Węgla! - część 2 - rozdział 4

 

W południe wzięli Bruna. Tuż przy Majdanie Radosława.

A takie były okoliczności tego wydarzenia. Bruno, o którym wszyscy myśleli, że błąka się wyłącznie swymi własnymi ścieżkami a raczej bezdrożami (na ogół mniej lub bardziej przypadkowo przecinając swe ślady z trasami Podróżnika), kompletnie obcy wobec świata ludzi, w istocie ilekroć tylko się znalazł w nowym mieście, znajdował sobie zwykle jakąś prostą, przewidywalną, do bólu pospolitą trasę, której się trzymał uporczywie. Tym różnił się od Podróżnika, który zwykle zbaczał z regularnych tras twierdząc przy tym, z właściwą dla siebie manierą, że to nie ciekawość świata powoduje nim, ani też nie ekscentryzm, ale że po prostu „ma coś do załatwienia.” Bruno za to, poprzedniego dnia, odnalazł na rogu Dworcowej i Majdanu Radosława pewną kawiarnię (dla niego było to odkrycie, dla mieszkańców miasta – nie do końca, albowiem działała już od lat), w której podawali niezłą kawę z mlekiem.

Wciąż był w swoim czarno-białym ubraniu, wciąż pod muszką i w czarnym, aksamitnym, kapeluszu na głowie.

Zaś Majdan Radosława opanowała tłuszcza odziana w robotnicze stroje – jeśli chodzi o mężczyzn – i zgrzebne, na ogół czarne suknie – jeżeli z kolei chodzi o kobiety. Niektórzy nieśli ze sobą obrazy Matki Bożej, inni karabiny. Większa jednak ilość posiadała przedmioty nienależące do obydwu kategorii; natomiast można było je określić jako broń białą – w bardzo szerokim tego pojęcia rozumieniu. A to pilniki, a to piły, a to nienaturalnych rozmiarów sekatory, a to klucze francuskie.

Bruno nieopatrznie zagłębił się w jądro tego zbiegowiska i już próbował się wycofać na bok przez nikogo z pozoru nie niepokojony (sam natomiast niepokoił się, czy będzie mógł dostać swoją kawę), kiedy właśnie podeszło do niego czterech osobników.

- Z mleczkiem piłeś czy też z zabielaczem?

- Widziałem, z mleczkiem pił – odpowiedział jeden z owych czterech, gdy przez dłuższą chwilę z ust nieszczęsnego Bruna nie dobyło się nic na kształt odpowiedzi, choćby względnie bezgłośnej.

- Pokaż język.

Spełnił ww. żądanie, chociaż w taki sposób (czy stać go było na ten rodzaj cynicznego aktorstwa?), jakby to zrobił sam z siebie, niezależnie od sytuacji, w którą się uwikłał.

- Język ma biały, czyli ze stolicy. Nie potrzebujemy tego szpiona.

- Z jakiej stolicy? Widać, że uszy ma nienasze. Zagraniczny!

Podniósł ręce do góry i choć nie stawiał najmniejszego oporu, związano mu je za pomocą drutu.

Na dworze panował przeraźliwy ziąb. Rzadko o tej porze roku temperatura spadała znacznie poniżej zera, a jednak tego feralnego dnia tak się przydarzyło – często skądinąd ziąb przychodzi w momencie, w którym historia każe krwią zalewać pola i ulice, co powinni wziąć pod uwagę ci, którzy nie wierzą w istnienie Czystego, Pierwotnego Zła, a w każdym razie jakiejś Złośliwej Opatrzności. Pośrodku placu, tam gdzie miała stanąć choinka pobłogosławiona przez słowańskiego Prymasa, ustawiono kilka pieców koksowych, które jednak nie dawały dostatecznej ilości ciepła. Marzli zwłaszcza stojący w rogach placu (w każdym z nich ustawiony był jeden mały koksiak), pokrzykując do tych ustawionych w centrum, żeby trochę dorzucili do pieca. Tamci jednak też się domagali większej porcji surowca, zachęcając jednocześnie, żeby wszyscy skupili się na środku.

- Węgla! Węgla! – krzyczeli wszyscy jeden przez drugiego.

- Dajcie, dajcie. Fedrujcie, przysyłajcie! A jeśli trzeba kradnijcie, jak nas okradano! Węgla, węgla!

- Węgla!

A tymczasem czterech mężczyzn (do których przyłączyła się następna czwórka, jedni w opaskach, trudnych do rozszyfrowania, biało-szarych, inni bez opasek) prowadziło Bruna (usta zaklejone taśmą, wciąż na głowie – jak pięknie! – aksamitny kapelusz) ku południowej pierzei placu, na której znajdował się konny posąg Kniazia Radosława.

Tam ułożono stos. Deski wraz z resztkami gałęzi utworzyły całkiem wdzięczną piramidę metrowej wysokości. Obok stosu stał żelazny słup, o pięknych, zgoła perfekcyjnych proporcjach, niczym delijska kolumna ku czci pradawnego Asioki, chociaż nieco niższy. Ów był wcześniej gotowy i stanowił dla bardziej wtajemniczonych w jego historyczne korzenie (tych w mieście było całkiem wielu) jedną z głównych dekoracji Majdanu, obok rzeźb Alojzego Węgorza, pomnika i fontanny. Stary pręgierz, służący przez pierwszych parę lat historii Miasta Górniczego do piętnowania niepokornych łajdaczków, został dziwnym trafem zidentyfikowany w jednym z magazynów muzeum powiatowego w zupełnie innej części Republiki. Muzeum zdecydowało się zwrócić ów eksponat (nie bez oporów, jak również nie bez przewodu sądowego, w który się wdano najwyraźniej po prostu dla zasady), do którego najwyższej wagi raczej nie przywiązywano, no i po wielu, wielu, naprawdę wielu latach pręgierz powrócił na centralny rynek jako jedna z miejskich ciekawostek. A owszem, ciekawostek: mieszczanie i rozliczne (we współczesnej Słowanii daleko rozleglejsze od niemalże wygasłego Centrum) przyległości mieszczan często lubią traktować niechlubne, zdaniem wielu, aspekty ich przeszłości ze swoiście czarnym humorem, o ile owe aspekty wydają im się funkcjonalnie martwe lub przynajmniej unieszkodliwione.

Jeden z mężczyzn, którzy dokonali zatrzymania Bruna, wydobył trąbkę zza pazuchy płaszcza i zagrał parę swingujących motywów, które jednak nie przebiły się przez ogólny harmider. Schował więc przedmiotową trąbkę, a następnie ją wydobył jeszcze raz wydając z niej przeraźliwy pisk, który przeszył całą przestrzeń placu; aż tak był wysoki i aż tak donośny, że można było zastanawiać się, czy była go w stanie wydać z siebie jakakolwiek trąbka, czy też może raczej pochodził skądinąd i został z ruchami trębacza jedynie zsynchronizowany.

- Ostatnie słowo, szpionie – powiedział jeden z oprawców przywiązując do pręgierza milczącego Bruna.

Nie zdjęli taśmy z jego ust, a jednak głos wydobywał się, jakby mechanicznie. Czy może ktoś go puszczał z taśmy. Jeżeli tak – jakie pacierze ów ktoś odmawiał przy bardziej pospolitych okazjach, ku jakim ceremoniom się skłaniał??

„Wszechświat nie podlega śmierci, dekompozycji ani anihilacji, jako że jest to niemożliwe w naturze, a tylko ustawicznie się odnawia wymieniając poszczególne swoje elementy. W odróżnieniu od tego, czego nauczał Arystoteles, nie ma absolutnej góry ani dołu, nie ma bezwzględnego położenia ciała w przestrzeni, lecz położenie ciała istnieje tylko względem innych ciał. Wszystko zatem w obrębie wszechświata jest nieustanną względną zmianą pozycji i kierunku, jedynie obserwator pozostaje zawsze w centrum rzeczy.”

Podpalono stos.  Wszystko się zajęło momentalnie. Skazaniec nic nie krzyknął, zresztą znikł okryty parawanem płomieni. Może taśma na ustach dobrze się trzymała, tak nawet, że żadne przemówienie, żadne przemówienie „czytane jakby z taśmy”, nie mogło się z nich dobyć.

Rzeczone auto-da fe mogło wzbudzić, podchodząc do sprawy dość teoretycznie, bardzo różne reakcje – np. entuzjazm (pełen wszakże nienawiści) albo przerażenie (pełne wszakże ekstazy) itd. Nie tak łatwo było jednak je odnaleźć wśród większości zgromadzonych na placu (a mniejszość nie jest tym, co zawsze łatwo ogarnąć, skądinąd samo jej występowanie, nie mówiąc już o roli, często się przecenia w tak zwanych naszych czasach), co nie znaczy, że były nieobecne. Za pomocą zmysłów (pomińmy różnorakie zdrożne intuicje i jeszcze mniej jednolite, jeszcze bardziej zdrożne, metody poszukiwania drugich den) nie dało się wychwycić żadnej co bardziej uchwytnej  reakcji na niecodzienną przecież egzekucję. Być może, przynajmniej co niektórym, niecodzienność już przejadła się, ledwie zdążyła się objawić. Baby zaopatrzone w święte obrazy i gromnice nie przerywały swych modłów. Robotnicy (czy przynajmniej za robotników przebrani, część z nich była z pewnością autentycznie robotniczym stanem, niekoniecznie wszyscy) wymachiwali tępo, nie wiadomo już nawet, w czyją stronę, swoimi narzędziami; wymachiwanie to mogło potencjalnie skutkować rozbijaniem czaszek lecz to się zdarzyło tylko raz czy dwa i też pozostało względnie niezauważone. Ktoś skandował jakieś hasła, trudne do odcyfrowania.

- Nie dość grzeje. Węgla! Węgla – niektórzy pokrzykiwali, a te akurat okrzyki były bardzo wyraźne – ci niektórzy odnosili się w ten sposób do stosu i dzięki nim najbardziej nawet radykalny solipsysta nie mógłby wykluczyć istnienia tegoż stosu (ze skazańcem rzecz bardziej problematyczna) – owego grudniowego dnia, na zachodniej pierzei Majdanu Radosława, w Mieście Górniczym, Republika Słowanii, Europa bardziej niż Środkowa, jako bytu przez nikogo nie percypowanego (a co widziało Bóstwo w takim razie? – można też spytać)

- Węgla, węgla – mało go tu było!

- Węgla, węgla – dawać!

Bo przyznać trzeba, że koksiaków zbywało, a chociaż było bezwietrznie i bezśnieżnie temperatura spadła wyraźnie poniżej zera, co mimo że Republika Słowanii jest krainą, gdzie często trzeszczy mróz, było poniżej (dość stabilnej) średniej o tej porze roku. Zresztą o tym chyba już mówiono, aleć nigdy nie dość prawdy mądrej głowie, choćby i nawet ta nieszczęsna prawda miała się powtarzać!

Na placu piętrzyły się też inne stosy – silniki powyjmowane z samochodów, rozczłonkowane obudowy pralek, lodówek i kuchenek rozszabrowane ze sklepów w centrum miasta, połamane manekiny zdjęte z wystaw (tych droższych i tych tańszych domów odzieżowych). Niestety nie mogły posłużyć na podpałkę. Sławetne Rzeźby Alojzego Węgorza przeszły w stan nie za bardzo kompletny. Ich również wszelako płomień się nie imał.

I tylko ci, którzy wykonali egzekucję, stali nieruchomo i dumnie obok pręgierza, niczym pełniący wartę honorową. A jednak ich spojrzenia były puste i obce. Tak jakby stali na pół skamieniali pośrodku jakiegoś bezludnego stepu, oczekując cesarza, który ich opuścił i który ma powrócić, by przeprowadzić armię do ziemi obiecanej, a jednak nie powrócił, nie wraca od tysięcy lat lat.

Powoli na teren placu zaczęło wkraczać wojsko. Powoli, równymi szpalerami, jakby nie widzieli problemu z opanowaniem sytuacji lub – paradoksalnie, to nie musi być sprzeczność -  jakby o to nic a nic nie dbali. Tłum, w tym odpowiedzialni za lincz na nieszczęsnym Brunie, zaczął uciekać. Nie dziwota, że nawet ci, którzy tysiące lat czekali na cesarza, uznali, że tyłek warto uratować. Wojsko postępowało powoli, jak rzeczono, co parę kroków żołnierze się zatrzymywali. Większość z tłuszczy odwracała się co chwila; paradoksalnie im wojsko było bardziej statyczne, tym bardziej gapie przyspieszali wpadając na siebie i co chwila zderzając się ze sobą.

Tuż za placem znajdował się kanał przemysłowy. Tłuszcza uciekała w tamtą stronę, chociaż wojsko nie kwapiło się w pogoni, a również inne przejścia były dostępne. Tym bardziej jednak przyspieszali, im mniej skwapliwie wojsko ich ścigało (być może – słowański wojak nie tylko dzielny, ale, co prawda od przypadku, także łebski, tak że armia republikańska, przewidziała tę dla nas dziwną reakcję i stąd zastosowała odpowiednią taktykę rozproszenia tłuszczy jak najmniejszymi środkami).

Po drugiej stronie kanału coraz mniej było ludzi, coraz więcej zaś świeczek i obrazów, coraz więcej jęków.

Kanał był wąski, przecinało go kilka mostków dla pieszych – z żelaziwa, solidnych, choć trochę nadrdzewiałych, można go też było najzwyczajniej przeskoczyć, o ile się nie było nazbyt chromym.  A jednak w trakcie tej całej procedury ubywało ich. Gdzieś się podziewali? – przecież nic w przyrodzie...

Na scenę wkradł się dym.

- Do lunaparku, do lunaparku!– krzyczały jakieś dwie osoby, jedyne widzialne, jakby wręcz fosforyzujące w kłębach wyżej wspomnianego dymu, który pachniał świeżo spopielonym drewnem i który na chwilę ogarnął całą scenę, pochodząc nie wiadomo skąd, skoro stos się już spalił.

„Do lunaparku” – krzyczeli i biegli wciąż przed siebie, wymijając świece, jęki i obrazy.

„Jest płomień, będą karuzele” – ktoś napisał na murze, nie wiadomo kiedy. Wyminęli ten mur. Z oddali dobiegło parę strzałów. Mogło to być w okolicach Majdanu Radosława. Mogło strzelać wojsko. Być może w końcu się zdecydowało. Mogli być zabici.

Kiedy chmura dymu opadła, żołnierze zgromadzeni na placu zbliżyli się do dawno już spalonego stosu.

Nie było już nikogo, nie było prawie niczego, jeśli nie liczyć szczątków przypominających fragmenty rzeźb leonardiańskich wykonanych przez Alojzego Węgorza. Maszyny, mięsa i słowa. Wszystko ulatuje. Dym, płomień i cisza. Ale został kapelusz, nie bardziej czarny niż wcześniej i niemniej w zasadzie aksamitny. Tylko spalony do połowy, co jednak wyglądało, jakby najzwyczajniej ktoś pożarł jego część, być może za pomocą noża i widelca.. Smakowało mu?

„Zęby ognia” – zbyt pretensjonalna metafora, zbyt wieloznaczna, stanowczo zbyt dosłowna. Najgorsze jednak jest to, że w części nie jest metaforą, przynajmniej w niektórych miejscach na tej Ziemskiej Kuli.

***

Od rana Podróżnik miał bardzo dziwne (i, jak wyjściowo osądził, całkiem niezasadne) przeczucie, że Alma przyjechała do miasta… A jednak od owego wrażenia nie umiał się opędzić. Czy śledziła go? Czy może jakoś przypadkowo przecięły się ich ścieżki?

W każdym razie miał dokładne przeczucie, że tak jest. I przeczucie to zostało co najmniej względnie potwierdzone. Przyjrzał się jeszcze raz drzwiom swojej sypialni i machinalnie oderwał jedną z kartek. Tym razem coś uderzyło go w tych przypadkowych jak myślał informacjach: Godzina piętnasta w miejskim lunaparku, położonym niedaleko Śródmieścia. Jak to się mogło tu znaleźć? Czy ktoś się pojawił w międzyczasie? Sen ma czujny, cokolwiek sądziłby o tym, wiele razy już się przyłapywał na tym, że będąc niby zanurzony, aż po najbardziej abstrakcyjne i wewnętrzne z uszu, w krainie Morfeusza (która była w jego przypadku bardziej mroczną studnią pozbawioną światła, przyjemnie mroczną można by tu dodać, niż tak częstym u pospolitych oniryków oraz onirystów polem barwnych maków), budzi się, ilekroć w otoczeniu rozegra się najdrobniejsze z tego typu zdarzeń, które może mieć jakikolwiek wpływ na jego świat tzw. jawy. Z drugiej wszakże strony, w jego snach, na ogół ciemnych, niemal nieobecnych, często najróżniejsze drzwi otwierały się, po czym zamykały – jeszcze częściej kołysały się lekko, niedomknięte; drzwi te nie prowadziły na żaden inny świat, nie oddzielały różnych rzeczywistości (granice takie, jeśli były, w jego życiu przebiegały wzdłuż całkiem abstrakcyjnych, niewidzialnych linii), były jednak bardzo dokładnie przedstawione, jak na beznamiętnej, a zarazem perfekcyjnej technicznie fotografii. Być może więc – nie pamiętał już, coś tylko wydawało mu się – w półśnie zobaczył uchylone drzwi i przeoczył fakt, że ten obraz nie wyświetla się tylko w sennej części jaźni, ale także w świecie zewnętrznym, w którym już się telepie wciąż jeszcze rozespana, dopiero co przebudzona połówka jego ja. A może po prostu ta kartka była tu odkąd się wprowadził i nie dostrzegł jej, mimo że przecież dokładnie obejrzał całe wnętrze?

A jednak szybko się odnalazł w tej całej sytuacji. Mimo zaskoczenia. Widział, ze czasem nie da się, czasem jest zbędne, a czasem (w osobliwym sensie) zakazane, doszukiwać się sensu wycieczki, którą właśnie ma się zamiar przedsięwziąć ulegając tej czy innej sugestii. Wiedział jednocześnie, że to, co w takich przypadkach absolutnie niezbędne, to należycie oporządzić ciało przed ww. wycieczką, zadbać o wszystkie najbardziej prozaiczne detale, mając na uwadze zarówno aspekty praktyczne, jak i estetyczne, żeby się posłużyć tak prostym dla gawiedzi, ciemniejszym dla umysłów bardziej lotnych, rozróżnieniem

„Nie mogę tak po prostu się zjawić. Muszę kupić przynajmniej jakieś wino” – powiedział sam do siebie ubrany już w dosyć elegancki kostium – ten, w którym przed paroma dniami zjawili się razem z Brunem na głównym placu miasta. Tylko gdzie? – wiedział przecież, co się wyprawia dookoła, od rana słychać było strzały, pomijając już inne oznaki, po których mógł się zorientować, że coś jest nie tak. Bruno znikł gdzieś znów, a przed wyjściem był wyraźnie roztrzęsiony. To go akurat za bardzo nie martwiło. I tak musiałby go gdzieś porzucić lub przynajmniej ukryć, jeżeli chciałby wyjść Jej na spotkanie. „Tak czy inaczej – muszę gdzieś tego wina poszukać” – powiedział do siebie przyciszywszy bardzo bardzo głośno nastawioną płytę z jakimiś niby-myśliwskimi, niby-wagnerowskimi fanfarami. Przeszukał dokładnie wszystkie szafki, lecz znalazł w nich tylko resztę nalewki brzoskwiniowej, którą szybko wypił oraz coś, co z uwagi na wygląd butelki, w której się znajdowało, mogło być tanim winem stołowym, atoli zapachem przypominało raczej rozpuszczalnik; więc poniechał zabrania tejże flaszki. Sukcesem natomiast zakończyły się poszukiwania korkociągu – ku jego zaskoczeniu tkwił, częściowo zardzewiały, lecz nadal raczej zdolny do użycia, w jednej z szuflad w towarzystwie kilku bardzo czarnych łyżek. Z pewnym żalem oczyścił go z gąszcza srebrzystych nitek, w które był spowity (przypominających nieco kokon jedwabnika) i schował do kieszeni.

Wyszedł na ulicę. Szedł tak jakiś czas, nie będąc pewien, czy ulica ciągle jest ta sama, czy dał się uwięzić w jakimś labiryncie (w innym labiryncie niż labirynt drogi prosto prowadzącej do celu). Sprawdził na planie miasta, co miał sprawdzić, ale wszystko to całkowicie uciekło z jego głowy. Nosił w sobie (we własnej wewnętrznej maszynce do wytwarzania i projekcji tych czy innych spostrzeżeń) dwa przeciwstawne doznania: 1) naoczność tego, co nieskończenie klarowne i statyczne, oraz  2) wielkie poczucie zagubienia w przestrzeni, które  rozlegało się echem wśród zawrotów głowy. No i wpadł w maliny: W przypadku takiej osobliwej percepcji różnice między drogą prostą a wirażem, więcej nawet – pomiędzy ruchem a bezruchem – coraz bardziej się zatracają.

W ruchu czy bezruchu, w każdym razie szedł, to ostatnie było niemal bezwzględnie oczywiste. A to, co najbardziej go uderzało i co najbardziej deformowało pracę jego umysłowej maszynki ku paradoksom, takim jak wyżej wymieniony, to niezwykły spokój przestrzeni dookoła. „Jak fragmenty miast na obrazach Vermeera” – zauważył ów dziwaczny Podróżnik.

Tak właśnie często niezwykłość całej sytuacji, a ściślej mówiąc tego, co ukryte między rzeczami i ludźmi, ów tajemniczy proces wielkiej panicznej interakcji, którego gwałtowność (czasem łatwą, czasem niemożliwą do nazwania) przemożnie się odczuwa każdym nerwem, powoduje, że same rzeczy wydają się, prostym prawem kontrastu, podejrzanie spokojne, wręcz niemalże uśpione (dopóki którejś nie trafi złe słowo, kamień, płomień, bomba albo coś mniej albo bardziej do wyżej wymienionych podobnego). On też takimi widział stojące rzędami kamienice przypominające niekiedy Vermeerowskie obrazy (często cokolwiek mimowolnie, poprzez  połowicznie zetlałą czerwień cegieł, które nieproszone dobyły się spod całkowicie obłupanego tynku) przetykane gdzieniegdzie szarawymi pudłami do mieszkania, owymi dziwnymi pasierbami modernistycznej krucjaty przeciwko ornamentom, których tyle się rozlało po Słowanii, tudzież w innych państwach, w których w wyniku różnych dwudziestowiecznych perypetii Lud na jakiś czas dostąpił glorii władzy. Lecz on nie widział tych budynków uśpionymi – były przerażająco jawne, czuwające, jakkolwiek (toż to przecie budowle) całkowicie nieme. Coś takiego, jakby nie postrzegał samych rzeczy, a tylko ich odbicia w perfekcyjnym lustrze, który czyni ich obraz obłędnie rzeczywistym, czy nawet „hiper-rzeczywistym”, jakby powiedzieli zblazowani kulturalni wywrotowcy wielkich miast, ludzie z gatunku takich, którzy zbyt łatwo przyjęli (być może słuszne skądinąd) wyjaśnienie, że świat jest skomplikowany i niewytłumaczalny…

Tacy sami w jego oczach jawili się przechodnie, pojedynczy, doskonale przejrzyści w swej całkowitej anonimowości.

A jednocześnie owa gwałtowność wielkiej panicznej interakcji i ukryta przemoc wszystkiego dookoła udzielały mu się, odczuwał je (każdym nerwem, chociaż niekoniecznie pod postacią wąsko rozumianej paniki, sprawa to w jego przypadku względnie bardziej złożona). Problem z jej nazwaniem mógł opierać się na prostym dylemacie: Czy chodzi tu o zamieszki dookoła czy może bardziej o Almę? Czy może o coś, co w jakiś dziwny sposób przebiega między jednym a drugim przytrafiając się na jego ścieżce podróży, która wypływa z tego samego, choć wiecznie różnicującego się i maskującego nienazywalnego dylematu, który znów ujrzy kiedyś na jej końcu? (To byłoby dopiero sedno występnej interakcji!)

Z takich właśnie odczuć brały się u niego pozornie sprzeczne odruchy oczywistości i całkowitego zaplątania. Wrażenie, że każda prosta jest spiralą rozerwaną na strzępy i że jednocześnie nie ma takich kilku oderwanych odcinków, które nie leżałyby na tej samej prostej (tak, nie tylko artyści, np. literaci w swych płonnych uroszczeniach ważą się przeczyć geometrii, są takie krainy – na pół geografii, na pół tzw. ducha – w których te prawa dają się negować i to, bywa, w sposób względnie bezwzględny).

Strzały były co najwyżej pojedyncze (jakieś chyba słyszał, pojedyncze – napisano już).

Mimo wyżej wymienionego zagmatwania wrażeń, które czyniły świat, w który został rzucony, jednocześnie czystą naocznością i obłędem, skupiał się na szczegółach, obserwował, dociekał, poszukiwał okazji dla załatwienia jakiegoś potencjalnego interesu. Słowem, zachowywał się jak rasowy podróżny.

W pewnym momencie zauważył, że jakaś twarz wyłania się zza okna, przysłoniętego do połowy śnieżnobiałą firanką. Tuż nad oknem chwiał się zardzewiały szyld z napisem „artykuły kolonialne”. Czy to możliwe, żeby był tam sklep? Z pewnością dawno już zlikwidowany, choć przecież w tym mieście wszystko koroduje szybko, w tempie wręcz niewyobrażalnym. A jednak dojrzał przez szybę regały zastawione różnymi produktami spożywczymi – paczki z kawą, herbata i kakao, paczkowany chleb, krakersy, czekolada. Wprawdzie regały pasowały raczej do wnętrza prywatnego mieszkania, jednak fakt, że żadne z opakowań nie było pojedyncze, lecz miało do pary przynajmniej jednego identycznego towarzysza, wskazywało, z bardziej nawet niż względnym prawdopodobieństwem, że towary są przeznaczone na handel. I znowu twarz – poorana bruzdami twarz starszawego mężczyzny – ukazała się, przyjrzała mu się badawczo, po czym znikła. Postanowił zapukać w szybę. Na początku nie usłyszał żadnej odpowiedzi, człowiek kucnął gdzieś schylony w głębi izby, trudno było go dostrzec, gdyż sporą część figury zakrywała szyba przesłonięta firanką. A jednak po chwili wstał i po pewnym zawahaniu otworzył okno wychylając na zewnątrz głowę i kręcił nią jak żółw.

- Otwarte?

- Proszę – odpowiedział starszy człowiek.

Usłyszał szczęk rygla w furtce przyległej do okna. Nacisnął klamkę i po chwili znalazł się wewnątrz izby. Starszy człowiek zdążył usiąść za kontuarem i spoglądał na niego wyraźnie wystraszony.

- Czy dostanę jakieś wino? – spytał Gustaw.

Starszy człowiek bez słowa podniósł się i zaczął szperać w regale znajdującym się za jego plecami. Otwierał kluczykiem różne drzwiczki, za którymi w większości kryły się tylko jakieś owinięte kocem przedmioty, trudne do rozpoznania z racji niespecyficznych kształtów i tego, że były całkowicie przesłonięte ww. kocem (mnogim, zasadniczo filcowym, czasem różnobarwnym), w jednej skrytce znajdował się jakiś święty obrazek. Podróżnik był wyraźnie zaskoczony, gdy zobaczył jak szybko i energicznie starzec, który na oko liczył sobie przynajmniej osiemdziesiąt lat, uwija się dookoła.

W końcu sprzedawca natrafił na skrytkę, w której znalazł trzy butelki chianti.

- Jedna może być?

- Wystarczy – odpowiedział Podróżnik, z pewnym żalem, bo wino wyglądało na bardzo przyzwoite, nie mógł jednak chodzić zbyt obładowany.

Wziąwszy butelkę do ręki i wcisnąwszy ją z trudem w przednią kieszeń płaszcza, zaczął patrzeć przez okno, przez to samo okno, z którego wcześniej starszy mężczyzna obserwował go. Ulica była pusta – asfalt, bruk i cegły składały się na cały widok, który w swojej martwocie miał w tej chwili paradoksalnie coś uspokajającego. Teraz sprzedawca wyraźnie się rozchmurzył, był zadowolony, że trafił wreszcie na jakiegoś klienta, chociaż jednocześnie drżał na całym ciele. Podróżnik pomyślał sobie, że  ostrzyżony, w nowym drogim płaszczu i nadzwyczaj poważnym, jak na tzw. czas dzisiejszy, kapeluszu na głowie – mimo raczej młodego jeszcze wieku – przywoływać mógł starszemu ekspedientowi jakieś dawne dzieje, gdy sklep jeszcze dobrze prosperował. I on może chętnie przez moment znalazłby się w tych domniemanych dawnych czasach, choć nie był sentymentalny, jeśli chodzi o przeszłość.

Pozostał problem z zapłatą, sprzedawca nie miał reszty, zaś zapewnienie klienta, iż nie jest ona potrzebna, potraktował jak śmiertelną obrazę. Wstał zza kontuaru, podszedł do podróżnika wpatrzonego w okno i złapał go za rękę sugerując, że bez otrzymania reszty nie ma prawa wyjść. Gustaw mógł go odtrącić i pójść sobie, lecz pozwolił zatrzymać się wewnątrz pomieszczenia. Staruszek wrócił znów za ladę i schylił się przystępując do procederu grzebania w jakichś nisko położonych szufladach. Dosyć długo to trwało, mimo nadzwyczajnej zapamiętałości dziarskiego ekspedienta. Podróżny stanął mu nad głową i zaczął się przyglądać jego mrówczej pracy. Tamten z każdej z szuflad wydobywał pojedyncze monety i banknoty owinięte dla niepoznaki w jakieś bure szmaty. W końcu zgarnął pieniądze na kupę i mozolnie, nader skrupulatnie zaczął wydzielać należną resztę myląc się zresztą, choć niewiele, na korzyść Podróżnika w porównaniu z ceną, która nabazgrana flamastrem widniała na etykiecie butelki. Ten uznał, że nie warto czy też nie wypada protestować. Może sprzedawca pomyślał, że ceny poszły w dół, choć wraz z rozpoczęciem jakiejkolwiek wojny szybują zawsze w górę, zwłaszcza jeśli chodzi o ceny alkoholi.

Sprzedawca złapał się za głowę, jakby o czymś zapomniał, po czym wyciągnął z głębin jednej z szuflad opakowanie pudrowych cukierków, które przetarł z kurzu i zdecydowanym ruchem wcisnął w dłoń zaskoczonego klienta. Ten nie protestował, tylko drugą dłonią sięgnął do kieszeni i odliczył ze świeżo otrzymanej reszty kilka monet, uznając, że to wystarczy na zapłatę. Sprzedawca w milczeniu zwrócił mu jedną monetę i uznał, że transakcja została uregulowana za pomocą pozostałych pieniędzy. „Z drugiej strony” – pomyślał sobie Podróżny – „za te landrynki to z kolei nieco przepłaciłem”.

Sam nie wie, jak wcześniej mógł nie zauważyć, że na ladzie w wazonie, w którym najwyraźniej świeżo wymieniono wodę, rozwijała się róża. Wyjął ją nie patrząc na protesty ze strony sprzedawcy, których to protestów skądinąd nie zauważył.

Po wyjściu na ulicę zobaczył parę osób – na ogół kobiet, ciepło otulonych, z pustawymi torbami na sprawunki w dłoniach – widział, jak przemykały chodnikiem tuż przy ścianach biegnąc tak szybko, ile miały sił, co jednak w sumie nie dawało, trzeba przyznać, rewelacyjnej prędkości. Co chwilę rozglądały się dookoła, jakby bały się, że  w każdym zaułku, na każdym dachu czy też w każdym oknie może czaić się snajper. Były w średnim wieku, co znaczy, że urodziły się już pewien czas po wojnie, która wyjątkowo dała się we znaki tutejszym okolicom. Ciekawe, skąd w takim razie od razu, z dnia na dzień nabrały wojennych przyzwyczajeń?

Nieco później, w pewnej chwili wzrok jego (z udziałem innych zmysłów, a być może przy okazji umysłu) zauważył, że na ulicy czwórka rosłych mężczyzn pastwi się nad powalonym na chodnik bankomatem. Wyraźnie nie udało się z urządzenia wysupłać żadnej kasy, więc rezygnując z prób systematycznego wybebeszenia jego wnętrza dwóch osobników dawało wyraz swej bezmiernej frustracji kopiąc go bezładnie, zaś dwaj pozostali tańcowali nieopodal w karateckim tańcu do muzyki biesiadnej, która grała w najlepsze z przyniesionego przez nich magnetofonu na baterię.

W końcu zaopatrzony w wino i różę trafił w pobliże miejsca, które zostało mu wyznaczone. Plac znajdował się po lewej stronie ulicy – w jego głębi stał piętnastopiętrowy wieżowiec biurowo-mieszkaniowy, stalowo-szarej barwy, skrzydła placu zajmowały betonowo-szklane pawilony, z których w jednym mieściła się restauracja – zlikwidowana przed kilkoma miesiącami – w innym sklep z artykułami gospodarstwa domowego, przed zamieszkami jeszcze czynny, lecz bardzo podupadły, odkąd wybudowano centra handlowe na obrzeżach miasta, a zarazem znów modne stały się okolice Majdanu Radosława. Pośrodku placu, wyłożonego brudnawymi płytami wykonanymi z bardziej niż tylko względnie podłej imitacji marmuru, ustawiono metalową rzeźbę, która przedstawiać miała orła, czy jak kto woli kurę – w każdym razie, miało chodzić o symbol dawnej potęgi średniowiecznej Słowanii.

Tuż za placem rozciągało się Śródmieście, o czym świadczyła gęstsza i starsza zabudowa, na którą składały się w większość trzy lub czteropiętrowe kamienice. Tam nie było jednak przejścia. Z odległości zobaczył, jak szpaler wojsk rządowych zajmuje pozycje wzdłuż ulicy. Wesołe miasteczko, w okolicy którego był z nią umówiony, leżało więc całkiem poza jego zasięgiem. Przynajmniej tak się  wydawało, jako przyjezdny nie znał żadnych sekretnych przejść i skrótów.

Lecz nagle ujrzał przed sobą drabinę postawioną na sztorc, mocno wbitą w beton i sięgającą gdzieś wysoko hen. Gdzie, nie wiedział tego dokładnie, bo szczyt jej gubił się we mgle, która coraz mocniej nadciągała na miasto, ledwie zdążyła się rozrzedzić wczesnym przedpołudniem.

…Był już na tyle wysoko, że ponad sobą miał teraz diabelski młyn, którego wielkie koło ku jego zaskoczeniu zaczęło się powoli się obracać. Na jednym z krzeseł ktoś siedział. Kto – poznał to od razu. Szedł dalej, nad jego głową wciąż widniał obłok mgły, jednak w miarę jak postępował ku górze mgła dziwnym cudem natury (bądź też innych sił, nie wyłączając przypadków nie bardzo naturalnych) wędrowała wzwyż, miarowo z postępem jego dziwnej wspinaczki, oczyszczając mu drogę. Był teraz  jakieś dwadzieścia metrów nad jej głową. O ile wyprawa w górę była łatwiejsza, niż można było się spodziewać, o tyle nie widział w powietrzu żadnej drogi, którą mógłby dojść w jej kierunku. To zaczęło niepokoić go. Tym bardziej że widział, jak macha dłonią, wyraźnie w jego stronę, a przecież nie mógł w żaden sposób się zbliżyć. Wspinaczka stawała się też coraz bardziej uciążliwa, z pewnością również z tego, co najmniej względnie banalnego, powodu, że coraz mniej wierzył w jej sens, ale też z powodów najwyraźniej bardziej niż względnie obiektywnych – przeszedł już ok. osiemdziesiąt metrów, a jako że nie był z natury bardzo silny, ręce – nieprzyzwyczajone do tego typu wysiłku – bardzo go bolały – w dodatku szczeble drabiny były bardzo zimne, niemal lodowate, zupełnie jakby miał znaleźć się na znacznie większej wysokości. Zejście w dół wydawało się koszmarem: nie tylko byłoby dowodem klęski, lecz ponadto z racji tego, że zawsze przy schodzeniu z czegokolwiek był mniej ostrożny niż podczas wspinaczki, mógłby łatwo spaść. Dodajmy też, że od zawsze cierpiał na zawroty głowy. Najsilniejszy był jednak czysto irracjonalny i nieco śmieszny strach, że po drodze zgubi butelkę wina, tudzież różę. Fakt, że cały potencjał jego lęku skoncentrował się na ubocznym, rzec by można, niebezpieczeństwie w postaci opisanej wyżej utraty posiadania, pozwalał mu od biedy zachować zimną krew.

W końcu dotarł w miejsce, w którym mgła nie chciała ustępować. Nie widział nic wokół siebie, wyciągnął tylko w górę jedną dłoń i nie poczuł już ponad sobą żadnego szczebla drabiny. Zatrzymał się i trwał w dłuższą chwilę w beznadziei, która coraz bardziej przeradzała się w wisielczą obojętność, wpijając się ustami w zimny szczebel drabiny, zlizując z niego cienką warstwę lodu, którą był pokryty.

W pewnej jednak chwili mgła poczęła się rozrzedzać, tak że mógł się rozeznać w swojej sytuacji. Istotnie, drabina urywała się, jednak o kilka szczebli niżej zaczynała się druga, prostopadła, pozioma, którą przeoczył podczas wspinaczki. A więc zszedł tam i z uwagi na zawroty głowy nie decydując się na przejście górą na nogach, ani też na przejście na czworakach (być może chciał, żeby jego błazeństwo pozostało błazeństwem wertykalnym, mógł mieć tutaj większe skrupuły niż onegdaj Frank Herc) postanowił pokonać ją zawieszony na rękach, przeskakując szczebelek po szczebelku. A więc kroczył tak, na samej górze jego ciała znalazł się narząd chwytny-dłonie, na samym dole stopy (czyż może istnieć piękniejsze Wertykalne?). Pod nim piękny widok roztaczał się na miasto i lunapark. Jacyś ludzie zgrupowani na rynku rozpalili stos, a wokół niego błyszczały pojedyncze ogniki. Dym wzbijał się wysoko, nawet tutaj czuł lekki jego swąd. Z góry widział, jak wokół placu posuwają się zgrupowania wojska. Przeprawa była stosunkowo ciężka, ręce znów go bolały, musiał przejść w ten sposób jakieś piętnaście do dwudziestu metrów. A co dalej?  Dalej była mgła, liczył jednak – dlatego nie zszedł w dół – że mgła opadnie i znowu coś mu się odsłoni. Mając taką nadzieję – a raczej – nadzieja to w jego przypadku niewłaściwe słowo – widząc taką możliwość, wszedł w strefę mgły zatrzymując się ledwie stracił widoczność, na wszelki wypadek, gdyby drabinka zaraz miała się kończyć. Tak się stało. Drabina urywała się, lecz tuż naprzeciw, w odległości pół metra od ostatniego ze szczebli, ujrzał nowe urządzenie –konstrukcja była pionowa, prostopadła do drabinki, a więc równoległa do drabiny pierwszej, którą wszedł na górę. Było to coś w rodzaju rury – krzywa, wijąca się esowato, konstrukcja składająca się z obręczy o średnicy dwóch i pół metra połączonych czterema pionowymi prętami, dzielącymi obwód każdej obręczy na równe cztery ćwiartki. Wykonując mocny zamach ręką można było uchwycić się skrajnie wysuniętej obręczy, co uczynił. Obręcze były rozmieszczone, jedna po drugiej, z góry na dół, w mniej więcej dwu i pół metrowym rozdzieleniu. Kwestia wybrania trasy była w tym przypadku dość złożona. Ktoś nieco wyższy od niego mógłby wejść „do środka” i uwiesić się dłońmi na górnym pręcie obręczy, stopy opierając o dolny. Następnie, trzymając stopy na dolnej obręczy, mógł opuszczać dłonie, wzdłuż pionowych prętów, aż znajdą się bardzo blisko stóp i odrywać stopy, zwieszając się na rękach, dopóki nie dotknął obręczy położonej niżej. W ten sposób dało się pokonać ową drogę w dół, przemierzając piekielny krąg po kręgu.. On miał tylko do wyboru wciąż polegać na swych dłoniach, ewentualnie uwiesić się jak małpa głową w dół obejmując pręt również i stopami, jako że licząc od stóp po wyciągnięte w górę dłonie mierzył mniej niż dwieście pięćdziesiąt centymetrów, tak więc zwieszając się z jednej obręczy, nie mógł dotknąć drugiej stopami. Spuszczanie się w dół po pręcie (przedzielonym skądinąd obręczami) nie kusiło zbytnio. Jednakże było pewnym ułatwieniem, że metalowa konstrukcja – obok zasadniczych elementów wyżej wymienionych – miała gęściej zabudowane niektóre ze swych „ćwiartek”, które wypełnione były wąskimi ćwierćłukowymi szczebelkami. Można było po nich chodzić, jak po drabince gimnastycznej. Każdy segment, jeżeli nazwać segmentem przestrzeń pomiędzy dwiema obręczami, tym jednak się charakteryzował, porównując go z sąsiadującymi, że inna ćwiartka była wyposażona w większą ilość (ćwierćłukowych) szczebelków, stąd w miarę jak pokonywał swoją trasę, musiał przekręcać się i zręcznie przemieszczać z jednej ćwiartki do drugiej, co sprawiało, że w głowie miał jeden wielki wir. Nie wie, ile tak szedł. Konstrukcja wiła się na boki, tylko lekko opadając w dół, jednak po jakimś czasie zauważył, że znajduje się już dokładnie na wysokości szczytu diabelskiego młyna, gdzie ona wciąż siedziała, w jednej z kabin. Tyle, że rurowate urządzenie biegło obok karuzeli, ginąc gdzieś we mgle, nie zbliżając się w żaden sposób w jej kierunku. Doszedł właśnie do punktu wychylenia stosunkowo najbardziej zbliżonego do młyna – na jakieś trzydzieści metrów. W tym miejscu nie było żadnej mgły – lecz było jedno bardzo proste wyjście – stalowa lina łączyła z pręt z  młynem (w jaki sposób, w takim razie młyn w ogóle się kręcił?). „Czy pójść tędy? To byłoby szaleństwo! Pokonywać jeszcze spory kawał drogi po stalowej linie, ryzykując, że ona w tym czasie odejdzie albo że w tym czasie jakieś nowe, dogodniejsze przejście być może odsłoni się we mgle (chociaż być może tym razem się nie odsłoni, indukcja niezupełna jest zawodną metodą wnioskowania). Ręce już nie wytrzymują. Niemożliwe. („Wracać z powrotem? Po tym, co się przeszło. Fizycznie nie dałbym już rady pokonać tego dystansu. Poza tym, kto mi zagwarantuje, że przejścia otworzą się w tych samych miejscach, że którekolwiek z nich zaprowadzi na dół. I uciekać, kiedy tak dużo już się przeszło? Kiedy i tak bardzo prawdopodobne jest, że nie ujdzie się z życiem z tej przygody. Więc można tylko pójść tędy, a przy okazji dać odpocząć dłoniom! Jeżeli się upadnie, będzie to przynajmniej upadek bez takiego lęku, tylko jedna chwila.”)

To pomyślawszy wstąpił na linę, stawiając na niej stopy. Myślał, że zaraz upadnie, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Uszedł parę metrów, zawsze uważał się za nieskoordynowanego ruchowo, ale dziwnie nie spadał, chociaż kilka razy zdarzyło mu się zakołysać. „Czego ona chce?” Widział już jej twarz, oczy jej przykrywały ciemne okulary, jednak po samej tylko mimice, ruchach warg, rozpoznał wyczekiwanie. „Czyli nie chce, bym spadł – i tak dojdę, nie mam żadnego wyjścia” – mówił do siebie z trudem balansując. W prawej dłoni trzymał teraz butelkę wina, w lewej dłoni różę, w związku z tym prawa strona ciała była trochę bardziej obciążona, więc musiał przenosić część masy w lewo, by zachować równowagę, o czym jednak nie do końca pamiętał. Lina cały czas odchylała się, a jednak nie upadał, jakby była posmarowana jakąś tajemniczą substancją, która nie pozwala stopom się oderwać. Patrzył tylko przed siebie, trochę na nią, trochę na jakiś niewidoczny punkt. Nieokreślone myśli koncentrowały się w sposób luźny na grach, które z nim prowadziła. To pozwoliło jego ciału odnaleźć intuicyjnie odpowiednie ruchy, które pozwoliły mu pokonywać trasę bez problemów, w tempie tak szybkim, na jakie nie odważyłby się niejeden zawodowy kuglarz. Robił to (względnie) bez udziału świadomości, która mogłaby spotęgować niepokój, a w konsekwencji doprowadzić do nieszczęścia. Na chwilę tylko spojrzał w dół, gdyż zaniepokoił go jakiś dziwny dźwięk. Spostrzegł wtedy, że pod liną, po której szedł, znajduje się druga lina, a do niej przymocowane są (jakby były jej częścią) małe druciane ptaki, które wciąż z siebie wydają elektryczne, a przy tym miękko oniryczne dźwięki. Był to śpiew, który dobiegając do ziemi (o czym jednak nie widział) rozdzielał się na wiele różnych fal przybierając postać głosów, którymi mówią obłąkani oraz kochankowie wszystkich nacji i ras, tudzież motywów muzycznych, które przychodziły do głowy najbardziej szalonym spośród kompozytorów. Wśród tego dziwacznego śpiewu ginęły tłumione salwy karabinów, które rozlegały się w dole, w okolicy Placów Radosława. To oddziały rządowe, które chyba wreszcie zdecydowały się na bardziej drastyczne posunięcia (wiele jednak może świadczyć o tym, że strzelano w powietrze), oczyszczały teren z niedobitków…

Ostatnie kroki były najtrudniejsze, sam nie wiedział, jak mu się udało utrzymać. Na jego widok wstała jednak, była promienna, uśmiechnięta. Wychyliła się z karuzeli, patrząc zachęcająco, wyraźnie dodając mu otuchy.

Lina była przypięta do ramy diabelskiego młyna dokładnie tuż ponad odkrytą kabiną, w której Alma siedziała. Należało chwycić się ramy rękoma i dać precyzyjnego susa w tę stronę.

Kiedy wylądował dokładnie obok niej, oboje byli tym faktem zaskoczeni, jakby nie widzieli się od bardzo dawna (trudno powiedzieć, czy to było prawdą, to znaczy, że czy jakieś cztery tygodnie można uznać za „dawno”) i jakby jednocześnie nie pamiętali niczego, co się w tym czasie wydarzyło, a zwłaszcza niedawnych chwil, tych, w których szedł do niej po jakże dziwacznych rusztowaniach.

-Cześć! – powiedziała.

- Cześć! –  pocałował ją.

Przyjrzał się jej, jakby nie był pewien, jak naprawdę wygląda. Jakby jej wygląd, ciągle zmienny, był działaniem imaginacji, nie jego imaginacji, lecz jakiejś obcej siły (może jej własnej – czym w takim razie była kobieta, która wysyłała ku niemu te iluzje na swój własny temat?). Teraz jednak zobaczył konkretny wizerunek kobiety, zmysłowy, cielesny, nie zdradzający w sobie nic z tworu wyobraźni. Dobrze pamiętał tę dość wysoką, lekko rudawą szatynkę, jej spięte w kok, falujące włosy, duże zielone oczy, bardzo mocny makijaż. Duże kolczyki o lekko orientalnych motywach zwieszały się z jej uszu. Miała zgrabną, kobiecą figurę, szerokie ramiona, nie mające przy tym nic atletycznego. Pod czarną sukienką z dosyć mocnym dekoltem ukrył się jej płaski ciepły brzuch, przebity parą kolczyków. To właśnie, jak oczywistą, cielesną, jak – użyjmy komunału – „kobiecą” ją zobaczył, sprawiło, że przez moment stracił całkowicie rozeznanie, kim w ogóle może być, kim wcześniej była w jego życiu, jakie instancje sprawiły, że się w ogóle kiedykolwiek poznali, co ich w ogóle łączyło.

- Kocham kwiaty – powiedziała jego dziwna kochanka, nim ów moment utraty rozeznania się zakończył.

- Nikt tak jak ty już nie mówi, Alma. Nikt już nie mówi takim tonem aktorskim, fałszywie pretensjonalnym, już niczyje słowa nie są takimi chłodnym i obłędnym afrodyzjakiem (widać nie był jednak do końca, po tej całej wspinaczce, w najwyższej poetyckiej formie, skoro użył tego ostatniego słowa, tudzież paru poprzednich).

- Nie chrzań, tylko kochaj mnie.

- Po to przecież tu jestem. Czy ty też po miłość... po jakąś miłość przyjechałaś, Alma?

Roześmiała się.

Lekko dotknął jej ust.

- A jednak przyjechałaś.

- Ty też w końcu odszukałeś mnie.

Zrobił poważną minę. Bywa tak w miłości, że uczucie zwane paranoją (cóż, słowo to miało się nie pojawić w niniejszej opowieści, lecz kilka razy wystąpiło już, doprawdy nic się nie poradzi), chociaż generalnie frustrujące, niszczące i przygniatające (+wiele jeszcze innych bardzo strasznych „–jące”), bywa czasem pikantnym, ekscytującym urozmaiceniem. Ich wzajemne gry dotąd nie były nigdy takie, były zawsze raczej obłędami pozbawionymi klasycznie rozumianych podejrzeń, wyrywającymi się, na ile to możliwe, a nawet jeszcze bardziej (na ile to niemożliwe – chciałoby się powiedzieć) z gąszczu przyczyn i skutków. Ale teraz przyszło mu do głowy, że może jego Alma przybyła z jakiejś krainy, pełnej gór i mroźnego, przeczystego powietrza, z której szaleni wieszcze, wróże i uczeni, skryci w zamkach o wieżach w kształcie szyj łabędzich, rzucają klątwy, siejąc niecny zamęt w krainach zamieszkałych przez osoby względnie ubogie i maluczkie?

- Czy masz cokolwiek wspólnego z tym co tu się dzieje? – powiedział to z odrobinę komicznym zawahaniem, żeby (być może trochę wbrew uczuciom, które nim były owładnęły, być może jednak zgodnie z wewnętrzną absolutną wolnością, której kilka kropel tęczowych a szampańskich gdzieś w swoim ciele nosił) uczynić swoją paranoję lekką, dowcipną i zdystansowaną.

- Boże, co ty mówisz. Skąd ci to przyszło do głowy? – powiedziała bardzo naturalnie, lecz pomimo tego odrobinę diabolicznie zadziwiona.

- Skoro tu przyjeżdżasz i nie dziwisz się, kiedy mówię coś, to z tego wynikałoby, że to nie jest tylko zbieg okoliczności, a ty przecież (teraz zaśmiał się) w ogóle nie zaprzeczasz.

- Tak w ogóle, zamknij się. I tylko przytul mnie, jeszcze dużo mocniej. Przytul mnie, strasznie się za tobą stęskniłam.

Alma oderwała kilka płatków z róży i rzuciła je na wiatr, po czym znów roześmiała się. On w tym samym czasie odkorkował butelkę.

Podając sobie butelkę wypili wino do połowy. Karuzela zaczęła się obracać. Kręciła się coraz szybciej i szybciej, aż niemal wszystko zapomniał. „Czy to Ona sprawiła, czy to ona we mnie wywołała ten wielki zawrót głowy, który zawsze trwa, gdziekolwiek bym nie siedział, choćby gdzieś za jakimś martwym biurkiem?”

Wypili całą butelkę podając sobie wino z ust do ust. Alma wymachiwała kolorową, przeciwsłoneczną parasolką.

A na dole, tuż obok karuzeli stały sobie jakieś dwie osoby, którym nie wiadomo jak (i po co) udało się sforsować parkan lunaparku. Dwie zabłąkane osoby, które wyszły na ulice mimo walk, nie mając nic innego do roboty, nic do stracenia ani do zyskania (poza zyskaniem po raz kolejny tego wspaniałego uczucia, kiedy osoby stracone, choć jednocześnie przez to szczęśliwe i spokojne oddają swoje kroki anonimowym ścianom i ulicom). Jedna z nich uniosła palec w górę i wskazała drugiej Gustawa – mówiąc – „Patrz, jakiś człowiek unosi się w powietrzu, jakiś człowiek lata”. Obaj zadarli mocno głowy jednocześnie wykrzywiając usta w jednoczesnym zdumieniu i zachwycie. „Patrz – jest i kobieta” – powiedział drugi głos pokazując Almę.

„Akrobaci. Diabelski młyn już dawno wywieziono na złom, a te cyrkowce ciągle tu przychodzą. Akrobaci. Razem łączą się w powietrzu, razem lecą, wirują” – powiedzieli naraz, unisono.