowana tylko na sobie, będzie w przyszłości, jak zauważył Tomasz, oparciem dla innych lekarzy i w ostateczności i tak skorzystają na tym pacjenci, ludzie. Ciekawe, że dopiero, gdy wyjechali na studia podyplomowe do Stanów, zdała sobie sprawę, jak bardzo takie bezduszne, nieczułe podejście do pacjentów jest typowe dla szkoły polskiej. W Stanach było inaczej, tam podejście było bardziej pragmatyczne, bardziej też inspirowane medycyną wschodu. Po pierwsze, nawet zwykłe badania pokazały, że w medycynie lepsze wyniki osiąga się przy czynnej współpracy osoby leczonej. Oni wręcz powtarzali to jak jakąś mantrę. Do tego wiadomo, jacy są Amerykanie, hello, how are you, tell me what is it, trochę powierzchowni, ale na co dzień o wiele bardziej bezpośredni niż u nas. W dodatku, ich profesor bardzo dużo miejsca poświęcał potrzebie traktowania pacjenta jako całego, kompletnego organizmu, w którym wszystko jest powiązane, w szczególności ciało z psychiką człowieka poddawanego leczeniu. Doktor Sieniawska rzuciła ponownie okiem na naprężoną sylwetkę mężczyzny leżącego przed nią na kozetce, z oczami szeroko rozwartymi, jak gdyby nie istniało dla niego nic pomiędzy śmiercią, a maksymalną wewnętrzną agitacją, jak gdyby pośród najgłębszej nocy wyrwano go naraz z mroków nicości brutalnym okrzykiem albo światłem latarki. Klara nie wiedziała czy dobrze to nazwała, nie była przecież psychologiem, ale takie porównanie przyszło jej do głowy. Ten stan oszołomienia, ostatecznej gotowości i napięcia wydał się jej jednak równie daleki od normalnego stanu ducha jak całkowity brak przytomności w najgłębszej komie. Tak, jakby osobnik ten potrafił odbierać tylko całość, - nie wiem, bytu, czy jakoś tak - gotów chłonąć wszystko naraz, po prostu wszystko, co jest, za to zupełnie niezdolny zwrócić uwagę na cokolwiek mniejszego, jakąś małą cząstkę tego ogromu, na przykład młodą lekarkę, starająca się, aby poczuł się spokojnie i miło. Jakby przepływał przez niego sygnał z jakichś ostatecznych stref (sic). Uniosła bezradnie brwi. Coś mi się wydaje, że z tym człeczyną to jednak chyba kontaktu nie nawiążę. Nic dziwnego, że ma coś z sercem, no nie chciałabym być w jego skórze, jeżeli wciąż jest tylko taki spięty. Dobrze. Proszę bardzo, drukujemy obrazek, opisujemy i szczęść Boże.
A jednak cały czas myślała o tym dziwaku. Nie wyglądał tak, jak, zdaje się, niektórzy obłąkani, którzy drżą, zaalarmowani wyimaginowanymi głosami, przybierającymi konkretne kształty, jakie podsuwa im wyobraźnia. Niezupełnie. Sprawiało to wrażenie - jakie to dziwne, Klara musiała przez chwilę skupić myśli, - jakby krańcowe i jednostajne pobudzenie wywoływał w nim widok najzwyklejszych przedmiotów: ich ciągłą, jednostajną obecność, ciszę i inercję trwania, nie mając żadnego punktu odniesienia odczuwać można jako prawdziwy sygnał z otchłani. Bo pewnie słusznie napisał kiedyś w takim wierszu jej kolega z liceum „…jest coś. A przecież mogłoby – nic być”. A właściwie to nieprawda, pomyślała, bo nie ma nic i w tym niczym jest wszystko i my i cały nasz świat i wszystko, co sobie w nim pomyślimy, wiec jest naraz i wszystko, i nic, i jedno migocze w drugim…
-Proszę pana, to jest kolokwium z kardiologii. Tak powiedział doktor Tomasz Sieniawski pewnemu studentowi, który najpierw zbyt jawnie szukał pomocy u kolegów w trakcie sprawdzianu, a następnie, gdy asystent pomagający prowadzić egzamin zwrócił mu uwagę, puścił do Tomasza - który to miał zaszczyt być owym asystentem - poufałą minę, której jedynym uzasadnieniem było, zdaje się, to, że Tomasz chodził w swoim czasie do jednej klasy ze starszym bratem obiboka. Obecnie smarkacz zrobił obrażona minę. Nic to. Przynamniej będzie wiedzieć, że na żarty to może być miejsce wszędzie, ale nie wtedy, gdy w grę wchodzi medycyna. Tomasz nacisnął kciukiem i palcem wskazującym swoje gałki oczne u nasady nosa. Po sekundzie bezruchu otworzył oczy i spojrzał na zegarek. -Proszę państwa, kończymy egzamin. Nie czekając na reakcję studentów od razu podszedł do pierwszego z brzegu biurka i delikatnie, ale bardzo stanowczo zaczął zabierać prace z rąk studentów. Po chwili pełna sterta testów powędrowała pod pachą Tomasza przez korytarz uczelni w kierunku gabinetu profesora. Do końca godziny przewidzianej na kolokwium pozostawało jeszcze parę minut, ale Tomasz naprawdę spieszył się, gdyż chciał jeszcze coś zjeść, a za niecałą godzinę zaczynał dyżur w przychodni. Zresztą powiedzmy sobie szczerze. Czasu było aż nadto i kto miał jako tako rzetelną wiedzę, na pewno zdążył ją przelać na papier. Miał w sumie w nosie to całe kombinowanie, z którego i tak nic pożytecznego nie wynika, to całe panikarskie porozumiewanie się w ostatnich minutach egzaminu, które doskonale pamiętał z czasów swoich własnych studiów. I co takiego można jeszcze napisać w ostatniej minucie? Sieniawski położył stertę prac na biurku profesora, dołączył listę obecności, napisał na karteczce skrót informacji na temat przebiegu testu, poczym podniósł wzrok i podszedł do okna gabinetu. Przez chwilę patrzył w dół przyglądając się perspektywie. Z góry widział kilka studentek przyciskających do piersi podręczniki do anatomii.
I proszę. Wpisała do systemu swoje uwagi na temat obrazu uzyskanego w badaniu. Ciekawe, co o tym Sacawa powie. Jej wydaje się, że zrobiła, co mogła, ale ten stary gbur oczywiście zawsze wie lepiej. Wyciągnęła wydruk wyniku z drukareczki i wręczyła badanemu, który siedział teraz przed nią na stołku, ciągle sztywny i obowiązkowy z oczami wpatrzonymi równo i prosto wprzód. Oddała mu też karteczkę ze skierowaniem od lekarza prowadzącego, doktora Sacawy. -No, obdarzyła pacjenta pełnym, ciepłym uśmiechem, do widzenia! Osobnik wstał, powtórzył słowo „do widzenia”, jakby namyślał się nad jego sensem, wiedząc zarazem, że jest on nieprzenikniony, jak mowa elfów albo trolli. Kiedy wychodził, Klara patrząc za nim przechyliła na bok głowę, uniosła brwi i zachichotała z rozczuleniem. To był ostatni pacjent. Zatelefonowała do recepcji upewnić się, że nie dopisano jej awaryjnie kogoś nadliczbowego. Podziękowała recepcjonistce i odwróciła się w kierunku biurka. Zamknęła swój login na dysku, przełączyła system w stan czuwania, zabrała długopis i pomadkę, zmieniła fartuch na płaszcz i wyszła z pokoju. Zadzwonił sygnał SMS. Tomek napisał, że zdąży. Zjedzą więc razem lunch w Barakudzie. Lunch. Tomek. Ona z przychodni, on do przychodni. Czwartek. Właściwie to wszystko nie było takie jasne. Na studia medyczne poszła tak naprawdę przez pewien kaprys, rodzina bardziej widziała ją na prawie albo dziennikarstwie. No, ale był dziadek Ignacy, bródka z obrazu, a ona była ambitną dziewczyną, chciała powiedzieć sobie „zbuntowaną”, ale zabrzmiałoby to jak sztampa, a poza tym, pomyślała, co to za bunt, że zostaje się doktorem nauk medycznych. Wtedy w każdym razie było to z jej strony jakieś wyzwanie, rzucone dorosłym, wszystkim ciociom i babciom, sama nie wiedziała komu. Od takiej malutkiej była bystrą dziewczynką, rezolutną i pełną wdzięku, ulubienica wszystkich, najładniejsza w klasie i tak dalej, najpierw w podstawówce, potem w liceum. Od czegoś takiego można zgłupieć i zkujonieć, brrr. Na szczęście zawsze miała w sobie jakąś psotność, umiała być sobą. Z wiekiem chyba przerodziło się to w jakąś poważniejszą ambicję, może nawet dumę. No bo ile można robić za blondynkę, kiedy chce cię podrywać co drugi półgłówek, którego spotykasz? A więc medycyna. Kitel i poważne spojrzenie ze starej fotografii zamiast szeroko rozwartych błękitnych oczu i szybko mrugających, podkreślonych tuszem rzęs. Tuszu zresztą nadal niekiedy używała, raczej rzadko, od czasu do czasu. Ciut ciut. Wykłady, podręczniki, wkuwanie na pamięć. Szybko przekonała się, że mit studenckiego życia to bujda. Przynajmniej na Akademii Medycznej. Może za komuny było inaczej, cały ten etos, kiedy nawet upijanie się wódką na domowych imprezach albo w akademikach było rzecz jasna dowodem działalności w głębokiej opozycji, tym lepiej, że i tak nic lepszego nie było do roboty. Ale widać teraz było inaczej. Na imprezy chodzi się już w liceum, pije, pali trawkę i wszystko inne też, a trójki klasowe nie łażą i nie polują na młodzież pod kinem Moskwa o 23-ej. Za to na studiach na odwrót – jest beznadziejnie. Klara szybko przekonała się, że na wydziale nie ma właściwie koleżanek, bo większość dziewczyn tylko się uczy i kombinuje jak zdać i u kogo. Chłopcy zresztą tak samo. Wszyscy nastawieni na karierę i kucie, albo po prostu szczeniaki, którzy rzucają niedopałki z okna, w przerwie pomiędzy ćwiczeniami. W tamtym okresie czuła się dziwnie. Bywały dni, na wiosnę, w drugim semestrze pierwszego roku, kiedy już studia przestały być czymś zupełnie nowym, a z drugiej strony nie stały się jeszcze dla niej czymś oczywistym, dni, kiedy przystawała na dziedzińcu uczelni, czując lekki zawrót głowy. Patrzyła na drzewa i wydawało się jej, że to wszystko bzdura, nieprawda, że z własnej woli weszła w coś szarego i płaskiego, coś, co kradnie z jej serca radość, a w zamian wypełnia jej głowę sztywną wiedzą i ocenami w indeksie. Nie myślała za bardzo o zmianie studiów, ale czuła się momentami strasznie samotnie. Tak samotnie, że chciała tupać, a kiedy indziej znów usiąść i popłakać. -Na początku każdy przez to przechodzi – powiedział jej później Tomasz.
Bo wtedy pojawił się Tomasz.
Właściwie pojawiał się już wcześniej, widywali się w budynku Akademii, raz chyba rozmawiali w bufecie, a nawet jeszcze wcześniej, bo przecież jego tata był luźnym znajomym rodziców. Klara pamiętała jak kiedyś, „chodziła” wtedy może do szóstej klasy, była na jakimś przyjęciu, bodajże imieninowym, w domu Sieniawskich. Tak naprawdę było to jedno z tych dziwnych wydarzeń należących jeszcze do dzieciństwa, których w ogóle się nie zapamiętuje i które zapewne na zawsze przepadłyby w otchłani ciemnej strony pamięci, gdyby jakieś późniejsze zdarzenie nie wydobyło go na powierzchnię, wprost ku światłu wspomnienia. Klara często kiedyś myślała, melancholijnym, niemal katatonicznym gestem okręcając wokół serdecznego palca jakieś źdźbło trawy, o tych wszystkich sytuacjach i rzeczach w nas samych, którym nie dane było napotkać swojego punktu odniesienia w przyszłości, jakiegoś przeznaczonego im hasła, które wywołałoby je z przepaści utraconych lat bez pamięci. Czuła wtedy, że te rzeczy, te chwile, gesty i odczucia, jakieś słowa, czyjeś uśmiechy, momenty zdziwienia i złości, składają się na inną część ja, na inną Klarę, może nawet więcej niż jedną, którą czuła nieomal obok siebie, jak zaginioną siostrę, inną, całkiem inną od niej, a jednak bliższą jej niż gdyby była bliźniaczką. Kiedy Klara miała siedem, osiem lat wyobrażała sobie nawet, że tamta inna dziewczynka mogła, nie przestając być wcale jej siostrą, mieć innych rodziców i mieszkać na samym końcu świata i też myśleć o Klarze. Gdy była jeszcze mniejsza, wyobrażała sobie często małą Eskimoskę w ciepłych rękawicach na futerku, ze śmiejącymi się oczami na jakiejś wyspie wśród lodów. Kiedy miała piętnaście lat wiedziała już, że nie ma żadnej drugiej jej, że jest samiuteńka na całej kuli ziemskiej, tylko jedna Klara, której nikt nie rozpozna gdy znajdzie się na końcu świata. Często za to nachodziły ją wtedy myśli o tym wszystkim, co gdzieś po drodze pogubiła, (chociaż to nie była jej wina, bo nie mogła wszystkiego zabrać ze sobą, ani w kieszeniach, ani nawet zawiniętego w brzeg sukienki, a przecież trzeba było tak szybko iść do przodu). I wtedy czasem obracała się, kiedy nikt nie patrzył, za siebie i robiło jej się żal tych Klar, które spoglądały na nią gdzieś z coraz głębszego cienia, z którego ona nie mogła ich przecież wydostać i wtedy gorzko płakała. Teraz, gdy była kobietą, rozumiała oczywiście, że te wszystkie pogubione okruchy to były części jej samej, którą w każdej chwili może być, jeśli tylko bardzo się postara i mocno wniknie we własne ciemności - jej samej, tylko mądrzejszej i silniejszej, nieskończenie pewniejszej siebie i pięknej, i gdy tak myślała czuła się nagle taka pełna, że mogła tańczyć i biec, że aż bała się, czy znajdzie się ktoś, kto zdoła pochwycić ją w ramiona. Tamte imieniny u Sieniawskich to było jedno z takich zdarzeń, o których mogła równie dobrze nigdy sobie nie przypomnieć, a kiedy sobie przypomniała, pamiętała bardzo niewiele, tylko wygląd sieni, fragment salonu z mnóstwem gości i ogólne odczucie. Rodzice zostali w salonie, a ona, jeszcze z jakimiś innymi dziećmi poszła do pokoju Tomka, który musiał mieć wtedy czternaście lat i zdawał do liceum. Zapamiętała tylko tyle, że choć towarzystwo młodszej dzieciarni nie mogło być dla niego ciekawe, syn gospodarzy był bardzo grzeczny, wręcz dżentelmeński i bardzo chętnie pokazywał jej klasery z pocztówkami. A później w jakimś przebłysku Klara przypomniała sobie też moment, kiedy chciała mu za tę grzeczność i za te pocztówki podrapać paznokciami twarz, zupełnie jak kotka, zachichotała, żeby nie był już taki grzeczny i bezosobowo gościnny. Miała ochotę porzucać się poduszkami, ale Tomasz miał w pokoju porządek i coś ją powstrzymywało. Wolałabym już chyba, żebyś mnie wtedy ciągnął za włosy – powiedziała kiedyś Tomaszowi albo tylko tak pomyślała – bo byłoby wesoło, gdyby później zbiegli się dorośli, on musiał ją przepraszać, a ona mogła mu wybaczyć. Oczywiście wtedy wszystko byłoby zupełnie inaczej i także później, teraz, po latach pewnie wszystko ułożyłoby się inaczej. Później słyszała coś tam o tym Tomku od matki, chociaż na wspomnienie o nim chciała wyciągnąć język i dopiero bliżej odnotowała wiadomość, że on również studiuje na Akademii Medycznej. Na początku roku widzieli się tylko przelotnie, jakaś tam krótka wymiana słów, zupełnie zdawkowa, cześć, cześć, u kogo masz anatomię, pójdź na zerówkę do Gawrona, pyta tylko ze szkieletu, naprawdę łatwo zdać, a wtedy masz spokój podczas sesji. A z histologii wszyscy są w miarę ok., nie polecam tylko Strumiłły. Szajbnięty gość i w dodatku wyjątkowo czepia się dziewczyn (Tomasz dodał to jakby przepraszającym tonem). - Możesz za to spróbować pójść do Szydłowkiego, jest w porządku, tylko spróbuj złapać go rano, tuż po jego seminarium… Dzięki. Cześć, na razie, powodzenia. I to było tyle. Wszystkiego widzieli się w pierwszym semestrze może z pięć razy. A potem spotkali się po raz szósty i to było akurat wtedy, na wiosnę, kiedy pogoda zrobiła się piękna niemalże z dnia na dzień, a Klara czuła się zupełnie zagubiona. Natknęli się na siebie w bufecie, potem wyszli na zewnątrz z kubeczkami herbaty w dłoniach. Tomasz…
Tomasz wkroczył do Barakudy jak zawsze pewnym krokiem, cześć kochanie, pocałował ją w policzek i zajął miejsce obok niej. Szybko przerzucił kartę i ledwie podniósł wzrok od razu przywołał kelnerkę. Miał coś takiego, że zawsze, kiedy podnosił wzrok znad karty, udawało mu się od razu złapać wzrok kelnera. I w innych sprawach też. I to wcale nie dlatego przecież, żeby był jakiś szczególnie władczy, albo pewien siebie. Po prostu należał do tych ludzi, którym nie przytrafiają się te dziwne, niezaplanowane i na swój sposób wytrącające z równowagi sytuacje, jak na przykład niemożność zwrócenia na siebie uwagi kelnera, zupełnie jakby się nie istniało albo było niewidzialnym, takie niezrozumiałe rzeczy, że człowiekowi robiłoby się głupio, gdyby nie traktował tego z przymrużeniem oka. Zamówili posiłek. -Jak ci minął dzień kochanie? -W porządku, co w przychodni? – Nic specjalnego. Mówi się znowu o jakiś cięciach, ale to podobno ma dotknąć interny i pierwszego kontaktu. – A. Pewnie i tak z tego nic nie będzie. – W zarządzie pojawił się podobno też pomysł kominów na konsultacjach niezależnych, ale to na szczęście chyba od razu upadło. – Ta, chciałbym to zobaczyć. Może mamy brać po dwadzieścia złotych? Jest konkurencja, stawki są zróżnicowane i w ten sposób każdy może wybierać. – No właśnie, przecież chyba nie o to chodzi, żeby robić masówkę. – Jak kogoś nie stać to i tak nie przyjdzie do prywatnej przychodni, a taka polityka bardzo szybko by się zemściła. Nie mówię, powiedzmy o nas, którzy jesteśmy młodzi i póki co możemy trochę poterminować, ale połowa starszych specjalistów by odpłynęła od razu, a wiesz co to oznacza dla kliniki… - Tomasz przez dłuższą chwilę przeżuwał krewetkę po tajsku. Przełknąwszy dokładnie, ponownie zwrócił się do żony, która popijała właśnie zieloną herbatę. – To pewnie Jaśkiewicz z tym wyskoczył? – Nie wiem, pewnie tak - ocknęła się Klara – wiesz co, kochanie… - Rozumiem, że klinika to biznes jak każdy inny, w każdym razie w pewnym sensie, tylko że nawet ekonomicznie rzecz biorąc to poroniona idea... Zresztą i tak to tylko bicie piany… A co u ciebie? – Dobrze. Miałam dziś bardzo dziwnego pacjenta. – Mm? – Klara opowiedziała przebieg badania milczącego osobnika. – Jakiś taki dziadek leśny? Bywają tacy. Po twoim wstępie spodziewałem się już, że gość miał dwa serca… - Klara spojrzała na Tomka ze zdziwieniem. - Biedaczysko – dodał szybko Tomasz, żeby nie wydać się bezdusznym – kto go skierował? Sacawa? A to ładnie, to znaczy, że ten gapa trafi do mnie. No, tak – stary od dziś jest na bezpłatnym. Nie wiem, mam wrażenie, że dorwał jakąś lepszą fuchę, chociaż oficjalnie kończy monografię, wiesz, jak to jest. Przejmuję jego pacjentów, wczoraj się dowiedziałem – myślałem, że ci mówiłem. Skończyli jeść, dopili herbatę. Tomasz poprosił o rachunek. Na deser nie było czasu.
Tomasz. To właśnie on w tym przygnębiającym okresie przekonał ją, że można coś robić w życiu naprawdę. Inaczej niż dotąd, trochę dla przybrania pozoru, trochę dla własnej próżności. Z zaangażowaniem i bez uprzedzeń podchodzić do tego, co jest przecież wybranym przez siebie obowiązkiem. Bo jakiś obowiązek w końcu trzeba sobie wybrać. Nie rozglądać się w koło za nierealnymi zachciankami, ale wierzyć, że jakąś ich cząstkę uda się na pewno w życiu zrealizować, jeśli ma się cierpliwość i konsekwencję. Nie to, żeby Tomasz pouczał ją w ten sposób. Przeciwnie, był bardzo powściągliwy i dyskretny i to właśnie w pierwszej kolejności zrobiło na niej duże wrażenie. Może i był nawet odrobinę za grzeczny, jak na typ chłopca, który najbardziej się jej podobał, ale musiała w każdym razie przyznać, że był bardzo dobrze wychowany, a jeżeli się zastanowić, to jest to tak naprawdę wyjątkowa rzadkość. I do tego szczery. Nie udawał kogoś niewiadomo jakiego, geniusza albo jakiegoś rzekomego filozofa. Potrafił mieć swoje poglądy, ale ujawniał je w bezpretensjonalnej formie, nawet zastrzegając, że to tylko jego zdanie i wcale nie musi ono być najsłuszniejsze. Zresztą, swoje przekonania raczej pokazywał poprzez to, jak postępował i w co wierzył, niż poprzez jakieś pretensjonalne polemiki. Był naprawdę bardzo skromny. Ze śmiechem rozwiał jej złudzenia mówiąc, że poza nazwiskiem jego rodzina ma niewiele wspólnego z rodem magnackim z czasów pierwszej Rzeczpospolitej, choć także miała jakiś herb, a z tamtymi Sieniawskimi była jedynie bardzo daleko spokrewniona.
Tomasz spowodował, że uwierzyła w medycynę.
Och, nie chodziło nawet o to, że nagle jakoś bardziej zapragnęła pomagać chorym (to też), ani że nagle bardziej niż dotąd zaczęło zależeć jej na postępie nauki w służbie medycyny. To nawet nie to, że Tomasz dał jej kiedyś, gdy poszli na spacer po wyjściu z kina po wieczornym seansie, dużo do myślenia, mówiąc o tym jak postrzega cele i wartości powołania, jakim jest medycyna. W końcu ogólnie Klara wiedziała o tym już wcześniej, rozumiała to przecież bez niczyjej pomocy, zresztą tyle wkładano im tego w głowy na początku roku, na wszystkich inaugurujących wykładach i zajęciach. Co więcej, Tomasz, jak zawsze, nie udawał, że mówi coś absolutnie wyjątkowego, wyraźnie podkreślał, że są to prawdy stare jak świat, odwieczne dążenia ludzkości i tylko od nas samych zależy czy weźmiemy je do siebie, czy przyjmiemy również za własne credo. To wszystko było bardzo interesujące, oczywiście zgadzała się z tym, ale najważniejsze było to, że gdy tak stali o zmroku pod wierzbą i Klara patrzyła na okrągłą twarz Tomasza o bystrych oczach, na jego kulturalną głowę o krótkich, troszeczkę już rzednących włosach, nagle po prostu poczuła, że chce, żeby mówił dalej i żeby miał rację i żeby ona mogła go dalej słuchać i dalej przyznawać mu rację.
Klara szerzej otworzyła oczy. Tak jak Tomasz zapragnęła zostać lekarzem.
Gdy doktor Tomasz Sieniawski dotarł do swego gabinetu, na krzesełku koło drzwi czekał już pacjent. – Pan do mnie? – zapytał. – Proszę chwileczkę poczekać. Z okna gabinetu roztaczał się szeroki i daleki widok na gęstą zabudowę południowego Śródmieścia. Tomasz przygotował się do rozpoczęcia dyżuru. Ponieważ przyszedł kilka minut przed czasem, wykorzystał pozostałą chwilę, na krótki relaks połączony z kontemplacją panoramy. Przez chwilę wodził wzrokiem po dachach budynków, po chwili jednak odwrócił się i machinalnie zaczął przeglądać kartę pierwszego pacjenta.
Jako lekarz, Tomasz wiedział lepiej, niż kto inny, że człowiek, pozostawiony sam sobie, jest istotą słabą i bezradną. Jako specjalista od chorób serca wiedział, że jego kres przychodzi często niespodziewanie i nagle - jak bywa to właśnie za sprawą tego delikatnego organu - nie dając sztuce lekarskiej nawet cienia szansy, aby skuteczną interwencją podtrzymać bieg skomplikowanej, ale niestety zawodnej maszyny ludzkiego ciała. Tomasz nie uważał się za cynika. Nie mógł jednak nie dostrzegać, że medycyna, wciąż, pomimo ciągłego postępu, poszerza jedynie odrobinę swoje możliwości, lecz wobec ogromu możliwych schorzeń pozostaje bezradna. Prawda była taka (dotarło do Tomasza po kilku pierwszych, pracowitych latach samodzielnej praktyki), że dopóki naukowcy w laboratoriach – farmakolodzy, specjaliści od metabolizmu komórek i genetyki wirusów, Bóg jeden wie, kto jeszcze, nie wymyślą jakiejś nowej metody, skutecznej na to czy tamto, lekarze mogą tylko stawiać diagnozy. Obserwować, opisywać, wyjaśniać, czuwać nad przebiegiem schorzenia, zbierać informacje, nazywać, oceniać. Lekarz, jeżeli nie dostanie do ręki odpowiednich narzędzi, po prostu nie może pacjentowi pomóc. Sam przecież lekarstwa nie wymyśli. Pozostaje mu wtedy, jakże często przecież, jedynie nie szkodzić, a ponadto wspierać pacjenta, jako że współcześnie lekarz zmuszony jest przejąć wiele z funkcji niegdyś zarezerwowanych dla księży albo psychologów (Tomasz dyskretnie nie przesądzał kwestii medycznego charakteru rzemiosła tych ostatnich). Tak. Na ogół lekarze poprzestawali na tej pierwszej sprawie. Nie szkodzić. Tomasz jednak czuł potrzebę, by wypowiedzieć się także o tej drugiej, ważnej jego zdaniem, misji. Napisał nawet na ten temat niewielki artykuł do pewnego popularyzatorskiego pisma. Tekst ten opublikował później, oczywiście za zgodą autora i po jego drobnych zmianach, jeden z największych w kraju dzienników, który w swoim weekendowym dodatku poruszał nie bez pewnej namiętności rozmaite tematy z pogranicza etyki, rozrachunków historii i biograficznej gawędy. Śródtytuły oraz tytuł „O godność umierania" zgodnie z przyjętym zwyczajem pochodziły od redakcji. Po drugiej stronie medalu, na którego awersie wyryta była gorzka prawda o granicach potęgi medycyny, dawała się dostrzec inna z kolei okoliczność, również, jeśli się zastanowić, kontrowersyjna i niepozbawiona etycznych konotacji, będąca zresztą logiczną implikacją tej pierwszej. Chodziło mianowicie o spostrzeżenie, że schorzenia i dysfunkcje ludzkiego organizmu, technicznie rzecz biorąc (tj. przy założeniu, że ma się do dyspozycji pełen arsenał środków i narzędzi współczesnej medycyny), były w pełni uleczalne - jeżeli tylko w konkretnej sytuacji konkretny lekarz rzeczywiście miał dostęp do konkretnych metod i konkretnych technologii. Jeżeli lekarze nie mogli chorego wyleczyć – nie leczyli, jeżeli natomiast mogli wyleczyć - leczyli. Było to bardzo proste. Nieomalże tak, jak obsługa śrubokręta. Oczywiście odnosiło się to do naprawdę dobrych lekarzy, obeznanych z najnowszymi odkryciami, a w dodatku dobrych diagnostów - kiedy lekarz wie co, wie też jak. Kiedy wie jak, może leczyć. No właśnie. Czy zawsze? Może, ale i nie może. Może, bo wie jak, ale często nie może, bo nie ma jak. „Wiedzieć i mieć". Tomasz zanotował sobie to szczególnie trafne sformułowanie, oddające jak się zdawało naczelny dylemat dzisiejszej praktyki lekarskiej. Jeżeli jest wiedza, znajomość rzeczy, rodzi się pytanie o determinację osoby chorej. Czy chce być wyleczona, czy nie? Determinację jej, a także jej krewnych. Tomasz nie miał wcale na myśli jakichś prywatnych gratyfikacji, motywowania lekarzy, albo mówiąc bardziej dosadnie – łapówek. Pod tym ostatnim pojęciem rozumiał słusznie sytuację, w której dodatkowe środki o charakterze majątkowym asygnowane są przez pacjentów lub ich bliskich w celu oddziaływania na element woli medyka, tam, gdzie ta wola powinna istnieć sama przez się z tytułu powołania oraz zawodowych obligacji. Nie. Nie chodziło o sytuację, w jakiej pacjent znajduje się wobec cynicznych, zepsutych lekarzy, których widok chorób i cierpienia, a może wrodzona bezwzględność uczyniły kompletnie obojętnymi na to, co stanie się z chorym, a wraz z nim i z całą ludzkością (Tomasz był zadowolony z tego ogólnego wtrętu, dowodzącego, że nie na darmo czytał ostatnio artykuł na temat Dostojewskiego), którym to lekarzom trzeba płacić, żeby zechcieli zrobić z pacjentem raczej coś, niż nic. (Tomasz niestety znał takich lekarzy). Nie chodziło jednak o to „czy”, ale o to „kogo”: jego, ją, czy może mnie? Nie o prze-kupywanie czyjejś złej woli, ale o kupowanie. Kupowanie usługi medycznej, której wolny rynek ludzkich potrzeb i rozpaczy nie czynił tak po prostu rzeczą przeliczalną na pieniądze, niewątpliwie jednak robił z niej przedmiot konkurujących zabiegów i starań, jak zawsze wtedy, gdy popyt większy jest od podaży. Niestety. Nic się na to nie poradzi. Ten smutny stan rzeczy, stary jak świat i przypuszczalnie nieunikniony, miał pewne konsekwencje, jeżeli chodzi o postawę Tomasza… Tomasz Sieniawski znał wiele rzeczy stojących wyżej w jego hierarchii wartości od brzęczącego pieniądza. Jakie to były rzeczy? Na pewno miłość. Nie należał może do osób zbyt wylewnych, lecz wiedział dobrze, co należy się pod względem uczuć jego najbliższym. Rodzice, Klara, w przyszłości ich własna rodzina… Były to oczywiście pojedyncze emocje i gesty, czasem jakaś rozmowa, okazywanie zainteresowania, dawanie bliskim odczuć, że się o nich pamięta. Miłość, tak jak ją rozumiał Tomasz, była to ponadto także codzienna odpowiedzialność – odpowiedzialność za siebie i za drugą osobę. Na następnym miejscu była przyjaźń. Wprawdzie Tomasz nie miał już może, po latach, jakichś szczególnie bliskich przyjaciół - oprócz Klary oczywiście, z którą, oprócz miłości, łączyła go niewątpliwie także serdeczna przyjaźń. To, że tak to się akurat u niego z młodzieńczymi przyjaźniami potoczyło, było jednak tylko kwestią przypadku. Po prostu czasy się zmieniają, ludzie też, życie idzie do przodu. Nie naruszało to fundamentu jego pozytywnego stosunku do przyjaźni, wysokiej estymy, jaką darzył to uczucie. Oba te uczucia, przyjaźń oraz miłość, miały zresztą, jak zauważył Tomasz, wyraźny, wspólny mianownik, a mianowicie lojalność i wzajemne wsparcie, ponadto wyzbycie się egoizmu oraz pielęgnowanie tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Może był to truizm, ale doświadczenie uczyło, że na tych zasadach opiera się każda, autentyczna ludzka więź. Podstawą takiego nastawienia, prawdziwym wspornikiem kolumny, na której spoczywała bliskość z innymi, była konsekwencja. To ona dawała gwarancję, że człowiek, stale pnąc się w górę i doskonaląc, będzie w stanie przyjść swoim bliskim z pomocą w potrzebie. Zagadnienie stopniowania wartości łączyło się w tym punkcie z problematyką materialnych, czy wręcz – niestety – ekonomicznych aspektów leczenia, przechodząc niejako od celów do środków, które to, nie stanowiąc wartości samoistnych, a więc źródła wartości jako takich (Tomaszowi wydało się – oddajmy mu sprawiedliwość – że jego wywody stały się w tym miejscu nieco zagmatwane), były tych wartości gwarantem i warunkiem, nie jedynym wprawdzie, ale koniecznym. Innymi słowy, pieniądze nie były dla Tomasza ważne dla samych pieniędzy. Gdyby o to tylko chodziło, mógłby się w zupełności obywać bez nich. Jako lekarz jednakże zmuszony był ciągle pamiętać o tym, jak kruche jest zdrowie, a zarazem nie mógł mieć złudzeń co do kosztów odpowiedniej opieki medycznej w razie nagłego nieszczęścia. Toteż rzeczą niezwykle istotną było uczciwie, dobrze zarabiać po to, by jego i jego bliskich było w potrzebie stać na najlepszą opiekę, jaką może im zapewnić aktualny stan wiedzy i techniki medycznej. Najogólniej rzecz ujmując Tomasz uważał, że należało w życiu tak postępować, aby móc sobie w razie czego powiedzieć, że zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy. Zasada ta miała podwójną doniosłość, gdy dotyczyła troski o osoby, do których żywimy intymne uczucia.
Nie powinno w rezultacie dziwić, że Tomasz był człowiekiem aktywnym, niepozbawionym ambicji i woli doskonalenia się w swoim zawodzie, lecz przede wszystkim, że był on medykiem solidnym, dokładnym i cierpliwym. Profesjonalistą odpowiednio szacującym zarówno swoje braki, jak i sukcesy. W zawodzie, w którym wielu ludzi, na tyle zdolnych, aby posiąść (często głównie w sensie formalnym) odpowiednie wykształcenie, od razu bezpardonowo przystępowało do zgarniania wszelkimi możliwymi metodami dostępnych profitów, należnych im rzekomo już z samej racji wyrzeczeń poniesionych dla zdobycia tej lub innej, niełatwej specjalności – w zawodzie tym Tomasz, mimo że z pewnością nie należał do najmniej zdolnych, nie oczekiwał, że od razu rozpocznie życie pełne wyszukanych wygód i dostatków. Potrafił niemniej należycie ocenić swój wysiłek, zdobyte już doświadczenie oraz umiejętności. Za wizytę - oczywiście dotyczyło to osób z zewnątrz, nieposiadających w klinice abonamentu - brał złotych dziewięćdziesiąt pięć. Kwotą tą jak wszyscy lekarze dzielił się po połowie z firmą, jego własne dochody nie były zatem nadzwyczaj wygórowane. Sacawa dla przykładu liczył sobie sto dwadzieścia, choć to była oczywiście figura, profesor o trzydziestoletnim doświadczeniu, jeden z wybitniejszych specjalistów w kraju. Klient miał pełen wybór. Oczywiście w przypadkach szczególnie skomplikowanych doktor Sieniawski sugerował również konsultację u doktora Sacawy, niekoniecznie może z braku odwagi do podjęcia samodzielnych kroków w zakresie doboru odpowiedniej kuracji, co ze względu na szacunek dla starszego lekarza i długoletniego mentora. Szczerze powiedziawszy, pójście starego na bezpłatny urlop, dosyć w istocie nagłe, zaskoczyło Tomasza, lecz i dostarczyło mu, rzecz jasna pośrednio, niemałej satysfakcji. Tomasz studiował, uczęszczał na wykłady specjalizacyjne i bronił swojego dyplomu u profesora Sacawy, następnie jako asystent w Akademii nadal pomagał staremu w prowadzeniu zajęć dydaktycznych z kolegami z młodszych roczników. Jego dobre wyniki oraz wyjątkowo rzetelne podejście do pracy zjednały mu przychylność starszego pedagoga, co zaowocowało propozycją współpracy zawodowej także poza murami uczelni i w niemały sposób ułatwiło mu tak trudny zawsze start zawodowy. Nawet jeżeli, zgodnie z jego przypuszczeniami, stary chciał w okresie absencji zająć się jedynie jakąś krótkoterminową chałturą, tak iż po upływie trzech miesięcy mógł równie dobrze powrócić jak gdyby nigdy nic na dotychczas zajmowane stanowisko, i tak stanowiło to dla Tomasza dowód uznania, a także spore wyzwanie - sprawy stały bowiem aktualnie w ten sposób, że był obecnie głównym specjalistą kardiologiem w renomowanej prywatnej klinice, jednej z najbardziej prestiżowych w kraju. Tomasz otworzył drzwi i uprzejmie zaprosił oczekującego pacjenta.
-Proszę bardzo, proszę usiąść. Coś w wyglądzie chorego było na tyle osobliwe, że Tomaszowi od razu przypomniała się opowieść Klary o dziwnym przypadku, na jaki natknęła się tego samego dnia przed południem. Jego przypuszczenia nasiliły się po chwili, gdy osobnik zapytany „Słucham pana?” nie odpowiedział ani słowem. Milczał jednak nie jak człowiek małomówny, unikający słów tam, gdzie da się bez nich obejść, ale raczej jak ktoś, kogo sztuka mówienia całkowicie przerastała, nie tyle może w swojej złożoności, co właśnie w swojej prostocie. Tomasz nie ujął tego oczywiście w ten sposób, ale od razu odniósł wrażenie, jakby trudność polegała tu przede wszystkim na otwarciu ust, jakby w tej dziwnej duszy nie zrodziła się dotąd, w całym jej życiu, dostatecznie niezachwiana wola, aby wydać z siebie dźwięk – nie artykułowany, bo co to właściwie oznacza – ale taki, któremu można by przypisać zamiar równie niepohamowany, jak u kogoś, kto pragnie jednym jedynym skokiem wskoczyć na sam księżyc: wywołanie u słuchających uszu prostego efektu zrozumienia. Z takiego, można powiedzieć, idiomatycznego punktu widzenia, otwieranie ust na tym pogmatwanym świecie rzeczywiście mogło wydawać się bezsensowne. Jednak właśnie w tym punkcie Tomasz nie mógł się z takim podejściem zgodzić. Właśnie tu uzmysławiał sobie szczególnie wyraźnie, jak bardzo jego własne zasady i wyznawane wartości chroniły go od pułapki takiego obłędnego paradygmatu. Kontakt z drugim człowiekiem, choć rzecz jasna miał swój „wymiar duchowy”, nie wymagał przecież w końcu uprzedniego zrozumienia, czym jest niebo i Ziemia. (Zostawmy to mądrzejszym od nas!) O wiele istotniejszym kluczem było naturalne zaufanie do drugiej osoby. Czyste, szczere spojrzenie jasnych otwartych źrenic. Nie trzeba było naprawdę dążyć do nieskończonej precyzji myśli, potykać się o paradoks znaczenia, wikłać w błędne koła logiki. Liczył się bezpośredni kontakt, w którym nić porozumienia nawiązywała się niemal bez słów, brała się z życzliwości i szacunku dla ludzi. Życzliwości, której źródłem była na pewno świadomość, że w mniejszym lub większym stopniu los wszystkich ludzi jest w końcu podobny i dlatego warto innym okazywać troskę oraz odnosić się do nich ze zrozumieniem. Prochu przecież nie wymyślimy… Życzliwość ta płynęła jednak także z czegoś jeszcze, z pewnego ogólnego uczucia jedności i pokrewieństwa z ludźmi. W ocenie Tomasza było to coś, co prawdopodobnie każdy wynosi jeszcze z objęć matki. Tomaszowi nie bez współczucia zdarzało się myśleć niekiedy o osobach emocjonalnie okaleczonych: samotnych, pozbawionych – bardzo często od najmłodszych lat – ciepła osób bliskich, wychowanych w skłóconych, rozbitych rodzinach – czy to z nadmiaru bogactwa, czy to, jak być może miało to miejsce w tym wypadku, z dehumanizującej biedy. On sam nie mógłby zaakceptować takiego życia, w alienacji od bliskości i od codziennych, życiowych spraw. Nawiasem mówiąc Tomasz wszystkiego tego w owej chwili nie pomyślał, lecz ułożył sobie w powyższy sposób później, albowiem pacjent podsunął mu po prostu wynik echa serca, co zdawało się stanowić kolejne potwierdzenie, że jest to ten sam człowiek, który był kilka godzin wcześniej u jego żony na badaniu. Tomasz rzucił jeszcze raz okiem na kartę pacjenta, uświadomiwszy sobie, że z poprzedniej jej lektury niczego tak naprawdę, jeżeli chodzi o dane osoby badanej nie zapamiętał. Mariusz Wiśniewski. Syn Jana, lat 38. Pakiet firmowy? SS. Diamond... Nazwa firmy wydała mu się znajoma. Coś z obszaru „new business” o ile dobrze pamiętał. Dr Sieniawski z lekkim niedowierzaniem uniósł wzrok ku twarzy osobnika Wiśniewskiego. Oblicze pociągłe, wyraz twarzy głupi, bez urazy, ale Tomasz musiał to odnotować, oczy małe, puste, usta wąskie, ściągnięte jak zasznurowane, zeszyte, jak u szmacianej lalki. Brwi rzadkie, włosy na głowie jak doprawione w pośpiechu… Pewnie pracownik techniczny, skwitował… Tomasz wziął wydruk z ręki osobnika. „Hm, zobaczmy – lekarz umiejętnie zaintonował głębokie zaciekawienie, połączone z estymą dla pracy kolegi, który sporządzał diagnozę, co czynił zawsze, gdy autorem badania była dr Sieniawska, w niektórych przypadkach podkreślając nawet mimochodem tę ostatnią okoliczność, czego tym razem w ostatniej chwili poniechał. Przez dłuższą chwilę czytał wnikliwie, kiwając z czasem coraz wyraźniej głową, aby podkreślić zarówno fakt, iż opisane wnioski nie należały wcale do łatwych i prostych, tak że nawet od specjalisty wymagały chwili skupienia, jak również to, że po dogłębnym ich przestudiowaniu oraz dokładnym porównaniu z obrazkiem w pełni się z nimi zgadzał. „Dobrze, proszę przejść może tam. Zbadam pana”. Pacjent w sposób sztywny i powolny przeszedł w kierunku leżanki.
Tomasz badał. Pacjent patrzył, z rzadka mrugając. Serce biło. Biło dziwnie. Nietypowo. Miarowo owszem, biło miarowo. Częstotliwość w zasadnie w normie. Nietypowe było samo bicie, a właściwie same poszczególne uderzenia. Coś było w nich nie tak. Niemniej same skurcze były w porządku, dźwięk prawidłowy, przynajmniej tak się zdawało - zresztą, co tu się miało zdawać albo nie zdawać. Po dłuższej chwili, w trakcie której Tomasz rzucił szybkie spojrzenie w utkwione nieruchomo, jak dwa paciorki, oczy osobnika, doszedł do wniosku, że to dziwne wrażenie to było jednak coś z sekwencją. Z następstwem uderzeń, z tym jak nadchodziły jedno po drugim, drugie po trzecim… gdzieś gubił się sens w tej rachubie… Czy jeden skurcz serca wynika z drugiego skurczu? Czy może wszystkie wynikają z czegoś innego? Dlaczego to bije? A przecież są różne dziwne przypadki, gdy serce po prostu staje, nie wiadomo naprawdę dlaczego. Mówi się wtedy o ukrytej wadzie, tylko często jedyne, co można stwierdzić na temat tej wady, to właśnie ten tragiczny skutek… Więc może tak naprawdę powinniśmy się raczej dziwić, że bije, że coś w środku tli się pewnie i nieustannie… Tomasz spojrzał na swoją dłoń, której dwa palce delikatnie trzymały końcówkę stetoskopu niczym pokrętło od jakiegoś szczególnie skomplikowanego sejfu, albo pierścionek, jak na jakimś weneckim obrazie przedstawiającym mistyczne zaślubiny. Otrząsnął się. Co go w sumie naszło? Jako lekarz nie powinien w ogóle zaprzątać sobie tym…
Tomasz zakończył badanie. – Dobrze. Może się pan już ubrać. – W skupieniu usiadł za pulpitem i zaczął równym, świadczącym o wewnętrznej pewności rytmem wpisywać do systemu proponowane przez siebie środki zaradcze. Jego wzrok koncentrował się na ekranie, wyraz ust wskazywał na dobrze ugruntowany stosunek do słuszności przepisanej kuracji. Tak naprawdę specyficzny stan pacjenta sprowadzał się do typowych skutków określonego rodzaju reakcji nerwicowej, której istotę i ewentualne przyczyny o charakterze psycho-społecznym najprędzej zdefiniować potrafiłby raczej psycholog terapeuta, a nie lekarz od chorób serca. Dopiero jako konsekwencja wymienionych zaburzeń dawały się chwilami zauważyć delikatne anomalie w pracy mięśnia sercowego i w ogólnej dynamice organu. Budowa narządu była natomiast absolutnie prawidłowa. Tak naprawdę potrzebny był tu przede wszystkim spokój, w dalszej kolejności ewentualna pomoc ze strony psychologa, jeżeli zakłócenia na tle nerwowym miałyby się utrzymywać. Jako lekarz fizjolog mógł ponadto zalecić tylko zdrowy tryb życia, unikanie stresu i właściwe odżywianie. Do tego oczywiście abstynencja od papierosów i alkoholu. Tomasz skończył pisanie, poczekał sekundę na wydruk, ujął go w obie dłonie i spojrzał ponad biurkiem w oczy pacjenta. Jak zawsze w takim momencie starał się być otwarty, rzeczowy, jasny i zrozumiały. Zależało mu zwłaszcza na wyraźnym zaznaczeniu tej ostatniej intencji, tak aby widać było, że ma przede wszystkim na uwadze dobro pacjenta. Przy okazji pozwalało to również wzbudzić u chorego pełne zaufanie do sposobu leczenia sugerowanego przez lekarza, który wykazywał jak widać tyle troski o to, by jego zalecenia zostały prawidłowo zrozumiane. Dopiero na koniec, jeżeli pacjent faktycznie odbierał wyjaśnienia lekarza z pożądaną atencją i dawał w odpowiedzi do zrozumienia, że ma zamiar zastosować się do nich z odpowiednią powagą, Tomasz obdarzał go oszczędnie uprzejmym, precyzyjnie odmierzonym uśmiechem, mającym za zadanie pochwalić chorego, a jednocześnie uzmysłowić mu, że wizyta dobiegła końca. -Proszę pana - rozpoczął przenosząc wzrok z trzymanej w ręku kartki na twarz osobnika – ogólnie mówiąc nie ma obecnie powodów do szczególnie wielkiego niepokoju – Tomasz wykonał ćwierć-sekundową pauzę na wypadek gdyby pacjent zechciał dać upust ewentualnej uldze, a może nawet radości. Ponieważ słowa jego nie wywołały jednak żadnej wyraźniejszej reakcji, doktor Sieniawski zaakcentował, że sytuacja jest mimo to wciąż dość poważna i że w żadnym wypadku nie można jej lekceważyć. – W pana stanie tego typu objawy mogą szybko i w sposób zdecydowanie niekorzystny ewoluować. Niezbędne będzie w związku z tym wykonanie szczegółowych badań krwi: wymaz, elektrolity, krwinki – Tomasz wymieniał szczegóły w sposób pobieżny, zjeżdżając jednocześnie szybko grzbietem palca wskazującego wzdłuż kartki papieru. – W ten sposób nie ukrywał przed pacjentem, jakich konkretnie danych oczekuje po wykonanych badaniach, co ponownie miało na celu uwypuklenie jawności panującej w nowoczesnym centrum medycznym, zarazem jednak dawał do zrozumienia, że jest to wiedza specjalistyczna, którą, przynajmniej w chwili obecnej, nie warto pacjenta obarczać. – Poza tym oczywiście profilaktyka – w tym miejscu wyliczył szereg typowych zaleceń dotyczących przestrzegania przez chorego odpowiedniej diety oraz podkreślił wagę unikania używek – ta część konsultacji była dla niego, nie wiedzieć do końca dlaczego, najbardziej przykra, w każdym razie na pewno najbardziej nużąca, podobnie jak zresztą i dla pacjenta, o czym Tomasz doskonale wiedział. Bardzo ważnym było, aby chory nie opuścił gabinetu w poczuciu, że został jedynie skierowany na kolejny szereg badań, (co mogłoby oznaczać, że lekarz w istocie nie posiada jasnego obrazu opisanych mu dolegliwości) a na końcu poczęstowany garścią morałów, jakie mógł wyczytać w pierwszym lepszym poradniku. Było to istotne nie tylko ze względu na prestiż samego medyka, lecz zwłaszcza ze względu na psychiczne nastawienie badanego do kuracji. Nawet, jeśli ta ostatnia rzeczywiście sprowadzić się musiała na danym etapie zaledwie do ogólnikowych napomnień, ukazywała się tu właśnie owa tak uświadomiona przez Tomasza druga funkcja medycyny, polegająca na krzepieniu, dodawaniu sił do walki i otuchy. Należało poza tym wciąż pamiętać, że dotkniętym schorzeniami ludziom trudno jest zaakceptować wagę odwiecznego „primum non nocere”, którą to przestrogę, w przypadku braku pełnego zaufania do lekarza skłonni byli nieustannie lekceważyć, zwracając się na chybił trafił do rozmaitych szarlatanów. Perswazje, nierzadko także wobec osób z wyższym wykształceniem, nic tu nie dawały. Chciał nie chciał, trzeba było temu zapobiegać – zapisałem panu jeszcze kilka leków zapobiegających i wzmacniających – Tomasz przeszedł do bardziej konkretnych informacji. – Sanital, raz dziennie, tabletki 50 mgr, Gesundin, raz, dwa razy dziennie zależy jak pan się będzie czuł. Gdyby coś się działo niedobrego, miał pan przyspieszone bicie, duszności, proszę sobie kupić Stabilax, najlepiej w ampułkach. A na ogólną poprawę dobrze by było gdyby pan jeszcze zażywał regularnie jakiś tonik… - Tomasz przyjrzał się trzymanej w ręku kartce, krzywiąc się przelotnie, jakby na wszelki wypadek jeszcze raz krytycznie sprawdzał słuszność dokonanego wyboru - chyba najlepszy będzie Cuor Di Leone – oznajmił już z przekonaniem, jakby uspokojony, że zapisał pacjentowi jednak optymalny spośród dostępnych na rynku specyfików. - To sprawdzony szwajcarski preparat, nie powinno być trudności z jego dostaniem. Proszę, oto recepta. Osobnik zacisnął palce na podanych mu kartkach, uniósł się i w chwili, gdy Tomasz uprzejmym i wystudiowanym gestem chciał go zachęcić zarówno do cierpliwego stosowania zaleconej terapii, jak i do opuszczenia gabinetu, odwrócił się bez słowa i wyszedł. Strzęp zamierzonego uśmiechu widniał jeszcze przez chwilę na twarzy lekarza zastygły w formie gorzkawego grymasu. Tomasza ogarnęło nagle niespodziewane uczucie nienawiści do swoich pacjentów…
O godzinie 19.27, tuż po wyjściu z gabinetu przedostatniego pacjenta, w kieszeni doktora Sieniawskiego zadzwonił telefon. – Sieniawski, słucham. – Dzień dobry panie doktorze, Garbaty z tej strony, kłaniam się. Pan mnie pamięta? Fundusz Wspierania Rozwoju Profilaktyki i Metod Leczenia. – Przepraszam, nie jestem pewien… - Panie doktorze, no, od tego szkolenia w marcu, w Byczynie, pamięta pan, taki zameczek… - Ach tak, oczywiście. Czym mogę… - Panie doktorze, ja miałbym w związku z tym taką prośbę, skierowaną do wszystkich uczestników, to jest taka prośba o ocenę spotkania, w formie ankiety - czy uczestnicy byli zadowoleni, ocena prezentowanych materiałów, wie pan, warunków prowadzenia szkolenia, dosłownie kilka pytań. Wysłaliśmy taki formularz na adres elektroniczny. – Uhm, rozumiem. Postaram się wypełnić – Tomasz przerwał swojemu rozmówcy, spoglądając jednocześnie na zegarek, którego tarczę odsłonił sobie zręcznym ruchem wolnej ręki. Rzuci okiem. Może to gdzieś znajdzie wśród spamu… – Świetnie. Panie doktorze! – podjął głos w słuchawce nagle bardziej energicznie, akurat kiedy Tomasz spodziewał się końca rozmowy – ja miałbym dla pana pewną propozycję…
Po dzisiejszym dyżurze dr. Sieniawski był w złym humorze. Jadąc na miejsce spotkania starał się przypomnieć sobie tego Garbatego i w ogóle całe zeszłoroczne szkolenie, gdzieś tam, na Dolnym Śląsku… Ledwie majaczyła mu twarz organizatora, z którym zamienił bodaj tylko kilka słów przy kieliszku białego wina w lobby. Samo szkolenie jak szkolenie. Nie pierwsze, nie ostatnie. Prezentacja materiałów paru firm, zwłaszcza Cirioli z Lugano, oferta współpracy i asysty przy doborze specjalistycznej terapii farmakologicznej. Czyli standard. Współpracy, której Tomasz się zresztą podjął… Garbaty. Leszek Garbaty. Ok., zobaczymy, po takim dniu…
Kiedy dr Sieniawski wkroczył do umówionej restauracji Garbaty był już na miejscu: w półmroku sali Tomasz dostrzegł wysokiego mężczyznę, który na widok wchodzącego lekarza wstał i uniósł z daleka dłoń w geście rozpoznania. Kardiolog podszedł. Panowie uścisnęli sobie dłonie. Garbaty zaprosił gościa do zarezerwowanego stołu u końca sali, wciśniętego pomiędzy dwie podłużne sofy, tworzące po środku intymną atmosferę. Na stoliku stała napoczęta szklanka wody oraz – nieco z boku – kieliszek pełen jakiegoś napoju, który wyglądał na brandy, a może koniak. Tomasz zamówił jedynie wodę. Gdy mężczyźni usiedli, Garbaty otworzył przed Sieniawskim swe serce. – Panie doktorze. Jestem naprawdę bardzo uradowany, że mogę z panem porozmawiać, bo tematyka jest nagła. Wolałbym może tak mniej ad hoc, bardziej, pan mnie rozumie? Tomasz nieznacznie skinął głową. - No ale sytuacja się zrobiła taka, nazwijmy to, siaka owaka. Są różne projekty i wiele niewiadomych - Garbaty popił wody. - Jednakże ja jestem optymistycznej myśli, tylko – uniósł palec wskazujący – tylko potrzeba dobrze wykorzystać powstały układ. – Układ. – Powtórzył głucho i cokolwiek bez związku Sieniawski. Garbaty rzucił na niego okiem, poczym oparł się wygodniej na oparciu sofy – Proszę pana. Co pan sądzi o politykach? – Tak ogólnie? - uśmiechnął się Sieniawski – Nie wiem do czego miałoby to… Garbaty zatoczył przed sobą dłonią – Tak po prostu. Jak pan ich ocenia, jako grupę, pewien, powiedzmy, wycinek społeczny? Sieniawski, który zaczynał się odrobinę niecierpliwić, spojrzał na niego rozkojarzony – Szczerze powiedziawszy nie znam żadnego polityka, więc jeśli pan wybaczy, trudno będzie mi… Garbaty, niezrażony, ponownie przerwał swojemu rozmówcy – Panie doktorze, ja w takim razie źle zacząłem. Mi chodziło po prostu o to, czy pana zdaniem politycy w naszym kraju dobrze wykonują swoja pracę? Czy dobrze wywiązują się ze swoich zadań? Sieniawski uśmiechnął się krzywo – A co ja mam myśleć na ten temat? Myślę mniej więcej to samo, co wszyscy w tym kraju. Garbaty kiwnął głową. Złożył dłonie jak do modlitwy, brodę oparł na opuszkach palców. Przybrał poważny wyraz twarzy. – To rzeczywiście jest powód do zmartwienia, bo gdzieś tu to wszystko, powiedzmy sobie, nie funkcjonuje tak, jak powinno. Ale też musimy zapytać się z ręką na sercu: czy chodzi tylko o naszych rodzimych posłów i ministrów, czy jest w tym taka, no, ogólna sprzeczność. Polityk jest człowiekiem. Raz lepszym, raz gorszym, mądrzejszym czy mniej mądrym, ale nawet przy najlepszych chęciach jednej rzeczy nie przeskoczy: polityk ma za zadanie decydować o różnych sprawach, podejmować decyzje w rozmaitych dziedzinach, na których się najzwyczajniej nie zna. – Garbaty rozłożył ręce, jak ktoś, kogo by rzeczywiście głęboko frasował dopiero co opisany paradoks demokracji przedstawicielskiej. - Zwłaszcza dla nas, w środowisku medycznym, jest to widoczne gołym okiem. Tematyka opieki medycznej jest wyjątkowo delikatna, bo tu idzie o życie dziesiątek tysięcy ludzi, a wymaga jednocześnie zaawansowanej wiedzy i doświadczenia. Tu decydenci muszą bardziej niż gdziekolwiek opierać się na opinii przedstawicieli środowiska, ludzi obeznanych z tematem. Chodzi o to, żeby z naszego środowiska wychodziła ku, powiedzmy, tym gremiom odpowiednia inicjatywa, jakiś taki głos rozsądku. Bo jeżeli my się nie zorganizujemy i nasz głos nie jest słyszany, to niestety - przyjdzie jakiś, jak to się mówi, oszołom i będziemy potem latami zbierać tego skutki. Na szczęście w wielu sprawach z naszego jakby obszaru udaje się zapewnić uczestnictwo autorytetów, tak że organizacja lecznictwa jakoś w końcu ma ręce i nogi, niechby tam kulawe… - Garbaty zaśmiał się dychawicznie. Zaraz potem zmienił ton na bardziej rzeczowy. – Panie doktorze. Jest w tej chwili taka sytuacja, że są prace nad reformą systemu gromadzenia i dyspozycji tkanek. Pan się orientuje, krew, osocze, organy. To w tej chwili znajduje się w jednej instytucji, wszystko razem do kupy, na dobre i na złe. O Narodowym Instytucie Krwi i Przeszczepów i jego dorobku można by wiele dobrego powiedzieć, o jego Prezesie Kupczyku, który jest zresztą moim serdecznym przyjacielem, tym bardziej, ale fakty są, jakie są. Współczesne standardy transfuzji i transplantacji wymagają zupełnie nowych rozwiązań organizacyjnych dla zapewnienie efektywności i jakości funkcjonowania każdego z pionów… Struktura instytutu jest przestarzała, jestem pewien, że i panu są doskonale znane nieustanne głosy krytyki padające z różnych stron. Mam nadzieję, że zgodzi się pan ze mną, że w tej całej debacie, której nadmierne przeciąganie się nie służy dobru krwiodawstwa i transplantologii, chodzi ostatecznie o pacjenta… - Garbaty utkwił wzrok w rozmówcy jakby bardzo zależało mu na usłyszeniu zdania Tomasza w przedmiocie wygłoszonego właśnie truizmu. Gdy Tomasz z ociąganiem poruszył brwiami, powrócił do swojego wywodu. - Całe szczęście, że etap dyskusji powoli jest już w zasadzie poza nami i sytuacja zmierza ku przyjęciu moim zdaniem optymalnego pakietu środków zaradczych, zmierzających do gruntownej reformy tego newralgicznego obszaru, poprzez organizację zupełnie nowego ciała, nazwijmy to takiego banku narządów…. Tomasz, jakkolwiek „był samochodem", doszedł w tym momencie do wniosku, że może sobie pozwolić na zamówienie jednego Martini rosso. -To będzie – ciągnął Garbaty – takie narodowe ciało z organami, wie pan. Dokładna klasyfikacja, centralna rejestracja, i reglamentacja. Nadzór i administrowanie zasobów. Pełna dokumentacja, monitorowanie transmisji, ścisła kontrola. – Garbatemu zalśniły oczy. - Wykaz źródeł, autoryzacja etyczna, medyczna ocena biorców. Referencje aksjologiczne. Limitowanie, segregacja kategorii, dystrybucja rezerw. Całkowita informatyzacja. Wydajność, zarządzanie, przejrzystość. Audyt. Sprawozdawczość, statystyka. Ochrona danych i tajemnicy lekarskiej… Tomasz mimowolnie przełknął ślinę. „Referencje aksjologiczne. Czyli pedałowi nie przeszczepią odbytu…" pomyślał cynicznie. (Natychmiast też skarcił się - nie za cynizm jednakże, ale za zawarty w tym zdaniu gruby wulgaryzm). „…Chyba, że porządnie zapłaci" przytomnie skorygował zresztą po chwili swoje błędne założenie, podczas gdy kelner stawiał przed nim zamówiony kieliszek. „Będzie w końcu dystrybucja rezerw". Dr Sieniawski spojrzał na swojego vis a vis, poczym połknął łyk słodkiego, czerwonego napoju gestem opanowanym i niespiesznym, mającym dać do zrozumienia, że człowiek, który w życiu nie jedno widział i zrozumiał, potrafi też niejedno przełknąć. Garbaty skinął uważnie głową i wrócił do tematu: - Twór ten powstanie najpóźniej do końca tego roku. Ja, nie ukrywam, jestem czymś w rodzaju jego ojca chrzestnego, więc może się pan domyśleć, jak wielką satysfakcję odczuwam w związku z tymi jego niełatwymi narodzinami. Ale najgorsze, co można zrobić, to wpadać od razu w hurra optymizm, jeszcze zanim się zaczęło. Niczego dobrego nie osiągniemy, my wszyscy, lekarze i pacjenci, jeżeli w najlepszej strukturze nie będziemy mieli odpowiednich ludzi… Proszę mi przerwać, jeżeli się pan ze mną nie zgadza. Tomasz przerwał, aby powiedzieć, że się zgadza. Garbaty przyjrzał mu się badawczo, spojrzał na swojego drinka, jakby dopiero teraz go zauważył, uniósł nieznacznym gestem kieliszek znowu kierując wzrok na Sieniawskiego i tym razem on upił niewielki łyk trunku. -Zgoda. Tu mamy więc pełną zgodę. Panie Tomaszu, ja będę miał, chcąc nie chcąc – Garbaty westchnął, dając do zrozumienia, że może by wcale nie chciał, gdyby nie zrozumiałe pragnienie dokończenia rozpoczętego dzieła, dodające mu jeszcze energii – będę miał duży wpływ na skompletowanie właśnie tej doborowej kadry - fachowców, ludzi ze znajomością tematu, którymi chcemy obsadzić, przynajmniej na początek, te najistotniejsze funkcje, tak żeby od razu móc ruszyć z tym pełną parą. W tym naszym ciele będzie się krzyżować wiele funkcji i między innymi będziemy musieli poodejmować niełatwe decyzje: odnośnie rekomendacji dla poszczególnych zamówień od klinik transplantologicznych, no, i oczywiście dla biorców jako takich. Zaproponowaliśmy w tym celu takie rozwiązanie, żeby tym się zajmowała stała komisja, pięcioosobowa, przy Prezesie Banku. Nie muszę panu opowiadać, że to oczywiście nie są zadania, które mogłyby wykonywać osoby przypadkowe. Potrzebna jest nie tylko wiedza, ale też pewien pragmatyzm - umiejętność podejmowania decyzji, naciski, presja. Tu jest całe szerokie pole i niezbędna jest elastyczność, adaptacja do konkretnych uwarunkowań, uwzględnianie różnych za i przeciw… Członkowie Komisji podlegają bezpośrednio samemu Prezesowi, który ich zatwierdza i tylko przed nim, kolegialnie, czyli jako całość, są odpowiedzialni… Kadencja siedmioletnia – Garbaty zrobił palcem kółeczko wzdłuż krawędzi szklanki. Chrząknął. - Jest już w tej chwili wstępna zgoda trzech autorytetów medycznych, w tym osób rekomendowanych na przewodniczącego i wiceprzewodniczącego komisji. Jeżeli chodzi o pozostałych dwóch członków pomyślałem o panu, bo raz, że miałem okazję poznać pana na tamtej prezentacji w Byczynie Śląskiej, no a dwa, że rozmawiałem sobie kilka razy z Jurkiem Sacawą, którego tak wstępnie przymierzaliśmy do tego stanowiska, w każdym razie stanęło, że on mi pana bardzo gorąco rekomendował...
W dalszej części spotkania doktor Sieniawski zadał swojemu rozmówcy dla porządku kilka rzeczowych pytań. Odpowiedzi wysłuchał skwapliwie. Można było przyjąć w zasadzie za pewne, że proponowana praca nie kolidowałaby specjalnie z jego dotychczasowymi obowiązkami lekarza oraz naukowca. To, że nie był przecież kardiochirurgiem, także nie miało istotnego znaczenia. Tomasz po krótkim namyśle otwarcie wyraził zainteresowanie i wstępnie zadeklarował swój akces do Rady. Ustalono w zarysie i wielkim skrócie plany dalszej współpracy w sprawie. Dopito alkohol, uściśnięto sobie dłonie. Rozstano się w konstruktywnym nastroju.
Kilka tygodni później klamka zapadła. Uzgodniono ostatnie szczegóły. Rozpoczęła się współpraca.
A jednak bywało jej duszno. Bywało, że nie czuła się swobodna, jak to sobie wyobrażała, myśląc o czasie, gdy ich sytuacja zawodowa, tak jak miało to miejsce teraz, stanie się naprawdę stabilna. Na ogół wcale nie czuła się lekka - jakby cudownie naprężona i jasna, tak jak wtedy, gdy nagle obudzona oświetlała swoje własne, głęboko skryte ciemności, wydobywając na jaw, mimowolnie, swoją pełną figurę, silną i niemal obcą w lustrze, jej czoło wydawało się wtedy szersze, oczy głębiej osadzone, nawet nie wiedziała czy było to ładne, ale nic ją to nie obchodziło. (Podobna była wtedy do postaci z pewnego zdjęcia, na które kiedyś bardzo lubiła patrzeć, gdy dorastała. Na zdjęciu tym, obok ogromnego, staromodnego samochodu stały dwie kobiety: jedna z nich była jej prababcią, a druga, właśnie ta, która tak bardzo ją fascynowała, emanująca jakąś niezwykłą siłą, była koleżanką babci - jakąś daleką koleżanką, to Klara wiedziała na pewno, aż do dnia, zaledwie kilka lat temu, jeszcze w trakcie studiów, gdy mama uświadomiła jej, że to na odwrót, właśnie ta piękna i posągowa pani - to właśnie była jej prababcia Alicja, gdy miała dwadzieścia siedem lat... Klara poczuła wtedy zawrót głowy. Wieczorem, u siebie w pokoju, długo patrzyła na swoje dłonie w świetle lampy - najpierw z natężeniem, z niepokojem myśląc o kobiecie, do której należały te dłonie, następnie z rozbawieniem, obserwując jak coraz swobodniej poruszały się, sprężyste i ruchliwe, nadgarstkami dotykając jej ciepłych skroni - a potem leniwie, mrużąc oczy, nieomal z rozkoszą, zanim w końcu smacznie zasnęła). W ostatnim czasie często czuła się jakby złamana. Nie było to tak, jak wtedy, na początku studiów, gdy wszystko wirowało wokół niej w jakiś potwornie mdły sposób, jakby całe ciało - nasunęło się jej medyczne porównanie - buntowało się odrzucając jakiś obcy organ pochodzący z przeszczepu. Teraz było inaczej, była przecież szczęśliwa. A jednak - bywało jej duszno. Zdarzały się chwile, gdy wszystko wydawało się jej jednowymiarowe, przerażająco dosłowne, jakieś tępe i drętwe. Rzeczywistość odbijała się od rzeczy, krążyła pomiędzy nimi beznadziejnie, od jednej do drugiej, w kółko, w powtarzającej się kolejności, wszystko następowało po sobie, bez żadnego sensu i radości. Klara miała wtedy nieznane wcześniej wrażenie, jakby codziennie, z zadziwiającą łatwością wkładała sobie co rano i wyjmowała rozmaite nowe organy, coraz mniejsze i coraz mniej potrzebne, zupełnie jakby była jakimś ogłupiałym ciałem pozbawionym tożsamości. Czuła, że niepostrzeżenie wszystko się w niej zmieniało – nowe organy to były nowe odczucia, jakieś płaskie wrażenia, nawet słowa i myśli, których wcześniej u siebie nie znajdowała. – „To może kupmy ten niebieski” potrafiła powiedzieć w sposób, który ją samą przerażał, kiedy czasami uświadamiała sobie niespodziewanie, jak to czasem bywa, brzmienie własnego głosu. W końcu wszystko się w niej uśredniało, ścierało na idealnie płaską powierzchnię, w której rzeczywistość odbijała się prawie nieodkształcona, jakiś taki wycinek, jeden metr na jeden, jestem metrem kwadratowym, myślała, czując całkowitą bezsilność i nie wiedząc, jak mogłaby temu zaradzić. A powinna być właściwie zadowolona. Miała wspaniałego męża. Była coraz bardziej zaradna (czego brak zawsze sobie wyrzucała). Kiedy wchodziła do banku od razu wiedziała do którego stanowiska się skierować, u fryzjera potrafiła w sposób jasny i wyraźny opisać swoje oczekiwania, tak że coraz rzadziej zdarzało się, że końcowy efekt zaskakiwał ją i bawił, po prostu odnotowywała sprawne załatwienie sprawy, zrobienie w przewidzianym czasie tego, co sobie na dane popołudnie zaplanowała, patrząc zaś od strony fryzjera było to tylko dokładne wykonanie zamówionej przez nią usługi. Czuła się pewnie. Tak. Wchodząc do banku miała pewność, że zostanie niezwłocznie obsłużona. U fryzjera miała pewność, że zostanie przez niego zrozumiana bardzo dokładnie i nie strzeli mu do głowy zrobić jej czegoś, co mogłoby się kłócić… no właśnie, tak naprawdę, z czym? Z pracą lekarki w prywatnej klinice? Przecież i tak nie ogoliłaby się na łyso i nie pociachała żyletkami. A jednak było coś, co ją wstrzymywało, coś co odzywało się zawsze szybciej od niej samej, co zamykało jej usta i dyskretnie ograniczało… Jadąc samochodem, odsłuchując wiadomości w poczcie głosowej albo wybierając szafki kuchenne można było zdać się w pełni na to coś. Czuła się bezpiecznie. Była bezpiecznie ubrana, bezpiecznie uczesana, miała bezpieczny makijaż. Zachowywała się bezpiecznie. Nikogo nie drapała po twarzy. Pacjentom nie opowiadała wyssanych z palca andronów, dla hecy i zabawy. Nie robiła nic. Kiedyś przez dwie godziny siedziała na taborecie i wciąż zmieniała pantofle.
Tomasz potraktował pracę w Radzie jako wielkie wyróżnienie. Zaledwie trzydzieści cztery lata - świeży doktorat - a już pozycja nie tylko prestiżowa, ale także, dzięki licznym możliwym kontaktom rozmaitego rodzaju, umożliwiająca, co było oczywiście rzeczą poboczną, wydatny przyrost środków w domowym budżecie. Po pewnym wahaniu Tomasz nabył Saaba. Na widok tego „przystojnego łysielca” wysiadającego ze stylowej szwedzkiej maszyny Klara aż podskoczyła w miejscu jak dziecko i rzuciła się mężowi na szyję. Kilka miesięcy później wprowadzili się do nader uroczego i całkiem obszernego segmentu, w jednej z nowych dzielnic, wśród wąskich uliczek i zielonych przydomowych ogrodów. Przy obecnych dochodach spłatę kredytu zaplanowali na jedyne 12 lat. Środki na spłacane raty pochodziły z dochodów obojga małżonków pochodzących z pracy w klinice Max-Med, z niewielkiej pensji, jaką otrzymywał Tomasz na stanowisku doktora w Akademii Medycznej oraz z jego wynagrodzenia z tytułu zasiadania w Radzie. Ponadto oboje reperowali nieco swój wiecznie porozciągany na wszystkie strony budżet drobnymi gratyfikacjami zwyczajowo asygnowanymi przez reprezentantów firm farmaceutycznych. Prawdziwą „tajemnicą” ich powodzenia były jednak przede wszystkim premie, jakie Tomasz otrzymywał comiesięcznie jako dodatek do podstawowego wynagrodzenia w Radzie. Były to tzw. premie uznaniowe, a więc ich wysokość zależna była od uznania prezesa. Ten ostatni nie miał powodów narzekać na niełatwą pracę, jaką ze skrupulatnym zaangażowaniem wykonywał doktor Sieniawski, podobnie zresztą jak cały pięcioosobowy zespół, analizując, niekiedy do późnych godzin nocnych, wnioski poszczególnych zespołów lekarskich i dbając, aby organy, w warunkach ich wiecznego niedoboru, trafiały do tych spośród oczekujących lekarzy i biorców, których potrzeby były najwłaściwiej umotywowane. Do okoliczności szczególnie motywujących z kolei samych członków Rady należała miła świadomość, że wysokość premii ustalana była nie tylko w oparciu o ogólną ocenę poszczególnych doradców, ale że była ona także wymiernym efektem uznania, na jakie można było liczyć u Prezesa w związku z wydaniem szczególnie trafnych i rozsądnych opinii w niektórych złożonych, indywidualnych przypadkach.
Klara wciąż nie miała dzieci, mimo że od pewnego czasu podjęli w tym celu stosowne działania. Oczywiście nie było w tym na razie absolutnie nic niepokojącego, zwłaszcza że jak wynikało to z przeprowadzonych wstępnie konsultacji nie można było wskazać żadnego istotnego problemu po stronie któregokolwiek z małżonków. Kiedyś przyśniło się jej, że była w ciąży, nosiła w sobie dziecko, którego chyba bardzo pragnęła, lecz niepokojące było to, że dziecko zamiast poruszać się i kopać jedynie regularnie burczało. Poród był szybki i bezbolesny. Dziecko było gładkie, całe białe, prawie przezroczyste, obłe, pozbawione oczu i przypominało coś w rodzaju księżycowego kreta. Tego dnia stała kwadrans dłużej niż zwykle pod prysznicem i spóźniła się do pracy.
Wieczorem zagaił ją Tomasz. Leżeli przykryci kołdrą do piersi, oparci o poduszki, z zapalonymi lampkami nocnymi po obu stronach łoża. Na regale pod ścianą piętrzyła się licząca kilka obiektów kolekcja globusów. Tomasz odłożył na swoją szafkę „Sexus” H.Millera, starannie uprzednio założywszy zakładkę. Klara czytała „Pachnidło”. -Myślałem ostatnio, czy by nie zacząć trochę grać w golfa… -Uhm… Tomasz odwrócił głowę w kierunku żony. -Zdaje się, że to naprawdę fajna rozrywka - w wolnych chwilach. -Aha. -Rozeznałem się już trochę na kwestiach sprzętu. Wcale nie wyszłoby tak bardzo drogo. Na początek wystarczy trzy, cztery tysiące na jedną osobę. Plus oczywiście abonament w klubie. Klara zamknęła książkę i przeniosła wzrok na Tomasza. -Już zadeklarowałem wstępnie chęć zapisania się… znalazłem chyba fajną szkółkę z ładnym terenem niedaleko Konstancina, w sam raz dla początkujących. Zarezerwowałem też miejsce w razie gdybyś i ty miała ochotę spróbować. - ? Klara uniosła brwi. -No coś ty? Widzisz mnie jeżdżącą jakimś wózeczkiem, załadowanym kijami i innymi gratami po jakichś tam pagórkach w poszukiwaniu zwariowanej mikroskopijnej piłeczki, której nie odróżniłabym pewnie od kaczego jajka? Tomasz zaśmiał się. – Nie no, to nie jest żadne profesjonalne pole. Po prostu klub z zadbanym terenem rekreacyjnym, gdzie można się pouczyć podstaw golfa, a przy okazji miło spędzić czas. Jest kawiarnia i restauracyjka, wpadają ciekawi ludzie. Zresztą nie musisz się tam sama zapisywać, możesz po prostu dwa razy w miesiącu wchodzić jako gość, na moją kartę. Sprzęt też można na miejscu pożyczyć, przynajmniej do zabawy. Klara zamrugała powiekami. – Dobrze kochanie, obiecuję, że kiedyś wpadnę zobaczyć, jak zostajesz moim mistrzem świata w celowaniu do dołków. – A teraz chodźmy… - przed oczami zamigotało jej mrowie białych, kauczukowych piłeczek, podczas gdy jej wargi rozwarły się w głębokim ziewnięciu – chodźmy spać, dobrze?
Któregoś dnia, na początku maja, Tomasz powrócił do tematu. W grzecznych słowach zachęcał małżonkę, aby towarzyszyła mu nazajutrz, a mianowicie w sobotę, w jego najeździe na klub golfowy. Doktor Sieniawska, również bardzo uprzejmie, odmówiła, oznajmiając, że planowała na ten dzień zakupy, gdyż zamierzała nabyć kilka drobiazgów. (Tak naprawdę Klara miała przez chwilę pomysł, żeby namówić Tomka na wypad nad jakąś rzeczkę, gdzie mogliby wypożyczyć kajaki i… ale słysząc, że Tomek kolejny weekend przeznacza na golfa, postanowiła już nawet nie wspominać o tamtym pomyśle. Zamiast tego zdecydowała się od razu na swój wariant awaryjny. Pomyślała zaraz, że rano przedzwoniłaby do Luizy i mogłyby wybrać się we dwie na taki „lightowy shopping” w galerii, a potem pojechać rozłożyć się w jakimś kawiarnianym ogródku). -A czy nie mogłabyś tego przełożyć? – Zagadnął Tomasz z rozbrajającą otwartością. – Na zakupy zawsze możesz pójść w niedzielę. – Zauważył nie bez pewnej racji. -Kochanie, zlituj się, po co ja ci jestem potrzebna na tym twoim golfie? Tylko bym ci tam zawadzała, plącząc się dookoła. Jeszcze bym oberwała jakimś kijkiem – zachichotała przekonująco.
Twarz doktora Sieniawskiego spowił wyraz zafrasowania. -Widzisz, kochanie, chodzi o to właśnie, że klub golfowy to nie tylko sport. To takie miejsce, gdzie czasem trzeba pokazać się z małżonką… - Tomasz zrobił żartobliwie ironiczną minę, ale szybko urwał i powrócił do poprzedniego tonu. – Ja wiem, że to brzmi głupio i możesz mi wierzyć, sam już parę razy obracałem pytania o ciebie w żart, bo też wychodziłem z założenia, że takie bawienie się w formy jest dobre dla starych dziadków. No, ale już tym razem byłoby trochę głupio. Właśnie jutro jestem umówiony z kilkoma ważnymi facetami i nieformalnie obiecałem im… także jednak, zacznie to trochę dziwnie wyglądać, jeśli znowu będę sam. Prawda? - Mówił powoli, z lekką perswazją, jakoś tak wyrozumiale i jednocześnie jakby prosił o wyrozumiałość. – Zresztą w sumie mogłabyś też ich poznać, to całkiem ciekawi ludzie. Oni będą z żonami, niektórzy może nawet z dziećmi, więc przyznasz, że głupio by było… Klara była nieco zaskoczona… Ale nie chciała, żeby Tomaszowi było głupio. Ostatecznie pomyślała, że faktycznie może się tam przecież wybrać, zapowiadała się piękna pogoda. W końcu stwierdziła nawet, że ten cały „Premiere Golf Club” (jak odczytała z ulotki podsuniętej przez partnera), rozbudził jej ciekawość – „skoro to takie bardzo poważne miejsce”.
Tomasz minął długi szereg pustych miejsc i zaparkował Saaba na końcu parkingu, w eleganckiej, wysypanej żwirkiem zatoczce, akurat za tabliczką, z której wynikało, że jest to postój dla VIP-ów. Wysiedli. Klara przeciągnęła się uspokojona ciszą i rozejrzała wokół, podczas gdy Tomasz skierował się ku tyłowi auta, gdzie z legendarnie przepastnego bagażnika wydobył imponujących rozmiarów torbę najeżoną golfowymi kijami. Klara podbiegła zaraz zaciekawiona. Doktor zarzucił sprzęt na ramię. Widać było, że torba jest naprawdę ciężka. Nowiutkie przybory do golfa na plecach męża były śliczne, choć przemknęło jej też przez myśl, że wyglądają całkiem jak zabawkowe narzędzia tortur z jakiejś podejrzanej dobranocki. Klara zachichotała i „poczochrała” pół-milimetrowej długości zarost, jaki ukazał się od wczoraj na łysinie doktora. Tomasz był zadowolony. Ruszyli w kierunku bramy. Tomasz miał na sobie jasnoszare płócienne spodnie, zaprasowane w delikatny kant i zwężające się lekko ku dołowi, nowiutkie polo i profesjonalne buty z białej i czarnej skóry, bardzo stylowe, z metalowymi kolcami na podeszwach. Z tylnej kieszonki jego spodni wystawały dziurkowane rękawiczki. Klara założyła białą spódniczkę z zakładkami, sięgającą kolan, niebieski ortalionowy pasek, białe polo i tenisówki w tym samym kolorze. Na czole miała obszyty frotte niebieski daszek, który osłaniał od słońca oczy, a jednocześnie utrzymywał w porządku jej niesforne włosy. Na czystym niebie dryfowało gdzieniegdzie kilka białych chmurek. Było parę minut po dziesiątej. Klara wyłuskała sobie z torby Tomka jeden kijek, który wydawał się najcieńszy i zaczęła nim wesoło kręcić. Weszli na teren klubu. Udali się od razu do kawiarni. Klara zamówiła małe macchiato, prostego croissanta i świeży sok pomarańczowy. Tomasz wybrał colę i lekką, szwajcarską parówkę w cieście. Rozsiedli się wygodnie. W klubie było już sporo gości. Nieco z lewej strony, akurat na wprost bramy, znajdował się długi metalowy pomost, wysoki na około pół metra, na którym kilka osób ćwiczyło już z efektownymi wymachami ciała dalekie uderzenia o rozmaitych trajektoriach. Kilka osób rozsianych w pobliżu prowadziło niespieszne rozmowy. Gdzieś daleko w głębi, zagubiony w morzu zieleni, pomiędzy dwiema fałdami terenu, zwieńczonymi chorągiewkami, ospale wspinał się niewielki elektryczny wózek, na którym ledwie majaczyły dwie ciemne postaci. W pewnej chwili od strony ogrodzenia dały się słyszeć dźwięki klaksonu, dobywające się, jak dało się zauważyć, z masywnych trzewi wielkiego jak karawan czarnego Dżipa o zaciemnianych szybach, któremu nieporadne manewry jakiejś małej Skody zbyt długo najwidoczniej kazały oczekiwać na wjazd na zastrzeżoną część parkingu. Samochód dotoczył się w końcu na godny siebie kawałek żwirowanej zatoczki. Wysiadł z niego zwalisty osobnik lat około 50, w koszulce w kratkę i lnianych spodniach. Z drugiej strony pojazdu wyłoniła się dobiegająca czterdziestki kobieta o wyzywającym biuście. Paradowała w kusym żakiecie, ogromnych okularach słonecznych w kapiącej od złota oprawie, słomkowym kapeluszu i wysokich szpilkach. Klara odwróciła głowę w kierunku Tomasza, uniosła brwi i puściła porozumiewawczy uśmiech. Tomasz odpowiedział jej lekkim uniesieniem kącików ust. -Kotku, ty się nie śmiej – powiedział jej z żartobliwym westchnieniem – bo to są nasi znajomi. Dziekan Obalski – dodał. Od niedawna jest dziekanem na chorobach wewnętrznych, za naszych czasów był na jakimś stypendium. A ta, esmeralda to jego połowica. -Niech zgadnę: już druga? -Trzecia – odpowiedział Tomasz szybko, gdyż para zaraz po wejściu na teren klubu dostrzegła młodych kardiologów i dołączyła do nich na werandzie kawiarni. -Cześć – dziekan pochylił się w kierunku Tomasza, który zdążył wstać na przywitanie nadchodzących. – Tomasz przedstawił Klarę. Obalski otaksował ją szybkim spojrzeniem, po czym, po krótkim wahaniu, jakby ważył na szali za i przeciw, pochylił się z pewnym zrozumiałym w jego przypadku wysiłkiem i ucałował rękę młodej doktorowej. – Moja żona – powiedział wyciągając rękę w kierunku towarzyszki, podczas gdy jego wzrok wędrował już ku wywieszonym na oszklonej ścianie kawiarni reklamom oferowanych zakąsek. -Obalska – dygnęła esmeralda. – Edyta. – Kotku, kapuczino – dorzuciła zaraz w kierunku małżonka, który, nie wiadomo właściwie kiedy, zaczął już zdradzać oznaki zniecierpliwienia. Tomasz z dziekanem udali się do środka kawiarni. Klara spostrzegła, że dziekan nosił niemal identyczne buty golfowe, jak jej małżonek, tylko o parę numerów większe. Metalowe kolce zachrobotały na deskach werandy.
Kilka minut później ich grono było już znacznie większe. Dołączył wysportowany mężczyzna, nazwiskiem Ręgowski, czy może Pręgowski, przedstawiony Klarze nie bez pewnego namaszczenia jako prezes jakiegoś Central Biznes Clubu. Towarzyszyła mu atrakcyjna brunetka o bajecznych włosach, której twarz dopiero przy bliższym przyjrzeniu zdradzała ślady oczywistego liftingu. Następnie pojawił się oślizgły młody rudawy typ nazwiskiem Nuraś, dyrektor w jakimś Głównym Urzędzie. Stawkę uzupełniał niejaki Kniazin, masywny facet w ciemnej marynarce, liliowej koszuli, ciemnych garniturowych spodniach i butach ze świecącej skóry, o charakterystycznie wydłużonych czubach. Na oczach miał czarne okulary o nowoczesnym wykroju. Przyjechał do klubu w obstawie dwóch długonogich panien w typie modelek zatrudnianych przy pokazach bielizny, które to damy zaraz po przekroczeniu bramy odprawił, wskazując im palcem jakiś bliżej nieokreślony cel na horyzoncie. Dziewczyny ruszyły skwapliwie we wskazanym kierunku, tym pewniej, że dla uniknięcia jakichś nieporozumień Kniazin dyskretnie manewrował jedną z nich, trzymając dłoń na karku dziewczęcia i lekko ściskając jej smukłą szyję. Klara starała się dość długo, w końcu jednak dała za wygraną i uznała, że nie potrafi sobie inaczej wytłumaczyć pewnych detali odnośnie wspomnianego Kniazina, jak tylko w ten sposób, że miała oto przed sobą pospolitego gangstera. Żaden z mężczyzn, nie licząc Tomasza, nie miał przy sobie sprzętu do golfa. Rozmowa nie kleiła się. Albo może i kleiła się, w jakiś powolny, niezrozumiały sposób. Wspomniano coś o „produkcji medykamentów”. Edyta koncentrowała się na swoim lusterku, które unosiła co i rusz do góry, aby przyjrzeć się swoim wargom, którymi poruszała automatycznie. Jej mąż wydawał się ogólnie zdegustowany. W pewnym momencie stęknął, wytarł nos w chustkę i obrócił swoje szerokie oblicze do trzeciej żony. -Kochanie, my tu sobie z panami weźmiemy po piwku, chwilę pogaworzymy, a potem może trochę postrzelamy do tych dołków, tak że… to pewnie będzie dla ciebie mało zajmujące. Obalska uśmiechnęła się, jakby na nic innego nie czekała, i zaczęła zbierać drobiazgi do torebki. Tomasz, patrząc na Klarę uniósł sztywno kąciki ust obnażając siekacze. Kobieta Ręgowskiego również podniosła się, pretensjonalnie zmysłowym gestem przesunęła dłonią po szyi i ramionach Prezesa, (Prezes popisał się przy tym szerokim uśmiechem), pomachała mu koniuszkami palców i odeszła szeroko zataczając biodrami. Klarze nie pozostawało nic innego jak także wstać od stolika. – Jak będziesz się nudziła, może sobie poćwiczysz, jak mówiliśmy, bo my jesteśmy już na trochę wyższym poziomie zaawansowania – doktor Sieniawski okazał troskę, kładąc swoją dłoń na dłoni małżonki. Klara żartobliwym ruchem nasunęła daszek głębiej na oczy, zasalutowała, poczym odwróciwszy się zeszła z podestu. Obawiała się, że będzie musiała zmuszać się do rozmowy z partnerkami zostawionych właśnie panów, jednak, ku jej uldze, zarówno Obalska, jak i faworyta Prezesa, niemal jednocześnie ulotniły się w kierunku swoich samochodów, tłumacząc się potrzebą załatwienia czegoś drobnego w Konstancinie. Doktor Sieniawska przez chwilę spacerowała swobodnie pośród gęstniejącego coraz bardziej tłumu dobrze sytuowanej klienteli klubu, spragnionej weekendowej rozrywki. Atmosfera przypominała odrobinę wesołe miasteczko: ludzie kręcili się w tę i we w tę po rozległym terenie, przecinając wzajemnie swoje tory, wymijając się po wielokroć w drodze z i do kawiarni, wypożyczalni sprzętu, pawilonu instruktorów, sklepiku, budynku klubowego, parkingu, stanowiska oferującego hot-dogi i zapiekanki. W odległym rogu działki znajdował się placyk zabaw dla dzieci, wyłożony miękkim tartanem, nowocześnie urządzony mnóstwem kolorowych drabinek i zwariowanych sprzętów. Ta cudowna enklawa pełna najdziwniejszych zakamarków cieszyła się jak przystało pełną frekwencją – rój małych ludzików, rozdokazywanych i krzyczących, rozbieganych i skaczących wypełniał całą przestrzeń swoimi pstrokatymi spodenkami, czapeczkami, spódniczkami i koszulkami, których układ nieustannie zmieniał się przed oczami patrzącej. Klara mimowolnie przyklasnęła w dłonie i byłaby wbiegła do środka, gdyby nie zatrzymała ją w miejscu świadomość, że nie ma nikogo, kogo mogłaby pociągnąć ze sobą i kto ufnie trzymałby ją za rękę. Westchnęła cicho i skupiła się na tablicy u wejścia na placyk zabaw, na której zaznaczone były numerami wszystkie sprzęty, przeznaczone czujnie dla różnych kategorii wiekowych maluchów, wraz z opisem oraz streszczeniem ich walorów edukacyjnych. Po krótkiej lekturze Klara parsknęła, rozczulona, odkrywszy, że piętnastka to „huśtawka-słoń”, natomiast siedemnastka to ni mniej ni więcej tylko „bujanka- lew”. Odwróciła się na pięcie i pobiegła w dalszą drogę. Im bliżej centralnego fragmentu rekreacyjnej części klubu, (pozostałą stanowiło profesjonalne pole), tym bardziej wzmagał się w jej uszach stukot głowic kijów uderzających o kauczukowe piłeczki. Tok, tok, tak, tok tok, tak to tak, tok tak. Istne szaleństwo. W powietrzu klaskały odgłosy uderzeń, jak w jakimś zawrotnym karnawale, kaskady bialutkich piłeczek leciały nisko i wysoko na wolne pole przed podłużnym pomostem, na którym przeginało się w zamachu pięćdziesięciu ćwiczących płci jednakiej. „Golf!” Klara stanęła na palcach i zadzierając głowę zwróciła wzrok nad głowami przechodzących z powrotem w kierunku kawiarni. Daleko na tarasie dostrzegła Tomasza stojącego w towarzystwie swoich rozmówców ze szklankami piwa w rękach. Nagle podbiegła do niego jakaś kobieta. Tomasz spiął się, rzucił coś chyba krótko, i nerwowo rozejrzał się dookoła. Kobieta machnęła dłonią i ulotniła się. Obalski poklepał młodego doktora po ramieniu. Dalej Klara już nie widziała, bo jakiś pyłek musiał wpaść jej do oka, a gdy podniosła wzrok obcy ludzie oddzielili ją od tamtej sceny. Musiało zacząć się już chyba wiosenne kwitnienie i pylenie, bo zakręciło jej się w głowie. Musiało być bardzo sucho, a może bardzo mokro, bo zatrzepotała mocno rzęsami. Musiało być jeszcze chłodno, bo broda jej zadrżała. Musiało być sobotnie popołudnie, bo nie wiedzieć czemu przypomniała się jej Monica Vitti. Spojrzała na ćwiczących. Stali jeden obok drugiego, wszyscy obróceni bokiem do usianego piłeczkami trawnika, pilni i skupieni, ze złączonymi stopami, których ustawienie poprawiali w nieskończoność, pochyleni pod przepisanym kątem, z kijkiem trzymanym oburącz, zaciskający i poluźniający palce odziane w stosowne rękawiczki, wykonujący próbne wymachy ciała ponad piłeczką, tkwiącą na podeście, a potem nagle „tok!”: plecy rozprostowywały się i znowu zwijały w przeciwnym kierunku, jedna stopa odchodziła luźno do boku, mięśnie karku i ramion uwypuklały się pod kołnierzykiem, głowa przykryta czapeczką odchylała się ku górze, a piłeczka szybowała w błękicie, nim wylądowała wśród roju innych piłeczek, całkowicie nieruchoma i anonimowa. Wszyscy byli absolutnie poważni. Widać było, ze skoncentrowani są na tym, aby przyjąć postawę jak najbliższą ideału i machnąć z całych sił; postawę maksymalnie efektywną, pozwalającą wyprowadzić jak najlepsze uderzenie, technicznie doskonałe, pewne, dalekie i niebudzące zastrzeżeń, namacalną oznakę sukcesu i w ogóle zdolności adaptacji do każdego zadania, którego rezultat daję się zmierzyć tu i teraz. Raz i raz, i raz. Jednym śmiałym uderzeniem potwierdzali, jak sprawnie potrafili dostosować swoje własne warunki do obowiązującego kanonu, a efekt stukał, pukał i lądował w trawie na całkiem pokaźną odległość. Niektórzy ocierali z twarzy pot. Wielu dopiero zaczynało, niewiele im jeszcze wychodziło, ale i oni przykładali się pilnie, aby wkrótce ich czas, wysiłek i pieniądze włożone w nowe hobby, zaprocentowały prestiżową umiejętnością wysyłania pod niebo śmiałych i prostych strzałów na znak pewnej ręki i niezmąconej wiary. Klara poczuła się speszona. Tyle wysiłku, samozaparcia, długotrwałego treningu włożonego w coś, co sprowadzało się przecież do uganiania się za piłeczką po pagórkowatych trawnikach, do których trzeba jeszcze dojeżdżać przez pół województwa – w coś, co w niczym tak naprawdę nie odmieniało pojedynczego człowieka, za to niewątpliwie niepostrzeżenie fabrykowało kolejnego poprawnego golfistę… Przypomniał się jej dziwaczny osobnik, którego badała onegdaj, ten dziwny, całkowicie zamknięty w sobie człowiek, wiecznie czuwający by być - tylko być, ale też i aż być. Osobnik, którego utopijny wysiłek mógł się skończyć chyba tylko klęską, upadkiem w trawę, ale i tak wydawał się bardziej rozsądny niż wszystkie te nieskończenie wyspecjalizowane czynności, które pochłaniają nas w życiu coraz bardziej i dzielą na części, podczas gdy nie mamy już żadnego centrum. Boże, nie chodzi mi przecież o żaden ckliwy kącik, w którym możemy przelewać swoje żale – pomyślała – ale coś, co ma siłę decydować, co jest mu potrzebne a co nie. Udała się do wypożyczalni kijów. Instruktor, mądrala w typie przystojniaka, zaoferował, że skompletuje jej najlepszy zestaw, z tego, co jeszcze zostało w magazynie. Klara oznajmiła, że chce tylko jeden kij. Wskazała na stojący obok, z brązową główką, nachyloną pod wyraźnym kątem. Instruktor powiedział, że za chwilę będzie wolny i zaproponował, że sam chętnie udzieli jej pierwszych wskazówek. Nie doczekał się odpowiedzi. Klara zapłaciła za pół godziny ćwiczeń, znalazła wolne miejsce na pomoście, wystukała kod i zajęła pozycję. Na szczycie dwucentymetrowej rurki wystającej z podłogi wykluła się biała piłeczka. Trąciła ją lekko. Piłka spadła z pomostu. Klara chciała zejść i przynieść ją z powrotem, ale na końcu rurki zaraz pojawiła się następna. Rozejrzała się na boki. Inni ćwiczący, w skupieniu trenowali pozycję. Od czasu do czasu widać było jakiś kij wędrujący kolistym ruchem ku górze, poszczególnych piłeczek nie było widać. Nagle w dali, za linią przedpola, tam gdzie zaczynało się już prawdziwe pole do golfa, dostrzegła sylwetkę męża idącego po wzniesieniu. Obok niego piął się Nuraś, za nimi, w wózku wyładowanym rzuconym byle jak sprzętem siedzieli dziekan z prezesem. Wyglądało, jak gdyby podśpiewywali. Na przedzie szedł Kniazin, z pojedynczym kijem niedbale przewieszonym przez swój kark i ramię. Klara zacisnęła zęby. Bardzo, bardzo, bardzo, pomyślała. Bardzo chciała teraz przyjąć tę cholerną postawę, strzelić z całej siły, mocno i celnie i wyrżnąć tego zatuczonego dziekana albo prezesika prosto w jego wielki łeb. Proszę, proszę, proszę. Stanęła mniej więcej jak należy, zamachnęła się, zanim uderzyła łypnęła jeszcze kątem oka na sąsiada i pach! Zatoczyła się w kółko omal nie spadając z pomostu. Jej piłeczka, w jakiś niezrozumiały sposób wirując wokół własnej osi jak popsuty sputnik, poszybowała koślawym łukiem wysoko nad jej głową i spadła daleko w tyle, pod płotem, za plecami jej oraz wszystkich ćwiczących. Wózek prezesa właśnie znikał za horyzontem. Klarze pociemniało w oczach. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Pomyślała, że jeśli zaraz się nie obudzi, zacznie na cały głos krzyczeć, zacznie wrzeszczeć i wyć. Jak dziecko, które nie chcę się pogodzić z przykrym faktem, pomyślała. Na niebie zebrało się trochę chmur, piłeczki szczękały, klik klak. Zamknęła oczy. Policzyła do siedmiu, (od czterech bardzo powoli)… Jednak żadna ciepła dłoń, z kochającym uśmiechem, nie spłynęła na nią, by ją przebudzić i żeby mogła się jej ufnie uchwycić. Nie była dzieckiem, cokolwiek by ta okrutna świadomość znaczyła. To coś tutaj działo się naprawdę. Poczuła się pusta i wydrążona w środku, przez moment panicznie bała się, że pęknie i na zawsze rozpadnie się, jak rozbite naczynie. Była zrozpaczona. W końcu poprawiła daszek i żeby coś zrobić, postanowiła odnaleźć zgubioną piłkę. Gdy zeskakiwała z pomostu, u końca rurki zalśniła kolejna kauczukowa piłeczka.
Z ciężkim sercem zaczęła przeczesywać kijem trawę, krok po kroku, posuwając się wzdłuż ogrodzenia. Wszędzie natrafiała tylko na źdźbła i źdźbła, ciemnozielone, pełne gorzkiego soku źdźbła. Zrobiła już wiele kroków, tak wiele, że chyba nie było to możliwe. Kręciło się jej w głowie. Zapadł zmrok, na niebie wzeszedł księżyc. Wszystko pokryło się srebrnym blaskiem. Zerwał się lekki wiatr, trawy zaczęły szeleścić. Przymknęła powieki, a gdy je otwarła, wokół znów było jasno. Wreszcie dostrzegła swoją białą kulkę. Ukucnęła, podniosła ją i zacisnęła na niej palce…
Gdy wstała, jej wzrok napotkał spojrzenie mężczyzny stojącego o dwa kroki od niej, po drugiej stronie siatki. Musiał mieć trzydzieści kilka lat. Miał ciemne oczy, sięgające ramion gęste, ciemne, lekko kręcone włosy, a także wąski, ciemny wąs, podwinięty na końcach. Ubrany był w jakąś dziwną, staromodnie wyglądającą kurtkę z materiału przypominającego aksamit, z bufiastymi rękawami i czerwonym znakiem w kształcie podobnym do odwróconego sztyletu na piersiach. Spoglądał na nią trochę bokiem, jakby krytycznie, w zamyśleniu, całkiem bez ruchu, zupełnie jakby zastanawiał się, co miałby w Klarze poprawić. Nagle sięgnął ręką do głowy, ściągnął włosy, które okazały się peruką, odkleił wąsy, rozpiął kurtkę, pod którą widniał mocno sprany T-shirt z wyblakłym napisem „Know Your Saviour". Ukazał się młody, nieznajomy, ładnie ostrzyżony człowiek, którego mogłaby równie dobrze spotkać w klubie jazzowym albo całonocnej kawiarni. Podążając za jego wzrokiem Klara spojrzała na piłeczkę trzymaną w swojej lewej dłoni, zaraz potem na kij golfowy, główką do góry tkwiący w prawej. Ponownie spojrzeli sobie w oczy i roześmieli się jednocześnie. Klara śmiało przełożyła koniuszki palców przez oka siatki, po chwili uniosła jedno kolano i oparła je także o ogrodzenie. Przez dłuższą chwilę szeptali coś między sobą, potem ona, nieskończenie długim gestem, poprosiła go, aby na powrót przywdział wąsy i perukę.
|
Deklaracja OM 2006Orgia Myśli to nie tylko magazyn literacki. Aby stworzyć naprawdę awangardową literaturę, trzeba stanąć w awangardzie cywilizacji. Orgia Myśli zamierza więc przede wszystkim być projektem nowej kultury (...) Szukaj |