Letni czytelnik (4): "Źródło" Ayn Rand

 

05.09.2008

Czy też dawno już przestaliście wierzyć, że czekają na was jeszcze w klasyce literatury ciekawe odkrycia?

Wielkie dzieła rozpoznaje się z radosną pewnością i afirmacją, która przy wszelkich nawet wątpliwościach jest szczera i odkupia wszystkie grzechy autora. Tym różnią się one w mojej własnej hierarchii od arcy-dzieł, że w wypadku tych ostatnich nie mamy w zasadzie żadnych, najmniejszych nawet wątpliwości i dajemy się przepełnić zachwytowi; są to dzieła „bezgrzeszne”. „Źródło” („The Fountainhead”) Ayn Rand nie jest arcydziełem. Jest, jak sądzę, wielką, znakomitą, choć zarazem bardzo kontrowersyjną książką wciąż mało znanej w Polsce autorki.

W USA, swojej przyszywanej ojczyźnie, Ayn Rand (właśc. Alicja Rosenbaum, St. Petersburg 1905 – Nowy Jork 1982) to jednak gwiazda o statusie idola pop-kultury, występuje nawet na breloczkach i naklejkach samochodowych, a jej druga powieść, „Atlas zbuntowany” („Atlas Shrugged”) to – wedle sloganu – druga po Biblii najczęściej wypożyczana książka w Stanach. Brzmi podejrzanie?

Podejrzenia mnożą się dalej. Ayn Rand kochała kapitalizm (czy dlatego, że uciekła do USA z ZSRR, gdzie rewolucja bolszewicka z dnia na dzień wywłaszczyła jej zamożną aptekarską rodzinę z całego majątku?). Żarliwie gardziła egalitaryzmem i etatyzmem. Głosiła „etykę egoizmu”. Do tego wszystkiego, przyznając się do inspiracji nietzscheańskich, odrzucała Nietzschego jako „mistyka i irracjonalistę”. Sama nazywała swoją myśl „obiektywizmem”, ale jej filozofia jest tak zdroworozsądkowa i oczywista, że aż naiwna i dziw, że ktoś mianował ją „swoją” a do tego jeszcze nadał tak ogólnikową i nieprecyzyjną nazwę. Trzeba też dodać, że Ayn Rand studiowała scenopisarstwo (wiadomo, co znaczy „wyszkolenie pisarskie”!) i dużo pracowała dla Hollywood. Ostateczny cios jej wizerunkowi może zaś zadać to, że jej czciciele na stronie internetowej jej poświęconej zamieszczają między innymi „bieżące komentarze” na temat konieczności zbrojnej interwencji w Iranie (sic!).

Wszystko to wystarczy, by a priori zrezygnować ze znajomości z pisarstwem Ayn Rand (I w rzeczy samej mój znakomity redakcyjny kolega Maks Wolski zwierzył mi się niedawno w e-mailu, że owszem, czytał kiedyś o Ayn Rand w „Wysokich obcasach” artykuł monograficzny, który go mocno zniechęcił do tej autorki. Błąd.) Otóż pomijając już fakt, że związek Ayn Rand z kwestią inwazji na Iran może być jedynie pośredni i odległy (z czego jej wyznawcy być może nie zawsze sobie zdają sprawę), „Źródło” to powieść, która znacznie wykracza ponad wszystko to, co możemy podejrzewać na podstawie powierzchownej charakterystyki.

Ayn Rand nie jest pisarką języka i nie ma w niej nic z awangardy literackiej, choć nie można by w żadnym wypadku powiedzieć, że jej pisarstwo nie jest nowoczesne czy XX-wieczne. Jest. Czego jeszcze tu nie znajdziemy, to szczerego realizmu – postać głównego bohatera nie jest ściśle realistyczna, jako portret wybitnej jednostki Roark (tak się on nazywa „dźwiękonaśladowczo”) zdaje nam się zbyt monolityczny i marmurowy, gdy większość biografii wielkich jednostek poświadcza raczej ich wewnętrzną walkę i swoiste „rozchwianie”, pewną „chorowitość”, jakieś „błądzenie” graniczące czasem z obłąkaniem. Tymczasem Roark nigdy nie błądzi, nigdy nie robi fałszywego kroku, jest niezłomny i mocarny niczym pogański heros w typie Herkulesa. Zdaniem autorki ma on jednak być nie tyle tym, czym człowiek jest, ale tym, czym powinien być. A więc książka okazuje się moralizatorska i tendencyjna?

Moralizatorstwo Ayn Rand jest jednak raczej niepoprawne, bowiem staje ona po stronie „ludzi najlepszych” – przeciw maluczkim i przeciętnym; przeciw altruizmowi, a za egoizmem. Zarazem jednak od razu trywializuje problem „etyki arystokratycznej”, gdy zakłada, że cierpliwość i praca owych najlepszych zawsze musi doczekać się sprawiedliwej nagrody. W ten sposób jej „najlepszy” nagle niebezpiecznie upodabnia się do owego mitycznego „pucybuta”, który na pewno stanie się „kimś”, jeśli tylko „jest tego wart” i dowiedzie tego swą pracą. Gdyby tak było, żylibyśmy w raju absolutnej sprawiedliwości. „Źródło” jest zatem opowiastką o kapitalistycznym edenie w scenerii Nowego Jorku lat trzydziestych. (A liberalizm, ściśle zaś rzecz biorąc, libertarianizm Ayn Rand wyłania się tu w całej swym bezkrytycznym „dogmatyzmie”.)

Nie będąc bowiem realistką Ayn Rand pisze przecież powieść o swoim „tu i teraz”, nie ma u niej żadnej fantastyki; nie licząc zresztą postaci głównej, wszyscy inni zarysowani są w sposób raczej prawdopodobny. To nie realizm, to, ostatecznie, hiperrealizm, coś w stylu malarstwa hiperrealistycznego i hiperrealności Hollywoodu. Ale w tym hiperrealizmie Ayn Rand dostrzegamy jej bystry wzrok, znajomość ludzi, czy wręcz metodę psychologiczną (inspirowaną być może behawioryzmem). Niezwykle ważne są dla niej aparycje, obowiązuje grecka zasada, że piękno lub brzydota duszy wyraża się w ciele (choć nie każde, rzecz jasna, piękne ciało wyraża piękną duszę). W szczegółach przekłada się to na liczne soczyste i złośliwe charakterystyki ludzkie. Szczególnie smakowite są postaci miernot i karierowiczów. Wszyscy ludzie są też przede wszystkim ciałami, obowiązuje tu materializm i ateizm (mimo to Ayn Rand z całą prostodusznością obstaje też przy „wolności woli”). Dzielą się oni na twórców i odtwórców. Ci pierwsi są jedynym usprawiedliwieniem dla tych drugich i siłą sprawczą ludzkości w ogóle.

Jak stąd widać, powieść ta okazuje się swego rodzaju baśnią czy utopią społeczną. Jest przy tym znakomicie napisana i skonstruowana z najwyższą biegłością, czyta się ją jednym tchem, choć to osiemset gęsto zadrukowanych stron.

Jednak dodać należy jeszcze jedno: jest tu też żywioł ekscentryczności i inwencji, wiele ze szczegółowych pomysłów Ayn Rand to naprawdę odkrycia bardzo głębokie, niebanalne i ekscytujące. Bardzo ciekawy jest pomysł Ayn Rand na historię miłosną, mimo niepodważalności pewnych schematów, jej idea miłości jest bardzo osobna i rzeczywiście elitarna (podczas gdy miłość przeważnie przedstawiana jest jako coś bardzo pospolitego i schematycznego). Ciekawa jest też socjologia prezentowana przez Ayn Rand, pomysłowo i naprawdę plastycznie pokazana jest ukryta, niejawna wszechobecność masy i jej potęgi. Wiele z tych socjologicznych szyderstw budzi w nas dreszczyk porozumienia i podziw dla przenikliwości autorki. Kolejnym fascynującym momentem jest obecność miasta (Nowego Jorku), jego dynamiki i ducha. Wreszcie, niezwykle złożona, barwna, wielowątkowa i pomysłowa jest fabuła jako taka.

Istnieją kontrowersje co do tego, czy Ayn Rand to pisarka pierwszo- czy jednak drugorzędna; sprawa jest rzeczywiście dwuznaczna, bo chyba żaden autor tak gwałtownie nie szamocze się między popem (w formie) a elitaryzmem (w treści czy w „zasadzie”).

Jedna rzecz, ważna, pozostaje wszakże niewątpliwa: „Źródło” przeniknięte jest głęboką, niewymuszoną i żarliwą radością życia, wiarą w życie, zwierzęcym wręcz witalizmem i poczuciem spełnienia. Czując tę jednoznaczną witalną lekkość i zwierzęcość pisarki myślimy, że miała prawo nawet do wszystkich naiwności, jakie popełniła, i chcemy z najczystszym sumieniem powiedzieć jej – trochę może podobnie jak Nietzsche, gdy opowiedział się ostatecznie za Bizetem po zerwaniu z Wagnerem i na złość wagneryzmowi – tak!...

>

 

Ayn Rand, Źródło, tłum. Iwona Michałowska, Poznań 2007.