Letni Czytelnik (1): Yukio Mishima, samuraj literatury

Banalna prawda (ale prawda) na temat Japonii każe nam myśleć z podziwem o tym, jak harmonijnie kultura ta potrafi złączyć delikatność z okrucieństwem w duchu wyrafinowanej czystości; w jak uwodzicielski sposób splata ulotność form z mięsistą drapieżnością treści. Prawda ta przypomniała mi się z ogromną mocą (to nie puste słowa, o czym za chwilę), gdy czytałem niedawno wydany tom opowiadań „Zimny płomień” Yukio Mishimy (1925-1970) w przekładzie Henryka Lipszyca.

Japonia i japońskość nie są tu tylko oczywistym skojarzeniem, ale esencją czy „źródłem” pisarstwa Mishimy, a może nawet samym jej „życiem”. Znajdziemy u niego całkiem świadomy i zdyscyplinowany wybór tradycyjnych (wręcz stereotypowych) tematów i rekwizytów: teatr kabuki, gejsze, harakiri itd. Wszystko jest tu destylatem japońskości aż po najmniejszy drobiazg czy gest, jak wyposażenie wnętrz czy specyficzna metaforyka „ulotnych zajść” lub lakoniczny, samurajski styl niektórych opowiadań – z nadzwyczaj dostojnym zabiegiem stylistycznym polegającym na tym, by nie pisać wprost o rzeczy, ale omówić ją możliwie odlegle, pośrednio, posługując się czymś, co zakreśla jej kontur na samym marginesie – ale jednocześnie tak, by w tej niedosłowności zawrzeć najwyższą intensywność. Jednak nie to stanowi o unikalności Mishimy, ale rodzaj przeżyć, jakich ta lektura za pomocą owych najbardziej konserwatywnych, tradycyjnych zabiegów i operacji nam dostarcza.

Wyrobieni czytelnicy wiedzą, że nie ma różnicy między lekturą wakacyjną a niewakacyjną; ambicją niniejszego „Czytelnika letniego” nie jest na pewno apologia takich tanich rozróżnień. Niemniej zwierzę się, dlaczego lepiej moim zdaniem czytać Mishimę na wakacjach, a nie w okresie bardziej zobowiązującym. Otóż najgłębszym, jak się wydaje, i jedynym „indywidualnym” czy idiosynkratycznym wręcz rysem pisarskiej osobowości Mishimy jest coś, co nazwać by można ekstremizmem, absolutnie bezkompromisowym i spektakularnym. Nie wszędzie to widać tak dobrze, jak w programowym dla Japończyka opowiadaniu „Miłość ojczyzny”. Przedstawia ono szczegółowy opis tego, jak młody oficer Armii Cesarskiej oraz jego żona popełniają honorowe samobójstwo – podtekst jest polityczny (nb. ultrakonserwatywny), ale idea motywująca porucznika piechoty znajduje się w tle i jest dla opowieści nieistotna – istotna jest za to niesłychanie zmysłowa i ekscytująca, a zarazem pełna wzniosłej elegancji i wręcz „luzu” – kontemplacja i celebracja nadchodzącej śmierci z własnej woli, doświadczenia ekstatycznego i pięknego. Kontemplacja, która opowiada o swoim przedmiocie z bezpośrednio własnej perspektywy przeżywającego (mimo że narracja jest trzecioosobowa, czujemy, jakbyśmy byli w ciele rozpruwającego sobie brzuch porucznika lub obserwującej go żony), ale zarazem z takim dystansem i chłodem, z taką sprawozdawczą i obiektywną, kosmiczną oschłością, że jedynie potęguje to efekt terroru, jakim ostatecznie poraża nas kilkustronicowa relacja z przebiegu seppuku. Drodzy czytelnicy, zapewniam Was, że doświadczenie to jest naprawdę więcej niż li tylko literackie. Ja sam nie mogłem wytrzymać lektury i musiałem ją przerwać, czując, że miecz porucznika wbija się w mój brzuch i że blednę na widok wyskakujących jelit. Przerwawszy zaś lekturę – nie z obrzydzenia, bo w opisie tym nie ma niczego „brzydkiego”, jest on krystalicznie czysty i chirurgiczny; po prostu z przerażenia! – przerwawszy, autentycznie bałem się przez jakiś czas do niej wrócić :-) A wracając zaczerpnąłem głęboko tchu... Yukio Mishima popełnia seppuku na czytelniku i to jest chyba coś, co sprawia, że jego pisarstwo wykracza poza „tylko literaturę”, by stać się doświadczeniem istnej grozy (ale z lekkością i subtelnie, zgodnie z duchem tego np. cudownego zdania: „W połączeniu promieniejącej zdrowiem twarzy ze śmiercią było coś z wyrafinowanej elegancji”.)

Efektu tego doświadczą chyba nawet czytelnicy nieświadomi, że Yukio Mishima poszedł w ślad młodego porucznika, swojego bohatera (może zresztą to jego bohater poszedł w jego ślad? – efekt symetrii między bohaterem a autorem Mishima dopracował szczegółowo). Samobójstwo – drogą seppuku – uznanego już wtedy na świecie japońskiego pisarza wzbudziło poruszenie, zwłaszcza kontrowersyjna była jego motywacja – protest w imię japońskiej tradycji, przeciw nowoczesności i „upadkowi ducha”.

Z perspektywy lat – które jak zawsze dobitnie pokazują, że protesty przeciw upływowi czasu raczej pozostają nieskuteczne – samobójstwo Mishimy nabiera charakteru czysto literackiego i zostaje przez literaturę wchłonięte – jego wymiar zaś polityczny to tylko ornament. Japonia, zwłaszcza ta militarno-cesarska, nic nie zyskała na dramatycznym geście wielkiego pisarza. Literatura – owszem. Nie dlatego, żeby prawdziwy gest miał stanowić jakiś dowód dla fikcji, która „zawsze pozostanie tylko fikcją”. Jednak nieprawdopodobny autentyzm opowiadania „Miłość ojczyzny” mógłby łatwo przegrać naszą aprobatę i zaufanie (zaufanie do jego szczerości i zaufanie do niego jako naszego doświadczenia), gdyby Mishima, jego autor, pozostał gołosłowny. Radykalizm polega tu więc także na tym, że opisane zostało to, co dopiero się stanie, jakby już się stało – ponieważ właściwie w pewnym sensie już się stało; Yukio Mishima pisze tę opowieść „zza grobu” (choć nie ma tu żadnej perspektywy transcendencji). Lektura tomu „Zimny płomień”, jak stąd widać, to zatem „sport ekstremalny”, dlatego lepiej podchodzić do niej z wypoczętym i nieobciążonym umysłem, w letnim, wakacyjnym stanie ducha. Osoby nerwowo przeciążone chwilowo powinny odłożyć ją na lepsze momenty. Wszystkim innym z pełnym przekonaniem rekomenduje ją

Wasz

Maks Wolski

Yukio Mishima, Zimny płomień, tłum. Henryk Lipszyc, Świat Książki, Warszawa 2008.