Baudrillard - terapia implozywna

Baudrillard – terapia implozywna[1]

Myśl radykalna, jak sama nazwa wskazuje, sięga do „korzenia” (radix), do ukrytej pod powierzchnią istoty rzeczy. W tym najogólniejszym sensie żadna myśl z prawdziwego zdarzenia nie może wyzbyć się ambicji radykalizmu. Istnieje jednak także inny sens, nie związany z etymologią, nie odsyłający w ogóle do żadnych źródeł, oddający natomiast pewną zasadniczą intencję myśliciela radykalnego – chęć pójścia dalej, domyślenia rzeczy do końca. Co więcej – w ramach tej strategii (strategii rozpętania, którą sam Baudrillard określa mianem „katastroficznej”), właśnie owo szaleńcze przyspieszenie, ucieczka do przodu, stanowi warunek jakiegokolwiek sięgania do korzeni. Tak jakby myśl nie była w stanie utrafić w jądro rzeczywistości inaczej niż tylko zdobywając się na absolutną przesadę, wyciągając z zachodzących procesów jedynie ich najbardziej ostateczne konsekwencje, składające się na obraz, który bezwzględnie przeczy wszelkim zdroworozsądkowym rozpoznaniom. Spośród wszystkich myślicieli współczesnych nikt nie jest bardziej radykalny niż Jean Baudrillard; żadna inna myśl nie wywołuje też tak skrajnego uczucia obcości, pomieszanego z obawą, że być może „jednak coś w tym jest”. Ale jeśli tak, jeśli Baudrillard istotnie dociera do korzeni, to musimy zrewidować większość naszych poglądów na to, w jakim świecie żyjemy, na to, czym jest dziś polityka, sztuka, wojna, praca, a także i na to, jakie jest dziś zadanie myślenia.

Jak by to było: potraktować Baudrillarda poważnie? Wciąż mało kto jest do tego skłonny, mimo wielkiej, wręcz spektakularnej popularności teorii symulakrów. Przeważają reakcje lękowe – od lekceważenia (Baudrillard jako „postmodernistyczny oszołom”) po uznanie oparte na niedopuszczalnej redukcji. Bo czy da się sprowadzić Baudrillardowską wizję do teorii „rzeczywistości wirtualnej”, albo pewnej koncepcji funkcjonowania mediów? Rzeczywistość nie istnieje – powiada Baudrillard. Jednak nie w tym sensie, że wszystko rozgrywa się na ekranie telewizora (albo w sieci). Nie istnieje rzeczywistość taka, jaką znamy bądź znaliśmy. Znikła za sprawą wielkiej ontologicznej mutacji, dotykającej samych podstaw rzeczy. Myśliciel radykalny zdaje sprawę z tego procesu właśnie w ten sposób, że go radykalizuje, napędza, podsyca. Baudrillarda warto potraktować przede wszystkim jako filozofa-diagnostyka, trzymającego rękę na pulsie aktualności. Nawet wbrew jego deklaracji, że „diagnoza nie posiada już obiektywnego znaczenia” (Przed końcem, s. 31). Co innego znaczy wszak ambicja prostego opisu rzeczywistości, a co innego radykalny zamysł rozpętania nieprzejrzystego procesu stawania się, w którym jesteśmy, chcąc nie chcąc, zanurzeni. Ten hiperboliczny, katastroficzny zamysł niewątpliwie od początku do końca przyświecał Baudrillardowi.

Skoro jednak decydujemy się brać Baudrillarda poważnie, ryzykując całkowite teoretyczne załamanie, krach naszej dotychczasowej wizji świata, musimy zacząć od podstawowego, a zarazem wielce kłopotliwego pytania: czego właściwie dotyczy ta diagnoza? Co stanowi tu przedmiot analizy – kultura (ze szczególnym uwzględnieniem roli mediów i statusu znaku), społeczeństwo (a zwłaszcza sfera „komunikacji”), historia, ekonomia, język? A może wszystkie te dziedziny jednocześnie i na zmianę? Owszem, chociaż już sama „rozległość” zainteresowań Baudrillarda wskazuje na to, że w grę wchodzi, być może, coś więcej, jakieś ostateczne podłoże, na którym zarysowują się dopiero poszczególne „dziedziny” przedmiotowe o płynnych, wciąż przemieszczających się granicach. Podłoże to nie zostaje przez Baudrillarda nigdzie nazwane, tak jakby wielkie mutacje, o których pisze, obywały się w ogóle bez jakiejkolwiek podstawy, w swoistej ontologicznej próżni. Jednak biorąc pod uwagę kontekst dużej części myśli współczesnej, znanej doskonale Baudrillardowi, nie należy się temu dziwić. Ów brak nazwy, która z konieczności oznaczałaby znów jakąś dziedzinę bytu (dziedzinę „ontyczną”, jak by powiedział Heidegger), sygnalizuje, że mamy do czynienia właśnie z mutacją na poziomie ontologicznym (znów w sensie Heideggerowskim), a więc dotyczącą samego „sposobu bycia” wszelkich przedmiotów naszego doświadczenia – począwszy od obrazów i znaków, poprzez partie polityczne, a kończąc na konsumpcyjnych gadżetach. Przekształcone zostają „warunki możliwości” (mówiąc językiem filozofii transcendentalnej), forma „jawienia się” świata jako całości (w idiomie fenomenologii). I próżno szukać jakiejkolwiek instancji, która w ostatecznym rozrachunku determinuje owe przemiany. Baudrillard nie jest ani deterministą technologicznym, ani ekonomicznym, ani nawet „mediologicznym”. Nawet byt tak ogólny jak społeczeństwo czy kultura nie może zająć zawsze pustego miejsca oznaczającego źródło. Również to, czym jest społeczeństwo (projektem politycznym, przedmiotem racjonalnego zarządzania, ekranem gigantycznej symulacji), podlega zasadniczym mutacjom. Może więc sama forma zmiany/ruchu, czyli czas? Historia jako najgłębsze podłoże wszelkich form ludzkiego doświadczenia – to brzmiałoby nawet dość swojsko. Ostatecznie jednak i tę hipotezę musimy oddalić, skoro tylko pomyślimy o wszystkich sposobach bycia (w) historii: historii jako tradycji dostarczającej przykładu, jako zobowiązania, balastu, przeszkody i wreszcie – wirtualnego muzeum. Skądinąd jest to jedno z owych narzucających się w trakcie lektury Baudrillarda pytań: czy mowa o tym „jak jest” (ontologia), czy raczej o historycznych procesach, w wyniku których świat radykalnie zmienił swą postać? Wykładnia „historyczna” może być zasadna tylko pod warunkiem, że samą historię rozumiemy „ontologicznie”, jako ruch, który rozsadza każdorazowe fundamenty, warunki możliwości tego, co rzeczywiste (w duchu Heideggerowskich „dziejów bycia”), a nie jedynie zachodzący w jego obrębie. Dopiero w tej perspektywie nabiera sensu twierdzenie, zgodnie z którym „rzeczywistość nie istnieje”. Zasadnicza mutacja dotyczy właśnie sensu tego, co „rzeczywiste” jego sposobu bycia. Realność nie tyle znika, co przechodzi w fazę hiperrealności albo imploduje. Właśnie tę implozję śledzi Baudrillard w konkretnych dziedzinach „sztuki”, „polityki” itd. Cudzysłowy są tu konieczne, albowiem – zgodnie z prawem radykalnego przyspieszenia – świat, w którym umieszcza nas Baudrillard, choć do złudzenia podobny do starego, nie ma już nic wspólnego z tamtym.

Być może więc ważniejszy od domniemanego „przedmiotu” analizy, ostatecznego podłoża diagnozowanych przemian, jest sam „tryb”, ogólny schemat mutacji ontologicznej, której radykalnym świadkiem stara się być Baudrillard. To on okazuje się właściwym przedmiotem – fenomen przejścia realności w hiperrealność, powszechny fenomen implozji, którego efekty stają się coraz bardziej nieodparte w każdej sferze „bytu społecznego”. A ponieważ, ściśle rzecz biorąc, mamy tu do czynienia nie tyle z fenomenem, ile z procesem dotykającym samych warunków możliwości zjawisk, to mimo istnienia lokalnych odmienności (związanych ze specyfiką poszczególnych obszarów) jego logika jest wszędzie podobna. Za każdym razem w grę wchodzi swego rodzaju spotęgowanie i przerost, gwałtowna eskalacja i intensyfikacja, nasycenie będące krytycznym sprawdzianem granic systemu. W efekcie owej samoczynnej auto-transgresji system wszelako nie eksploduje, nie rozpada się. W jego miejsce nie pojawia się też coś „całkiem innego”, a każdym razie nic, co byłoby rozpoznawalne jako takie dla pospolitego rozsądku. Wszystko pozostaje „na swoim miejscu”, a zarazem sens całości ulega przenicowaniu. Zamiast eksplodować każda sfera imploduje do wewnątrz, co wiąże się przede wszystkim z radykalnym rozmyciem granic, uniwersalizacją wszelkich zasad i – w rezultacie – ich unieważnieniem.

Kiedy wszystko staje się polityczne, polityka jako taka, a w każdym razie polityka w tradycyjnym sensie, zostaje „zniesiona” (w sensie zupełnie nie heglowskim). Wkraczamy w przestrzeń post-polityczną, która jest także post-społeczna w tej mierze, w jakiej przekroczyliśmy również próg przesycenia socjalizacją. „Instytucje samoczynnie implodują w wyniku nadmiernej ilości rozgałęzień, przeciążeń układów sprzężenia zwrotnego i zbytnio rozbudowanych obwodów kontrolnych” (Spisek sztuki, s. 91). Z kolei w tele-informatycznych systemach komunikacji następuje implozja sensu/przekazu. Informacja jest wszędzie, krąży we wszystkich kanałach post-społecznego ciała. Wszystko w istocie jest informacją i właśnie dlatego nie da się już komunikować jakiejkolwiek treści. Jedyną treścią staje się sama orgia albo ekstaza komunikacji. Medium is a message – powtarza Baudrillard za McLuhanem, sugerując, że być może w grę wchodzi również massage... Podobnie stała, związana z ruchem awangardy ekspansja dziedziny estetycznej prowadzi ostatecznie nie tylko do negacji „estetyki”, ale też do zniesienia sztuki jako takiej. W każdym z tych przypadków dokonuje się zatem proces implozji – rozrostu, którego efektem okazuje się unicestwienie samej zasady. Wszechobecność zasady estetycznej czy politycznej nie powinna nas wprowadzać w błąd, choć zazwyczaj tak właśnie się dzieje. Żyjemy w przekonaniu, że „sztuka przenika życie codzienne”, że wszędzie to, co naturalne zostało wyparte (zapośredniczone) przez to, co społeczne i że liczy się przede wszystkim dostęp do informacji. Rzeczywistość sztuki, polityki i komunikacji wydaje się być jeszcze bardziej nieodparta niż w świecie, w którym granice poszczególnych sfer były mniej lub bardziej wyraźne i gdzie każda zasada zmagała się ze swoją anty-tezą (zasada estetyczna z zasadą zestandaryzowanej, masowej produkcji, zasada socjalizacji z popędową zasadą przyjemności, informacja z zagrażającym jej wciąż „szumem”). Jednak panowanie to jest całkowicie złudne, a dokładniej: opiera się na pominięciu złudnego, symulowanego charakteru owej, rzekomo nieodpartej rzeczywistości. Co więcej - hiper-polityczność i hiper-estetyka stanowią lokalne efekty ogólnego procesu implozji rzeczywistości jako takiej. Najdobitniej potwierdza to właśnie swoista „realistyczna” obsesja, jaka daje o sobie znać na każdym kroku. W obszarze sztuki wszędzie performance wypiera iluzję, zasada taktylna (odsyłająca do władzy dotyku) – zasadę wizualną. Redukcji podlega dystans. Wszechobecny staje się obraz pornograficzny, wyostrzony, operujący maksymalnym zbliżeniem w celu wywołania upragnionego efektu rzeczywistości – „transseksualna, transestetyczna obsceniczność” (Spisek sztuki, s. 76). Komunikacja osiąga swą doskonałość wtedy, gdy odbywa się bez żadnych opóźnień i zakłóceń, w czasie rzeczywistym. Relacja musi być zawsze relacją na żywo. Jednak rzeczywistość, której nie równoważy już żadna iluzja, radykalnie zmienia swój status; imploduje i zmienia się w hiper-rzeczywistość. Choć wydaje się, że żyjemy w świecie pełnym „wydarzeń”, w istocie warunki możliwości naszego świata są warunkami niemożliwości, neutralizacji jakiegokolwiek wydarzenia. Rzeczywistość, jak powiada Baudrillard, stała się integralna, co oznacza, że nie sposób uczynić w niej żadnego wyłomu. To, co się dzieje, może nas jeszcze czasem zaskakiwać, jednak najbardziej zaskakujące jest właśnie to, że w gruncie rzeczy „nic się nie dzieje”. Tradycyjnie wydarzeniem par excellence była Rewolucja. Wystarczy przyjrzeć się dzisiejszym „kolorowym” rewolucjom, by skonstatować ich dogłębnie post-rewolucyjny charakter. „Entuzjazm” (dla Kanta najważniejszy składnik zdarzenia rewolucyjnego) zastępuje depresja – zamiast tłumów omdlewających w ekstazie sztab psychologów krążący po pomarańczowym placu i walczących z dojmującym poczuciem nudy. Zamiast oczekiwania i niepewności przewrót dosłownie i w przenośni zamówiony przez globalne instytucje finansowe. Tak samo rzecz się ma z innym wzorcowym wydarzeniem – z wyborami, przez niektórych wciąż zwanymi „świętem demokracji”. Nie ma już społeczeństwa, które od święta mobilizuje się, aby wyłonić z siebie swych politycznych przedstawicieli. Jej miejsce zajęła masa, która nie może być przedmiotem żadnej „obywatelskiej” mobilizacji i w ogóle nie odsyła do porządku reprezentacji. To czysta materia statystyczna, pozwalająca się jedynie „sondować” i reagująca na socjotechniczne bodźce w określonych z góry granicach błędu (por. W cieniu milczącej większości, s. 29).

Odniesienie do sfery (post)ekonomii czy (post)polityki ma w przypadku Baudrillarda szczególne znaczenie. To nie tylko jedna z „dziedzin”, które jego radykalna myśl przemierza, diagnozując wciąż ten sam ruch implozji i erozji zasad. Bezpośrednio manifestuje się tu również strategiczny charakter owej myśli, a zarazem sens Baudrillardowskiej pozycji, właściwy mu filozoficzny etos. Śledząc jego wywody na temat Rzeczywistości Integralnej albo hiper-kapitalistycznej konsumpcji poddanej władzy „modeli”, ktoś mógłby zapytać: z czym mamy tu ostatecznie do czynienia – z perwersyjną fascynacją czy krytyką systemu? Takie postawienie sprawy w kategoriach „za” czy „przeciw” nie trafia jednak w sedno problemu, a każdym razie nie oddaje właśnie swoistej intencji Baudrillarda. W pewnym sensie jest on bardziej „przeciw” niż wszyscy nieprzejednani krytyczni krytycy maszyny kapitalistycznej (od Marksa do Adorna i Deborda), zarazem będąc… jak najbardziej „za”. Problem z tradycyjną krytyką polega na tym, że wciąż operuje kategoriami „rzeczywistej produkcji”, „konkretnego wyzysku”, „realnych stosunków wykluczenia” itd., nie biorąc pod uwagę implozyjnego charakteru samej rzeczywistości społecznej, mutacji ontologicznej, która przenicowuje sens wszystkich utrwalonych pojęć. Spowijając się w aurę moralnej słuszności i twardego realizmu, rozmija się z rozpędzoną hiper-realnością, tym samym tracąc wszelki walor strategiczny. I na nic nie zda się przypominanie o „przelanej krwi”, gdy Baudrillard oświadcza, że wojny w zatoce nie było. Oczywiście, że leje się krew, pracują taśmy produkcyjne, a miliony żyją w nędzy nieraz gorszej niż ta, w której Trzeci Świat tkwił, zanim stał się częścią globalnej wioski. Wszystko to stanowi już jednak część innej całości – świata, który stał się swoją własną symulacją, w którym zjawiska funkcjonują przede wszystkim jako znaki, w którym reprodukcja panuje nad produkcją, a kapitał finansowy nad wszystkimi innymi jego formami. Jest to zarazem świat, który odznacza się szczególną własnością neutralizacji sensu, implodującego w zaawansowanych systemach komunikacyjnych. Jedyną realną treścią wszelkich komunikatów pozostaje sama komunikacja, a ściślej rzecz biorąc, niekończąca się reprodukcja systemu. Dotyczy to także dyskursów krytycznych, o czym najlepiej świadczy łatwość, z jaką zostają one wchłonięte i unieszkodliwione, jeszcze zanim jakakolwiek władza poczuje ich ostrze. Myśliciel radykalny próbuje wyciągnąć stąd strategiczne wnioski. Przeciwstawia systemowi nie tyle jakiś kontr-sens czy kontr-moralność rewolucyjną, ile maksymalne przyspieszenie i rozpętanie, doprowadzenie systemowej logiki do ostatecznych granic, systematyczną przesadę, która wskazuje na nieuchronność katastrofy. Doprowadzając do skrajności wszystkie terminy, pragnie dojść do punktu, w którym katastrofa staje się jedyną dającą się pomyśleć alternatywą, a jednocześnie ostatecznym spełnieniem aktualnych tendencji. „Jedyną strategią jest katastroficzność, a nie dialektyka” (Wymiana symboliczna i śmierć, s. 10).

Rzeczywistość Integralna doskonale radzi sobie z krytyką, zwłaszcza tą moralną i słuszną. Potrafi mówić jej głosem. Jedyne, co jej zagraża, to – zdaniem Baudrillarda – dar, ale dar radykalny, czyli taki, którego nie sposób odwzajemnić. Każda krytyka z konieczności zadłuża się wobec systemu, gdyż podstawową regułą funkcjonowania tego ostatniego jest właśnie obdarowywanie i permanentne zadłużanie – dokładnie tak, jak w przypadku demonicznej striptizerki, o której Baudrillard pisze, że nie tyle niczego od niej dostajemy, ile niczego nie możemy jej dać (por. Wymiana symboliczna i śmierć, s. 139). Dlatego należałoby przesłać dar w odwrotnym kierunku, przesyłkę bez adresu zwrotnego, nie niosącą żadnego sensu, nie będącą apelem i nie prowokującą żadnych „interpretacji”. Tradycyjnie takim darem jest śmierć – stąd Baudrillardowska „pochwała” terroryzmu, zwłaszcza samobójczych ataków z 11 września. Czy istnieje jakiś odpowiednik tego rodzaju aktu na gruncie teorii? Baudrillard wierzył, że może nim być właśnie swoiście pojęty radykalizm, kreślący obraz świata tak skrajnie cyniczny, wyprany z wszelkich „humanistycznych” złudzeń i ideałów, a zarazem tak uwodzący, że nie sposób przejść nad nim do porządku dziennego. Krzywe zwierciadło, załamujące wszystkie linie w kierunku katastrofy – zatruty dar, od którego skręcą się wnętrzności systemu…



[1] Rodzaj psychoterapii polegający na wystawieniu osoby przeżywającej lęk lub cierpiącej na fobię na działanie ekstremalnie silnego bodźca lękotwórczego.