Ernst Jünger - robotnik w fabryce mitu

Autor: 

Dodano 07.03.2009

Słowo

Podróż do kresu nocy Luis Ferdinanda Celine’a otwiera słynny fragment opisujący doświadczenia bohatera na froncie pierwszej wojny światowej. Najsilniejszym bodaj akcentem tego passusu jest moment, w którym narrator jest świadkiem, jeśli godzi się tak to ująć, urwania jednemu z oficerów głowy przez przelatujący pocisk. Celine raczy nas w tym dramatycznym momencie uwagą, iż pozbawiona głowy szyja, wyłaniająca się z odzianych nadal w mundur ramion, przypominała garnek bulgoczących konfitur. Pomijając już fakt, że uwaga ta jest dosyć znamienna dla, nazwijmy to, „osobistego” etycznego stosunku do świata, zwłaszcza świata wszelkiej władzy, jaki przejawia z podziwu godną konsekwencją bohater Ceilne’a, jest ona także doskonałym symptomem pewnego modelu literatury, a jeśli kto woli, po prostu: literatury par excellance, w przeciwieństwie do innych rodzajów piśmiennictwa. Przedmiotem tego modelu literatury jest właśnie odrębny, niepowtarzalny sposób, w jaki rzeczy jawią się i są odbierane przez jakiś typ podmiotu, nie zaś obiektywny opis, albo przynajmniej dążenie do obiektywnego opisu zdarzeń. Literaturę taką określić można na użytek niniejszych rozważań jako awangardową. Jej głównym celem jest eksperymentalne wykreowanie nowego, nieznanego dotąd doświadczenia wewnętrznego – spojrzenie Flauberta, typ bohatera celine'owskiego, bohater, a może raczej odruch, Beckettowski – doświadczenia, które zapada nam w świadomość wyraźniej niż poszczególne przygody postaci, która w pierwowzorze doświadczenie to ilustruje lub ucieleśnia[1].

Drodzy Państwo, spróbujcie się natomiast poczuć po Jüngerowsku. Nie twierdzę oczywiście, że jest to całkiem niemożliwe, wymagałoby to jednak dwóch istotnych warunków wstępnych. –  Po pierwsze znamy dostatecznie drogi i przypadki Ernsta Jüngera, tak iż możemy w pewnym stopniu odtworzyć specyficzne tony, jakie w obliczu kilku istotnych rozczarowań, jakie go spotkały, poczynają się przewijać w jego późniejszym dziele (poczynając od Marmurowych Skał); po drugie zaś musimy dobrze orientować się w intelektualnej koncepcji elitaryzmu jednostki u Jüngera, aby móc chwilami wychwycić indywidualny ton, jaki nadaje on tej z gruntu abstrakcyjnej wizji. W pierwszym przypadku będzie to jednak wymagało nabrania karykaturalnego dystansu do autora, w drugim będzie chodziło o obecność jego psychologicznej specyfiki, jego szczególnego esprit, wyraźne i niewątpliwie fascynujące wrażenie obcowania z nim samym. Natomiast wrażenie jakiegoś niepowtarzalnego modelu doświadczenia będzie zdecydowanie niepełne. Co ciekawe, ów niepowtarzalny model, jeżeli już, ukazuje się nam prędzej w esejach Jüngera z lat 30, aniżeli w jego prozie, co postaramy się dalej zilustrować. Inna rzecz, że stworzenie takiego wrażenia nie było też celem, jaki stawiał sobie Jünger, zwłaszcza we wczesnym i najważniejszym okresie swojej twórczości. 

Wróćmy jednak do okropnej rany francuskiego pułkownika. Ernst Jünger przytacza w Stalowych Burzach, co zrozumiałe, dziesiątki przypadków odniesienia ran. Nigdy jednak samych ran nie opisuje. Celine nie dostrzega już osoby nieszczęsnego pułkownika, rannego w taki sposób, iż ma odciętą głowę, co, przyznajemy, w przypadku rany tak paradoksalnej mogłoby nastręczać pewne trudności, a ściślej mówiąc wymagałoby już chyba nadmiaru humanizmu. Celine widzi ranę. Jüngerowi, który w późniejszym okresie twórczości tak chętnie przecież rozwodził się szczegółowo nad barwami i kształtem kwiatów i skrzydeł motyli, nie przyszłoby do głowy opisywanie widoku ran, a jedynie relacjonuje on fakt, iż konkretny żołnierz odniósł takie a takie rany, przy czym ich opis zaczyna się zazwyczaj od wskazania źródła rany (postrzał, odłamek, jakiego kalibru, uderzenie bezpośrednie czy rykoszet, z której strony nadleciał itp.) Dalej, co nie budzi szczególnych kontrowersji, mowa jest o stopniu zagrożenia dla życia rannego, względnie trwałego obniżenia jego potencjału wojennego. Wreszcie w dalszej kolejności, w przypadku obrażeń mniej groźnych, dołącza się jeszcze aspekt lazaretowych żartów żołnierzy na temat ich obniżonej sprawności, przypominający humor kontuzjowanych sportowców. Ciało rannego żołnierza pełni u Jüngera podwójną funkcję – części zasobów ludzkich kaiserowskiej armii, na skutek rany w określony sposób uszczuplonych, oraz indywidualnego przypadku człowieka, jako sumy doświadczeń zebranych w warunkach frontu i poza nim. Obie te funkcje mają charakter całkiem obiektywny, tak iż swoje znaczenie ciało wywodzi z pewnej szerszej perspektywy, do której przynależy – perspektywy sztabowej albo psychologiczno-biograficznej, nie jawi się ono natomiast jako obiekt abstrakcyjny i autonomiczny, zawieszony w nieokreśloności, z której wyłania się dopiero za pomocą indywidualnego opisu, jako już naznaczone raną. Najpierw jest człowiek będący żołnierzem i armia, jest wojna, bitwa i artyleria, a dopiero potem rana. Postrzał w obojczyk. Wszyscy wiemy mniej więcej, czym jest postrzał w obojczyk. Człowiek pada, odczuwa ból, trafia do lazaretu, jest opatrywany, dostaje urlop, być może orzeczenie o trwałej niezdolności do dalszej służby. (Być może z pola bitwy podniesie go jego rodzony brat. Być może brat ów, ewakuując rannego zwróci się myślami ku matce, co doda jego nogom chyżości…) To, jak wygląda sama rana w danym przypadku, jak jawi się obserwującemu, jakie wzbudza w nim wrażenia, przynależy do całkiem innej sfery niż fundamentalne, bezpośrednie i jednolite pojmowanie świata, które wyraża się w świadomie gołym stwierdzeniu, że ktoś „otrzymał postrzał w obojczyk”. Fakty nie potrzebują interpretacji ze strony podmiotu, gdyż swój sens czerpią z szerszej logiki zdarzeń. Dopóki trwa wojna, a więc nieustanne i ciągłe zagrożenie życia jednostki, logika ta jest dla wszystkich walczących, na dobre i na złe scalonych przez rozwój nowoczesnej organizacji w jeden organizm, całkowicie obiektywna.

Obok przypadku literatury, którą określiliśmy w szerokim sensie jako awangardową, w której opis kreuje dopiero nowy sposób oglądu rzeczywistości – przy czym sam język ulega mniejszej lub większej transformacji, tak iż słowa uzyskują nowe odcienie i znaczenia, a nierzadko przekształceniu ulega także sama składnia – istnieje też całkowicie odmienna wizja literatury, która wywodzi się z pewnego fundamentalnego stosunku do relacji pomiędzy słowem a rzeczywistością. W stosunku tym przyjmuje się, że pomiędzy jednym a drugim istnieje bezpośrednia odpowiedniość. Słowo jest narzędziem utrwalenia i komunikacji. Wypowiedziane odnosi się wprost do rzeczy, które określa, a kontekstem, który to umożliwia, jest powszechne i anonimowe doświadczenie w ramach jakiejś konkretnej kultury, obojętnie czy będzie chodzić o funkcjonujące w niej pojęcia abstrakcyjne, czy o przedmioty codziennego użytku. Słowo „klasyczny”, gdyż mówimy tu nie o czym innym, jak o wizji klasycznej, oznacza w pierwotnym kontekście tyle co: doskonały, wzorcowy, najwyższej próby, niedościgniony. Nietrudno dostrzec, że do tego, aby jakieś dzieło ludzkiego talentu wyróżniało się swoją jakością i pełnią (nie zaś oryginalnością) potrzebny jest pewien istniejący już kanon, pewne powszechnie w danej kulturze cenione i wyznawane wartości i wynikające z nich osądy estetyczne, jako obszar odniesienia. Sztuka klasyczna, którego to pojęcia nie należy absolutnie mylić z „klasycystycznym”, jest integralną częścią całości doświadczenia kulturowego, z którego wyrasta i stanowi wzniesienie jakiejś poszczególnej dziedziny w ramach tego doświadczenia na wyższy poziom czystości i precyzji w skondensowanym i pozbawionym zbędnych elementów wyrażeniu fundamentalnych reguł klasycznego doświadczenia. Nie bez racji można zauważyć, że klasycyzm ma coś z tautologii, albowiem przedmiotem myślenia i wyrazu klasycznego jest w ostateczności klasyczna wizja świata jako taka[2]. Dla uniknięcia nieporozumienia należy od razu zaznaczyć, że sztuka nie jest ani jedynym ani nawet głównym obszarem wyrazu doświadczenia klasycznego, a już na pewno nie jest obszarem specjalnie uprzywilejowanym. Sztuka taka, jak jej funkcję pojmujemy współcześnie, w ogóle nie może w obrębie doświadczenia stricte klasycznego się narodzić.

Mówiliśmy o tym, że słowo w doświadczeniu klasycznym jest narzędziem, które służy do komunikacji oraz do utrwalenia – zarówno faktów, jak i pojęć. Kultura klasyczna wychodzi zawsze od tego, co powszechne, (co nie znaczy, że ma to być pojęcie powszechności – przeciwnie, powszechnym jest w pierwszej kolejności udział w doświadczeniu tego, co codzienne) wykształcając następnie dziedziny węższe i przechodząc w końcu do bardziej szczególnych zjawisk indywidualnych, które pozostają jednak w praktycznym powiązaniu ze źródłową całością. Nic nie istnieje w niej w oderwaniu –  pomyślmy o mękach Owidiusza.  Słowo pisane pojawia się w określonych kontekstach: jako dyskurs z obszaru religii – polegający bądź na nadawaniu nazw fragmentom rzeczywistości będącym przedmiotem kultu, bądź do reguł liturgii; jako język prawa; jako mowa polityczna; jako podręcznik np. zasad dobrej uprawy roli albo sztuki snycerskiej; jako dyskurs pochwalny lub upamiętniający – dzieło pamiętnikarskie bądź historyczne, w szczególności zapis kampanii wojennej; wreszcie jako literatura rozumiana zarazem jako estetyzująca rozrywka (dla odbiorcy) i dziedzina studiów i doskonalenia kunsztu, a więc szczególnie wysublimowane rzemiosło dla nielicznych, którzy się nią parają. Piszący nie jest ustami bóstwa, ale człowiekiem, który doskonali się we władaniu słowem. Nie słowo jest u Boga, lecz ubóstwiona jest rzeczywistość, gdyż jest obiektywna i odpowiednio do tego przekonania człowiek wychodzi jej naprzeciw obiektywnym słowem. 

 

Blizny

 

Nie mają większego sensu w odniesieniu do literatury nowoczesnej próby jednoznacznego przyporządkowania dzieła danego twórcy do ściśle pojmowanej wizji klasycznej, podobnie jak nie ma prawdopodobnie czegoś takiego jak „czysta” awangarda.  Nie sposób jednak nie zauważyć, że język literacki Ernsta Jüngera pozostaje zawsze w bliskich związkach z paradygmatem klasycznym, na co wskazaliśmy wyżej, podobnie jak jego droga intelektualna staje się jaśniejsza, jeśli dostrzeżemy w niej poszukiwanie, na rożnych poziomach, jednolitego pojmowania świata, w którym zakorzeniony jest z natury taki sposób formułowania wypowiedzi.

 

Wielka Wojna przy całym radykalnym wstrząsie, jaki stanowiła dla dziewiętnastowiecznych mieszczańskich wartości, była mimo wszystko absolutnie realnym rezultatem dążeń i pojęć XIX-wiecznego świata. To prawda – jest czymś w wielkim stopniu paradoksalnym, że subiekci sklepowi i studenci zoologii, niemal z dnia na dzień zamienili się w zaczajone w okopach narzędzia mordu, gotowe ginąć i zabijać. Jeszcze bardziej prawdziwe jest jednak to, że byli to nadal ci sami ludzie i ten sam świat, jedynie w najbardziej skrajnym wyrazie, na co Celine zwrócił uwagę w sposób najbardziej chyba szyderczy z możliwych. Hekatomba okopów przypominająca ciąg ponurych obrazów z innego świata była jednak ostatecznie wydarzeniem absolutnie z tego świata. Młody Jünger miał powody, aby dostrzegać w rzeczywistości na pierwszej linii frontu swoistą kondensację logiki świata, na co dzień rozrzedzonej do niepoznania w rozlazłej atmosferze mieszczańskiego życia. Kondensację odsłaniającą nowe-stare wartości, nieporównywalnie bardziej twórcze i szlachetne niż pobudki, jakimi na co dzień kierują się powiatowy inżynier albo aptekarz. Więcej nawet, wydaje się, że obstawanie przy realności tego wydawałoby się „innego świata” i jego wartości, było warunkiem koniecznym dla konsekwentnie myślącej jednostki rzuconej na rzeź frontu zachodniego. Tam gdzie narodowe i patriotyczne frazesy okazywały się niewystarczające, a huraganowy ogień przeciwnika usuwał je na dalszy plan bardzo szybko i skutecznie, miało się do wyboru tylko podniesienie do rangi najwyższych zasad etosu wojownika i wiary w jednolitość walczącego organizmu, którego jest się niewielką częścią, albo zostanie samobójcą, dekownikiem, dezerterem lub tchórzem, co wcale nie zwiększało zresztą statystycznej szansy przetrwania. Jak jednak zachować przekonanie o tym, że doświadczenie frontu odsłoniło jakąś głębszą prawdę o współczesnym człowieku, której nie będzie już można zatrzeć i przemilczeć, jeżeli wraz z Traktatem Wersalskim mocarstwa zachodnie obwieściły światu, że właściwie nic nadzwyczajnego się nie stało – ot drobna potyczka, może nieco krwawsza od przeciętnej, awanturujących się Niemców wyrzucono z klubu i możemy podjąć partyjkę kolonialnych warcabów przerwaną w 1914?

Niemcy wojnę przegrały. Nie dlatego, że miały gorszych żołnierzy, ale dlatego, że nie było ich stać na jej dalsze prowadzenie. Ci sami ludzie, którzy nie bez zrozumiałych podstaw widzieli się dotąd jako elita walczącego narodu, z dnia na dzień ujrzeli się jako mięso armatnie taśmowo wysyłane na front przez fabrykę, która musiała zamknąć podwoje pod naciskiem silniejszej konkurencji. Ludziom postawionym przed takim obrazem faktów, pozostawały logicznie dwie możliwości. Po pierwsze samozniszczenie: akceptacja interpretacji wydarzeń przyjętej w Wersalu i w konsekwencji stoczenie się w nihilizm mieszczańskiej dekadencji, obłęd kabaretów, alkoholizm itp. aż po dosłowne samobójstwo włącznie. Nowela Sturm z roku 1923 jest, o ile mi wiadomo, jedynym miejscem, gdzie Jünger–prozaik zajrzał w oczy tej pierwszej możliwości, pokazując na przykładzie postaci Troncka, a zwłaszcza Kiela i Falka nihilizm, jaki nieuchronnie wyzierał zza prób powrotu przez byłych żołnierzy do zwykłej mieszczańskiej rzeczywistości, tak jakby owych czterech brutalnych i heroicznych lat w ogóle nie było. Nie było to rozwiązanie – ani dla Sturma, którego finalny i poniekąd ekumeniczny gest nabiera dzięki wcześniejszym obrazom owych trzech młodzieńców rangi w pełni świadomego kroku – ani dla samego Jüngera, który wojnę przeżył. Jedyną drogą, jaka pozostała, było przyjąć, że walka trwa nadal. Kto albo co jest podmiotem tej walki, odkąd milionowe armie, zdemobilizowane po klęsce, rozmyły się w listopadowej mgle? Cóż. W mundurach czy w garniturach, w strojach pilotów czy w czapkach szoferów, walkę prowadzi naród. Oto jasna, prosta i wyraźna odpowiedź Ernsta Jüngera. Oczywiście, plastyczna wizja narodu w stosunku do tej, jaką uosabiał Bismarck z pruskim wąsem, konno i w pikielhaubie, musiała się zmienić. Jünger był od strony socjologiczno-literackiej bystrym obserwatorem zmian w obrazie współczesności, jakie, m.in. na skutek rozwoju techniki, zachodziły na jego oczach. Kluczowym jest jednak pytanie: w jakiego rodzaju całościowy schemat wpisywał on zaobserwowane przemiany, w jaki sposób definiował ich kierunek, pod jakim kątem systematyzował zebrane obserwacje ze sfery materialno-społecznej?

 

Program

 

Przyjrzyjmy się Robotnikowi. Uważa się często, że w dziele tym Jünger dokonał głębokiej i precyzyjnej diagnozy współczesności i w jej wyniku doszedł do postulatu stworzenia, w oparciu o symptomy nowoczesności, tak jak zostały przez niego zdefiniowane, nowej, uniwersalnej (zarówno w sensie jej ponadnarodowego, jak i – zwłaszcza – pozaklasowego charakteru) wizji człowieka. Przy tym fakt, że owa radykalnie nowoczesna wizja zrealizować się miała w Niemczech, dałby ojczyźnie Jüngera zwycięstwo w niedokończonej wciąż rozgrywce, dla której Wielka Wojna stanowiłaby zaledwie preludium. Kim jest zatem robotnik i na czym polega jego nowość? Weźmy taki fragment z Robotnika: „To wydarzenie [natarcie ochotniczych pułków pod Langemarck] znaczące nie tyle w ramach historii wojny, ile raczej historii idei, posiada wielką rangę (…) Wolna wola, wykształcenie, zapał i upojenie pogardą śmierci nie wystarczają do pokonania marnych kilkuset metrów, na których włada czar mechanicznej śmierci. (…) Przeszkodą, która zatrzymuje bicie nawet najdzielniejszych serc, nie jest człowiek wykonujący jakościowo lepsze czynności (…) Można dać odpór odczuciom serca i systemom ducha, podczas gdy istnieje przedmiot nie do odparcia – a tym przedmiotem jest karabin maszynowy”[3]. Oto klasyczna konstatacja bezradności człowieka wobec przemocy techniki. Zaraz jednak czytamy: „Ujawnienie się kosmicznego przeciwieństwa stanowiło centralną podwalinę wydarzeń pod Langemarck – wciąż się powtarzającego, gdy naruszony zostanie ład świata”. W innym miejscu Robotnika Jünger deklaruje: „Stan rzeczy, w jakim się znajdujemy, podobny jest do antraktu, gdy opadła kurtyna i dokonuje się chaotyczna wymiana personelu i dekoracji”. Mamy więc tryumf techniki nad jednostką wraz z wszystkimi osobniczymi cechami, które determinują jej indywidualną wartość. Nie jest to jednak trwały stan odgradzający odtąd człowieka coraz bardziej od pewnych obszarów duchowości, o ile nie odwróci się on od techniki i tego, co ona ze sobą niesie, tak jak ma to, w dużym uproszczeniu, miejsce zdaniem Heideggera. Jest to raczej zachwianie równowagi, towarzyszące pospiesznemu nadejściu nowej epoki, wobec której ludzie epoki dawnej okazują się bezradni. Ponadto ta swoista „czkawka”, niezdolność do zasymilowania wytworów techniki wiąże się z tym, że w latach wojny znajdowała się ona na bardzo przejściowym stadium, nierównomiernie rozprzestrzeniona w różnych obszarach samego nawet pola bitwy, nie mówiąc o całym obrazie cywilizacji, i – co najważniejsze – jej wpływ na życie nie zdążył jeszcze odcisnąć się w sposób na tyle wyraźny, by pod tą pieczęcią uformowały się nowe kształty z ludzkiego tworzywa. Mówiąc najprościej – bezsprzecznym faktem jest, że w pierwszych dwóch dekadach dwudziestego wieku świat zalany został nowym bezwzględnym żywiołem wytworów techniki, podczas gdy mieszkańcy tego świata nie wykształcili w sobie jeszcze odpowiednich kończyn i organów pozwalających im płynnie poruszać się i funkcjonować w tym żywiole. Jednak już wokół Jünger dostrzega rzesze ludzi młodych i nieznających obawy – z pilotami samolotów na czele – którzy bez żadnego wahania chwytają w swe silne i pewne dłonie drążki sterowe aeroplanów, kierownice czołgów, dźwignie w tablicach rozrządowych taśm fabrycznych, tak jak dawne pokolenia chwytały za miecz, pług albo arkebuz.

Sam twórca koncepcji robotnika utrzymywał, że w postaci tej wskazał na zupełnie nowy, pod względem antropologicznym, typ ludzki zrodzony, przynajmniej w części, na skutek trwałej interakcji człowieka z techniką. Czy rzeczywiście tak jest? Czy konstytutywne cechy robotnika, tak jak je definiuje Jünger faktycznie wynikają z cywilizacyjnego zderzenia człowieka ze światem nowoczesnej techniki, czy też ich źródło jest zupełnie inne i w dodatku wcale nie nowe, a sam stosunek do maszyny u robotnika jest jedynie jego współczesnym atrybutem? Co właściwie składa się na tę szczególną koncepcję?

Pierwszą cechą robotnika jest jego pozostawanie w ścisłym związku z tym, co techniczne. Jünger niejednokrotnie podkreślał, a najbardziej dobitnie i wprost uczynił to w artykule pt. „Technika i jej przyporządkowanie”, że to, co techniczne, rozumie o wiele szerzej niż tylko jako to, co wiąże się z obecnością w naszym życiu maszyn. Maszyny byłyby jego zdaniem jedynie efektem tego, co jest techniczne w stosunku człowieka, a ściślej władzy, do niego samego. Czymś technicznym jest zatem przećwiczony i zdyscyplinowany szyk bojowy rzymskich legionów, a nawet sposób, w jaki ludzki mózg koordynuje precyzyjne manewry obu dłoni, np. u tkającej kobiety. Obecność maszyn jedynie intensyfikowałaby zatem dramatycznie obecność techniki jako czynnika organizującego życie społeczne. Oznacza to jednak, że same wewnętrzne cechy robotnika, polegające na nieograniczonym otwarciu na ingerencje czynnika technicznego w organizację każdej sfery jego życia, nie są czymś zasadniczo nowym. Maszyny, co stwierdza Jünger wprost, same jako takie są tylko narzędziem. Niemniej stwarzają one, poprzez swą wszechobecność, szansę na to, aby techniczna dyscyplina (w najszerszym tego słowa znaczeniu, w którym człowiek podporządkowuje się świadomie i nie bez czci wyższej, ponadindywidualnej zasadzie porządku, która stoi za wszystkim, co wzniosłe w kulturze, przez Jüngera pojmowanej jako to, z czego składają się dzieje cywilizacji) zdominowała sposób, w jaki definiuje siebie nowy człowiek, zrodzony po końcu historii. Jakkolwiek teatralnym może się to dziś wydawać, Jünger widział w wojnie materiałowej cezurę odgradzającą dawnego człowieka historycznego od nowego, pozbawionego indywidualnej, osobistej psychologii, człowieka epoki heroizmu. Heroiczna tożsamość jest więc drugim elementem, z którego składa się robotnik. Ona również nie jest niczym nowym i nie może taką być, gdyż z samej swojej definicji jest czymś pozaczasowym. Teoria następstwa epok, w ramach którego po czasie ludzi nadszedł znów, rozpoznawany po licznych oznakach, czas bohaterów, prócz tego, że czyni o wiele istotniejszymi niedawne dramatyczne przeżycia frontowe jej autora, pozostaje w oczywisty sposób pod wpływem filozofii Vico.

Zjawiskiem nowym – i jest to dotąd brakujący, trzeci element robotnika – byłoby natomiast związane z rozpadem XIX-wiecznych struktur społecznych zrównanie wszystkich dawnych klas we wspólnym mianowniku, jakim byłby ściśle stechnicyzowany stosunek świata wobec jednostki, niezależnie od miejsca w społecznej drabinie, jakie owa jednostka zajmuje. Dopiero zanik dawnych społecznych porządków wymoże podporządkowanie całej populacji nowej, jednolitej, stechnicyzowanej zasadzie. Jak widać, do tego, aby dwa pierwsze, ahistoryczne rysy robotnika mogły uwidocznić się w twarzach i sylwetkach współczesnych, musiał dokonać się również ruch wewnątrz historii, która poniekąd dialektycznie zniosła samą siebie w chwili, gdy zgodnie z przeświadczeniem Jüngera „ostatni człowiek” popełnił samobójstwo w sierpniu 1914 r. Oto ponownie Robotnik: „To, co zasługuje na uwagę, jest przygotowaniem nowej jedności miejsca, czasu i osoby, dramaturgicznej jedności, której nadejście przeczuwać można za ruinami kultury i za śmiertelną maską cywilizacji.” Za chwilę zatem chaotyczna wymiana personelu i rekwizytów dobiegnie końca, ład świata zostanie przywrócony, rozpocznie się kolejny akt klasycznego spektaklu. Zradykalizują się w nim formy wyrazu, a gra bohaterów odznaczać się będzie zarazem niespotykaną dotąd, porażająco chłodną precyzją, w zgodzie ze ściśle rozpisaną partyturą, jak i pewną patetyczną, powściągliwą sztywnością ruchów.

 Czy wobec tego w tym, co Jünger dostrzegał w gwałtownie modernizującym się świecie lat 20 i 30, nie było niczego rzeczywiście nowego, jeśli, tak jak zauważyliśmy przed chwilą, nawet to, co nowe, jako warunek koncepcji robotnika, było naturalnym skutkiem tego, co stare w świecie mieszczan? Jeżeli maszyny należą jedynie do szerszej i z istoty swojej kulturotwórczej sfery tego, co techniczne, dlaczego autor Robotnika tak uparcie powołuje się na ich świadectwo? Czy jest to tylko estetyczna słabość do obrazów samolotów i czołgów, tak jak Borges, według własnych, pełnych autoironii słów, obsesyjnie powraca do motywów sztyletu i tygrysa? Pomijając w tym miejscu to, że maszyny są jednak zjawiskiem znacznie bardziej złożonym od samego instynktu ładu i zmysłu planowanego działania, gdyż są one, w przeciwieństwie np. do modelu rzymskiego obozu wojskowego, rezultatem odkryć poczynionych przez naukę (a więc jednak są czymś w istocie swojej nowym), proponuję przyjrzeć się pewnym socjoekonomicznym skutkom ich wzrastającej roli w uprzemysłowionym społeczeństwie. Niewykluczone, że skutki te złożą się na zjawisko nie tak znowu odległe od tego, jak Jünger wyobrażał sobie robotnika, choć z pewnością daleko bardziej prozaiczne.

 

Jeśli pominiemy na chwilę budujące, ale przyjęte przez Jungera a priori odniesienia do sfery heroicznej ludzkiego doświadczenia, a także przemilczymy z wielu względów absurdalną dziś, totalitarną, militarystyczną zawiesinę, w której unosi się pojęcie robotnika, być może okaże się, że jako jego model możemy postrzegać typ, o którym powiemy dziś „robotnik wykwalifikowany" – w przeciwieństwie do „zwykłego” robotnika, które to pojęcie wywodzi się z pierwszych dziewiętnastowiecznych syntez wczesnych stosunków kapitalistycznych i odnosi się do pojęcia pracy pojmowanej abstrakcyjnie, o tyle, o ile stanowiła ona pewne quantum energii przeciętnie możliwe do pozyskania z określonej liczby rąk do pracy. Od robotnika, który posiada dwie ręce, a ponadto, co szybko podnieśli socjaliści, także żołądek, odróżnić powinniśmy robotnika, rozumianego jako jednostka, która związała swoje życie, poprzez praktyczno–zawodową edukację, z wykonywaniem określonych, często wysoko wyspecjalizowanych czynności w procesach produkcji i komunikacji, w szczególności polegających na obsłudze zaawansowanych technologicznie maszyn. Takie pogłębienie relacji pomiędzy wykonującym jakąś pracę człowiekiem a jego narzędziem niesie ze sobą dalekosiężne skutki i to w dwóch obszarach. Po pierwsze, jednostka uzyskuje w ten sposób nową tożsamość oraz godność, a także dzięki zwielokrotnionej wartości na rynku pracy wyrywa się z zaklętego kręgu przypływów i odpływów podaży zatrudnienia oferowanego przez podmioty dysponujące kapitałem. Mogąc w spokoju realizować swoje indywidualne zdolności w określonej wąskiej komórce ogólnej struktury społeczeństwa i gospodarki, jednostka ta może wznieść się w wymiar heroiczny, z chwilą, gdy jej wysiłek, wraz z wysiłkiem całego społeczeństwa wprzęgnięty zostanie na tory walki narodowej. Drugą konsekwencją jest to, że same stosunki gospodarki kapitałowej ulegają pewnym zmianom, w momencie, w którym pracodawcy odkrywają, że wydajność pracy robotnika różni się dość znacznie w zależności od stopnia jego wykwalifikowania i doświadczenia, a nawet talentu, którego to czynnika nie sposób przeoczyć w obliczu postępującej specjalizacji pracy. W efekcie, za prognozami Jüngera dostrzec można wizję pewnej humanistycznej wręcz harmonii stosunków gospodarczo-społecznych, oczywiście w obrębie danego państwa narodowego i z uwzględnieniem jego partykularnych interesów, w której przedsiębiorcy we własnym interesie dbają o racjonalną organizację procesu produkcji, uwzględniającą najwyższy i niewyczerpany niemal potencjał, jakim są indywidualne zdolności oraz zaangażowanie pracującej jednostki.

Trzeba przyznać, że Jünger słusznie, na ogół patrząc, odrzucił interpretacje stosunków społecznych wynikające z doktryny Marksa (pomijając oczywiście to, że już na starcie odrzucał z góry przyświecające jej cele). Jeśli zastanowimy się nad tym, co powiedzieliśmy na temat wpływu zaawansowanej techniki maszynowej na pracę, jej jakość, kontekst ekonomiczny i etyczny, łatwiej przyjdzie na przykład pojąć znany paradoks (rzecz jasna odsuwając na bok cały szereg konkretnych i w praktyce daleko od tak ujętej kwestii ważniejszych uwarunkowań historycznych), że do rewolucji komunistycznych dochodziło zawsze, niezależnie od epoki, w krajach nie tylko społecznie, ale i technologicznie zacofanych. Przeciwko takiej ocenie można by wysunąć argument, iż Jünger zdecydowanie nazbyt idealistycznie i literacko przedstawiał realia pracy ówczesnej jednostki, czego znamiennym przykładem jest to, że chwytał się obrazów szoferów, pilotów, żołnierzy grup szturmowych, pomijał zaś milczeniem masy zginające karki przy taśmach fabrycznych, na które w tych samych latach zwrócili uwagę Chaplin i wspominany wcześniej Celine. Obaj oni, obok podkreślenia destrukcyjnego wpływu takiej pracy na jednostkę, pokazali mimochodem nieefektywność i postępującą już wówczas erozję systemu pracy opracowanego przez Henry Forda. W dzisiejszych fabrykach na Zachodzie nikt nie stoi przez dziesięć godzin bez przerwy przy dudniącej taśmie, przykręcając w szaleńczym tempie jedną i tą samą śrubę. Prawie cały proces produkcji przemysłowej jest zautomatyzowany. Zadania robotnika polegają na koordynacji co bardziej delikatnych elementów tego procesu dzięki obsłudze złożonych urządzeń mechanicznych, a coraz częściej po prostu – i aż – na kontroli funkcjonowania informatycznych systemów operacyjnych sterujących daną częścią produkcji.  Robotnik w dawnym, proletariackim sensie – czyli coś, co w krajach znajdujących się do niedawna pod okupacją sowiecką jako relikt zachowało się pod nazwą „robol” – w tzw. krajach wysoko rozwiniętych nieomal całkowicie zaniknął. Wszystko to jest oczywiście w dużej mierze estetyczną tendencją do widzenia rzeczy w pewien sposób, o której można by powiedzieć, że nie tyle potwierdza słuszność wizji Jüngera z początku lat 30, co po prostu powtarza je w nowych realiach, i przeciwko której wielu nie omieszka posłużyć się inną estetyczną tendencją, wskazując na obszary jałowości i beznadziei kryjące się pod obrazem rzeczonych robotników myjących się po 8-godzinnej pracy i przebierających w markowe dżinsy w czystej szatni zakładowej. Mimo wszystko jednak wiele zdaje się przemawiać za tym, że Jünger był tu bliższy prawdy, zważywszy, że rewolucja jakoś się nie pokazuje, a socjalizm w rozumieniu marksistowskim jest dziś w równym stopniu jak nacjonalizm trupem, co najwyżej podrygującym od elektrowstrząsów kanapowej retoryki. W każdym razie koncepcja Jüngera oparta była na optymistycznym sposobie selekcji gromadzonych przesłanek i w tym radykalnie przeciwstawiała się krytycyzmowi lewicy, który – z konserwatywnego punktu widzenia – zanim przejdzie do kreślenia pozytywnych obrazów przyszłości musi najpierw robotnikowi obrzydzić jego aktualne status quo, odbierając mu zawczasu wiarę w sens pozbawionego nierealnych ambicji, ale konsekwentnego realizowania się w ramach społeczeństwa i narodu, tak iż na końcu pozostawia mu świadomość nagiej, monotonnej i bezmyślnej (nawet jeśli prowadzonej w relatywnie godziwych warunkach) pracy. Dochodzimy tu znowu do pytania o możliwość pozytywnego, niekiedy wręcz pełnego czci, stosunku człowieka do prostej codzienności jego trudu, o możliwość niezmąconego fantazmatami poczucia własnej tożsamości wywiedzionego z wartości pracy własnych rąk i własnego zaangażowania. O figurę człowieka wolnego od trosk innych, niż związane z jego codziennym, realnym i praktycznym wysiłkiem. Jest to klasyczny problem, niemal odwieczny, wykraczający poza kontekst społecznych i gospodarczych perturbacji lat międzywojennych. Można w tym miejscu przypomnieć zarówno postacie robotników ze wczesnych dokumentów Kieślowskiego, którzy z troską wskazują na spotkaniach zakładowych na uwierające ich objawy dysfunkcjonalności systemu, w ramach którego chcieliby uczciwie pracować, jak i Błogosławieństwo Ziemi Hamsuna, ontologię jestestwa Heideggera, a nawet Hezjoda, a także słynny fresk Ambrogio Lorenzettiego z Palazzo Pubblico w Sienie przedstawiający alegorię Złych i Dobrych Rządów…

Bynajmniej Jüngera nie trywializując, można zauważyć, że położył on nieświadomie najgłębsze fundamenty pod klasyczną chadecką wizję społecznej solidarności w ramach narodowej gospodarki rynkowej. A uwypuklone przez niego aspekty stosunku robotnika do pracy znalazły później centralne miejsce także w społecznej nauce Kościoła katolickiego. Jeśli trzymać się mamy opisanych wyżej ekonomicznych i praktycznych konsekwencji zjawisk opisanych przez Jüngera, musimy stwierdzić, że zmaterializowały się one na przykład całkiem wyraźnie w społeczno-ekonomicznym systemie Republiki Federalnej Niemiec i nawet brak w etosie tej ostatniej jednoznacznych akcentów narodowych nie przeczy temu twierdzeniu, gdyż sukces ekonomiczny RFN w latach 50 i 60 - sukces zachodnioniemieckiego robotnika – oparty był na zasadniczo przemilczanym, ale bardzo jasnym przekonaniu, podobnie jak w Japonii, że rozwój gospodarczy, poparty ciężką i zdyscyplinowaną pracą, jest jedyną dostępną formą odbudowy autorytetu i międzynarodowej pozycji kraju.

 

Rzesza

 

Koncepcja Jüngera nie sprowadzała się jednak wyłącznie do kwestii socjoekonomicznych i obarczona była w związku z tym także bardzo istotnym błędami. O ile opisane wyżej pozytywne aspekty jego projektu były dalekowzroczne w tym stopniu, w jakim pozwalały na przełamanie przestarzałych schematów teorii XIX-wiecznego socjalizmu, o tyle słabym jego punktem było to, że projekt ten nie mógł się obejść bez równie pozbawionego przyszłości paradygmatu państwa narodowego jako jednoczącego celu. Jünger zakładał, że entuzjazm robotnika niezbędny do tego, aby jego zbiorowy wysiłek przekształcił się w totalną mobilizację, nie może wynikać z samego faktu operowania nowymi cudami techniki (choć aspekt ten sam w sobie był także istotny), lecz musi być stymulowany przez pewną wyższą, uruchamiającą głębsze pokłady ludzkiej ambicji i poświęcenia, heroiczną zasadę. Entuzjazm taki możliwy był jego zdaniem tylko w ramach nacjonalistycznej rywalizacji mocarstw dążących do rozstrzygnięcia kwestii ich prymatu w drodze bezpośredniej konfrontacji. Niemcy mieliby w rezultacie zwyciężyć dzięki daleko głębszemu zaangażowaniu w walkę bodźców heroicznych, w przeciwieństwie do państw Zachodu, opierających swą efektywność wyłącznie na obojętnych etycznie mechanizmach liberalnej gospodarki rynkowej. Jünger najwyraźniej wyobrażał sobie, że wspomniany proces awansu technologicznego pracy, a więc ewolucja jej etycznego statusu na skutek postępu jej technicznej złożoności, nie dokonuje się równolegle w USA czy Anglii. Pogląd taki mógł wynikać chyba tylko ze sztucznie przyjętego założenia, że w krajach tych gospodarka ściśle liberalna powoduje petryfikację statusu pracy w formach wczesnokapitalistycznych, czy jeśli wolimy: „fordowskich”, jako anonimowej, całkowicie przeliczalnej i pozbawionej wszelkiego etosu siły, stanowiącej element rynkowej gry podaży i popytu. Tymczasem w Niemczech, dzięki niemieckim cnotom, tradycji cechowego rzemiosła oraz doświadczeniom socjalizmu bismarckowskiego przezwyciężyć miano w iście heglowskim stylu sprzeczność pomiędzy indywiduum a zbiorowością. W ten sposób powstać miałaby całość, o niespotykanym dotąd stopniu efektywności, która zdystansuje Zachód. Przyszłość pokazała najlepiej, że były to idealistyczne rojenia oparte na życzeniowym schemacie, dającym się streścić w założeniu, że będzie pięknie, gdyż będzie pięknie, a także na zupełnie zagadkowym – jeśli odrzucić naszą tezę o wspomnianej chybionej diagnozie co do rozwoju społeczeństw liberalnych - mniemaniu, że w warunkach faktycznej konfrontacji militarnej zaangażowanie i determinacja Anglików czy Amerykanów okażą się mniejsze niż zaangażowanie i determinacja Niemców. – Widać tu odziedziczone po epoce wilhelmińskiej echa wiary w pruską drogę, zarówno, jeśli chodzi o sferę rozwoju społeczno-gospodarczego (tzw. pruska droga do kapitalizmu), jak i o „duchową” odrębność Prus mającą rzekomo[4] stanowić cywilizacyjną kontrpropozycję w stosunku do modelu będącego owocem kilkusetletniej ewolucji państw Zachodu.

 

Prawdą jest, że Jünger na przełomie lat 20 i 30 bez wątpienia trafnie odnotował długi szereg symptomów, wskazujących na istotne przesunięcia w relacji pomiędzy władzą a indywiduum, wynikające w szczególności z erozji dawnych form władzy, wywodzących się jeszcze z epoki feudalnej. W tym kontekście kluczową rolę odgrywa odkrycie przez Jüngera charakterystycznego dla nowej epoki zjawiska mobilizacji intensywnej (na wyrost chyba określonej przez niego jako totalna), w przeciwieństwie do mobilizacji ekstensywnej, typowej dla dawniejszych stosunków opartych na relacji pomiędzy władzą a masą. Zjawiskiem typowym dla mobilizacji ekstensywnej był na przykład powszechny pobór do wojska, przy jednoczesnym niskim poziomie wyszkolenia rekrutów, albo powszechna, ale pozbawiona praktycznych walorów edukacja; podobnie podporządkowanie sobie przez mocarstwa kolonialne olbrzymich terytoriów na wszystkich kontynentach jedynie dla prowadzenia rabunkowej gospodarki i, nieco później, poboru rekrutów. Teza o coraz intensywniejszej i dokładniejszej mobilizacji obszarów i dziedzin ludzkiego życia, które we wcześniejszych epokach pozostawały dla rywalizujących ośrodków władzy całkowicie indyferentne, była niewątpliwie słuszna, co przyzna dzisiaj chociażby każdy czytelnik Foucaulta. Nietrafne były natomiast wyobrażenia Jüngera na temat formy ustroju państwa, mającej najlepiej odpowiadać przewidywanej przez niego progresji procesu intensywnej mobilizacji. Dyktatura nie tylko nie okazała się ustrojem niezbędnym dla coraz intensywniejszej mobilizacji niezliczonych nowych obszarów ludzkiej aktywności, ale nawet nie okazała się na dłuższą metę ustrojem jej sprzyjającym. Działo się tak i dzieje z bardzo prostego powodu. Nie można stworzyć władzy o charakterze dyktatorskim bez oparcia jej na określonej ideologii, a ta z definicji musi w sposób arbitralny wyłączać niektóre obszary z procesu mobilizacji. Tymczasem to ustroje demokratyczne znacznie lepiej poradziły sobie, jeśli chodzi o konsekwentne wyzyskanie i zarządzanie postępującym procesem potencjalnej mobilizacji poszczególnych naczyń włoskowatych społecznej machiny. Dość zauważyć, że Niemcy mogli w pewnym momencie wytworzyć więcej samolotów, ale to Anglicy wynaleźli radar.– To, że Jünger liczył, że Niemcy będą w stanie, dzięki ustanowieniu totalnej władzy oraz pobudzeniu ducha heroicznego, za jednym zamachem podporządkować swoim celom narodowym wszelkie zjawiska coraz intensywniejszej mobilizacji, było nader osobliwym qui pro quo, gdyż jak sam tego w zasadzie dowiódł nieco później w O bólu, intensywna mobilizacja w skali makrospołecznej jest procesem konsekwentnie eliminującym wartości heroiczne. Literacka wrażliwość może zawsze doszukać się heroizmu wewnątrz poszczególnych ruchów mobilizacji, nie znaczy to jednak, że jakiekolwiek wartości heroiczne władne są sterować tym globalnym zjawiskiem.

Zamiast pojęcia mobilizacji, które już ze swojej istoty ma odcień militarny i w tym sensie zakłada milcząco, że rosnąca „dyscyplinacja” poszczególnych obszarów życia społecznego służyć ma konfrontacji rywalizujących podmiotów, dziś należałoby zresztą posłużyć się raczej pojęciem kontroli. W przeciwieństwie do władzy totalnej, która, angażując całość swoich sił w konkretne, dialektycznie zdefiniowane przedsięwzięcie, zmuszona jest prędzej czy później powrócić do modelu mobilizacji ekstensywnej, demokracja liberalna poprzestaje na zwiększaniu obszaru potencjalnej kontroli. Jest przy tym znanym paradoksem, że każde stworzenie takiego nowego obszaru odbierane jest w pierwszej kolejności jako sukces instynktu wolności, pozwalający uciec przez ekstensywną eksploatacją ludzkiego życia przez wymagania społecznej rywalizacji. Mobilizacja, rozumiana jako proces ukierunkowany na zewnątrz, w demokracji liberalnej pojawia się jedynie sporadycznie i nigdy nie jest totalna. Konfrontacja wojskowa okazuje się nie tylko nieefektywna, ale także niepotrzebna, jeśli zdamy sobie sprawę, że jest środkiem służącym mobilizacji ekstensywnej, przynależącej w swojej istocie do epoki kolonialnej. Oczywiście prowadzi się regularne symulacje mobilizacji: kontrolowane wybuchy, próby z nowymi nośnikami broni, środki demonstracyjnie asygnowane dla wojskowych budżetów, z rzadka tylko ćwiczebne wojny przeciwko jakimś egzotycznym watażkom. Tym, co jest tu mobilizowane, jest w rzeczywistości pieniądz i to dość wirtualny. Frontalna wojna nie jest już przedłużeniem polityki, odkąd jej granicą jest widmo atomowej zagłady. Odtąd rząd liberalny niczym bankier kontroluje zasoby i wylicza swój ogólny potencjał, ale go nie użytkuje. Liczby nie kłamią. Nie ma więc potrzeby rzucać na szale życie i śmierć. Po cóż włączać w grę nadzieję, strach, wiarę, dumę, wyzwalać duchowe zrywy i heroizm, skoro wynik można dość dokładnie obliczyć? Lepiej się kontrolować. Ostatni człowiek jednak żyje najdłużej…

 

33-45

 

W tym momencie możemy ocenić w przybliżeniu stosunek Jüngera do niektórych kierunków polityki NSDAP. Bez wątpienia Jünger pozytywnie oceniał odejście od odczuwanej w dobie Wielkiego Kryzysu jako źródło społecznego chaosu gospodarki liberalnej w kierunku etatyzmu, co udało się zrealizować bez uciekania się do recept marksizmu. Zwiększenie zatrudnienia i czasowa poprawa sytuacji gospodarczej były faktem, który dla autora Robotnika mógł stanowić przejmującą dreszczem zapowiedź upragnionej totalnej mobilizacji. Aktywizacja społeczna i widoczny entuzjazm mas, a szczególnie ludzi młodych również stanowiły objaw łudząco podobny do tego, co Jünger zakładał w swoich polityczno-społecznych proroctwach. Jeśli dodamy, że w przeciwieństwie do mas, którym zależało przede wszystkim na reformie stosunków wewnętrznych, Jünger za nieuniknioną – i chciałoby się dodać: wytęsknioną – uważał wojnę, łatwo zrozumiemy, dlaczego odbudowa armii, rozwój przemysłu zbrojeniowego, konsolidacja i mobilizacja społeczeństwa, przyrost zasobów poprzez przyłączenie Austrii i Sudetów, a także wizjonerski stosunek nowych władz do przyszłości Niemiec były miłe jego sercu. Tym, czego Jünger natomiast nie popierał, jako sprzecznego z jego programem, była rasistowska, biologistyczna ideologia nazistów, powierzchowność – i przez to fałszywość – ich rewolucji przy jednoczesnej oddolnej korupcji życia publicznego i wszechobecnym oportunizmie, a także wulgarne ramy estetyczne, w jakie szajka Hitlera wtłoczyła niemieckie ambicje. Mówiąc najkrócej, Jünger z przykrością, choć i nie bez wahania, obserwował jak wiele z jego szczytnych wyobrażeń nabiera kształtu nie w majestatycznych figurach wojowników, lecz w plugawych sylwetkach dozorców i katów. Nikt nie lubi być zmuszonym przeglądać się w krzywym zwierciadle.

 

Obraz

 

O poetyce historiozoficzno-społeczno-politycznych esejów Jüngera z lat 20 i początku 30 należałoby powiedzieć, że ma do niej zastosowanie coś w rodzaju zasady nieokreśloności Heisenberga. Im bardziej wyraziste i przekonujące są figury kreślone przez Jüngera, tym bardziej arbitralny jest ich związek z politycznym wektorem, w jaki autor próbuje je wkomponować. I odwrotnie, im wyraźniejsza jest dziejowa dynamika poszczególnych konceptów, tym mniej jasne robi się, na czym mają one w istocie polegać. Weźmy jeszcze raz Robotnika. Niejeden jüngerysta być może przecierał oczy czytając naszą analizę owej koncepcji, która przecież w intencji autora opisywać miała zupełnie nowy typ ludzki, wkraczający gromko na arenę dziejów po oficjalnie obwieszczonym przez Jüngera zgonie „ostatniego człowieka” w sensie Nietzscheańskim. I rzeczywiście, wiele aspektów tej postaci, takich jak jej anonimowość, zdolność do przezwyciężenia swych jednostkowych ograniczeń, a przede wszystkim stosunek do cierpienia, zbliża robotnika w niektórych istotnych punktach do Nadczłowieka. W szczególności fascynujący esej O bólu z roku 1934 dostarcza wielu bardzo głębokich rysów owego nowego ludzkiego typu. Odrzyjmy jednak robotnika z takich ahistorycznych motywów jak heroizm, gotowość do całkowitego poświęcenia dla realizacji powierzonego mu zadania, wychodzący naprzeciw, nie zaś eskapistyczny, stosunek do bólu i perspektywy własnego unicestwienia, odrzucenie obiektywizmu i abstrakcyjnych racji w działaniu. Wszystkie te rysy łączy to, że należą do porządku kosmologii i dają o sobie znać zawsze wtedy, gdy ludzka jednostka świadomie mierzy się z nieskończonością, nie da się natomiast za ich pomocą definiować jakiegoś fragmentu dziejów – chyba że za obiektywny opis takiego fragmentu uważamy np. Iliadę albo W stalowych burzach (w warstwie, w której książka ta prezentuje indywidualne dokonania, a nie obyczaje). Problem z diagnozami Jüngera z lat międzywojennych polega na tym, że cały jego język i poetyka, w jakiej najgłębsze punkty jego rozważań się artykułują, przynależą do żywiołu mitu, gdy tymczasem Jünger aplikuje te rozważania do aktualnie toczących się wydarzeń. Jeśli skupimy się wyłącznie na tym, co stanowi konkretne, historyczne novum w kreowanej przez niego sekwencji obrazów świata robotnika pozostanie nam właściwie tylko wspomniana kwestia stosunku człowieka do techniki. Jak widzieliśmy, trajektorię robotnika daje się wówczas dostrzec w prądzie XX-wiecznej historii, ale pojęcie to traci przy tym prawie całą swoją, tak niepokojącą pod natchnionym piórem Jüngera, ostrość.

Pamiętajmy, że w traktatach Jüngera z początku lat 30 wizjonerski charakter miały nie tylko niektóre z wysuwanych hipotez, ale przede wszystkim sama forma. W Robotniku albo w O bólu Jünger rozciąga przed oczami czytelnika wielką panoramę, wypełnioną najprzeróżniejszymi, selektywnie dobranymi scenami, należącymi zarówno do historii, jak i teraźniejszości, w których ludzkie drobiny wykonują wszystkie niemal świeckie obrządki tego świata. Są to wielkie obrazy cywilizacji. Jako takie, jako kompozycje, naznaczone są określoną tendencją, stylem, na który składają się wspomniany wyżej dobór tematów, ich określona dramaturgia, sposób, w jaki nadają one sobie nawzajem niepokojące i coraz to bardziej wymowne znaczenie. Znać w nich wielką pasję, by nie powiedzieć pełen przerażenia zachwyt dla ziemskiego świata, jaki ogarnia autora z chwilą, gdy zaczyna syntetyzować swoje doświadczenia w formie wizjonerskiego dzieła, przy czym sens, czyli kierunek w obrębie współczesnego kontekstu, jaki autor nadaje owym wizjom, ma znaczenie drugorzędne i jest bezpośrednim i nieuniknionym wynikiem typu jego osobowości. Pod tym względem eseje Jüngera z tego okresu bardzo bliskie są poetyckim cyklom Whitmana, o którym autor Stalowych Burz wspomina nawet w Robotniku oraz, w jeszcze większym stopniu, wizjom ogrodów ziemskiej rozkoszy, wymieszanych z obrazami wszechogarniającej destrukcji u Boscha albo Breughla, do których Jünger również bezpośrednio się odwołuje w O bólu. Być może takie spojrzenie na ówczesne teksty Jüngera kwestionuje przyświecające przy ich powstawaniu pretensje do aktualnej diagnozy, niemniej jest ono, paradoksalnie, doskonale zgodne z jego własną metodą. Sam Jünger zresztą w późnym okresie dystansował się poniekąd od życzeniowego (a więc bezpośrednio odnoszącego się do tego, co aktualne) wątku tych dzieł. – W wywiadzie udzielonym „Spieglowi” w roku 1982 Jünger, klucząc nieco, sugeruje niejasno, że tendencja do ujmowania przytaczanych zjawisk jako przejawów pewnego totalnego procesu jest u niego wynikiem bardziej intensywności zaangażowania w tworzony opis oraz estetycznych inklinacji do wizji porządku („mam feblika do systemów ładu”) niż osobistych politycznych życzeń – „(…) totalna mobilizacja. To konstatacja, a nie ocena wartościująca. Moje osobiste oceny są akurat zupełnie inne. Może wolałbym żyć w cudownej epoce dekadencji (…)”.

 

Literatura

 

Obok przekornej postawy dandysa, przybieranej przez samego Jüngera, być może przebija więc jednak, wewnątrz jego dzieła, ów indywidualny ogląd rzeczywistości, warunkujący wspominany przez nas na wstępie niepowtarzalny model doświadczenia. Czy czasem nie tam właśnie, gdzie Jünger w pozornie zobiektywizowany sposób sięga do czegoś ponadindywidualnego, a także dawniejszego (bardziej antycznego) niż nowoczesna tendencja indywiduum do patrzenia na świat przez pryzmat własnych oczu (np. zaspanych albo opuchniętych), ujawnia on swoje, jedyne w swoim rodzaju i silniejsze od wszelkiej teorii, natręctwa i odruchy? Język Jüngera zachowuje wszelkie pozory klasycznej powściągliwości nie wypowiadając niemal nigdy rzeczy, których nie można doświadczyć własnymi zmysłami. Jednak tę chłodną twarz żołnierza zdradzają zanadto żywe i rozbiegane oczy, strzelające, niczym niespokojna migawka aparatu, wszędzie tam, gdzie zawarczy silnik samolotu albo ludzka sylwetka z poświęceniem wykonuje zgeometryzowane ruchy… Słowa zachowują surowy dystans do świata, ale tworzone za ich pomocą obrazy organizują ten świat według bardzo szczególnych i osobniczych skłonności. Czyż nie będzie czymś niepokojąco znajomym, gdy spacerując po mieście nagle dostrzeżemy w postaciach naszych bliźnich nie osaczonych komunałem drobnomieszczan albo zagubionych dziwaków z naprędce skleconą tożsamością, ale poruszających się w rytmicznych sekwencjach zgodnie z dynamiką czasów, imponująco witalnych i zarazem podobnych robotom „robotników”? Być może jednak możemy poczuć się „po Jüungerowsku”…

 

Hermeneutyka

 

Jeśli uznamy, że przedstawiony kontekst estetyczny mimo wszystko nie stanowi dostatecznego wyjaśnienia dla faktu, iż w eseistyce Jüngera zjawiska i przykłady zaczerpnięte z bardzo odległych względem siebie epok historycznych sąsiadują ze sobą na jednym planie jako uzasadnienie wysuwanych przez autora tez, musimy stwierdzić, że podłożem koncepcji Jüngera był szczególny stosunek do kultury i dziejów dający ująć się w formie pewnej kontrowersyjnej hermeneutyki.

W przeciwieństwie do wielu krytyków historii i wizjonerów jego czasu, takich jak Hofmannsthal (por. Piśmiennictwo jako duchowa przestrzeń narodu), Spengler czy Ernst Niekietsch, Jünger nie drąży przynależących do całokształtu europejskiej spuścizny zjawisk w poszukiwaniu punktów rozłamu, pęknięć, granic oddzielających kulturowe bloki tektoniczne. Historia i rozwój społeczno-kulturowy Niemiec nie jest dla niego obarczony żadną szczególną wewnętrzną niespójnością w zestawieniu z kulturą i samoświadomością Francuzów albo Anglików. Jeśli już, to odrębność tradycji niemieckiej, a zwłaszcza pruskiej, polega właśnie na wyjątkowo silnym poczuciu wewnętrznej logiki i stałego rozwoju własnej historii według ponadhistorycznych prawideł. Kultura jest kulturą, a imponująco długi szereg wielkich Niemców jest dostatecznym poręczeniem, że jedynym, czego Niemcom brakowało i brakuje, to imperium, w sensie politycznym, na miarę aspiracji duchowych ich elit. O ile Nietzsche utrzymywał, że tym, co nie może być poddane krytyce, jest życie w rozumieniu biologicznym, podczas gdy zdarzenia o charakterze kulturowo-historycznym owszem – właśnie z punktu widzenia wartości, których bezpośrednim źródłem i probierzem jest życie, o tyle dla Jüngera to historia jest żywiołem pewnej syntezy, składając się na całokształt, którego nie możemy dzielić i rozgraniczać podług innych wartości. Historia i to, co dość wzniosłe, by stanowić jej część, jest konieczna. Wiąże się to oczywiście bardzo ściśle z faktem, że w przeciwieństwie do Nietzschego Jünger nie stawia pod znakiem zapytania spójności i tożsamości samego pojęcia człowieka, który nieustannie definiuje się według niego we wzajemnym stosunku do stworzonej przez siebie kultury. Proces ten nie obywa się rzecz jasna bez dramatycznych zwrotów i zawirowań („chaotyczna wymiana personelu i dekoracji”), niemniej, jako tego, co powszechne, nie można go post factum osądzać, gdyż brak jest zewnętrznych wobec niego punktów odniesienia. To, co ahistoryczne, jest bowiem wewnątrz dziejów – i tylko w nich – już stale obecne do tego stopnia, że historia jest raczej wyrazem tego głębszego procesu, a właściwie ciągu powtarzających się zjawisk i to dzieje same, a nie jakaś krytyczna ocena zewnętrzna, są przestrzenią, w której zachodzi wartościowanie poszczególnych zjawisk, z których najwyższe krystalizują się w to wszystko, co stanowi zarówno o ciągłości, jak i uniwersalnej spuściźnie tradycji.

 

 

Epilog:

 

W czasie wojny Jünger w prostej, wyrazistej formie i zarazem z wielką faktograficzną precyzją i znajomością rzeczy, opisuje doświadczenia wojenne. W czasie pokoju natomiast, zamiast równie wyraziście, jak zrobiłby to pisarz – po prostu pisarz, a nie umysł klasyczny – opisywać doświadczenia, postawy i przeżycia zdemobilizowanych żołnierzy, społeczne i polityczne niepokoje weimarskich Niemiec, ich intelektualne zawirowania i estetyczne fluktuacje itp., rzuca się raczej w wir polityki i walki o rząd dusz. Miast prozy, jeśli nie liczyć Sturma (z jego zdumiewającym u Jüngera, fenomenologicznym w swojej metodzie, opisem szturmu opowiedzianym ustami Falka), oraz paru książek na poły autobiograficznych spod jego pióra wychodzą regulaminy wojskowe, artykuły (a wiec mowy na papierze) polityczne, rozważania socjologiczne, rozwijają się jego zainteresowania z zakresu botaniki i zoologii. Nie powinno nas to dziwić. Mieszkaniec klasycznego świata posługuje się słowem po to, aby powiększyć doświadczenie powszechne, poszerzyć perspektywę wspólną klasycznej kultury, nie zaś po to, aby w gąszczu śladów cywilizacji ręką wariata dodawać jeszcze jedną nieprzetłumaczalną inskrypcję. Jeśli los rzuca go w okoliczności szczególne i wyjątkowe, cel ten osiągnięty będzie poprzez dokładny opis indywidualnych przypadków, z jakimi dane mu było się zmierzyć (zob. np. Marco Polo). Kiedy indziej, w warunkach bardziej powszednich, po pióro sięga jedynie wówczas, gdy żywi przekonanie, że jego przemyślenia wnieść mogą coś do zasad rządzenia społeczeństwem (Cyceron, Machiavelli), albo do wiedzy w określonej dziedzinie (świat owadów)[5]. W okresie nazizmu, wypchnięty poza obręb kasty politycznej, tj. tych obywateli, którym reżim, a ściślej mówiąc: wódz, przyznał prawo do bezpośredniego kształtowania politycznej tożsamości narodu, Jünger dokonał ostatniego przesunięcia w swojej postawie, które wyraziło się słynnym stwierdzeniem, że każdy powinien działać (na polu ducha, a także walki narodowej) sam, jednak w poczuciu łączności z innymi, tak jak ten, kto karczuje ciemny las, wiedząc, że w innych miejscach inni, jemu podobni, robią cierpliwie to samo.

Nie sposób nie docenić znaczenia tej ostatniej formuły. Od czasu zawieszenia broni Jünger starał się skonstruować (Robotnik, Totalna mobilizacja, O bólu itp.) taki sposób pojmowania świata, który zapewniłby logiczną ciągłość pomiędzy zbiorowym wysiłkiem i dążeniem całej społeczności w obrębie państwa, a zadaniem, jakie stawia przed sobą elitarna jednostka, która, przekraczając swoją indywidualną perspektywę w trwałej akceptacji ewentualności swojego najwyższego poświęcenia, osiąga wyższy poziom duchowości. Historia, której tryby Jünger zupełnie serio chciał w pewnym okresie poruszyć, potoczyła się swoim własnym torem. Niezależnie od wszelkich możliwych teorii okazało się, że wizja jednolitego, totalnego wysiłku społeczeństwa zrealizowała się za cenę całkowitego zwulgaryzowania etosu jednostki pod rządami Nadleśniczego.

W obliczu tego upadku Jünger zwrócił się w późniejszym okresie swojej aktywności (tj. po roku 1938) po pierwsze, ku przyrodzie jako temu, co trwałe i odzwierciedlające harmonię i ciągłość życia, po drugie zaś, w końcu bardziej zdecydowanie, ku powołaniu pisarza. Rzeczą znamienną jest, że to właśnie w tym okresie najwięcej uwagi poświęca kwestii stylu literackiego, wciąż przerabiając i doskonaląc swoje wczesne utwory. O ile kąśliwy recenzent Jüngera-publicysty i ideologa, jakim był np. Siegfried Lenz, miał prawo dopatrzyć się w tej ostatniej tendencji fałszowania (w domyśle wybielania) własnej historii, o tyle patrząc z innej perspektywy zrozumiemy, że „szlifowanie medalionu z własną podobizną” (Lenz) podporządkowane było zupełnie innej logice. Najbardziej znamiennym tego przykładem pozostają Stalowe Burze. To pierwsze dzieło jako jedyne powstało w pierwotnym zarysie w warunkach, które umożliwiały przyjęcie perspektywy klasycznej nie tylko w sensie stylu literackiego, ale jako całościowego stosunku do rzeczywistości. Po bez mała 80 latach stać się też miało ostatnim – tak w sensie biograficznym, tj. tym, nad którym autor pracował niemal do końca, jak i w sensie nec plus ultra, dziełem ostatecznym: najbardziej czystym, wraz z korektami kolejnych wersji, wyrazem przeświadczenia, że wartość śladu, jaki człowiek pozostawia po sobie potomnym, zależy od jego jakości dydaktycznej, jako wzoru tego, jak żyć się powinno, nie zaś od dokładności rejestrowania tzw. faktów dotyczących własnej osoby, w szczególności rozumianych jako przyczynek do moralnej oceny tego, jak się żyło. To, co chybione, ułomne, pokrętne, zdeformowane tak w naturze, jak i w ludzkim postępowaniu, nie zasługuje na wiele słów, w każdym razie nie takich, które byłyby godne przekazu.

 

 

 

 


[1]              To, iż nie mówimy zazwyczaj o typie bohatera kafkowskiego wynika wyłącznie z prostego odwrócenia, którego dokonują sami Kafkici, projektując, pod pozorem własnej bezstronnej obiektywności, na świat zewnętrzny własne fatum, tak iż to sytuacja wydaje się kafkowska, a nie nasze przeżycia. Nie przeszkadza to nam zresztą w praktyce czuć się niekiedy po kafkowsku, zwłaszcza że począwszy od czasów, które sam Kafka widział już gasnącymi oczami, mamy dziwne poczucie, że czasami nie wystarcza mieć czyste sumienie, aby zachować niezmąconą pewność, że to na pewno nie z nami samymi jest coś nie tak.

[2]              Jeśli klasyczna twórczość przełamuje kanon, z którego się wywodzi (co oczywiście w jakimś stopniu zawsze ma miejsce ), to dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że osiągając pewne nec plus ultra, stawiając najwyższy wzór, skłania następców do poszukiwania innych ścieżek, po drugie zaś dlatego, że na pewnym bardzo wysokim poziomie opanowania zasad rządzących jakąś sztuką, tak jak jest ona pojmowana w danym kontekście, pojawia się jeszcze indywidualny naddatek, czysto twórcza pokusa poddania zgromadzonego doświadczenia wariacjom, których skutek dla wyjściowego kanonu okazuje się czasami trudny do przewidzenia przez samego mistrza. Do frapujących nas współczesnych należą umysły, które z racji szczególnej surowości postawy i powściągliwości charakteru nie doświadczały wspomnianej pokusy – ze szkodą dla „genialności” i wizjonerstwa, jakie skłonni są im przypisać potomni, za to z korzyścią dla rangi wartości, z których wyrosły.

 

 

[3]              Wszystkie cytaty z Robotnika w tłumaczeniu W. Kunickiego.

[4]              Stare Prusy były państwem oświeceniowym, jeśli chodzi o jego klasyczny etos odpowiedzialności za dobro wspólne, a także organizację armii i administracji; pod względem stosunków ekonomicznych i społecznych natomiast były najzwyczajniej zacofane w stosunku do Francji i Anglii. Pozostałości tradycji na pół średniowiecznych wymieszane w wieku XIX z nowymi zjawiskami gwałtownie modernizującego się zjednoczonego państwa niemieckiego, w warunkach narastającego odurzenia polityką narodową beztrosko zinterpretowano jako przejaw własnej, odrębnej drogi cywilizacyjnej. Następnym krokiem było już gromkie zapewnienie się o wyższości tej drogi nad „przyziemnym” kierunkiem rozwoju Zachodu, przy czym elementy w istocie archaiczne postrzegano jako przejawy nieobecnego na Zachodzie „ducha”. O ile oficjalna polityka II Cesarstwa nakierowana była mimo wszystko na rozwój materialno-ekonomiczny i miała na celu dorównanie Anglii i Francji jako potęgom nie tylko europejskim, ale światowym, o tyle w sferze teorii kultury, mniej wymagającej liczenia się z realiami, silnie zadomowił się w Niemczech pogląd, że owa jakoby odrębna, a w istocie po prostu poboczna w swym synkretyzmie droga, w ogóle jest centralną drogą ludzkości. Pogląd ten, należący do sądów „zaświatowych”, umocnił się jeszcze wraz z wymierną klęską państwa Hohenzollernów, któremu teoretycy niemieckiej wyjątkowości, w tym w pewnym stopniu także Jünger, zarzucali, że zbyt mało treści wkładało w powierzchowne slogany narodowe, podczas gdy w rzeczywistości koncentrowało się na powielaniu, często także powierzchownym, wzorców z Zachodu. Warto podkreślić, że zupełnie odwrotny zarzut wobec monarchii Hohenzollernów formułował Nietzsche. On również wprawdzie z najwyższą pogardą odnosił się do pospiesznej i bezrefleksyjnej adaptacji do najbardziej płytkich i wulgarnych elementów cywilizacji demokracji zachodnich, jednak za antidotum nie uważał bynajmniej odwrócenia się od Zachodu na rzecz hołubienia zlepku mniej lub bardziej dziwacznych tradycji niemieckich, lecz przeciwnie – głębszą i systematyczną recepcję kultury romańskiej, którą słusznie utożsamiał, w kontekście wewnątrz-europejskim, z kulturą w ogóle. 

[5]              Dążenie do katalogowania i klasyfikacji gatunków jest rysem typowym dla klasycyzmu w rozumieniu nowożytnym, a więc dla pewnego zjawiska historycznego. Wykazanie, dlaczego dążenie to nie było i nie mogło być obecne w świecie antycznym, w którym klasycyzm się narodził, wymagałoby osobnego wywodu. W tym miejscu można jedynie nadmienić, że wiąże się to z brakiem zapośredniczenia oglądu świata w starożytności w obrazie, co dało się już zauważyć w tym, co powiedzieliśmy o roli słowa w wizji klasycznej. Jedynie poprzez pryzmat obrazu świat może ukazać się w swojej totalności. W klasycyzmie w sensie ścisłym świat jest totalny, tzn. ciągły, jednak ukazuje się on jedynie w skończoności swoich części.