Dodano 12.07.2009
Jedna ze strategii mających na celu pokazać, dlaczego to czy owo jest ciekawe, głębokie i godne uwagi, polega na tym, że wskazuje się na obecne w tym czymś napięcia, wewnętrzne sprzeczności i paradoksy. Bieguny, pomiędzy którymi waha się myśl autora. Jest to może w przypadku W.G. Sebalda przedsięwzięcie szczególnie przewrotne, ale i płodne. – Autor ten “na pierwszy rzut oka” może wszak sprawiać wrażenie prozaika bardzo nobliwego, “moralnie i politycznie słusznego” i doskonale niekontrowersyjnego. Idealnego wręcz kandydata do rozmaitych oficjalnych nagród, z nagrodą Nobla włącznie, której zresztą Sebald byłby na pewno został laureatem, gdyby nie jego niespodziewana śmierć. Powierzchownie rzecz ujmując mamy do czynienia z klinicznym przykładem literatury salonowej; bardzo powierzchownie. Tymczasem bliższe spojrzenie ujawnia może nie tyle odwrotność powyższego, ale jakby inny wymiar i walor, o wiele bardziej wieloznaczny i skomplikowany, tego pisarstwa. Pełnego wewnętrznych napięć i mikroeksplozji.
1. Wiara w zbawczą siłę bio-grafii, opisywania żywota jako historii stoi u Sebalda w kontrze do przekonania o podskórnej i ciągłej “pracy nicości”. To akurat klasyczny metafizyczny dylemat czy nierozstrzygalnik: walka trwania z rozpadem, pamięci z zanikaniem przeszłości. Egzystencja, a wraz z nią wszelki wysiłek biografii, to rozpychanie się między nicością za nami a nicością przed nami. Rezultatem jest jednak zawsze utrata, zniszczenie, rozpad. Ostatecznie to jest jak walka dobra ze złem, gdzie pisarz staje po stronie beznadziejnej i przegranej. Pozostaje to w odniesieniu do jednego z fundamentalnych wymiarów literatury modernistycznej, której Sebald bez wątpienia jest późnym przedstawicielem, tzn. do kwestii konstytuowania się podmiotu, subiektywnej jednostki. Jak z chaosu tożsamości – historii, ducha, społeczeństwa, narodu, geografii – wyłania się Ja. We wszystkich prozatorskich pracach Sebalda pojawia się niedookreślony narrator, który w wyraźny sposób tak czy inaczej identyfikuje się ze wszystkimi swoimi bohaterami; opowiadając ich historie, poszukuje samego siebie – a sam zarazem własnej nie ma czy nie wyznaje. Z jednej strony jest to stary trop, któremu Flaubert chyba nadał najbardziej nieśmiertelną formułę. Ale to Ja wyłania się tylko po to, by zarazem ukazać, jak jest rozproszone, rozbite, zdezintegrowane. Jego tożsamość to jedna z najbardziej mglistych kategorii. Jego substancja jest migawkowa, zmienna i dla niego samego nieuchwytna. Jego istnienie jest w ogóle najbardziej wątpliwą i niejasną rzeczą, albowiem tym, co powraca, na zasadzie fatalności i przeznaczenia, jest tylko negacja: obłęd, śmierć – lajtmotywy Sebalda. Niemożność i ból bycia sobą.
2. Krzyżuje się z tym inne napięcie: pomiędzy katastroficznym czy wręcz apokaliptycznym krajobrazem a niesłychaną wielością i bogactwem zapełniających go szczegółów. Trochę jak na obrazie Breughela z Prado: Taniec śmierci, który w monotonii makabry ujawnia przecież niewyczerpaną mnogość i nienasycenie życia. U Sebalda wciąż powracają motywy zniszczenia, opisy rzeczywistości po katastrofie. Można zauważyć, że w XX wieku katastrofizm raczej polegał na wieszczeniu przyszłej katastrofy. Ona była zawsze czymś, co dopiero nadciąga. Tymczasem Sebald pisze już jakby po niej. Wszystko u niego jest do niej aluzją, zwykle melancholijną, czasem sarkastyczną; narracja eksploruje jej obrazy obsesyjnie i prawie monotonnie, gdyby nie, znowu, ich wielość: pustkowia, miasta w ten czy inny sposób podupadłe, cmentarze, zapomniane kurorty, stare fortyfikacje, oto przestrzenie, jakie rekonstruuje Sebald. Jeśli zaś chodzi o czas, to jego wewnętrzną zasadą jest zaburzenie chronologii: pamiętanie, przypominanie, nie postępuje linearnie, lecz kapryśnie: w przeszłości wszystko jest jakby obok siebie, jak w bezładnej kolekcji czy rupieciarni, natykamy się na los szczęścia na to i owo, wyławiamy na moment z nicości, by za chwilę w niej z powrotem to utracić. Ale oto w przeciwieństwie do tego niszczycielskiego czasu burzącego porządek następstw pozostaje niesamowita rzeczowość opowiadania: przedmioty u Sebalda są niezwykle nasycone sobą, każdy jest jakby osobnym „cackiem” czy „skarbem i sekretem” kolekcjonera, najdrobniejszy drobiazg narracja traktuje z pieczołowitością, która nadaje mu dodatkowy wymiar znaczenia i siły prawie magicznej. Tu nic nie jest przypadkowe, wszystko symbolizuje, dobitnie emanuje głębokim sensem swej ulotnej prawdy – czasem patetycznej, czasem zabawnej, czasem paradoksalnej, najczęściej niejednoznacznej i asocjującej kolejne anegdoty, figury, zdarzenia. Emblematyczny jest tutaj śledź, który doczekał się w ten sposób niesamowitego uwznioślenia, ukazując w „Pierścieniach Saturna” swe głębokie, tajemnicze i metafizyczne oblicze, o którym rzadko myślimy. Wiele razy powraca w opowieściach Sebalda postać łowcy motyli, który ze swą delikatną siatką w białym stroju ugania się za czymś, czego istotą jest intensywne zmysłowe piękno i kruchość. Tę samą funkcję łowcy pełnią też fotografie, promieniujące nastrojową tajemniczością – ale zarazem hermetyczne: więcej stawiają pytań, niż opisują czy tłumaczą.
3. Wreszcie najbardziej chyba intensywnym napięciem jest to, jakie zachodzi między formą a treścią. To osobliwe, że dopiero z pewnym opóźnieniem dociera do czytelników drastyczność i brutalność tej prozy. Większość historii niesie w sobie skrajny tragizm, obfituje w gwałtowne szczegóły: ktoś popełnia samobójstwo kładąc głowę na szynie kolejowej, zamarznięte zwłoki zostają znalezione w szczelinie lodowca, ktoś jeszcze inny postanawia zniszczyć samego siebie dobrowolnie poddając się terapii elektrowstrząsami w prywatnej klinice psychiatrycznej. Nie każde wydarzenie niesie równie silny ładunek skrajności, ale widać skłonność Sebalda do antropologicznej eksploracji osób i wydarzeń osobliwych, ekscentrycznych i kuriozalnych. Jednak treść ta, tak niezwykła, ekstatyczna nieomal, dana jest za pośrednictwem zrównoważonej aż do maniery formy. Sebald poszukuje ścisłej harmonii w zdaniach, odmierza je precyzyjnie, nadaje nieomylny rytm swojej muzyce. Osiąga efekt klasycznego, doskonałego stylu. Można bez wahania powiedzieć, że jest to udana próba odtworzenia kanonów tego, co nazywano stylem wysokim, przez pisarza końca XX wieku w ramach materiału przez tę epokę dostarczonego, choć autorsko dobranego podług kryterium czy to dekoracyjności – sceneria katastrofalnych krajobrazów – czy wyrazistej spektakularności – jaka cechuje większość rekwizytów w tej scenerii ułożonych; który jednocześnie czyni z całości swego rodzaju intelektualną menażerię przypadków składających się na to, co narratorowi mówi coś o nim samym (albowiem to właśnie tożsamość narratora buduje się w tych wyborach). Zgodnie z kosmoegocentryczną formułą Montaigne’owską: ja i mój świat to ostatecznie jedno.
Kontrast między drastyczną treścią a nienaganną, zdystansowaną i chłodną formą niepokoi niektórych krytyków zwłaszcza w kontekście istotnego dla myśli Sebalda wymiaru katastrofy, jakim był Holocaust – spotkać można zarzut, że zagłada Żydów, choć stale obecna, przywoływana jest w aluzyjny i zawoalowany sposób, co może u niemieckiego autora być trochę podejrzane itd. Jednym z wytłumaczeń tego antagonizmu jest może odwrotna strona melancholijnej kontemplacji świata zdruzgotanego – zmysłowa, nieomal hedonistyczna delektacja niewyczerpaną obfitością zjawisk, uparcie i nieuchronnie kuszących, uwodzących, pięknych. Być może każdy głęboki melancholik zna tę pokusę, jaką jest nicość świata, gdy się w nią wgłębić zmysłami. Tak jakby nawet po największej katastrofie zawsze możliwa jeszcze była wielka orgia.