20.10.2008
„Łaskawe” Jonathana Littela przybywają w dość podejrzanej aurze taniej sensacji i niezdrowego podniecenia, zacznijmy więc, ku pokrzepieniu serc, od tego, że dzieło to wielokrotnie przewyższa public relations, jakie to mają niby je wspierać, a w istocie raczej ośmieszają. Imponujący tysiącjedenastostronicowy tom należy do tradycji wielkiej powieści-eseju (ze zdecydowaną jednak przewagą akcji nad refleksją) i niesie z sobą treści raczej mało popularne i niezbyt seksowne, a tymczasem ma się czasem wrażenie, jakby mowa była o jakimś pornograficznym czytadle.
Jednak łatwiej będzie pojąć, skąd wzięła się ta aura, gdy uprzytomnimy sobie wyraźnie i jasno, jakiego rodzaju gest wykonał Jonathan Littel tworząc „Łaskawe”?
To gest „bezwstydny” i przewrotny, idący na przekór pewnej tradycji pisania na ten temat; gest zapewne „niedelikatny”, być może brutalny. Podejrzewam, że nie zostałby w ogóle zaakceptowany przez odbiorców, gdyby nie pewne dodatkowe okoliczności biograficzne dotyczące autora.
Co to za gest? Łatwo byłoby powiedzieć, że chodzi o radykalną przewrotność perspektywy empatii dla kata. Jednak taka formuła raczej rozbroiłaby eksplozywną siłę „Łaskawych”. Bo nie chodzi na pewno o miłosierdzie. I wcale też nie chodzi o intelektualną empatię, która jest tu raczej doskonale i przenikliwie użytym środkiem, a nie celem.
Druga wojna światowa, czy może najściślej: „nazizm” to temat, którego wciąż jeszcze nie zrozumieliśmy, wciąż jeszcze bardziej otwarty, a może nawet „palący” niż wiele innych, zdawałoby się, bardziej aktualnych tematów; wciąż jeszcze domagający się przekonującej całościowej interpretacji. Nie ma sensu spierać się o „wyjątkowość” tego wydarzenia, zwłaszcza zaś holocaustu. To oczywiste, że masowe ludobójstwa miały miejsce nie raz w historii, niemniej żyjemy akurat w kraju i na kontynencie, gdzie to nie Turcy mordowali Ormian, ani nie Hutu wyrzynali Tutsi. Żyjemy na kontynencie, na którym przedstawiciele jednego z narodów stanowiących jeden z najważniejszych podmiotów jego historii, cywilizacji i duchowości postanowili zlikwidować przedstawicieli innego narodu, będącego nie mniej ważnym podmiotem tej samej historii, cywilizacji i duchowości; pomysł ten, choć zdawałoby się obłąkańczy, realizowano za pomocą zracjonalizowanej biurokratyczno-logistycznej machiny, kierowanej przez osoby wykształcone i kulturalne, zwykle wyznające wartości typowo mieszczańskie i w ich cieniu wychowane, w stylu (wielko)mieszczańskim również wiodące życie „po godzinach”.
Zrozumienie właściwego sensu takiego wydarzenia jest więc trudne także dlatego, że musimy zdać sobie sprawę z tego, że „bestialscy zbrodniarze hitlerowscy” to ludzie tacy jak my, stateczni, rozsądni i raczej dobroduszni mieszkańcy dużych miast chodzący do kawiarni na kawę i pogawędkę, na basen, gdzie skacze się z krzykiem do wody i bryzga na dziewczęta, bywający w filharmonii lub w kabarecie, mający kłopoty rodzinne i wychowawcze, przygody pozamałżeńskie, hobbies i marzenia o lepszym życiu etc.
Spróbować zrozumieć człowieka w hitlerowcu, SS-manie i zbrodniarzu wojennym – i to człowieka z grubsza normalnego, takiego jak my, niepozbawionego żadnych „ludzkich uczuć”, a nawet w jakiś sposób może – o zgrozo! – bardziej kulturalnego niż my, głębszego niż przeciętna, inteligentnego, światowego i trzeźwego – zamiast skarykaturyzowanego przez pop-kulturę demona zbrodni pozbawionego „wszelkich ludzkich uczuć”, jakiego zwykle widzimy patrząc na dżentelmena w czarnym mundurze i z trupią czaszką na czapce – to wykonać eksperyment, który, o ile się uda, może się stać traktatem o nowoczesnej ludzkiej duszy.
„Łaskawe” w jakiś sposób są takim nowoczesnym traktatem antropologicznym, a zarazem eksperymentem z empatii i perspektywizmu. Udanym i fascynującym.
Co więcej, ten traktat o duszy ludzkiej Jonathan Littel napisał w duchu innego wielkiego żydowskiego myśliciela, Spinozy. Spinoza, przypomnijmy, twierdził, że w przyrodzie nie występuje „dobro” i „zło”, gdyż są to jedynie subiektywne cechy rzeczy, nieprzysługujące im w obiektywnym świecie, a jedynie w ludzkiej opinii. Jest to zresztą konieczna implikacja innej ważnej tezy Spinozy, mianowicie, że nie istnieje wolna wola i że wszystko dzieje się z bezwzględnej i doskonałej konieczności. Ten fatalizm, a zarazem relatywizm moralny, stanowi podstawową perspektywę w „Łaskawych”. Są one w związku z tym napisane jakby sub specie aeternitatis, z punktu widzenia wieczności i konieczności, a zarazem też: spoza dobra i zła. Sam autor zresztą wprost w jednym z wywiadów odrzucał pojęcie „zła” jako mało użyteczną kategorię intelektualną. Prowadzi to do perwersyjnego i przejmującego dreszczem efektu naszej – czytelników – identyfikacji z SS-mannem Maksymilianem Aue jako z osobą w gruncie rzeczy doskonale nam bliską i zrozumiałą w jej przypadkowości/przygodności, w jej cierpieniu, w jej wahaniu człowieka, który choć nie ma najmniejszej złej intencji, najmniejszego złego zamiaru, uczestniczy – poniekąd mimowolnie, biernie, bezwolnie – w eksterminacji Żydów; jednocześnie zachowując zrozumiałe dla nas poczucie czystego sumienia. A nawet pewną niewinność. Oczywiście, trzeba dodać, że Jonathan Littel nie zdecydował się na to, by wrzucić Auego w wir zbrodni najbardziej bezpośrednio się dokonujących, scen przemocy jest w tej książce mniej, niż by można się spodziewać, a choć udział narratora w machinie ludobójstwa jest bezsprzeczny, to jednak raczej na podobieństwo Eichmanna, który bodajże nigdy nie zabił nikogo własnoręcznie. Aue nie jest taką kanalią, jak np. Juergen Stroop czy, tym bardziej, maniakiem zabijania. Albo inaczej, jeśli ktoś woli: jest kanalią, ale tak opisaną, że możemy jej tylko współczuć, czuć litość i trwogę nad nią, bez oburzenia, raczej z przestrachem, że coś takiego mogłoby przytrafić się i nam. Dodatkowy efekt bliskości daje jeszcze pewna psychoanalityczna aura, jaka panuje w ramach historii rodzinnej – choć z drugiej strony może mamy tu do czynienia z wątkami niezależnymi od psychoanalizy, bowiem temat matkobójstwa jest ewidentnie hamletowski, zaś wątek kazirodczej miłości do siostry chyba najbardziej odsyła do patrona duchowego tej książki, jakim wydaje się być Robert Musil. Oba tematy jednak, niezależnie, czy rozumieć je psychoanalitycznie, czy też nie (co też jest zawsze przecież możliwe), umiejscawiają sturmbahnfuerehra w tradycji rozumienia człowieczeństwa jako tragicznego zmagania z bliskimi, krwawej rozprawy z rodziną: te patologie, choć poniekąd przesadne (bo być może jeszcze bardziej radykalnym pomysłem byłoby uczynić z Auego postać pozbawioną jakichkolwiek rysów patologicznych, doskonale zdrową na duszy, nieobciążoną żadnymi „rodzinnymi sprawkami”) czynią z Auego postać, powiedzmy, bergmanowską, „chorą na matkę”... Jakie to jednak swojskie, doskonale nam znajome i bliskie – i o ten efekt wzmożenia swojskości zapewne Littelowi chodzi. Oswajanie Absolutnie Innego? – bo kto może być bardziej Absolutnie Inny niż SS-mann-gej? Ależ nie! Nie ma w nim nic absolutnie innego, nawet jego patologie są wzięte żywcem spod naszej własnej mieszczańskiej pierzyny – i ostatecznie współczujemy mu, ponieważ Jonathan Littel pokazuje nam przekonująco, do jakiego stopnia był ten nieszczęśnik ofiarą losu, złego ojca, historii; do jakiego stopnia cierpiał jego rozsądek, gdy kazano mu mordować ludzi bez sensu; do jakiego stopnia cierpiała jego natura, jego zwierzęcość, gdy wbrew niej musiał uczestniczyć w masowym eksterminowaniu (niespotykanym na taką skalę nigdzie w przyrodzie); do jakiego stopnia przerażało go i wstrząsało nim to, co robił, jak bezsilną rozpacz i mdłość w nim to budziło. Ale robił to – dlatego, że, jak większość ludzi, nie miał lepszego wyboru, a chciał, w początkowym odruchu, wykorzystać szansę kariery w elitarnej organizacji służącej państwu; skąd miał wiedzieć, że zażąda ono od niego tak osobliwych rzeczy, w ramach których mord dokonywał się nie tylko na masie, ale i poprzez działanie masowe, w pewnym sensie anihilując jednostkowość nie tylko w ofiarach, ale i w oprawcach. Typowy karierowicz z jednej strony, z drugiej strony, również bardzo typowo, niespełniony w swoich ambicjach intelektualnych i aspiracjach do bardziej wzniosłych niż służba w strukturach policji zajęć. Staje się on przypadkowym elementem potężnej machiny; możemy tylko żałować go, że tak się uwikłał i wszedł, niechcący, na drogę bez wyjścia i zarazem do katastrofy... To nieszczęśnik, a nie złoczyńca; ofiara absurdu.
Dlla niejednego może takie ujęcie być skandalem: uniewinnia się tutaj zbrodniarza. Odrzucona zostaje zasada „potworności hitleryzmu” – staje się on czymś w istocie bardzo mieszczańskim, nie ma w nim nic potwornego czy ponad miarę okrutnego bądź „absolutnego”.
Tyle co do moralnego przesłania książki. Poza poznaniem duszy oferuje ona skądinąd także wspaniałe repetytorium z wiedzy historycznej, geograficznej i ogólnej; możemy jedynie podziwiać Jonathana Littela za to, z jaką wytrwałością studiował materiały i archiwa przygotowując się do napisania „Łaskawych”. Nie brakuje wątków i smaczków dla miłośników literatury, jak np. opis krótkiego spotkania narratora z Ernstem Juengerem na Kaukazie. „Łaskawe” nie są chyba ani przez moment nudne.
Dobrze świadczy to o Unii Europejskiej, że dofinansowuje tak kontrowersyjne, a jednak o wiele bardziej znakomite niż kontrowersyjne książki, jak ta.