Węgla! - część 2 - rozdział 3

 

3.

 

W nowo zbudowanym budynku, który całe lata Rico Herc oglądał z takim zapamiętaniem, (pełnym, jak pamiętamy, przeróżnych gorzkich dwuznaczności), przy jednym z okien zasiadałby Szef Powiatu Kordian Tudorescu. Zasiadałby, gdyby nie to, że trwały zamieszki i nowy urząd powiatowy był nieczynny; urzędnicy przenieśli się do lokalu w centrum, starannie strzeżonego przez policję i wojsko, tam mieścił się Sztab Identyfikacyjno-Kryzysowy powołany w celu zidentyfikowania, a następnie zapobieżenia dalszemu rozwojowi Groźnej Sytuacji.

Wcześniej jednak przebywał regularnie w gabinecie na piątym (przedostatnim) piętrze i przez duże przyciemniane okno mógłby obserwować Rica wyglądającego przez zakurzoną szybę w oknie swojej kamienicy. Mógłby, gdyby nie to, że zwykle w tym czasie zajmował się poważnymi sprawami i przez rzeczone (duże, przyciemniane) okno w ogóle nie wyglądał; były zresztą dwa okna w gabinecie Szefa, dodajmy dla ścisłości, lecz to, co wcześniej napisano, nie wypacza znacząco prawdziwego obrazu, gdyż przez żadne z (dwóch dużych, przyciemnianych) okien Kordian Tudorescu (przynajmniej z zasady, wyjątki zawsze przydarzają się, tu były względnie nieczęste) nie wyglądał.

 

Tudorescu miał w życiu bardzo prostą regułę, która nieodmiennie przyświecała mu tak na drogach prostych, jak i na często wypukłych albo wklęsłych manowcach jego wieloletniej urzędowej kariery: Gdy przyjdzie gorszy czas, a czasy dzielą się na lepsze i na gorsze (jeżeli coś jest gorsze, to oczywiste jest, że coś musi być lepsze, być może tylko Rico Herc nie powiedziałby tego, przynajmniej nie przed wybuchem owych dziwnych waśni), trzeba siedzieć cicho i na wszystko pozwalać. Przyjdzie jeszcze dzień, kiedy się odegrasz, a póki gorszy czas trwa - najważniejsze, by nie wypaść z gry! Żeby nie wypaść całkiem z obiegu urzędowych korytarzy.

A nastały lepsze czasy dla Kornela Tudorescu, o czym najlepiej świadczyła piastowana funkcja. Ho, ho – Szef Powiatu to już naprawdę było coś!

Nastały i dzięki Bogu trwały parę lat.

A w latach dawniejszych niż te wyżej wymienione lata lepszych czasów, bywało znacznie gorzej, tak zdarzało się często, choć nie zbyt często, rzecz jasna, w przeciwnym razie byłby dawno na dnie, pogrążony w łajnie aż po szpik.

Główną przyczyną ww. częstych, choć może nie notorycznych, pogorszeń były zmiany na szczeblach władzy wyższych od tych, które zajmował obecny Szef powiatu. Za Ludu, kiedy to Kordian wstąpił na niwę służby państwowej, rzadko się zdarzała zmiana warty na najwyższych szczytach, lecz jeśli się przydarzyła, bywało niewesoło. Nowy lud surowo się rozliczał z dawnym ludem, mimo serwowanego na zewnątrz przekonania, że Lud jest solidarną, niepodzielną ciągłością. Za jego czasu miała miejsc jedna taka zmiana. Nie pracował co prawda wtedy na wysokiej posadzie, ale jednak wraz ze starszym kolegą z pokoju, pewnego majowego ranka zostali wyciągnięci i pod kolbą karabinu (więcej niż jednego) zaprowadzeni na salę, na której obradowało Bardzo Szacowne Posiedzenie. Tam przejął ich podpułkownik w mundurze oficera politycznej żandarmerii. Podpułkownik - żandarm polityczny stanął sobie na środku, po czym podniesionym tonem poruczył obydwu aby ustawili się na baczność odpowiednio po jego lewicy i prawicy, nie wskazując, który konkretnie ma zająć które miejsce. Starszy kolega, czerwoniutki na twarzy, wśliznął się niczym zręczny szczurek na lewą stronę podpułkownika. Kordian, któremu została prawa strona, czuł się od razu przegrany z uwagi na pewnego konotacje ideologiczne, które budziły obie strony m.in. ciała od czasu francuskich wybryków z końcówki rzekomego wieku oświecenia, jednakże coś się w nim przemogło i nie utracił reszty animuszu. Obywatel podpułkownik każdego złapał za ucho i szarpiąc niemiłosiernie obydwu zaczął wodzić po Sali opływającej przepychem złotych stiuków, udekorowanej portretami na przemian przedstawiającymi górników, kosiarzy i sławetne czyny Kniazia Radosława - po sali pełnej stołów zastawionych gruzińskim szampanem i wielkoruskim kawiorem, za którymi to stołami zasiadali odświętnie ubrani Zgromadzeni o twarzach całkowicie nieznajomych (oprócz jednego czy drugiego, którzy wyraźnie załapali się do nowego Ludu), mimo że niemal identycznych w zestawieniu z twarzami, które były mu przez lata doskonale znane, Podpułkownik prowadząc ich za uszy, co było bolesne i to dość bezwzględnie, kazał tańczyć oberka, polkę, walca, chodzonego i jeszcze inne tany (nie zarządzono wprawdzie rzucanego; całe wielkie szczęście), bez żadnej muzyki i wśród kompletnej ciszy ze strony zgromadzonych, z których ust – wewnętrznie bardzo zimnych, choć jednocześnie - zewnętrznie sprawę ujmując - żywej malinowej barwy, nie dobył się ani cień chichotu. Więc tańcowali, wierzgali nogami, jak kazał im rzeczony podpułkownik, choć ból był przeraźliwy i nie raczył się zmniejszać mimo raczej prawidłowego wykonywania rozkazu; Kordian chciał żeby ucho w końcu oderwało się i dało mu spokój, choć jednocześnie przeczuwał, że nie byłoby to pożądane rozwiązanie, nie tylko z przyczyn fizjologicznych, lecz być może także politycznych, a może też i jakichś innych – zapewne takich, których nie da łatwo się wysłowić w paru, ani nawet w parunastu zdaniach. A przecież na tej sali kiedyś sami zasiadali jako Bardzo Szanowni Zgromadzeni! A przecież na tej właśnie Sali - opływającej przepychem złotych stiuków - mówili z dumą o tym, ze Plan Szósty osiągnął w listopadzie dziesiąty stopień mocy, chociaż do grudnia zakładali ledwie marną siódemeczkę, może z jakimiś ułamkami.

Potem (obywatel/towarzysz/Pan?) podpułkownik kazał śpiewać im na głos piosneczkę sprowadzającą się do jednego zdania, być może nie całkiem parlamentarnego: „przez nas była chujnia, za nas była chujnia” – tak to zdanie brzmiało. I Kordian śpiewał, jak mu przykazał polityczny oficer, choć Wysoki Funkcjonariusz nie wyznaczył melodii, co w nieco większym stopniu raczył zrobić ból, który żądlił niemiłosiernie ucho biednego Tudorescu - powstała z tego melodia zarazem frenetyczna i melancholijna, z chwilami załamującą się harmonią, która oddalała się niebezpiecznie od toniki lekceważąc kolejne stopnie gamy, a jednak udało się zachować taneczne metrum na ¾, co być może umożliwiło wybawienie. A kolega, siwiutki gołąbeczek, magister inżynier Siergiej Gdaka, nie śpiewał już, bo raczył sobie zemrzeć. Biedny Siergiej Gdaka, partyjny od młodości, oficer ochotniczych Straży Bezpieczeństwa, w odróżnieniu od Tudorescu, który na wyraźną sugestię przełożonych zapisał się do partii dopiero w trzydzieste urodziny i nie był aktywnym jej członkiem - wcześniej należał tylko do związku zawodowego, natomiast do rezerw Straży nie zapisał się nigdy. Biedny Siergiej Gdaka - najwyraźniej nie wytrzymał żalu, że taki los go spotkał – i to z ręki Ludu, a sam przecież od młodości Ludem wiernie był. I to Ludem był m.in. właśnie na tej Sali, gdzie ludowi służył wygłaszając płomienne referaty, z których najsłynniejszy dotyczył „Walki z bumelanctwem wśród pracowników zmilitaryzowanych jednostek kolejarskich”!

Zaś Kordian Tudorescu zatańczył, odśpiewał to, co obywatel podpułkownik wyznaczył mu do odśpiewania, wedle własnej melodii (pokrótce wyżej opisanej) - co raczyło mu zostać wybaczone, no i pozostał na urzędzie, choć naderwane ucho go bolało jeszcze kilka dni, a może nawet dłużej i to parokrotnie. Uchował się też mimo zmiany ustroju, a gdy stronnictwo socjaldemokratyczne, do którego się zapisał wygrało w końcu wybory, awansował na zaszczytny urząd kierownika jednego z referatów w dziale zamówień publicznych w zarządzie rodzinnego Powiatu. Zatwierdził kilka razy to, co miał zatwierdzić, a czego nie zatwierdził dyrektor wymigując się dociekliwością środków masowego przekazu, no i sam został dyrektorem za czas jakiś, gdy poprzedni dyrektor dzięki umiejętności skutecznej rozmowy na kierownicze migi, został awansowany do Stolicy.

 

Za czasów kapitału zmiana warty na najwyższych szczytach zdarzała się częściej, o wiele częściej, natomiast metody postępowania nowej władzy, nie były tak brutalne, co nie znaczy, że należały do zupełnie przyjemnych:

Gdy stronnictwo socjaldemokratyczne poniosło klęskę wyborczą, Tudorescu czuł, że nad jego posadą mogą się zebrać czarne chmury. I zebrały się, nawet nie do końca czysto metaforycznie, bowiem wraz z wyborami nastała przedwczesna jesień – brzydka, wyjątkowo pochmurna. Niekoniecznie był to znak Bogów (których istnieniu socjaldemokracja nie zawsze jest przychylna, choć współcześnie w tej kwestii poglądy miewa rozmydlone i umiarkowane) świadczący o tym, że dla kraju nadchodzą gorsze czasy (choć socjaldemokratom niejedno zarzucano i część z tego niejednego nie była całkiem niesłuszna); w pewien sposób, niekoniecznie bliski klasycznym relacjom przyczynowo-skutkowym, zwiastowały wszakże nadejście gorszych czasów dla samego Dyrektora Kordiana Tudorescu, co nie znaczy od razu, że siły przyrodzone, bądź nadprzyrodzone dawały mu w tej sprawie jakieś ostrzeżenia; coś takiego jak „zbieg okoliczności” nie jest może tak częste, jak wydaje się niektórym filozoficznym aleatorystom, z pewnością jednak od czasu do czasu się przydarza, być może nim właśnie da się wytłumaczyć owe posępne zachowanie chmur.

 

Mimo że w Departamencie, którym raczył kierować, przydarzały się sprawy newralgiczne, a czasem też i poważne, Kordian Tudorescu miał wyraźny urzędniczy atut, którego nieraz brakuje nawet i znaczniejszym spośród wielkorządców, a który można określić jako umiejętność zachowania właściwego balansu między Lojalnością a Przezornością.

W efekcie tego trudno było odnaleźć nowej władzy przyczyny dostatecznie formalne do całkowitego wydalenia go z urzędu. Został „zaledwie” przeniesiony na Zastępcę. Z zachowaniem wynagrodzenia, żeby jakby co się nie procesował.

 

Zgodził się, motywowany na wstępie wymienioną zasadą. Zachował jednocześnie na tyle dużo przezorności, że wiedział doskonale, iż pozostawienie na dotychczasowym stanowisku, w sytuacji, w której kilkoma innymi kolegami po fachu zajęły się czynniki śledcze i kontrolne, oznaczać może co najwyżej przejściowe i bardzo łudzące rozrzedzenie chmur. Pogoda często kapryśna jest jesienią, potrafi czasem ozłocić generalnie ponurą atmosferę, wiadomo jednak, że mimo owych złoceń i osłodzeń ogólny trend jest taki, że w trakcie trwania owej pory roku słonka w ostatecznym rozrachunku nie przybywa. A spodziewał się, że jesień polityczna będzie w jego przypadku dłuższa niż kalendarzowa, wiedział, ze chmury polityczne i astronomiczne, w końcu się rozejdą, że nadejdą te bardzo złudne czasy, gdy nad jego głową materialną będzie świecić słońce – wiosenne albo letnie, podczas gdy nad jego głową polityczną (tychże samych wymiarów, osadzoną na tej samej szyi) będzie mglisto i chłodno.

Przeniesienie na posadę zastępcy wiązało się z wykwaterowaniem z dotychczasowego gabinetu. W zastępstwie przydzielono mu pokój na poddaszu. Pomieszczenie było wielce przestronne, ku zaskoczeniu relegowanego. Spodziewał się jakiejś strasznej nory. Tymczasem zobaczył duży, niemal pusty pokój, podłoga wyłożona eleganckim parkietem, ściany niedawno malowane, na kolor ni to biały ni seledynowy – taki w każdym razie, który być może w zamierzeniu tych, którzy zlecili malowanie, miał złudnie uspokajać nerwy pracownika. W trakcie wieloletniej kariery urzędniczej nigdy nie przebywał na poddaszu gmachu, to był jeszcze stary budynek położony w mieście, różny w swojej skłonności do wielu zakamarków od nowoczesnego gmachu, w którym później przez parę ładnych lat piastował powiatowe szefostwo, pełen był różnych dziwnych miejsc, zaś Kordian Tudorescu wiedział, jako rasowy urzędnik, że z uwagi na istnienie w naszym życiu czasu, nie można dążyć do penetracji każdej z występujących w pobliżu ciała niewiadomych. W każdym razie zachował w sobie mglisty (nie poparty bowiem choćby skromnym doświadczeniem, które czasem przynajmniej w jakimś stopniu może rozwiać tego typu mglistość) obraz strychu i był bardzo zdziwiony, że jedno tylko pomieszczenie – jego pomieszczenie, wydawało się znacznie bardziej przestronne niż całe poddasze – takie, jakim je sobie (mgliście) wyobrażał.

 

A więc dostał pokój – ładny i przestronny, mało zagracony, choć wyposażony w odpowiednie meble, tudzież urządzenia (włączniki i wyłączniki oświetlenia, komputer osobisty etc.). Tak więc wszystko z pozoru było „cacy”, jak mawiają Słowańcy. Jednakże gdy obywatele Republiki tak mawiają, jest w tym „cacy” duża doza przewrotności, ironii i niedowierzania. Jeżeli ten kolokwializm pojawił się na ustach Kordiana Tudorescu w odniesieniu do warunków pracy, jakie mu po wyborach przegranych przez jego popleczników zaproponowano, doza ww. odczuć musiała być zaiste przeogromna, zwłaszcza w zestawieniu z tak krótkim przecież słowem.

 

Nie był zwolennikiem popadania w przesadną podejrzliwość. W tym przypadku jednak za oczywistość uznał, że nie wysłali go tutaj na wakacje. To, że cios musi się przytrafić, a może już się przytrafił – ukryty i wewnętrzny, wymierzony w tego typu organ, który z dużym opóźnieniem, a czasami w ogóle na raty reaguje boleścią, było dla niego oczywiste. To nie jest żadna paranoja. Podobnie jak – żeby użyć drastycznego przykładu – paranoikiem nie jest, lekarz, który mówi choremu, u którego wykryto złośliwego guza, że prędzej czy później umrze bez terapii, choćby chory ów żadnych objawów jeszcze nie odczuwał.

Przez moment wprawdzie nieszczęsny poddaszany Zastępca Dyrektora zastanawiał się, czy nowy układ nie chce go zwerbować. Takie rzeczy przecież się zdarzały. Po tym jak moment ów upłynął, a w gruncie rzeczy jeszcze w trakcie jego trwania, możliwość ta została przez Tudorescu wykluczona – typy, które tego rodzaju werbowaniu podlegały, należały z reguły do ludzi będących na (względnie) pobocznych torach dawnej partii, jeżeli chodzi o zaangażowanie polityczne, a jednocześnie bardzo dobrze poinformowane, jeśli idzie o najbardziej strategiczne sprawy. O ile Kordian spełniał pierwszy z tych warunków, to z drugim było gorzej: sam, dla własnego bezpieczeństwa, rozumianego najbardziej długofalowo jak się da, wyłączał się z życiowo-zawodowych sytuacji, które zapewniłyby mu oficjalny dostęp do najbardziej władzodajnych a zarazem niedostępnych dla szerokiej gawiedzi (wliczając w to jej warstwę urzędniczą) komunikatów przekazywanych przeróżnymi, na ogół ściśle sekretnymi, choć czasem niezbyt formalnymi drogami, pomiędzy siedzibą władzy lokalnej a Stolicą. Zresztą w takich przypadkach, przed podjęciem konkretnej decyzji personalnej (do której można zaliczyć zmianę lokalizacji, w której ma przebywać ciało urzędniczej persony) wzywa się delikwenta na rozmowę. To nie nastąpiło.

 

Nie będąc jednak skłonnym, jak wcześniej podniesiono, do popadania w to, co czasem zwie się paranoją (nie tak nieprecyzyjne słowo, jakby się zdawało, chociaż nie może być nadużywane), nie mógł jednak zidentyfikować, z której strony płynie zagrożenie, które za pośrednictwem macek nowego służbowego układu uraczy go swym parzącym dotykiem. O ile Tudorescu wiedział, że w pewnych sprawach należy być dociekliwym, to jednak wiedział zarazem, że z dociekliwością nie należy przesadzać, choćby dlatego, żeby nie pozwoliła sobie popaść w śliskie objęcia rzeczonej paranoi. Warto natomiast jednocześnie trzymać urzędniczy dryl – osobliwie stoicki - by świat jako tako utrzymać w ryzach formy. „Będzie jak będzie. Należy robić, co do człeka należy” – tak powtarzał sobie. I siedział w nowym, bardziej niż względnie przepastnym gabinecie, leniąc się w dość klasycznie urzędniczy sposób. Nie poruczono mu bowiem żadnych spraw. Przeciągał się trochę, jeszcze więcej ziewał; zalewał ciało kawą.

 

Brak odpowiedzi stawał się powoli odpowiedzią – przeraźliwie klarowną. Tudorescu nie dostawał przez nadchodzące tygodnie ani jednej sprawy do swojej urzędniczej obróbki.

Pozbawiono go po prostu obowiązków. Dość szybko zorientował się, o co im chodziło. Tortura bezczynności, znana doskonale na średnich, a czasem trochę niższych albo wyższych, szczytach władzy demokratycznej i wolnej Republiki. Przebieg jej zadawania zakłada kilka etapów, na których jest możliwe złamanie delikwenta. Na pierwszym spośród nich odpadną tak zwani (excusez le mot!) ambitni urzędnicy. Ci, którzy nie mogą wyżyć w spokoju bez roboty, czując się w pracy niepotrzebni bądź niedoceniani. Ci, którzy uważają, że biurko zawalone sprawami mniej albo bardziej pilnymi, mniej albo bardziej wymagającymi jakiejkolwiek obróbki (w końcu nawet przyjmowanie spraw po to, żeby czym prędzej odłożyć je do akt, nie jest już bezwzględną  bezczynnością) jest tym, bez czego nie może żyć pracownik, jeżeli nie chce popaść w całkowitą frustrację. Czasem taka postawa wynika z pracowitości, czasem tylko z ambicji (bądź „tak zwanej ambicji”, co można równie dobrze określić, z umiarkowaną tylko niesprawiedliwością, jako próżność człowieczą). Tego rodzaju urzędnicy z reguły wprawdzie po zapewnieniu sobie posady w innym miejscu sami składają wymówienie. Z zasady na tym etapie zadawania męki odpada zdecydowana mniejszość delikwentów, choć nie są to postawy całkowicie nieznane w Republice Słowanii, niezależnie od tego, co lud myśli na temat występowania oficjeli z nieprzymuszonej woli garnących się do pracy.

Drugi etap dotyczy tylko wybranych urzędników – po jakimś czasie, z reguły kilku miesiącach, dokonuje się analizy wykorzystania czasu pracy przez wszystkich zatrudnionych w instytucji. Pracownicy bezczynni zostają zwolnieni za brak pożądanych efektów bądź w ramach likwidacji jakoby bezużytecznego stanowiska. Ofiarą tych poczynań padają jednak ci, co do których, z uwagi na cechy charakteru,  prawdopodobieństwo, iż nie wystąpią na drogę procesu sądowego, skarżąc się, iż bezczynność owa wynikła wyłącznie z perfidnych działań pracodawcy wydaje się znaczące. Tudorescu miałby duży dylemat, czy się procesować w takiej sytuacji. Wchodziłyby tu bardzo różne względy, jednakże ów dylemat został zaznaczony tylko w formie przypuszczenia, jako że Tudorescu miał słuszne podstawy się spodziewać, że do tej grupy nie zostanie zakwalifikowany. Uważano go za nie najmiększy z możliwych do rozgryzienia orzechów, jakie obrodziły na drzewach słowańskiej służby publicznej.

Kolejne etapy tortury (być może jest to tylko jeden etap, przebiegający w rozmaitych wariantach) zmierzają do uśpienia czujności urzędnika. Nuda to bardzo ciężka i w warunkach szeroko rozumianej Europy wewnętrznie sprzeczna rzecz. Człowiek orientalny (bądź przynajmniej przedstawiciel orientu mitycznego) być może czasem potrafi spędzić przy pustym biurku osiem godzin w bezruchu, w przypadku mieszkańca Europy (choćby wschodnio-środkowej bądź środkowo-wschodniej) doznawanie nudy wymaga z reguły różnych modi ruchu, takich jak chociażby chodzenie tu i tam, czasem drobne i niewinne łamanie powszechnie obowiązujących zasad współżycia społecznego. A to, że pracownik pozbawiony jest jakichkolwiek spraw, to wszakże nie oznacza, że regulamin ustanawiający dyscyplinę pracy jest w jego przypadkach całkowicie nieobowiązujący. Przeciwnie takie kwestie jak np. przychodzenie i wychodzenie do pracy o wskazanej porze, nieustanawianie arbitralnych przerw na powolne spożywanie posiłków, niewykonywanie w trakcie pracy zadań nie należących do służbowych obowiązków, niewydalanie się poza teren urzędu w porze zatrudnienia bez przyzwolenia ze strony przełożonych, są w przypadku opisanych wyżej delikwentów egzekwowane daleko bardziej skrupulatnie niż w przypadku standardowego urzędnika. A skoro się coś już wyegzekwuje, stwierdzi się te albo inne przeskrobanie, zanotuje się i zaprotokołuje wszelakie bezeceństwa, powstanie oczywista przyczyna do zwolnienia, którą nawet na niekorzyść pracownika będzie musiał uwzględnić sąd powszechny, o ile powództwo przeciw wypowiedzeniu trafi na wokandę.

Ciało Zastępcy Dyrektora Kordiana Tudorescu weszło właśnie w ten etap torturującej procedury. Teoretycznie był w bardzo dobrej sytuacji. Pobierał wynagrodzenie (wprawdzie bez nagród uznaniowych, które socjaldemokracja wypłacała mu często, lecz w naprawdę godziwej wysokości), nie musiał robić absolutnie nic poza przestrzeganiem dyscypliny pracy.

A jednak Tudorescu, chociaż się nie zaliczał w sposób jednoznaczny do pierwszej kategorii pracowników, czego dowodem może być fakt, że nie złożył żadnego wymówienia (kwestię tę pokrótce jeszcze się umówi), to jednak odczuwał, czy to z (nader swoistego) etosu, czy z przyzwyczajenia, umiarkowaną potrzebę, by raz na jakiś czas trafiło się cosik do roboty. Tak jak starcy rozwiązują często różne łamigłówki, tak i niejeden w młodszym wieku ma potrzebę machnięcia raz na jakiś czas tej albo innej krzyżówki, w przeciwnym razie po prostu ocipieje. Kordian coś takiego w sobie we względnym stopniu miał. Poza tym, jeżeli ma się dane obowiązki, to można również pozwolić sobie w nieco większym stopniu na łamanie pewnych reguł dyscypliny pracy. Nie tyle dla czystego sumienia i nie tyle dlatego, żeby w razie starcia wykazać pracodawcy, iż bilans wad i zalet przebywania w urzędzie jego podwładnego, którym się jest, wypada w sumie dodatnio, ale głównie dlatego, że w ogólnym rwetesie umysłowo-ruchowym, jakim jest aktywne wykonywanie urzędowej pracy, granice między skrupulatnym przestrzeganiem zasad pracy a umiarkowanym chaosem drobnego ich łamania, tudzież naginania stają się rozmyte, w sposób bardzo bezpieczny.

 

Wiedział, że może być monitorowany. Oczywiście, nie popadał w obłęd. Wiedział, że nie zostaną użyte drastyczne środki kontroli; nikt na przykład nie założy mikro-urządzenia monitorującego wizualno-dźwiękowe aspekty stanu rzeczy występującego w jego gabinecie, włącznie z takimi szczegółami, jak ten np. czy zasiadający we wnętrzu gabinetu pracownik np. czyta w czasie pracy pozycję beletrystyczną, której tak forma, struktura, jak i treści nijak nie dotyczą jego zawodowych obowiązków, szeroko nawet rozumianych. Były pewne dziedziny, w których kontrola za pomocą technicznych urządzeń mogła nie być tylko wytworem umysłu zbyt podejrzliwego; np. kontrola witryn odwiedzanych w sieci informatycznej czasem się zdarzała. Ale bez przesady.

Na ogół jedynym swoistym aparatem technicznym był aparat cielesny, ludzko-donosicielski, z jego wszystkimi zmysłowo-intelektualnymi, mniej lub bardziej względnie bogatymi, predyspozycjami. Aparat ten rzecz jasna był zawodny, nawet jeżeli, jak wyżej może zasugerowano, nie był wcale ubogi. Jednakże, w dłuższym przedziale czasu, prędzej czy później ktoś mógł go przyprzeć do muru. Zaobserwować, odnotować i donieść, że np. socjaldemokratyczny Z-ca Dyrektora Tudorescu wybiera się w godzinach urzędowych na przyległy skwer, by odbyć wokół niego kilka ładnych kółek, dla rozruszania stawów – ludzkich, więc niewolnych od problemu zużycia, że częściej, niż regulamin pracy przewiduje udaje się do kantyny, by zakąsić, a czasem też i zapić (napojem niewyskokowym, bez przesady, chociaż często – spójrzmy prawdzie w oczy - słodzonym i gorącym), bądź też że zastępca ów traktuje punktualność w sposób przynajmniej w pewnym stopniu indywidualny.

A Tudorscu nie był człekiem Orientu, nawet (zwłaszcza?) tym mitycznym. Był środkowo-środkowym Europejczykiem, zatem w trakcie pogrążenia w nudzie potrzebował trochę się poruszać, żeby nie ocipieć, potrzebował raz na jakiś czas nabroić odrobinę, wyrządzić mały psikus regulaminowi.

Na morderczym szlaku podróży Ulissesa mordercze skały były tylko dwie. Tudorescu, dyskryminowany Zastępca Dyrektora w urzędzie powiatowym Republiki Słowanii musiał nawigować między trzema aż Scyllo-Charybdami.  Pierwszą z nich była pokusa częstego naruszania dyscypliny (spacery-rowery, obżery, bajery etc.), co narażało go na poważne służbowe konsekwencje. Drugą z nich było pokuszenie, by on – pracownik, który onegdaj w trakcie zawalenia poważnymi pracami pozwalał sobie, ze względną dezynwolturą, na rozmaicie dowolne wchodne i wychodne - spędzał teraz struchlały cały czas za biurkiem, patrząc otępiały na parę swoich dłoni – zawsze parę dwoistą i tę samą. Nad tym wszystkim królowało wielkie trzecie ryzyko, ukryte w dwóch poprzednich pokusach (w tym sensie odejście od homeryckiego modelu pełnej zagrożeń nawigacji można uznać nie tylko za zdrożne, lecz także niekonsekwentne) - jego imię niesławne brzmiało Paranoja.

 

Powie ktoś, że dało się przecież złożyć wymówienie. Hola, hola. Oczywiście, było to możliwe, w sensie czysto formalnym. Poza tym w demokracji (i nie tylko zresztą) partia ustępująca nie traci z reguły wszystkich wpływów, pewnikiem załatwiono by mu jakąś niezłą posadę w jednej z prywatnych, jakkolwiek nie całkiem niepodatnych na partyjne umizgi, korporacji. On wszak swoje przeżył, swojego na temat ojczystego kraju się dowiedział. I wiedział doskonale, że pracujący Słowańcy nigdzie nie mają okazji poruszać się po tak fascynujących meandrach służbowych sfer życia, wraz z wszystkimi zaszczytami i wtajemniczeniami, nigdzie nie są wstanie tak rozkosznie skąpać się w istocie tego, czym jest obowiązek i prawo, a też nigdzie (jeśli są chętni i odważni) nie są wstanie dostąpić tak znacznych apanaży, jak na stołku kierowniczym w państwowej instytucji. Tak było pod rządami ludu (a podobno także nim lud nastał), tak jest obecnie i niejeden jeszcze tysiąc hektolitrów cieczy w słowańskich wodach popłynie, zanim biznes – tak jałowy w swej plastikowej dziewiczości – i tak w pewnych (tych znaczniejszych) jego sferach usłużny wobec władzy, nabierze porównywalnie prestiżowej roli (pomijamy tu kategorie prestiżu stosowane przez ludzi młodych i kosmopolitycznych, którzy o życiu słowańsko-narodowym jeszcze mało wiedzą, choćby się rodzili, tudzież wychowali na słowańskiej ziemi). A jeżeli przejdzie do sektora prywatnego (na który patrzył spojrzeniem, z jakim kardynał z czasów Aleksandra VI musiał kontemplować pstrokatą mieszaninę świeckich dewotów i domorośle nieudolnych kacerzy), różnie mogą się zaplątać czy poprzecinać pępowiny łączące partie, wpływy, dumę i pieniądze – być może nawet, jeśli stronnictwo, któremu był bardziej niż tylko względnie wierny (z wzajemnością, miał nadzieję) wygra kolejne wybory, nie powróci już na wysoki urząd z prywatnej instytucji.

 

A więc trzeba przetrwać – okopać się, przecierpieć i przeczekać. Nawigować przezornie.

 

***

 

Przetrwał. Kiedy socjaldemokracja ponownie wygrała wybory i po kilku latach pełnienia jednocześnie dumnej i niewdzięcznej roli opozycji powróciła do władzy, poświęcenie Kordiana zostało docenione. Nie tylko powrócił na bardziej eleganckie kondygnacje ówczesnej siedziby powiatowych władz (z której rychło wyemigrował do nowego budynku, o którym już wspomniano), ale dodatkowo nawet awansował. I to na szczyty nieco bardziej niż względnie niebotyczne. Szef Powiatu!

To było tyleż ekscytujące, co uspokajające powołanie. Dochodził do wieku, w którym niejeden obywatel zaczyna sobie powoli uświadamiać, że jego ciału nie do końca już odpowiada ambicja, przynajmniej zwyczajowo kojarzona z młodzieńczymi latami. I Tudorescu podchwycił te refleksje, uznając, że być może doskonale się złożyło, by ambicja osiągnęła najwyższy, jak mu się wydawało w jego przypadku, stopień zaspokojenia i dalej już nie dręczyła ciała, które nie zaliczało się już w owych latach do najmłodszych, jakkolwiek nadal pozostawało w nienajgorszym stanie, pomijając te czy inne okolice, które dotknięte były potencjalnie groźnymi, acz pospolitymi chorobami wieku. Szef Powiatu – to wydawało się być najwyższym stanowiskiem w urzędniczej hierarchii, jakiego mógł dostąpić. Na tym (z zastrzeżeniami wszakże – mowa o nich poniżej) można było poprzestać.

Samo dostąpienie godności Szefa Powiatu nie raczyło jednak nie być poprzedzone tygodniami nerwów, wątpliwości, rozmów pełnych ważnych pytań, które jednak nie zawsze wypadało zadać ot tak wprost, tudzież najrozmaitszych zgadywanek, obracających się przynajmniej wokół sfery faktów, z którymi zdołał się zapoznać (nie zgłupiał na szczęście, ani nie oszalał). Awans był pomyślnym obrotem sytuacji, nie jedynym z możliwych. Z pewnością nie mógł upaść niżej, nawet to, że nie zostanie w ogóle podniesiony (choćby nie aż do tak zaszczytnej funkcji) w zasadzie nie wchodziło w grę. Mógł więc, będąc w wieku, w którym święty spokój bywa nie najmniej pożądanym rozwiązaniem, zadowolić się każdą, choćby względnie minimalną poprawą jego hierarchii, a jednak – dostosujmy banalność naszych sformułowań do względnego banału, jaki czasem kryje się w odmętach ludzkiej duszy – niejeden człek, skoro na jego horyzoncie zjawi się możliwość znaczącej poprawy swojej sytuacji, będzie o jej ziszczenie rozpaczliwie zabiegać, choćby początkowo poprawa ledwie nieco bardziej niż tylko symboliczna - wydawała się go całkiem satysfakcjonować. Denerwował się. Awans początkowo był sprawą wielce niepewną, a nawet zdarzyło mu się być odrobinę zaskoczonym, gdy możliwość nominacji na tak zaszczytne stanowisko pojawiła się na horyzoncie potencjalnych zdarzeń i została mu zakomunikowana przez dyskretnych i bardzo wiarygodnych komunikatorów. Oczywiście nie jest tak, że w ogóle tego nie brał pod uwagę. W życiu publicznym nader rzadko zdarzają się awanse zaskakujące zainteresowanego; skądinąd klęski kompletnie nieprzewidziane przez przegranych przydarzają się również w publicznych sferach życia znacznie rzadziej, niż w to wierzy ogół, z reguły składający się z osobników nie znających wiele poza życiem prywatnym - szeroko rozumianym, chociaż częściej niż nieprzewidziane triumfy. Kilku jego przyjaciół – socjaldemokratów, jak również osobników na różny sposób przyległych do tego nurtu - względem których pozostał lojalny, awansowało do grona osób możnych ocierając się nawet o jakieś ściśle stołeczne powiązania. Miał więc w zanadrzu jakieś karty, mógł liczyć na poparcie. Lecz mimo wszystko sprawa nie była pewna - tak wśród znawców tematu, jak i laików bazujących na środkach masowego przekazu, nie był wymieniany jako główny faworyt na ów wysoki stolec, choć też jego nazwisko przewijało się i to wcale nierzadko.

 

Mocno cierpiało jego stosunkowo łagodnie (pomijając czasowe rwania w piersi), lecz jednak ewidentnie starzejące się ciało, w punkcie wyjścia pragnące przecież odpoczynku. Zwłaszcza wspomniane już zagadki sprowadzały nie do końca przyjemne zaburzenia. Wręcz do tego stopnia, że raz udał się nawet do lekarza, żeby sprawdzić, czy boleści jelita grubego bądź cienkiego, w każdym razie części tego, co potoczny język określa mianem „kiszek” – są aby tylko spowodowane zaburzeniami wegetatywnymi ośrodkowego układu nerwowego, czy też może jednak – na co wskazywałaby ich intensywność, są spowodowane jakimś poważniejszym zaburzeniem; a bywają takie – jak uczy medycyna - zwłaszcza wśród mięsożernych (Kordian był urodzonym zaprzeczeniem jarosza, jak wielu innych Słowańców - dodajmy mimochodem - z warzyw wyłącznie tolerował ziemniaki, czasem jeszcze lubił korniszony – to drugie w bardziej specyficznych, co nie znaczy rzadkich sytuacjach) mężczyzn w średnim wieku; niekiedy groźne dla życia.

 

Ale koniec końców się udało się. Zawędrował na szczyt. A tam mógł, przynajmniej jakiś czas tj. parę lat dać sobie odpocząć. Oczywiście, miał wszelkie podstawy przewidywać, że cokolwiek względna będzie owa możliwość odpoczynku. Zacznijmy w ogóle od tego, że wbrew temu, co insynuuje gawiedź prowokowana nierzadko przez rozlicznych pismaków, jakich  namnożyło się w czasach demokracji – a nierzadko przez przyrodzone bądź nabyte cechy wewnętrzno-intelektualne, praca wysokiego urzędnika nigdy nie polega (przynajmniej w przypadku Republiki Słowanii) na całkowitej, a nawet nie na względnej bezczynności. To, że czasem poświęca się niemało zaangażowania na działania, które mieszczą się jedynie w dość szerokim rozumieniu misji funkcjonariusza państwowego, inna rzecz. W przypadku Tudorescu jasne więc się stało, że awans wykluczył niektóre tylko troski, z innymi nadal musiał się borykać i to dosyć silnie – odkąd objęcie urzędu dołączyło do kategorii rzeczywistych, tudzież dokonanych zdarzeń w jego życiu.

 

Pewien stoicyzm, który ciało kazało z czasem mu uznać za filozofię właściwą dla osobowości znajdującej się w początku szóstej dekady życia, którego rys – miejmy nadzieję – wyżej omówiono - nie uwolnił go co prawda od krótkich chwili kalkulacji i pokus, kiedy to zastanawiał się, czy nie może jednak pójść jeszcze wyżej? Być może coś na szczeblu województwa. Posada w samej stolicy – to już ostatnie brzmiało niebezpiecznie i niepewnie. Lecz – całe szczęście - takie myśli, tu był konsekwentny w swym wczesno-starczym połączeniu samozadowolenia i pokory - nachodziły go rzadko, a często – choć nie zawsze - odpowiedzią na nie było: „Może i by się dało. Ale po co?”

 

Znacznie trudniejsze było jednak zadośćuczynienie zasadzie, że aby się utrzymać na posadzie, nie można siedzieć bezczynnie. Brak owej bezczynności w przypadku wysokiego urzędnika nie sprowadza się tylko do wykonywania regularnych zadań (skądinąd względne to pojęcie), ale polega również na zachowaniu specjalnego, odrębnego gatunku przezorności właściwego istotom kierowniczym. Tu jednak miał swoje doświadczenia – wiedział jak znaleźć balans pomiędzy aktywnością a jej brakiem. Wiedział, jak zachować czujność nie popadając jednocześnie w paranoję i pozwalając sobie, w odpowiednich momentach, na bezpieczne tej czujności samo-podważanie. Widział też (jeszcze z dawnych, dyrektorskich czasów) jak sprawić, żeby w pewnych sprawach nazwisko jego nie znalazło się na odpowiednich dokumentach, z którymi opinia publiczna może się zapoznać, a jednocześnie by tego nazwiska pominięciem nie uczynić szkodliwego wrażenia, że jest osobą nielojalną i nie zawsze skłonną do ryzyka, by poświęcić odrobinę swojego bezpieczeństwa i parę liter tego, co uważa się za dobre imię wśród żyjącej w demokracji gawiedzi, osobom zaufanym.

 

Radził sobie dobrze.

 

***

 

Ale kiedy wybuchła ta przedziwna hucpa, o której sprawcach i przyczynach nikt dokładnie nie wiedział, wszystko, choćby li tylko potencjalnie mogło się wywrócić. I to niemal wszystkie z potencjalnych możliwości zostały skierowane przeciw niemu. Znowu, raczej racjonalny, statystyczny rachunek, aniżeli obłęd.

Wprawdzie jeszcze ani razu (media powiatowe, m.in. z braku prądu były w zawieszeniu, jednak media ogólnonarodowe ćwierkały sporo, acz bez  ładu i składu – jego wiedza niestety nie była wiele lepsza - o całym zamieszaniu) nie wymieniono nazwiska szefa powiatu jako odpowiedzialnego za wybuch dzikich waśni, które po prostu ni stąd ni zowąd się zdarzyły (jak to, kurwa, możliwe, przygryzał wargi Kordian Tudorescu i nie jeden on, i nie sto, i nie tysiąc onych nie mogło się nadziwić), nawet służbiści wysłani na przeszpiegi nie słyszeli, żeby tłuszcza skandowała jego dumne nazwisko. Lecz skoro nie wiadomo, dlaczego Miastu Powiatowemu przydarzyły się co najmniej względnie ciężkie niepokoje, można podejrzewać, że wynikają z jednej z decyzji administracyjnych, choćby tylko pośrednio, z niewiele nawet mniejszą pośredniością niż ów hipotetyczny ruch motylich skrzydeł, który na drugim końcu globu wywołuje tornado. Nie może znaleźć swojej winy, ale z różnych względów – i tych bardziej abstrakcyjnych, i tych bardziej konkretnych - nie mógł też stwierdzić swojej niewinności; nie był wszak władzą sądowniczą, konstytucyjnie właściwą w tego typu sprawach. Poza tym, o ile jego poplecznicy byli co najmniej stosunkowo mocno postawieni (Szefa Powiatu i to w rejonie przemysłowym, gdzie mimo owego przemysłu deprecjacji Skarb Narodowy wciąż dysponuje mieniem dość pokaźnym, nie wyciąga się z kapelusza z zamkniętymi oczami), to jednak dało się wyobrazić sobie mocniejsze i wyższe ustawienia, nie dochodząc nawet do pułapów bezwzględnych. A w stanach kryzysowych – dobrze wiedział o tym – poziom ustawienia gwarantującego zachowanie posady na prowincji znacznie się podwyższa. Znana jest, nie tylko w baśniach, nie tylko na kartach kulturoznawczych opracowań, nie tylko w beletrystycznych klasach 2 do 5, nie tylko w mowie uliczno-dziennikarskiej, lecz również w Polityce (tak w sferze rzeczy jak języka) pojęcie Kozła Ofiarnego.

I treść tego pojęcia mogła zostać odczuta na skórze Szefowsko-Powiatowej. Skoro trzeba znaleźć winnych, a nie zawsze można (myśl ta będzie równie banalna jak oczywiste aspekty tzw. rzeczywistości społeczno-politycznej), przeto tego czy owego można zwyczajnie zdjąć ze stanowiska, ogłosiwszy, a czasem także rozgłosiwszy ową wieść publicznie. I choć często się zdarza, że ofiara z kozła owego okazuje się przynajmniej względnie bezkrwawa, a Kozioł ów ląduje za kulisy, niewiele tylko pomniejszając swoją władzę, to bywa czasem tak, że usunięcie z urzędu, nawet jeśli nie płyną żadne hektolitry krwi na publicznym czy sekretnym ołtarzu, okazuje się dosyć trwałe w skutkach.

 

Gdyby po prostu wywalili go (z tą myślą do pewnego stopnia zdołał się pogodzić), bez żadnych szczególnych sądowo-kontrolnych ceregieli, które prawdopodobnie nie kosztowałyby całej głowy, lecz jednak na pewno mnóstwo czasu, jeszcze by to przyjął. Mimo wrażenia, że nie nastąpiła permanentna starość i zniedołężnienie, czuł się coraz gorzej (mimo że to coraz oznaczało tryb pogarszania dość powolny), kłuło często za mostkiem i to mimo że tytoń raczył odejść w niebyt ze skutkiem umiarkowanie konsekwentnym, a brzuch wolniej powiększał swą obfitość niż co poniektórych tak oficjeli, jak i szaraków względnych i bezwzględnych (o ile ci ostatni w świecie występują). Lecz przyzwyczaił się już do swej funkcji i względnie w niej okopał. Do tego stopnia, że samo przedterminowe zwolnienie z obowiązków mogło być bardziej męczące niż ich nawet wzmożone wykonywanie. Poza tym wchodziło zawsze potencjalnie w grę owe sławetne przesunięcie za te albo inne kulisy. Nowe wyzwania, nowe zagrożenia, konieczność pewnej adaptacji (każda funkcja w urzędzie jest jednocześnie zupełnie inna i ta sama; adaptacja naraz polega na przyjęciu nowych reguł zachowania, jak i zachowaniu starych zbawiennych przyzwyczajeń, a to nawet dla starego wyjadacza, w co najmniej względnym stopniu trudna rzecz).

 

Nie wszystko poza tym było utracone. Wpływy jakieś  miał. Były jakie były, w każdym razie nie były czystą mrzonką – dobrze o tym wiedział. A zupełnie nieprzewidziany, zgoła tajemniczy charakter waśni, jakie przytrafiły się na jego terytorium, powodował, że to, jakie wpływy wystarczą do zachowania odpowiedniej pozycji, było zupełnie nieprzewidywalne (mogło być wymagane wsparcie instancji niebosiężnie wysokich, choć nie nadprzyrodzonych, było wszakże możliwe, że nie w ich samej wysokości leży obrócenie sprawy na swą korzyść).

Ta niepewność, jakiego losu ma się w ogóle spodziewać, bardziej niż cokolwiek innego (wliczając strzały i eksplozje, których dźwięk rozlegał się w oddali) najbardziej doskwierała mu wytracając go z nie zawsze bardzo błogiego, acz oswojonego trybu bycia urzędnikiem państwowym.

 

Poza tym wiedział, że na tym etapie sprawy nie od niego zależy dalsza jego kariera. To miało się rozegrać – pomyślał o tym z mimowolną namiastką – rozedrgania - w samym jądrze Stolicy. W tym jądrze, którego – mając na uwadze długofalowe bezpieczeństwo na średniowysokich szczeblach władzy – wolał unikać, strzelając za pośrednictwem osób zaufanych, specjalnie w dosyć tłuste siódemki i ósemki, pozostawiwszy środek tarczy strzelcom nie tylko bardziej celnym, lecz i bardziej skłonnym do ryzyka, tym, którym rykoszety nie są bardzo straszne.

Tudorescu miał już rozliczne doświadczenia ze Stolicą, na temat jej gier wiedział daleko więcej od większości, ale mimo to czasem kompletnie nie mógł tego rozpracować.

 

Zwykle nadzór oznacza ponaglenie (a niekiedy w efekcie – bywa tak – i bury). Skoro stolica w sprawach publicznych a częściowo prywatnych (to ostatnie wszakże, by zachować umiar, w stopniu daleko mniejszym niż za czasów Ludu; oczywista rzecz – przecież władza ludem być przestała) sprawuje władzę centralną i koordynującą, z czego wynikać muszą zamiłowania do swoiście surowej dydaktyki, można spodziewać się z jej strony gwałtownych pouczeń i poruczeń, często gdy sprawa jest gardłowa, przekazywanych poufnymi liniami w przebraniu słów nie najbardziej gładkich. Ktoś bardziej idealistycznie do sprawy podchodzący, ufny w organizację słowańskiej państwowości albo ktoś przekorny wobec częstego w Republice tejże organizacji krytycyzmu, mógłby zaś ze swej strony suponować, że stolica będzie pouczać, udzielać obszernych, racjonalnych wskazówek, (współ)kontrolować, (współ)analizować, niczym wymagający a przecież opiekuńczy rodziciel.

Tymczasem nadzór stołeczny - bezwzględny przecież w teorii (a przecież także w praktyce, należy wciąż przypuszczać), czasem, można by powiedzieć bezwzględny bezwzględnością bliską absolutnej w gardłowych sprawach słowańskiego państwa pozwalał sobie na wiele dowolności. Dowolności, dwuznaczności, a być może zwłaszcza przebijającej się zza zasłony milczenia pozornej przynajmniej nonszalancji:

 

Często stołeczny rozmówca wydawał się być wielce zadziwiony, w czym w ogóle leży rzecz. Mówił jakieś ogólniki, tonem często znużonym, a często wręcz zdradzającym jakieś objawy zastraszenia. Gdy sprawy były najwyższej wagi państwowej (powaga tej wagi nomen omen nieco spadła, odkąd Lud zaprzestał niepodzielnego królowania, niemniej wciąż dochodziła w porywach do bezwzględnie dużej), często centrala zaskakiwała całkowitym milczeniem. Trudno było uzyskać połączenie. Telefonistki w gabinetach wysoko postawionych urzędników bywały tak zniecierpliwione i wręcz zniesmaczone, że ktoś dzwoni, jakby przecież wcześniej już wszystkim oznajmiono, że nikt z centralnych urzędników danego dnia nie piastuje urzędu w swej siedzibie, bowiem wszyscy udali się na relaks w postaci polowania na raki i na ryby.

 

W jakże jednak fatalnie błogiej ignorancji byłby pogrążony ktoś, kto na podstawie wyżej wymienionych przesłanek uznałby, że stolica nie monitoruje, nie nadzoruje, nie działa, nie wymaga! Że nie padnie cios! Nie zostanie zarzucony brak wdrożenia wskazówek! Jeżeli ktoś by tu uznał, iż szczególny cynizm centralnych wielkorządców polega na tym, że niewiele robią, niewiele nawet rozkazują i radzą, natomiast egzekwują to, czego nie żądali (lecz może po prostu opinia publiczna zaczęła się domagać – doda ktoś, ojej jak by wtedy strywializował całą sprawę!), ten tylko objął co najwyżej niecałą połowę całego zagadnienia.

 

W jaką grę, do kurwy nędzy oni grają? – pytał się Szef Powiatu Kordian Tudorescu myśląc o tej bardzo ciemnej, więcej niż kilkuznacznej ponad-drugiej połowie zagadnienia, jakim były techniki i taktyki Stolicy, rozpatrując je w kontekście własnych szans i zagrożeń.

 

W końcu stolica, przez cały dzień nieosiągalna, zadzwoniła.

 

- Kapitanie. Liczymy na Pana, Pan jest właściwą osobą, by zaprowadzić porządek na tym dziwnie niespokojnym terytorium – miało się wrażenie, że głos, który mówił, był zmęczony i lekko zdezorientowany, jakby klepał coś, co mu podetknięto na kartce, nie wiedząc nawet, co czyta, czy o jakie dokładnie terytorium chodzi.

- Będzie Pan miał zapewnione efektywne wsparcie. Nasz delegat rządowy Janos Kocik. Naprawdę znakomity fachowiec… Jakby co zawsze będzie służyć radą… Już przybył do Waszej Miejscowości… Za chwilę może Pan oczekiwać, że zaszczyci Pana swą wizytą… Tymczasem życzę powodzenia…

 

„Janos Kocik? Hm.” – myślał sobie Tudorescu, uznawszy, że jego kierowniczo-urzędnicza dola nakazuje nie cieszyć się szczególnie i nie komentować w ogóle nowego stanu rzeczy, który mu został zakomunikowany, lecz od razu rozważyć jego potencjalne zagrożenia, jakby mu się przydarzył bardzo dawno temu jako najbardziej oczywista rzecz. Niewiele słyszał po prawdzie o osobie Rządowego Delegata. Owszem, obiło mu się o uszy to nazwisko, ale nie ma zbyt dokładnych na jego temat informacji. Być może zresztą myli je z kimś innym. Wydaje mu się, co więcej prawie jest pewien, że wie o Kociku, lecz tamten Kocik nosił inne imię. Czy to po prostu jeden z pociotków jakiegoś z Kocików bardziej już doświadczonych w sprawowaniu władzy, choć może nie na nadzwyczajno-doradczych stanowiskach? Jaka jest w takim razie jego pozycja i na ile będzie ona samodzielna? Czy specjalnie wyznaczyli płotkę (a jeżeli tak, to w jakim celu i kto w takim razie za tym stoi?), czy też to jakaś szara eminencja stołecznych gabinetów albo też osoba, której nazwisko jest ostatnio na ustach wszystkich zorientowanych w stołecznych układach, a on zwyczajnie przespał moment, w którym Kocik rozbłysnął na zakulisowo-politycznym firmamencie, co niekoniecznie dobrze świadczyłoby o jego pozycji bądź spostrzegawczości? I jakie będą w takim razie relacje między nim a mianowanym właśnie delegatem? Czy delegat przyjechał znaleźć na niego przy okazji jakieś haczki, haczyki tudzież inne haki? Czy faktycznie przejmie całość dowodzenia nad planowaną operacją? Czy z kolei Kocik będzie tylko ospałym urzędniczym figurantem, podczas gdy wszystkie planowane zadania spoczną na jego barkach, co może mieć rozliczne plusy i minusy.

 

Jednak to już były pytania szczegółowe, co nie oznacza, oczywiście, że w jakimkolwiek, względnym choćby wymiarze nieistotne. W żadnym razie, był ostrożny i wiedział, że w obliczu wyznaczonego delegata, jak również w obliczu wielu innych oficjalnych oblicz, trzeba będzie mieć się na baczności. Ale w każdym razie wyznaczyli go! W dodatku zatytułowali go kapitanem. Wprawdzie nie oznaczało to awansu - taki tytuł uzyskał dzięki szkoleniu wojskowemu po studiach politechnicznych, które ukończył z wyróżnieniem oraz dzięki szkoleniom rezerwistów, na których, w okresie gdy należał już do partii, występował w roli instruktora, wnosząc cenny wkład w szlachetny cel wdrażania socjotechniki marksistowskiej w wychowaniu żołnierzy Słowańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. To był na marginesie jeden z największych jego wkładów w działalność stricte partyjną. Jak widać, po latach wciąż procentowało, wszak kapitał jest od tego, by wypłacać odsetki od wierzytelności, do których lud jeszcze nabył prawo. Wreszcie więc ta żmudna służba rezerwisty na coś się przydała. O ile bowiem sama ranga nie została mu, jak na razie, podniesiona, to jednak samo wymienienie stopnia oficerskiego uznał, po zastanowieniu, za dosyć ważny prognostyk. W końcu z zasady był oficerem rezerwy, a nie oficerem służby czynnej. W takim razie nazwanie go kapitanem i to od razu w pierwszym zdaniu, a potem po raz kolejny, oznaczało, że stanie na czele operacji przywracania porządku nie tylko jako koordynator władz cywilnych, ale również wojskowych, a całe zarządzanie kryzysem zostało decyzją stolicy zmilitaryzowane.

 

Koleje losu miały potem potwierdzić te dość optymistyczne przypuszczenia Kordiana Tudorescu co do pisanej mu kariery, nie miał więc racji Rico Herc, który przynajmniej kiedyś twierdził, że koleje losu nigdy nie potwierdzają przypuszczeń, a już na pewno tych optymistycznych.

 

Cały czas jednak Janos Kocik, a raczej spekulacje nt. jego osoby i władzy, którą będzie miał, budziły wątpliwości kapitana Kordiana Tudorescu na temat bohaterskiej przyszłości, w którą z minuty na minutę coraz bardziej wierzył, mimo że wciąż uruchamiało się w jego głowie czerwone światło ostrożności.

A jednak bezwolnie popadał w (coraz mniej) względny samozachwyt; zapomniawszy już o tym, że Szef Powiatu, które to stanowisko miał piastować raczej w czasach pokoju, miał być ostatnią funkcją urzędniczą, zarazem szczytem kariery i bezpieczną przystanią. Krążąc po pokoju, co i rusz spoglądając na telefon, przez który jeszcze kilkakrotnie dzwonił jakiś pół-basza ze stolicy wypowiadając do słuchawki bardzo ciepłe słowa o pokładanym w nim zaufaniu w imieniu baszy znacznie więcej niż połowicznego. Stolicy wprawdzie do końca on nie ufa, a więc też i nie ufa zaufaniu stolicy wobec jego osoby. Jednak lepsze takie zapewnienia niż otwarte dowody nieufności. Stolica nie może też z drugiej strony tak całkiem nim pogardzać, inaczej nie powierzyłaby mu tak zaszczytnej funkcji. Zdarzało się wprawdzie, że stolica nieoczekiwanie powierzała wysokie stanowiska osobom, którymi gardziła i dla których powierzenie tych stanowisk stało się zapowiedzią ich ostatecznej klęski. Takie machinacje miały jednak miejsce w czasie pokoju, no a teraz jest czas wojny, a w każdym razie czas niepokoju, przynajmniej na jego terytorium i stolica nie odważyłaby się chyba na ryzyko spartolenia operacji zbrojnej przez powierzenie dowództwa osobie niegodnej zaufania, tylko po to, żeby pod pretekstem fuszerki pozbyć się jej ostatecznie albo ją posadzić.

Tak więc Tudorescu uznał, że według wszystkich danych cieszy się w stolicy nienajgorszą opinią i, co ciekawe, wśród baszów, których nigdy w zasadzie nie poznał osobiście, co sprawiało mu sporą satysfakcję, podobnie jak nagłą satysfakcję – mniej już nawet dla niego samego zrozumiałą – sprawiało mu fakt, że na terenie powiatu, któremu szefuje, wybuchła właśnie wojna.

Tak więc Kocik był w tym całym zamieszaniu jedyną niewiadomą i jedyną rzeczą, która mogła wskazywać na nieczyste zamiary stolicy. Kim jest? Ku czemu zmierza (on albo ktoś za jego pośrednictwem)?

 

***

 

Pan Kocik ze swej strony też przecierpiał w swym życiu tak cielesnym, jak i politycznym (te życia były od pewnego czasu powiązane ściśle i fatalnie) bardzo wiele. A zaczął przecież tak znakomicie. W wieku dwudziestu pięciu lat został wicewojewodą. Tak młodego wicewojewody nie znała jeszcze Republika Słowanii ani też Ludowa Republika Słowanii, która Republikę Słowanii poprzedzała. Było tak, że Pan Ojciec rzeczonego Kocika po wyborach wygranych przez stronnictwo, które teraz po latach zawieruchy powróciło do władzy, objął wiceministerium (skojarzenia Tudorescu były więc w pełni prawidłowe) i zarekomendował syna na stolec wicewojewódzki. Syn od razu, ledwie skończył uczelnię stanął przed poważnym zadaniem.

Zresztą zasadniczą trudnością był już fakt, że noga Kocika nigdy wcześniej nie postała nawet w województwie, w którym objąć miał prestiżową posadę. A to skądinąd oznacza, że nie należał on do zapalonych turystów (każdy ma swe koniki, każdy ma słabostki i słabości, każdemu brakuje czasu na to czy na owo), gdyż województwo, w którym objął tekę, obejmujące znaczne połacie Karpat Czarnych, należało do najbardziej urokliwych w całej republice. Urozmaicona rzeźba terenu, kręte modre strumyczki, zielone lasy iglaste, kotliny wiosenną porą umajone różnorodnym kwieciem, na szczytach wzgórz ruiny dawnych warowni, ciekawe miasto główne założone wokół malowniczej warowni pono zwarowanej jeszcze przez jednego z dumniejszych spośród wielu pociotków Kniazia Radosława. Administrowanie malowniczą okolicą nie zawsze jednak jest łatwiejsze niż administrowanie okolicą mało malowniczą, być może z wyjątkiem niektórych niemalowniczych regionów, takich jak województwo górniczo-przemysłowe, w którym toczą się opisywane tutaj wydarzenia, choć zresztą i to „być może” jest z zasady wątpliwe, jako że wcale nie jest wykluczone z góry, że i w malowniczym województwie pewnego dnia wybuchnie jakaś krwawa ruchawka. Co prawda za kadencji wice-wojewody Kocika nie było w Województwie Malowniczym żadnej takiej hecy, czasem tylko okoliczni chłopi wywoływali jakieś waśnie na drogach i przed punktami skupu artykułów rolnych, bo władze nie zapewniały dostatecznych cen skupu inwentarza, trzeba przyznać często zarobaczonego i ogólnie dość pośledniej jakości, zwłaszcza na tle wcale nie dużo bardziej kosztownych towarów importowanych. Jednak sam fakt, że znalazł się na nowym terytorium mógł być dla niego bardzo dużym wyzwaniem.

 

A jednak to wyzwanie młodziutki wicewojewoda Kocik potraktował na swoisty sposób. Zacznijmy od tego, jakie były granice jego kompetencji. Były one rozległe.

Lecz najważniejsze pośród tej, czasem dość tajemnej rozległości było, iż kierować miał wojewódzkimi zamówieniami publicznymi. A w wojewódzkim urzędzie, jak w każdym innym urzędzie, dokonywano bardzo różnych zamówień, dla których sfinalizowania należało zastosować właściwe procedury, tak by wyłonić względnie najbardziej rzetelnego i mało pazernego przy tym wykonawcę. Przecież nie można było marnotrawić mienia publicznego!

 

Zasadnicza rola Kocika, choć zgodnie z przepisami miał tylko sprawować nadzór nad prawidłowością urządzania przetargów, nie sprowadzała się do kontroli następczej, lecz miała miejsce jeszcze na etapie przed przygotowywaniem zamówienia i sprowadzała się w pierwszej kolejności do otwierania kopert oznaczonych stołecznym adresem i klauzulą „poufne”. W kopertach tych znajdowała się nazwa danego przedsiębiorcy, często bez żadnych szczegółowych wskazówek. Żeby być bardziej ścisłym, Kocik znał te nazwiska już podczas (poufnych) rozmów, które prowadził z lokalnymi, tudzież stołecznymi notablami, a pisma były tylko potwierdzeniem podjętych wcześniej ustaleń. Ustalenia te nie zawsze były jednak całkiem jednoznaczne i Kocik czasem gapił się dłuższą chwilę na zamkniętą kopertę będąc ciekawym, w którą stronę władza centralna rozstrzygnie określone dylematy. Na ogół bowiem wyszczególnieni w listach przedsiębiorcy pochodzili właśnie z tego województwa, zaś listy pochodziły od prominentnych notabli urodzonych w tymże województwie, którym udało wysforować się na ważne stanowisko centralne. Niekiedy jednak naciskano, by wskazać dla wyjątku przedsiębiorcę z innego regionu, dla niepoznaki albo na zasadzie jakichś wiązanych transakcji stołeczno-międzyregionalnych i sprawa była do końca niewiadoma.

 

Na tym to przykładzie, dotyczącym najważniejszej części działalności młodego, pulchnego jastrząbka-wicewojewody, prześledźmy bolączki, z którymi musiał sobie radzić przez cztery odpowiedzialne lata swej kadencji.

 

Na wstępie zauważmy, że przetarg ma jednak to do siebie, że wymaga dopuszczenia do składania ofert więcej niż jednego oferenta, pomijając szczególne tryby negocjacji, które zgodnie z ustawodawstwem republiki mogą jednak stosowane być wyłącznie w wyjątkowych przypadkach i to tylko dla zamówień opiewających na kwoty niewysokie, co w poważnym stopniu utrudniało wdrażanie wyżej wymienionych ustaleń. Kocik często miał jednak do czynienia z bardzo poważnymi przetargami, gdzie wszelkie procedury umożliwiające rozpoczęcie rokowań z tylko jednym, z góry wybranym oferentem, były przez rzeczone (słuszne czy niesłuszne) prawo wykluczone. Z drugiej strony jednak należy pamiętać, że zgodnie z ustawodawstwem republiki i chyba każdego innego przytomnego państwa nie wolno zapraszać do składania ofert bez specyfikacji przedmiotu zamówienia i bardzo szczegółowych warunków, jakie każda oferta musi spełnić, żeby w ogóle zostać dopuszczona do dalszej procedury. W skrajnych przypadkach może się zaś okazać, że tylko jedna jedyna firma będzie w stanie sprostać nałożonym przez zamawiającego wymaganiom. Jest np. oczywiste, ze jeżeli w specyfikacji przetargu na zakup samochodów zwycięski model musi mieć podwójne v logo producenta, jedynym zwycięzcą  może zostać Volkswagen.

Należało więc konstruować specyfikacje w odpowiedni sposób. Kocik zaklejał znów kopertę i kazał ją przekazać do rąk własnym swoim zausznikom, na ogół surowym mężczyznom w ciemnych garniturach (zdarzały się też i kobiety – z reguły nie mniej surowe i noszące nie mniej ciemne stroje), którzy wiedzieli dobrze, jak sprawą mają się zająć.

 

Zdarzyło mu się jednak trafić na bardzo oporną personę, która omal nie napsuła włodarzom wojewódzkim i państwowym nie błękitnej zgoła, ale zawsze życiodajnej, urzędniczej krwi. Pani Liza była znerwicowaną rudą Panią Lizą, liczyła sobie koło pięćdziesiątki. Od dawna w różnych instytucjach zajmowała się sprawą zamówień publicznych; musiała zresztą te instytucje zmieniać, mimo że miała dobre, profilowane w dodatku wykształcenie i każdy urząd powinien chcieć zatrzymać ją na stałe. Oprócz magisterki z prawa budowlanego (a prace budowlane stanowiły często przedmiot zamówienia) ukończyła też – dzięki stypendium przyznanym przez jedną z organizacji formalnie całkowicie a w praktyce względnie poza-rządowych - specjalne studium z zakresu przetargów w jednym z krajów Europy Zachodniej.

 

Nie oznacza to jednak, jak miało się okazać, że posiadała pełne kwalifikacje na piastowane stanowiska, zwłaszcza w dziedzinie zachowania odpowiedniej pragmatyki działania.

 

Nie śpiewamy po próżnicy głuptakom, przeto wstyd może dodawać rzecz tak oczywistą, że w każdym urzędzie projekt pisma kierowanego poza tenże urząd, zwłaszcza w ważnej sprawie, musi przejść formalną drogę służbową przewidzianą w regulaminie organizacyjnym danej instytucji, która to droga w cywilizowanych urzędach obejmuje konieczność parafowania projektu rzeczonego pisma przez pracowników każdego szczebla kierowniczego, począwszy od naczelnika wewnętrznej komórki organizacyjnej, poprzez dyrektora biura czy departamentu, aż po osobnika kierującego całą instytucją bądź jego upoważnionego zastępcę. Nie dziwota też, że przy ewentualnej kontroli dokonywanej w danej instytucji przez właściwe jednostki, sprawdzana jest między innymi właśnie prawidłowość zachowania drogi służbowej, zarówno po to, żeby wiedzieć, do kogo zwracać się z ewentualnymi pytaniami czy zastrzeżeniami (jeżeli takie się pojawią), jak również i w tym celu, żeby sprawdzić, czy objęta dochodzeniem instytucja czyni zadość przepisanym formom.

A nasza ruda Lizawieta była naczelnikiem jednej z komórek w Departamencie Zamówień Publicznych Województwa, ponosząc odpowiedzialność za przygotowanie oraz zatwierdzanie specyfikacji przetargowej. No i pech w tym, że zdarzało się jej ociągać z owym zatwierdzaniem. Co dziwniejsze, niekiedy nosiła się najwyraźniej z rzeczonym specyfikacji zatwierdzaniem, chociaż tego nie wyrażała werbalnie w sposób dostatecznie jasny wobec przełożonego Dyrektora mgr F. Lewandowskiego, który najwyraźniej uruchamiał w jej nerwach kołowrotek paraliżujący także, choćby we względnym stopniu, cenny narząd mowy. Mówiła coś tylko, kiedy była sama, o „grandzie”, „kryminale”, a nawet czasem zdarzyło jej się pożalić – przyjmowała wtedy postawę zgrzytającego utrapieńca parodiującego ponure formy cynizmu - że „jest rozwódką (jakby do rozwodu zmusili ją akurat przełożeni), utrzymuję córkę i zarabia mało, a dookoła forsa płynie sobie pod stołem”. Dziwne słowa, mogące nawet dowodzić stanów przejściowej pomroczności, przynajmniej jeżeli chodzi o zdolność precyzyjnego używania języka: Pieniądz rzadko pływa, są słowa subtelniejsze na określenie tego, co z nim potrafi się wyczyniać (i co on wyczynia odbijając się od własnych dzierżycieli w przeróżnych ni to saltach, ni to rykoszetach), a jeśli słów takich w naszej mowie nie ma, powinno się zacząć od ich ustanowienia.

Dyrektor mgr F. Lewandowski, chociaż najpierw krzyczał, traktował rudą panią z zaskakującą wyrozumiałością i cenił jej wiedzę teoretyczną, dzięki której utrzymywała się cały czas na stanowisku – bo rzeczony Dyrektor Lewandowski – jak każdy prawdziwy przełożony- znał atuty każdego z pracowników i wiedział doskonale, jak je wykorzystać. Ruda pani potrafiła napisać (a zwłaszcza zatwierdzić napisaną już) specyfikację jak się patrzy i to dosyć szybko, tylko miała dziwne opory, które należało usunąć, jeżeli chodzi o pewne znamienne, choć nie zawsze wiele mówiące laikowi wymogi, które polecano jej dodać do specyfikacji, a które mogły wpłynąć w nienajmniejszym i nie najmniej bezpośrednim stopniu na zawężenie kręgu oferentów.

 

- Proszę Pani! Dość żartów. Za chwilę sprawą się zainteresuje wojewoda Kocik. – to była jego ulubiona zagrywka.

No i Ruda Pani zaczynała gadać w nieco inny sposób. „O boże, Kocik – powtarzała, gdy miała okazję przez chwilę zostać sama. Zażywała wtedy jakieś ziołowe specyfiki, odmawiała zdrowaśkę i zabierała się do wykonywania polecenia.

Raz jednak była bardzo oporna. Nie chciała za nic podpisać – w rozgardiaszu, który sama wywoływała bełkotliwym wypowiadaniem urywanych słów, które to słowa nie mogły pohamować łez tudzież drżeniem kończyn, jak również niektórych innych części ciała, za który to rozgardiasz w pierwszej kolejności zapłaciła sama j- eszcze większą niż zazwyczaj bladością, nazwała nawet swoich przełożonych „lisami przecherami”, co Lewandowski wspaniałomyślnie puścił mimo uszu.

Sprawa była poważna, naprawdę trzeba było wołać nieszczęsnego Kocika; wcześniej dyrektor mgr F. Lewandowski groził tylko pro forma (kilka razy blefował, mówiąc że Kocik za godzine wpadnie, bo wicewojewoda był chwilowo nieobecny w urzędzie), wolał, żeby zleceniodawca zadania nie miał świadomości, że w Departamencie, który, jak się zdawało, darzył sporym zaufaniem, występują różnicę zdań, a nawet zdarzają się próby wywołania obstrukcji, gdy chodzi o gardłowe, niezwykle pilne sprawy. Wprawdzie Lewandowski uprzedził lolajnie wicewojewodę nt. niektórych cech charakteru rudej pani naczelnik, ale ów ostatni sprawę wyraźnie zbagatelizował reagując na wszelkie doniesienia zwyczajowym, pozbawionym podtekstów przeżuwaniem.

 

A tym razem naprawdę trzeba było wołać rzeczonego Kocika.

I przyszedł wraz z dyrektorem do pokoju. Stał przez jakiś czas w progu, cicho i spokojnie, tak że można było nie zauważyć jego wejścia. Uśmiechał się łagodnie. Rzeczywiście, ruda Pani nie zauważyła, że sam wicewojewoda wkroczył do jej gabinetu. Parę spraw najwyraźniej pomieszało się jej i jej percepcja tak czasu, jak przestrzeni też na tym ucierpiała. Kiedy tylko usłyszała, że sam Kocik nadejdzie (a wtedy była, ściślej rzecz ujmując tylko mowa o tym, że wicewojewoda może nadejść, jeżeli pani nie nada szybko ważnym sprawom właściwego obrotu), czuła już całym swoim ciałem, jakby rozdęty do monstrualnych rozmiarów, groźnie spoglądający wielkorządca stał naprzeciwko niej, wpatrując się w jej oczy grozą całego majestatu. Lecz kiedy rzeczony „wielkorządca” wstąpił w próg jej gabineciku, nie od razu odnotowała różnicę między wyimaginowaną a realną obecnością wicewojewody.

Kiedy w końcu odczuła tą różnicę, kompletnie zaniemówiła. Słowa te być może odrobinę są nieścisłe, gdyż nic nie mówiła i wcześniej; powiedzmy w takim razie, że wkroczyła w inną fazę milczenia.

Kocik przypatrywał się jej z zakłopotaniem i zaciekawieniem. Czuł się trochę obco, patrząc na tą pobladłą, dziwacznie rozstrzęsnioną istotę. Powiedział tylko „dzień dobry”, nie przejął się tym, że odpowiedź, nie była jasno wyartykułowana i dalej jął się przyglądać, a dziecinny uśmieszek rozdzielany interwałami przeżuwania czegoś co mogło być zwykłą gumą do żucia, kawałkiem wątrobianej, albo (mniej albo bardziej specyficznym) powietrzem nie znikał z jego pulchnej twarzy.

- Przepraszam, słyszałem, że jest jakiś mały problem. Może w czymś pomóc- zapytał wreszcie Kocik, w zachowaniu wobec podwładnych małomówny.

- Widzi Pani, nie wiem, czy Dyrektor wyjaśnił Pani sprawę. – dodał Kocik po chwili, jakby sam był speszony całą sytuacją, jakby sam dał się poddać zamieszaniu. W każdym razie przyjęliśmy pewną koncepcję ujęcia warunków zamówienia. Myślę, że niekoniecznie się w sprawie nie zgadzamy, ale my po prostu przyjęliśmy ustalenia, które bardzo ułatwią Pani pracę, zaoszczędzą, że tak powiem zachodu, na jej dalszych etapach. Jak to czasem się mawia, co jeden oferent, to nie dwóch.

Ruda Pani – gdyby stan jej ducha i ciała, któremu zezwoliła się poddać, dopuścił, przynajmniej w stopniu względnym zarówno na refleksję, jak i na wypowiedzenie wniosków będących refleksji tejże skutkiem, być może powiedziała by, że w istocie nie zgadza się z koncepcją swoich przełożonych. Lecz zdołała tylko powiedzieć „tak, rozumiem” – co od razu przeraziło ją, bo wiedziała, że będzie się odpowiedź ta wiązała z koniecznością wykonania zadania, jednakże z drugiej strony – tak doraźnie – poczuła względny komfort, że nie będzie musiała więcej mówić, z czym jej narząd głosu, tudzież układ nerwowy miały by może pewien kłopot.

- Znakomicie. Ile Pani czasu potrzeba by dokończyć sprawę. Pół godzinlo wystarczy?

Ruda pani nic nie odpowiedziała i wydaje się, że Kocik potraktował to jak odpowiedź twierdzącą. Można by powiedzieć, że wicewojewoda był idealistą i bazował na ogólnie przyjętych w kulturalnym świecie regułach zachowań, wedle których między innymi się przyjmuje, iż „milczenie oznacza aprobatę”.

 

W ten to właśnie sposób radził sobie Wicewojewoda w bardzo trudnych sprawach: Delikatna prośba połączona z okazaniem swej dosyć pokaźnej aparycji, ciepły oddech nad głową osoby przeznaczonej do swoistego zmiękczenia, przeżuwanie (prawdopodobnie) pozbawione podtekstów, wybałuszone spojrzenie, którego światło mieszało się z ogólną aurą uprzejmości – trudno powiedzieć jednoznacznie, czy w tej ogólnej względnie ciepłej aurze naprawdę krył się jakiś chytry zamiar; być może zgoła żadnego –to jest właśnie najbardziej fascynujące w urzędowych sprawach.

 

Pech jednak chciał, że niektórymi z historii – nie nam wnikać, czy słusznie czy niesłusznie, raczyły się zainteresować pewne służby, jak również środki masowego przekazu.

Do gabinetu rudej Pani zawitała policja finansowa, przyprowadzona przez F. Lewandowskiego, który już wcześniej był indagowany przez funkcjonariuszy na okoliczność sposobu przeprowadzenia kilkunastu przetargów.

Pani, po tym, jak funkcjonariusze (dość oschli, ale w gruncie rzeczy uprzejmi, sprawiali zresztą wrażenie, jakby nie traktowali jej jako specjalnie ważnej figury całego zamieszania) wyjawili cel swej wizyty przedstawiwszy się wcześniej i okazawszy służbowe legitymacje, zdrętwiała zatykając usta, z których wszakże zdążył się wydobyć cichy pisk.

Nie odpowiedziała na zadawane pytania, mówiła jedynie coś o córce, która zdaje maturę i parę innych niedorzecznych zdań.

- Czy będę pozbawiona wolności- zapytała tylko.

Funkcjonariusze byli dość zakłopotani, w końcu ferowanie ewentualnych wyroków Konstytucja Republiki Słowanii zastrzega do wyłączności niezawisłych sądów; można ich więc przynajmniej w części usprawiedliwić, iż nie udzielili względnie jednoznacznej odpowiedzi. Natomiast Dyrektor F. Lewandowski, czuł się zobowiązany poczynić jedną uwagę, a wyraził to w słowach następujących:

- Ja naprawdę Pani bardzo współczuję, Pani...Wiem, w jakiej sytuacji Pani się znalazła. Popelniła Pani sporo błędów i Pani mnie też postawiła w bardzo ciężkiej roli. Ale wiem, że Pani jest sama i wychowuje nieletnią córkę. Wiem, że to dla Pani bardzo przykre. Ja wybaczam Pani – proszę wziąć się w garść i przejść jakoś to, co Panią czeka.

Osobliwe, zaiste. F. Lewandowski, chociaż jego przecież również dotyczyło wszczęte śledztwo karne zachowywał się, jak by był po drugiej stronie, razem z funkcjonariuszami, z którymi w końcu, było nie było, wkroczył do pokoju.  Zachowywał się wobec rudej pani niczym sędzia, sędzia sprawiedliwy i łaskawy.

 

Ostrożność nie pozwala stwierdzić, czy takie zachowanie Dyrektora mgr F. Lewandowskiego było w pełni zasadne, w każdym razie postępowanie w jego sprawie zostało szybko umorzone. Po długich przesłuchaniach, męczących obie strony, po sprawdzeniu jaką wiedzę posiada ruda pani na temat innych urzędników uczestniczących w postępowaniach przetargowych, zdecydowano się również w jej sprawie zakończyć postępowanie umorzeniem.

Mimo w.w. umorzeń pewne zmiany wszakże nastąpiły; Urząd wojewódzki za porozumieniem stron rozwiązał stosunek pracy z Dyrektorem mgr F. Lewandowskim, który rozpoczął pracę na stanowisku dyrektorskim, w firmie, która w prowadzonym przez niego postępowaniu uzyskała zamówienie publiczne. Ruda Pani dostała wypowiedzenie, a na przeszkodzie jej dalszej kariery zawodowej raczyło stanąć zdrowie; pewne jej zachowania – wyżej opisane – nasiliły się w trakcie śledztwa i niezbędne było leczenie w odpowiednim zakładzie.

 

Wicewojewoda, którego nie objęło wdrożone postępowanie (chociaż prasa przebąkiwała to i owo, droga kontroli jak wspomniano, musiała przebiec przez wszystkie szczeble kierownicze, co wszakże nie oznacza, że musiała objąć wyciągnięcie bolesnych w treści wniosków na najwyższym, a nawet na jakimkolwiek ze wszystkich szczebli władzy) pozostał na swym stolcu, jaśniejąc jak słońce, które zawsze promienieje swoim blaskiem, niezależnie jaka pora dnia panuje w danej części globu.

 

Tysiące doprawdy (albo przyjmijmy dla ostrożności kilka setek, by nie być posądzeni o klasyczną przypadłość człowieczego umysłu, jaką jest egzagerowanie zjawisk i tak potężnego formatu) tego typu zagrożeń dotykało wice-wojewody, a jednak żadne z nich nie dotknęło go, co najwyżej było parę muśnięć – pozbawionych żadnych konsekwencji, takich, które tylko mile łechczą próżność, uświadamiając, że się nie tylko tkwi, zasiada i piastuje, ale także walczy, ryzykuje, zwycięża. Przeżuwanie, dyskretne manifestowanie opasłego fizys, uprzejmość kryjąca jakiś wybieg albo też żadnego, do tego sprowadzała się niezaprzeczalna skuteczność wice-wykonywania centralnej władzy w województwie. Jakże proste, a zarazem jak trudne do ujęcia, niczym stany tzw. mistyczne bywa słowańskie administrowanie!

 

               A jednak słońce zgasło, czy może raczej – przygasło-  wraz z kolejnymi wyborami do narodowego parlamentu, które wygrała opozycja. Zmiana ekipy rządzącej, która w końcu nastąpiła po rzeczonych wyborach, nie była jednak zmianą na lepsze, przynajmniej dla młodziutkiego wicewojewody, bo jak było ogólnie, dla całego kraju, trudno to powiedzieć, zostawmy mędrcom odpowiedź na to ciężkie pytanie, będą medytować, zanim skończymy tę opowieść, choć to przecież opowieść o życiu, o trwaniu, o miłości, a więc o tym co ma pretensje trwać aż po nieskończoność a przynajmniej trwać długo, bardzo długo.

Także wice-wojewoda po bardzo bolesnej degradacji został skierowany do pomieszczenia położonego poza głównymi piętrami służbowymi (z tym że nie na poddaszu, ale w suterenie), w jego przypadku rzecz jednak przedstawiała się jeszcze gorzej niż w przypadku Kordiana Tudorescu.

Pakamerę o powierzchni czterech metrów kwadratowych i objętości ośmiu metrów sześciennych- była ona zresztą niemal idealnym sześcianem, przy każdej ze ścian zastawiały metalowe szafy, na szczęście płytkie, podobne do tych, w których Hercowie trzymali mundur dziadkowy; w szafach tych zalegały jakieś akta jeszcze za czasów ludu zgromadzone, a dotyczące spraw, które przestały należeć do kompetencji wojewódzkich władz, w dodatku załatwianych w oparciu o przepisy które już dawno zostały uchylone. Prawnicy długi czas spierali się, czy obowiązujące prawodawstwo daje wystarczające kompetencje, żeby przeznaczyć te szpargały na np. podpałkę. Ekspertyzy prawne w tej kwestii zaczęły krążyć jeszcze za czasów, gdy Kocik piastował stolec wicewojewódzki, lecz nie mógł wonczas przypuszczać, że wyniki tych sporów, z zasady przecież dotyczących kwestii bagatelnych będą miały wpływ i to ściśle na losy jego osoby. I nie miały – „wonczas”.

 W końcu, już po przydzieleniu dawnego wice-wojewody do owego niezbyt przestronnego pomieszczenia,  prawnicy uradzili, że materiały, jako nie zawierające rozstrzygnięć merytorycznych dotyczących zewnętrznych interesantów można zniszczyć i Kocik nabrał nadziei, że będzie odtąd możliwość wykwaterowania metalowych szaf, przez co zyska z każdej strony pomieszczenia po dwadzieścia pięć centymetrów lebensraumu. Jednak ledwie szpargały usunięto przyniesiono następne, w foliowych workach, z których tylko wystawały jakieś pakuły – czasem prawie białe, czasem czarniawe, niekiedy dosyć pstre, trudno więc powiedzieć, co materiały zawierały, zwłaszcza że szafy od razu zamknięto na kłódkę.

Pośrodku pomieszczenia, a raczej jego części nie zajętej przez szafy stało metalowe biurko na komputer z wysuwanym blatem. Podłoga była również wyłożona blachą, żeby uchronić w ten sposób pomieszczenie przed atakiem gryzoni, które mogły usiłować się dostać do wnętrza podgryzając się od strony przewodów kanalizacyjnych biegnących pod podłogą. Kilka razy zresztą jakiś gryzoń, i to raczej szczurzy niż z tych drobnomyszatych, przegryzł się wystawiając dumnie swój spiczasty łeb. Na ogół nie odważał się, przynajmniej w obecności Kocika, wysunąć całego swego ciała na powierzchnię, jako że zauważył obecność przedstawiciela gatunku, którego osobniki cechują się znacznie większymi rozmiarami. Jednak Kocik i tak popiskiwał zlany potem, albowiem od dzieciństwa bał się szczurów (jak również  drobno-myszatych jej- i jegomościów). Po jego skargach podłogę załatano przybijając kolejne warstwy blachy, tak wszelako grube, że nadzwyczaj wydatnie podwyższyły podłogę, aż mu się zdawało, iż kolejny wymiar przestrzeni jego urzędniczego życia skurczył się gwałtownie i że zaraz sięgnie głową sufitu (aż tak źle nie było)

 

Jednak problemy dawnego wice-wojewody Kocika zasadzały się zasadniczo na jego otyłości, bez tego mógłby wszystko jakoś znieść. Tak, gdyby nie jego brzuch warunki pracy byłyby całkiem znośne, być może zgoła komfortowe – zwłaszcza przy optymistycznym i skromnym nastawieniu pracownika. Po rozsunięciu blatu z klawiaturą, Kocik nie miał miejsca by pomieścić swoje dumne sadło.

 

Kocik interweniował kilkakrotnie. Sprowadzono więc specjalistę od bezpieczeństwa i higieny pracy, który przybył na miejsce z miną wielce poważną, w towarzystwie dwóch pomocników i oprzyrządowania mierniczego. Zmierzono pomieszczenie, potwierdzając dane naniesione na plan (Kocik upierał się, że te ostatnie są jakoby zawyżone” Panie Kolego”, kiedy weryfikowano te dane był pan przecież wice-wojewodą i sam Pan plan zatwierdzał – usłyszał w pół-oficjalnej odpowiedzi), jak również to, że całkowita powierzchnia odpowiada dokładnie minimalnej powierzchni biurowej, którą przepisy każą zapewnić danemu pracownikowi. Zmierzono też odległość między krzesłem a biurkiem komputerowym, gdyż i w tej dziedzinie prawo pracy narzuca minimalne standardy. Wyszło, że jest dokładnie tyle centymetrów, ile wynosi minimalna norma.

 

Nie można też było się powołać na brak oświetlenia, gdyż tego było nawet zanadto. Cały sufit, poza tą powierzchnią, której bezpośrednio dotykały szafy, zajmował rząd jarzeniówek, który wciąż pracował pełną parą.

 

Niewiele wskórał występując do stosownych inspekcji, cierpienie jego nie ustępowało. Odczuwał je całym swoim ciałem, a nawet tymi władzami – cielesnymi, czy poza-cielesnymi – rozstrzygnięcie tej kwestii wykracza tu poza nasze kompetencje, którą drzewiej (i nie tylko drzewiej) określano zbiorczym mianem duszy. Jednocześnie cierpienie to na powierzchni skóry dawało świadectwo w jednym miejscu – sinawa pręga, powstała wskutek przymuszonego wielogodzinnego wciskania brzucha w blat komputerowy wrzynała się w jego ciało na wysokości pępka; rozdzierając swą chorobliwą poświatą ogromny miękki bęben na dwie mocarne fałdy dawała wymowny przykład udręczeniu jego ciała przez bezlitosnych nowych, a wcześniej opozycyjnych (więc tylko potencjalnych - póki co) wielkorządców.

 

Oczywiście, raczył dość do wniosku, że jego sytuacje poniekąd komplikuje tusza, w związku z tym, z boleścią równą niemal cierpieniu, którego chciał się pozbyć, narzucając sobie określony reżim, rozważył zmniejszenie masy ciała. Chciał się w tym celu zapisać na stosowny trening, a jednak sprawa była zbyt złożona. Gdy upływał ośmiogodzinny dzień pracy i nadarzała się okazja, by na resztę doby udać się w jakieś inne miejsce, wszystko w nim rwało się do domu, a w tym domu pragnął przede wszystkim łasuchować do woli a następnie spać, co widział w tych godzinach jako główne remedium na służbowe cierpienie. A te z kolei pożądania w co najmniej względnym stopniu wykluczały plan udania się do sali gimastycznej. Jakże tragicznej doli człowieka dowodzi opisany stan! Jakże sprzecznymi metodami stworzenie pragnie wyzywolić się z cierpienia; jak bardzo niekiedy te metody nawzajem wykluczają się.

Nie poniechał wszakże całkowicie myśli o ćwiczeniach, postanawiając wykonywać je przynajmniej od czasu do czasu, ograniczając się przy tym z konieczności do tych uchodzących za najskuteczniejsze i jednocześnie nie nazbyt kłopotliwe dla popczątkującego, a za takowe raczył uznać przysiady. Z tym brakiem kłopotliwości jednakże kwestia była względna: Najpierw nienajgorzej się zapowiadało:

Pierwszego dnia po podjęciu odpowiednich ślubów, dawny wicewojewoda (a późniejszy referent w dziale archiwizacji) powracał do obszernego mieszkania, które na szczęście udało mu się zachować (płacę obniżono, lecz z okresu przetargów pozostało mu jeszcze sporo oszczędności), podjadł trochę pasztetu, co go zadowoliło, jednak nie zjadł za wiele (skoro miał tuż po jego konsumpcji, a przed wydaleniem, przejść do gimanstyki), potem wkroczył do przestronnego salonu i odsunął z jego środka elegancki stolik wraz z jego czterema drewnianymi nogami oraz szklanym blatem. Był na środku pokoju i miał wiele miejsca- specjalnie być może właśnie starał się umiejscowić na środku pomieszczenia, żeby poczuć się wolnym porównując dostatek przestrzeni z ciasnotą przydzielonego mu „karnie” gabinetu. Stanął więc na środku, a następnie opuścił swe ciało, w zasadzie takim ruchem, który stanowi wstępną fazę przysiadu. Następny ruch, jeżeli przysiad ma przejść we wszystkie fazy, składające się na to ćwiczenie, przynajmniej w obiegowym jego rozumieniu, powinien polegać na podniesieniu z kucków rzeczonego ciała i powrocie do pozycji wyjściowej. To jednak poszło nieco gorzej- podnieść się było bardzo trudno, a ciało przechylało się na jedną i na drugą stronę z trudem ratując się przed upadkiem. Nie podniósłszy się do pełnego wyprostu, Kocik postanowił znów znaleźć się na dole i następnym razem wykonać prawidłowo podniesienie. Było jednak nie lepiej, ale gorzej[1]. Ciało przewróciło się na lewą stronę. Podniósł się z dywanu i jeszcze raz spróbował; zajęcie pozycji kucznej wyszło względnie dobrze, może też dlatego, że przeszedł do tej pozycji z leżenia na dywanie, na który raczył upaść nie z pozycji stojącej. Ale podczas próby podniesienia się znowu się przewrócił, tym razem raczej na prawo.

Myślał długo nad swymi niepowodzeniami, analizował je. W czym popełnił błąd? Nigdy przecież nie miał problemów z równowagą. Ważne w przysiadzie, o czym wiedział, jest by nogi pozostały złączone i by ciało nie przechylało się wyraźnie na bok. Jak się wydaje, nie popełnił tych kardynalnych błędów. Dlaczego w takim razie się przewracał?

Wicewojewoda ukończył szkołę techniczną i to za pewne odrobinę ośmieliło go, do wykonania kilku schematycznych rysunków, na których umieścił figurę ćwiczącego sportowca w kolejnych fazach przysiadu oraz  właściwe rozłożenie sił, co oznaczył strzałkami, jak obyczaj każe. Czuł się trochę nieswojo. Trzeba było podjąć decyzję, do czego ostatnio w pracy nie miał sposobności, a za czasów wicewojewódzkich decyzje też nie były podejmowane w taki sposób, jakby laik pomyślał. Musiał też sam wykonać pracę merytoryczną w postaci rzeczonego wykresu no i w dodatku również dokładnie ją ocenić. Nie był przyzwyczajony do takiego podziału obowiązków, czy też jego braku. Przysiady trudna sprawa, trzeba ją jeszcze parę razy przemyśleć, lepiej przygotować się, żeby nie popełnić kardynalnych błędów…

 

Niewiele z tego przyszło po prawdzie. Pręga robiła się coraz bardziej głęboka, aż w końcu osiągając kres swojej wrzynającej się w głąb wydolności – zatrzymała się, na poziomie wszakże więcej niż bolesnym.  Długą by można napisać księgę, o zaiste długą, by przedstawić wszelkie modi położeń, przesunięć i umartwień ciała dawnego wicewojewody, w okresie gdy był poddany prześladowaniom politycznych nieprzyjaciół jego ojca.

 

 

Cierpienie często w sposób specyficzny odmienia upływ czasu. Zdarza czasem się tak – dotyczy to zwłaszcza cierpień dolegliwych, ale nie tych najcięższych, przynajmniej bezpośrednio nie zagrażających życiu- że każda minuta doświadczonego nim osobnika rozciąga się w jego świadomości w nieskończoność, jednak w rzeczywistości czas płynie bardzo szybko, przecieka nieubłaganie. Z trudem robi się każdy krok, gdyż sprawia on niewymowne boleści, przeto wydaje się – jeżeli przyłoży się miarę z czasów zdrowia, kiedy krok ten robiło się w dosyć krótkim czasie, że minęła zaledwie minuta albo dzień, a tylko w skutek nieprzyjemnych doznań tak wszystko subiektywnie się dłuży, podczas gdy w istocie, znacznie więcej czasu upłynęło. Ledwie więc znękany swoim położeniem dawny wicewojewoda rozpoczął przygotowania do ćwiczeń gimnastycznych, ledwie zebrał się do przemyśleń (a nie był człowiekiem, który wolno myśli, co dowodzi, jak trudna była jego sytuacja) na temat nowej, skuteczniejszej drogi odwoławczej, która mogłaby mu przynieść wybawienie, niekorzystny układ gwiazd, który w istocie wisiał nad nim przecież ładnych parę lat, raczył się odwrócić, w czym elektorat miał niemały swój udział. Dziwić może związek między jednym a drugim, lecz przecież od prawieków co po niektórzy egzegeci podkreślali, że między zmianami na ziemi i przemieszczeniami w obrębie ciał niebieskich zachodzą ścisłe paralele…

 

Czasm sprawia więc osobliwe cuda. Również cierpienie przynosi w swym rewersie czasem nieco kwaśno-gorzkiej osłody. W tym przypadku owym rewersem było uwolnienie, co najmniej względne, bardziej umysłowych sfer postaci wicewojewody, od dylematów, jakie odczuwał Kordian Tudorescu, któremu nowa władza (być może zgoła podstępnie) odmówiła przestrzennego dyskomfortu. Kocik nie miał czasu myśleć o zagrożeniach dotyczących merytorycznych, jak również czasowo-dyscyplinarnych aspektów nowej pracy i tego, czy władza uciekając się do tortur, zawierających mniej czy więcej etapów, użyje kwestii wypływających z ww. problematów, by wymówić mu pracę.  Skądinąd z reguły bardzo był zajęty: jako referent archiwista wciąż kwitował wpływ i wypływ pakuł, które po wyprowadzeniu dawnych akt składowano w jego gabinecie. Z powodu tego znoju nie dostąpił szaleństwa rozważania pokus, czy z bardzo niewygodnego pomieszczenia, regularnie wydalać się na dłużej w godzinach pracy zawodowej.

 

„Musisz przetrwać” – powtarzał jego ojciec, też zdegradowany i też oczekujący na lepsze politycznie czasy – „Przyjdzie moment, kiedy się odegra na tych wszystkich siepaczach.”

Być może w jakiś sposób słowa ojca-protektora pokrzepiały go. W jeszcze większym wszakże stopniu pozwolił przetrwać mu te męczeńskie dla jego odwłoka, trwające lat kilka podziemne perypetie, ów sławetny nawyk przeżuwania.

 

W każdym razie przetrwał. I znalazł w końcu okazję, żeby swą pozycję mocno wywindować. To może nie było bardzo łatwe. W słowańskiej administracji zdarzają się bardzo różne zakulisowe przesunięcia. Często urzędnik, który w ten czy inny sposób zawalił swoją sprawę (z punktu widzenia tych, którzy obserwują jego poczynania z innej perspektywy niż wewnątrz-urzędnicza), albo został zwyczajnie oczerniony zostaje przesunięty poza ściśle urzędniczy układ trafiając do sektora względnie prywatnego (tego za wszelką cenę uniknąć chciał Kordian Tudorescu). Często, gdy znów zawieja pomyślne wiatry stronnictw i elektoratów powraca na czasowo utracony stolec, a nawet wkracza na taki otoczony jeszcze większą pozłotą (tego właśnie Kordian Tudorescu dostąpił i w sumie tego chciał).  Lecz czasem też się zdarza, że delikwent pozostaje na służbowej orbicie, jednak powierza mu się posadę (na ogół z grubsza równorzędną), daleko pod względem specyfiki (a niekiedy także miejsca sprawowania) oddaloną od poprzedniej funkcji.

Tę ostatnią ofertę prawdopodobnie byłby zaakceptował Kordian Tudoresu. Tę ostatnią ofertę i zaakceptował bez mrugnięcia okiem ani żadną częścią twarzy (chyba że owe sławetne przeżuwanie uznać za swoisty przypadek mrugania) dawny Wicewojewoda Janos Kocik.

Na początku sprawa jego postaci nie była całkiem jasna. Dawna koalicja powróciła. Jak dobrze pamiętamy, kontrola nie wyciągnęła żadnych smutnych wniosków względem jego osoby. Wszelako środki masowego przekazu, obdarzone chorobliwym błogosławieństwem demokratycznych zasad konstytucji, wyciągają niekiedy wnioski znacznie głębiej niż bardziej przecież, według kryteriów ściśle oficjalnych, kompetentne kontrole. W dość podobnym czasie ojciec-protektor wicewojewody również trochę nabroił w oczach pewnych kół prasowych. Wygrana, wygraną, nolens volens z rzeczonymi kołami trzeba jakoś się liczyć. „Dynastia znów powraca”. „Kocikowie – akt II tragifarsy” i inne tego rodzaju nagłówki, na których zatrzymywała się dłużej wyobraźnia rozdających karty dawały owym karciarzom przetrząsającym rozmaite embriony możliwych publikacji sporo do myślenia.

A przecież nie można było pozwolić się zmarnować człowiekowi, który pomimo wieku tak młodego i pomimo przynależności do tego osobliwego pokolenia słowańskiej nacji, które w sektorze tzw. prywatnym (często  w dodatku powiązanym międzynarodowo) skłonne jest widzieć najsłodsze marcheweczki odznaczał się, jak ktoś – znalazłszy się w obecności ojca-protektora, aczkolwiek nie motywowany tylko-li skłonnością do prawienia mniej albo bardziej wyrachowanych komplementów- raczył zauważyć „sznytem rasowego urzędnika”. Trzeba było, podążając jakąś boczną ścieżką, znów wprowadzić go na szczyt. Znaleźć coś odpowiednio prestiżowego, lecz na boku, nie było aż tak łatwo. Wielu przecież przyjaciół, często również wzgardzonych przez poprzednią władzę, oczekiwało, nie tylko z wytęsknieniem, lecz i niecierpliwością, na odpowiednio tłuste apanaże.

Uznano, że powołanie nowego stanowiska, o ile okazja ku usprawiedliwieniu takiego posunięcia się nadarzy – będzie dobrą okazją.

 

I okazja rzeczona raczyła wreszcie się nadarzyć.

 

W tenże sposób, cokolwiek mimowolnie – założyć chyba trzeba – pulchniutki, wiecznie przeżuwający Janos Kocik, miał okazję zostać mianowany -  szczęśliwym dzieckiem wojny.

 

***

 

- No to jak, Panie Kolego, od czego zaczynamy – zapytał dawny wicewojewoda?- wchodząc do pokoju, w którym oczekiwał go, z uczuciami jak wspomniano, dosyć mieszanymi Szef Powiatu Kordian Tudorescu.

 

A rzeczony Tudorescu nie omieszkał nie zauważyć od razu, że Kocik ubrany jest w pełen mundur, w dodatku w wersji galowej. Świadczyła o tym w szczególności czapka. W tej kwestii skądinąd praktyka armii słowańskiej cechuje się różnorodnością nader wielką, tak jakby nakrycia głowy przyjęte wśród wojaków tworzyły wielkie zwierciadło, w którym odbija się więcej niż tylko w dość wybiórczej części nader złożona historia tego kraju. Oprócz czapek i beretów, które pomijając pewne nie wynikające wprost z kwestii narodowych drobne różnice wykroju (każdy krojczy, czy to argentyński, armeński czy azerbejdżański pragnie przecież zaznaczyć, choćby na drugim planie, swą mniejszą albo większą indywidualność) oraz – bardziej już narodowego charakteru rozróżnienie w postaci wcześniej już wspomnianego godła (ni to kury, ni orła)- nieszczególnie odznaczały się wśród typowych nakryć głowy noszonych przez zmilitaryzowaną ludność tego świata, stosowano także uroczyste, przyjmijmy w odróżnieniu czapy, zaczerpnięte z przeróżnych kręgów kulturowych: czapki frygijskie a la Bonaparte, madziarskie czaka, ni to ruskie ni chasydzkie lisiury. Wśród tych nakryć wyróżniała się ułańska rogatywka – nakrycie jednocześnie wielce honorowe i reprezentacyjne, noszone jednak nie tylko od parady, ale które, zwłaszcza w zestawieniu z przypiętym u pasa pozłacanym pałaszem, wskazywało, że wielkorządcy państwa, mają ochotę przystąpić do wojaczki.

Taki właśnie pozłacany pałasz nosił przy swym boku, delegat rządowy Janos Kocik. Taką właśnie ułańską rogatywkę dzierżył na swej głowie. W tej ostatniej kwestii należy z przykrością zauważyć, że owa rogatywka, choć zapewne największego z dostępnych rozmiarów, z trudem mieściła się na ogromnej głowie Delegata. Wyraźnie cierpiał czując ucisk w okolicach skroniowych, o czym świadczyło m.in. wyraźne skrzywienie obecne na pucułowatej, grzecznej a zarazem infantylnej twarzy, niedostatecznie złagodzone zwyczajowym odruchem przeżuwania. Można dopuścić, z całą niezbędną w przypadkach dopuszczeń i przypuszczeń ostrożnością, iż nie jest wykluczone, że Kapitan Kocik (takie miał pagony, zapewne było to połączone z natychmiastowym podniesieniem ze stopnia podchorążego rezerwy, do której to kategorii zaliczano wszystkich studiujących nie powoływanych do pełnej służby wojskowej), czując jak jakaś mniej albo bardziej prawdziwa albo wydumana (bardziej jednak zbliżona do tej stricte fizycznej) pręga wrzynając się boleśnie w jego głowę, przypominał sobie okres upokorzenia w owej sławetnej pakamerze, gdy zdegradowany i sponiewierany pełnił podrzędną funkcję archiwisty. Cóż, między upadkiem a zaszczytem, między upokorzeniem a ukoronowaniem, przebiegają wąskie i sekretne ścieżki (często złudnych) podobieństw – prawda do wielce pospolita, atoli dosyć głęboka.

Mundur, a ściślej jego część nagłowna (chociaż zbyt opięty pas też zdawał się nieco dokazywać, za to pałasz majtał się dumnie i radośnie niczym prącie zdolne do bohaterskich szturmów na alkowy najbardziej kuszących metres tego świata), stał się więc nową udręką dawnego wicewojewody, o czym nie wiedział, a raczej czego nie zauważył Tudorescu, dla którego mundur kapitana Kocika, jak się okazało („hm, stolica dziwnie rozgrywa, do końca trzyma w napięciu, nadali mu równy stopień, niczego to w ogóle nie wyjaśnia”), stał się również udręką, choć w nieco innym sensie:

Kapitan Tudorescu poczuł głęboki żal, połączony z lękiem, również niezbyt płytkim, spowodowany faktem, że nie dane mu było przywitać Kocika w umundurowaniu, a co więcej nie może odpowiedzieć, jak najchętniej odpowiedziałby pół żartem – „Kapitanie, pozwólcie, że najpierw muszę się doprowadzić do pełnego rynsztunku oficera wojsk republikańskich”. Mundur bowiem miał we własnym mieszkaniu, poza tym nie używał go już tyle lat, ostatnio został powołany na ćwiczenia oficerów rezerwy jeszcze pod koniec rządów ludu, kapitał za swych rządów ćwiczeń tych już nie organizował; mundur ten był wybrakowany, na przypominającej talerz, wycofanej już, czapie wzorowanej na sowieckiej modzie, widniało wciąż godło władzy ludowej, a pomimo że część ludu zachowała pewien udział w kapitale (czego sam jest dowodem), to jednak godło się zmieniło i starego nie należy używać. Gdyby nawet teraz popędził strusim pędem, przedarł się przez linię ognia ryzykując śmierć z rąk wroga zewnętrznego, jak również wewnętrznego (angina pectoris – wreszcie odkryjmy, z być może całkiem pozbawioną wdzięku skłonnością ku puentowaniu banałem niejednoznaczności, odkryjmy kulisy pogorszeń jego zdrowia, ciśnienie skurczowe 180, ciśnienie rozkurczowe 100 – warto dodać do tego), odzienie które przywiózł by z tej wielce ryzykownej eskapady przyniosło by mu kompromitację, zostałoby uznane za niesmaczny żart, a może nawet za zdradę. Więc musiał się powstrzymać przed tą eskapadą, chociaż co bardziej irracjonalne części jego ducha, jak również jego ciała gnały go.

Na szczęście, jak się miało okazać (i czego mimo wszystko można było się spodziewać), kapitan Tudorescu więcej miał w swoim ciele, jak również  w swoim umyśle części racjonalnych niż irracjonalnych więc pozostał na miejscu i z lekkim poczuciem przygnębienia patrzył na kapitana Kocika, jak ten pysznił się w nowiusieńkim mundurze. Kapitan Kocik, jak się rzekło, nie tylko jednak pysznił się lecz i cierpiał. Tak, nie tylko rogatywka była tu problemem. Widać było też, że mimo wielkich starań (które można założyć z dużo więcej niż względnym prawdopodobieństwem), nie znaleziono spodni i pasa wojskowego, które sprawiały by kapitanowi komfort przy jakże znacznej objętości jego brzucha. Stał więc tak niemiłosiernie uciskany pasem i męczył się z tego powodu, dodatkowo skronie dawały także we znaki. Wciąż nie mógł zrzucić wagi, chociaż ojciec wciąż pozostający ojcem-protektorem nakazał mu robić co dziennie sto przysiadów, żeby z racji nadwagi syn jego, tak przecież hołubiony, nie naraził się w przyszłości na utratę zdrowia, która może zaprzepaścić wielkie szanse kariery w republikańskim aparacie władzy. Rogatywka wciąż z trudem mieściła się na ogromnej głowie, nie racząc swego obwodu rozszerzyć choćby odrobinkę, a Kocik nie chcąc, by czapka spadła na ziemię, nie mógł nosik tejże rogatywki całkiem powierzchownie, ale musiał ją odrobinę nacisnąć na swój czerep.

Twarz kapitana Kocika, wciąż jeszcze twarz w nienajmniejszym stopniu rozpieszczonego niedorostka, maskująca w swej przeżuwającej pucułowatości, wszystkie ważkie zdobycze i katusze jego życia, nabrała jednak wyrazu, którego Tudorescu na początku nie dojrzał (sapnął zrazu do wewnątrz siebie, bezgłośnie – „ale gnojka przysłali”, cóż być uważnym, to też być czasem zanadto lakonicznym i niesprawiedliwym, wszakże w tym przypadku dumny szef powiatu całej prawdy nie objął).

Twarz Delegata była czerwona, rozpalona, wzrok błyszczący, zęby coraz bardziej szczerzyły się w nieludzkim wyrazie, całą postać przecięła przez moment rysa nieziemskiego światła, które nie wiadomo skąd się pojawiło. A ściślej – z lampy biurowej, lecz blask jego zderzony z grymasem na twarzy kapitana, sprawił, że światło oddzieliło się od lampy i przybrało postać, jakby pochodziło z zupełnie innego wszechświata. Przeżuwanie, wciąż względnie obecne pomimo rzeczonego wyszczerzenia zębów (można zresztą dodać, że zdawało się coraz bardziej przemieszczać po powierzchni twarzy, migrując w tę i we w tę, obejmując na przemian w swym występnym planie policzki, oczy, brwi, usta oraz nos), w swym łagodzeniu twarzy dawnego wicewojewody, wzmagało paradoksalnie okrutną aurę (wciąż wprawdzie względnie dyskretnego) opętania, które z niego biło.

 

- Bo ja myślę –kapitan Kocik, tak rozeznawszy ciupkę tę całą sytuację- odpowiedział sobie na wcześniej zadane zapytanie, dawny wicewojewoda, a obecny delegat ministra spraw wewnętrznych, że trzeba paru przybłędom skopać dupę.

- Zgadzam się w pełni, obywatelu Kapitanie – powiedział (kapitan) Kordian Tudorescu salutując.

 

Miał szczęście Kordian Tudorescu zgodzić się zręcznie, zwięźle i w żołnierskich słowach, z planami taktycznymi Rządowego Delegata; mógł zatem przez krótką chwilę powrócić do swoich dylematów, rozważając próbę oceny ich możliwego rozwiązania.

 

Na pierwsze z różnego rodzaju dylematów, tylko – mówiąc szumnie- historia mogła dać odpowiedź. Obracały się one wokół oceny politycznych aspektów sytuacji. Na przykład – czy ranga kapitana, tak po jego stronie, jak również po stronie Rządowego Delegata ma oznaczać, że stolica nie przywiązuje zbyt dużej rangi do zaplanowanej operacji uważając ją np. za rutynową albo po prostu nie najbardziej istotną dla centralnej władzy, czy też uznano, że wyżej niż na kapitana awansować Kocika nie wypada, a może po prostu właśnie chodzi o to, żeby zmylić oczy ewentualnych nieprzyjaciół udając nonszalancję w podejściu do sprawy, podczas gdy w rzeczywistości traktuje się wszystkie wydarzenia, jakie zaszły niedawno w Mieście Górniczym, i jego przyległościach z najwyższą możliwą powagą.

Tak, to były stricte polityczne dociekania. Oczywiście dotyczyły również, choćby tylko potencjalnie i perspektywicznie, pozycji, a może nawet i ciała Tudorescu, lecz przecież owe ciało od lat było zanurzone w politycznym sosie – jeżeli nawet nie po czubek głowy, to w każdym razie niewiele niżej uszu.

 

Wszelako bardziej ważkie były w owym momencie dla Kordiana dylematy poruszające się po przeciwnie skierowanych wektorach tzn. od jego ciała, aż ku potencjalnym i perspektywicznym skutkom politycznym:

 „ Jak najszybciej skołować jakiś mundur. No i to taki z rogatywką i pałaszem” – dumał Tudorescu, z trudem powstrzymując nerwowe rozglądanie się po Sali. Przez ułamek chwili ujrzał się chyba umundurowanym (z czego iluzoryczności szybko zdał sobie sprawę), jako że przez myśl przeszła mu wizja owych dawnych czasów, z którymi jak najbardziej rogatywki i pałasze mogły się kojarzyć, kiedy to oficer miał do dyspozycji ordynansa. Więc zapragnął poczucia, że ordynans ów istotnie gdzieś czuwa dookoła niego, w każdej chwili może stawić się, zasalutować, przyjąć rozkaz polegający na natychmiastowym doniesieniu umundurowania, rozkaz który zostanie szybko wykonany, jakby ów ordynans poruszał się na skrzydłach ikarowych, znacznie trwalszych wszelako na promienie słoneczne.

W grę wchodziła jednak wyłącznie jego sekretarka, bez wojskowej rangi. Pochodząca z prowincji znacznie głębszej niż ta, którą Kordian Tudorescu zawiadował od paru ładnych lat, wysforowała się z względnie dzikich rejonów do niedawna pełnych pół-bosawych kmieci i taborów romskich, zachowując niezwykłą urodę Blond Walkirii. W jej to obecności Tudorescu doznawał nieznanej parchom, rozkoszy familiarnej człowiekowi władzy z prawdziwego zdarzenia: Odmawiał możliwości pełnego użycia władzy wobec swej podwładnej, użycia nader męskiego, na które owa podwładna byłaby skądinąd nienajmniej łasa, delektując się jednocześnie w procesie owe odmowy zgorzkniało-zawadiacką miną człowieka, który wie, że osobie posuniętej mocno tak w latach, jak w zaszczytach „bawić się w głupstwa nie wypada”. Zamiast głupstw jedynie (to się mieści w ramach tej subtelnej rozkoszy) pozwalał sobie jedynie na głupstewka – małe surogaty użycia, którego sobie odmawiał – takie jak na przykład na poły przypadkowe pogłaskanie łydeczki owej Blond Walkirii, któremu mogły towarzyszyć słowa takie jak „Panno Andżeliko, przyniesie mi kaweczkę”.

 Wpierw ją oddelegował, gdyż przy sprawach poufnych (chyba że mówimy o różnych poufnościach więcej niż dwuznacznych) być kobiecie cywilnej nie wypada. Teraz zastanawiał się, jak by ją przywrócić szepcąc jej jednocześnie na ucho polecenie dotyczące przyniesienia munduru. Hm, kaweczka też by się przydała, by pokrzepić gości, to może być doskonały pretekst.

 

Gości? Tak, rozejrzał się po Sali, na którą regularnie przybywała coraz większa czereda mundurowych; coraz silniej lśniły pozłacane pałasze, rogatywki wykonywały rozmaite wariacje na temat ukazywania w urzędowym świetle kształtów, z grubsza romboidalnych, które im nadano. Wszyscy w randze, nie mniej i nie więcej tylko kapitana, wysocy, chudzi, otyli wąsaci, tudzież całkowicie gładko ogoleni, blondyni, bruneci, szpakowaci, tudzież względnie i bezwzględnie ryżawi, prezentowali w swoich fizjonomiach wszystkie warianty słowańskiego człowieka, wszystkie jego złożone afiliacje, nie tylko szkopskie, ruskie, lecz może także czechosłowackie albo jeszcze inne, zneutralizowane, podporządkowane ojczyźnianej służbie przez galowe mundury i dystynkcje.

Ustawili się jakby w półokręgu. Pośrodku nich zgromadzone były dwie osoby: niski, zażywny, galowo umundurowany Janusz Kocik oraz wysoki, stosunkowo szczupły Kordian Tudorescu, nieszczęśliwy w swoim garniturze, stroju jakkolwiek dosyć urzędowym, to jednak cywilnym, w stopniu większym niż względny, pozbawiony czapy i pałasza.

Ten układ przestrzenny sugerował, że chociaż wszyscy formalnie byli równi rangą, to jednak osoby wyróżnione dzierżyły niepodzielne dowództwo. Być może, z drugiej strony, dało się spojrzeć, narządem wzroku mniej albo bardziej wypaczonym, w ten sposób by zobaczyć całkiem inne hierarchie w tej przestrzeni, być może np. coś na kształt okrągłego stołu, mebla, który nie był rozmaitym perypetiom słowańskiego państwa całkowicie obcy. I skoro mundurowi reprezentowali wszystkie odmiany słowiańskiego człowieka (jak powyżej się rzekło), nie może być całkowicie wykluczone, że wśród kapitanów dało się znaleźć parę pod każdym względem identyczną wobec Duetu Szefa Powiatu i Dumnego Eks-wicewojewody.

 

Kordian Tudorescu miał wszakże szczęście nie wdawać się w tak abstrakcyjne spekulacje. Starał się tylko dyskretnie obserwować, sondować możliwości. A przede wszystkim po prostu i zwyczajnie myślał sobie o tym, jak najszybciej skołować ten cholerny mundur.

 

 

 

***

 

Jakiś czas później Tudorescu i Kocik zostaną ostatecznie oczyszczeni z zarzutów w toczącym się w ich sprawie postępowaniu dyscyplinarnym a prokuratura nie znajdzie podstaw do wniesienia aktu oskarżenia. Sprawa dotyczyła czterech mężczyzn zatrzymanych za przestępstwo gospodarcze przywłaszczenia mienia, z których trzej zaginęli bez śladu. Tylko w przypadku jednego z nich, tego który spokojnie został w swojej celi, znaleziono komplet dokumentów wskazujących na to, że istotnie odnotowano fakt owego zatrzymania. Mężczyzna ten dostanie potem wysokie odszkodowanie z powodu bezprawnego przetrzymywania bez sądowej decyzji w przedmiocie tymczasowego aresztowania. Obowiązywały co prawda przepisy dotyczące stanu wyjątkowego, które nie dość że zakazywały określonych zachowań uważanych wcześniej za pełni dopuszczalne, to jednocześnie wobec tych zachowań jak i oczywiście tym bardziej tych czynów, które i w czasie pokoju były przestępstwami, przewidywały, na określonych warunkach, możliwość internowania aż do czasu zakończenia stanu wyjątkowego. Jednakże, jak później orzekł Trybunał Konstytucyjny, przepisy te z uwagi na spowodowane pośpiechem fuszerki legislacyjne nie miały mocy obowiązującej.

 

Zatrzymany uzyskał odszkodowanie w zaskakująco dużej wysokości.

 

Wiele więc wskazuje na to, że mamy do czynienia z pieniaczem, który ciskał pod adresem władz poważne, choć jednocześnie niesprecyzowane oskarżenia.

 

 

***

 

 

Sztab myśląc przez godzinę nad decyzjami dotyczącymi najważniejszych spraw państwowych postanowił zafundować sobie odrobinę rozrywki.

„Cesarzowa Armenii” nadawana była jak zwykle, na prywatnym kanale. Generalnie łączność w mieście nie działała, jednak biuro powiatowe miało własne, niezależne zasilanie i udało w końcu się złapać całkiem niezły odbiór.

 

A więc zasiedli w fotelach, jak miliony telewidzów na całej kuli ziemskiej, Kocik i Tudorescu, ten ostatni już w służbowym mundurze, który w między czasie, od początku do konca, nie tylko w zakresie rogatywki i pałasza, świeżo wykonany dowieziono mu, zasiedli na kanapie i wpatrywali się w ekran, wiercąc się jednak niespokojnie, myśląc rzecz jasna całkiem o czym innym, mimo desperackich prób rozluźnienia się (Kocikowi znacznie lepiej szło, zwłaszcza że ukradkiem poluzował pas).

 

Lecz dalszy rozwój akcji był przytłaczający. Księżna nie mogła wydobyć się z permanentnej depresji, która przerodziła się w zaiste bsolutną traumę, po tym, jak o ugotowaniu w Wanieczki i o tym, że sama zjadła jego część poinformował ją życzliwy anonim, potwierdzając jej – odważmy się powiedzieć – podświadome objawy. Leżała cały czas na szpitalnym łóżku, w zaciszu pałacowej kliniki (to ostatnie może tłumaczyć w sposób bardziej niż tylko doskonały, dlaczego na wyposażeniu rzeczonego łóżka znajdował się baldachim), pogrążona w całkowitej katatonii, której całkowitość była jednak względna, bowiem chwile całkowitego bezruchu były raz po raz przerywane (montaż wyśmienity, chiaroscuro przechodzące w biel również wielce udane) przez podrywanie się z ww. łóżka (szpitalnego, a jednak z baldachimem) wspierane spazmatycznym szlochem. Dwa cierpienia różnego charakteru, choćby nawet o diametralnie kontrastowych tonacjach, nie prowadzą pospołu do rozkoszy – przynajmniej nie od razu. A że nie tylko katatonia (biel, ach ta biel), lecz i krzyczące podrywania się (znakomite przejścia w chiaroscuro) były dowodem przemożnego cierpienia księżnej Lichtenberg, o tym mogą świadczyć ukryte w głębi okrzyków zawołania, takie jak „O mój najmilejszy, winna jam, że strasznież ci się stało” bądź „Gdybym wtedy była z tobą na tej drodze śmierci, najkochańszy”. Tak więc ów najmilejszy (bądź też najkochańszy jak kto woli), którego fizycznego wyobrażenia (jeśli istniało, choćby bardzo dwoiste) reżyser nie przedstawił, jakże słusznie pozostawiając pole do domysłu, zawierał w sobie figurę nie tylko nieszczęsnego Wanieczki, lecz i męża poległego w auto-katastrofie. Przemieniał się więc w uniwersalną figurę wyrzutu i tęsknoty, do których doprowadziło Fatalne Pożądanie – dowód, że węże lubią pełzać po gajach. Rzecz by można, że twórcy serialu- choćby przez to, że nie zaprzeczyli wyraźnie takiej interpretacji jak powyższa w swych próbach psychologizowania otarli się o pewne zakamarki  mniej albo bardziej ściśle rozumianej psychoanalizy. A to rzecz tyleż względnie pospolita, co dosyć ryzykowna, może nawet groźna i szalona. Jednakże telewidzowie, których były miliony w różnych krajach świata i którzy w większości posiadali niezbędne zasilanie tak w ich wzrokowym aparacie, jak i też w elektrycznej sieci niezbędnej odbioru telewizji,  nie będąc zmuszeni tym samym do podłączania głowy albo odbiornika do specjalnego generatora rządowego, rozwojem akcji, niemal z pewnością można to powiedzieć, byli urzeczeni. Nawet jeżeli, wszystkie z bardzo ważnych kwestii, które przytoczono nie zostały przez ich znakomitą większość potraktowane problemowo.

 

A traktując sprawę problemowo, można zauważyć, że jeżeli przedmiotem Wyrzutu, Tęsknoty, Pożądania staje się postać zlewająca w siebie kilka przynajmniej z pozoru całkowicie odrębnych (i to nie tylko fizycznie, ale również ekonomicznie i klasowo) osób- pierwowzorów, to kolejnym elementem tego procesu, może być względne choćby rozmycie rzeczonych pierwowzorów, do których mogą się dołączyć tysiące innych figur – prawdziwych, przeczuwanych, wyimaginowanych. Czy jednak więc to uczucie, przy odpowiednich zewnętrznych uwarunkowaniach, nie może doprowadzić do szczęścia. Czy nie w tym gąszczu rojącym się wokół dwóch nieszczęsnych pierwowzorów pojawić się ten trzeci – pierwowzór, który może w końcu przybrać ludzkie ciało, uzyskać tożsamość nie tylko człowieczą, lecz i elitarną; czy może zjawić się ten, który ostatecznie ukoi Wyrzut i Tęsknotę zaspokajając jednocześnie (jako Raj, a nie Wąż) bezmierne Pożądanie?

 

Elektryczny Michałek cały czas nawiedzał sypialnię Jego Cesarskiej Wysokości, do której miał w dzień i w nocy wolny dostęp, z racji wykonywanej profesji chłopca pokojowego. Cesarz, będąc przekonany, że Michałek niewielu rzeczy jest świadomy, specjalnie nie zabraniał mu wchodzić. A jednak Michałek był świadomy. Michałek przecież był posłańcem Miłości. A więc nawiedzał Cesarza i patrzył owym przecudnym hipnotycznym wzrokiem swych czarnych oczu wypełnionych kwarcem. Trudno w ogóle powiedzieć, na ile Michałek miał zdolność widzenia w ludzkim sensie. Tego autorzy scenariusza nie wyjaśnili w żaden sposób.

A jednak oddziaływał. Światło skupione na powierzchni jego sztucznych oczu (być może za sprawą plastikowych warg, które skupione w lirycznie-cierpiętniczym wyrazie, mogły mieć zdolność przechwytywania promieni zmierzających zewsząd ku sztucznym gałkom oczym robocika i formowania ich w odpowiednie obrazy) układało się we wzory przedstawiające coś na kształt zapłakanej twarzy księżnej Lichteberg nad którą się unosił niegodziwy uśmiech bezecnego ochmistrza. Ten obraz, początkowo cokolwiek mętny i z konieczności zminiaturyzowany, uzyskał we snach Jego Cesarskiej Wysokości postać znacznie bardziej skonkretyzowaną. I w owych snach księżna niczym Donna Anna z mozartowskiej opery (chociaż w tym przypadku nie chodziło o ojca) rozszlochana przyzywała mściciela jej udręki, któremu, mogła by powierzyć swoje wiano.

 

Skatulio, którego sny przekonały do działania (to dowodzi, że zasługiwał na miano prawdziwego władcy – zarazem skrupulatny człowiek czynu i romantyk) rozesłał swoje wici i wielce rychło zmiarkował, kto stał za zamordowaniem i skanibalizowaniem nieszczęsnego poety-ogrodnika-rewolucjonisty. Postanowił, że musi wkroczyć do akcji, by zyskać miłość księżnej.

Pod osłoną nocy Pasolini został uduszony przez posłańców jego wysokości. Wydarzyło się to w łaźni pałacu Lichtenberg. W tej samej łaźni, w której Pasolini organizował naradę zauszników, którym raczył posyłać, motywowane nie tylko politycznie, ale bardziej „ludzko” spojrzenia, przypominające te, które mógłby wysyłać ten czy inny Papież włoskiego renesansu pod adresem co młodszych i bardziej otrzaskanych purpuratów. W tej to właśnie sali miał ogłosić ostateczny plan ogłoszenia niezdolności Księżnej do pełnienia funkcji głowy państwa. Ochmistrz cierpiał, bowiem jedynym konsekwentnym zwieńczeniem tego planu mogło być tylko ogłoszenie swojej własnej postaci tymczasowym regentem.

 

Chociaż regent to nie jest przecież monarcha (zdarzali się regenci dużo potężniejsi, to trzeba też wziąć pod uwagę), to jednak Pasolini czuł, że utracić musi ochmistrzowską formę, która dawała mu nie tylko poczucie większego bezpieczeństwa od tego, którym się cieszyła monarchini, ale również silniejsze powiązanie ze splendorem i całą surowością tradycji, w  tym sensie nie będąc w ogóle monarchą, był dużo bardziej monarszy. A teraz musiał się zrzec...Musiał sam...Berło/tron to sprawy ciężkie i bolesne.

 

A jednak duch jego przyjął ową jedyną wieńczącą konsekwencję. Z drżeniem, ale przyjął. I rychło miała zostać urzeczywistniona, aż tu wkroczył siepacz – syn obcego mocarstwa uzbrojony w ręcznik kąpielowy, ręcznik bardzo duży, w dodatku bardzo biały, jeśli nie liczyć jednego z narożników, w którym kryło się błękitne tygrysiątko) i zakończył te wszystkie rozrachunki.

 

Ręcznik, który zarzucono na szyję ochmistrzowi bardzo długo jeszcze ruszał się i ruszał. .

 

- Tak to właśnie bywa w polityce powiedział dość głośno Tudoresu, nie będąc pewien czy  miała być to uwaga wyłącznie do niego skierowana, czy też żart skierowany do współ-obecnych w sali telewizyjnej dygnitarzy – wyszło być może coś najgorszego z możliwych- brzmiało to donośnie, a jednocześnie całkowicie poważnie.

 

I od razu zaczął zastanawiać się, czy wyżej wymieniona uwaga nie była najbardziej nieodpowiedzialną wypowiedzią, jaką piastując te, czy inne stanowiska, zdarzyło mu się popełnić. Czyż nie zostanie to w wielce niewłaściwy sposób odebrane? Czyż tym samym nie wypowiedział irracjonalnie czarnej przypowieści na temat swojej własnej postaci, przypowieści, która – jak to czasem na tym świecie bywa- może mieć charakter samospełniający? Jak Oni to odbiorą, jakiego (i którego) dna się w tym dopatrzą. Milczeli, to było podejrzane. Chciałby zobaczyć, jakie mają miny, ale uważniejsze wpatrywanie się w ich twarze, również mogło go zgubić. No i przecież był wobec całkiem nagi, obnażony do szpiku– chociaż ubrał się w mundur, zbyt ciasna rogatywka wciąż.zwisała mu z dłoni, znamionując w jego świadomości obnażenie znacznie bardziej niż względne. Międlił tą rogatywkę, skrobał ją i drapał, przekładał ją z jednej dłoni do drugiej. Tak – uświadomił sobie – mimo wieloletniego wyrachowania w politycznych sprawach – jest się przecież dzieckiem bezbronnym i bezradnym, ale co pomaga wiedza na temat własnej słabości, kiedy nie ma wiele czasu na działanie – zapytywał się sam pełen chmurnej prostracji. „Do kurwy nędzy, ale bzdurę palnąłem” – kolejny raz zrugał (bezgłośnie, całe szczęście) swoją własną osobę.

Myślał o natychmiastowym założeniu rzeczonej rogatywki, jako geście bezgranicznej lojalności wobec władzy centralnej, ale jednak – uświadomił sobie- byłby to najbardziej niewłaściwy moment. W arytmetyce politycznych kuluarów, -1 + 1, nie musi równać się zeru, temu zeru, którego tak zapragnął. Ów patriotyczny gest wieloletniego oddanego służbisty uczyniony bezpośrednio po wyrzeczeniu bardzo podejrzanej (jeżeli chodzi o poziomy aluzji, których można by się pod jej powierzchnią dopatrzyć) mógłby być zbyt wymowny, a wymowność ta, w tych konkretnych uwarunkowaniach, była by zanadto wieloznaczna, mogłaby dać podstawy do podejrzeń, że najzwyczajniej „kapitan” struga coś na boku.

 

Ale upadek Pasoliniego wprawił również pozostałych dygnitarzy w pewną konsternację, choć może to była bardziej konsternacja człowieka, a zwłaszcza jego współczującego podgatunku, jakim jest telewidz, niż konsternacja nie zawsze człowieczego (choć często to są tylko pozory) mundurowego polityka. Ich spojrzenia wyrażały jednoczesny podziw i niepokój. Trudno powiedzieć, o co im chodziło. W każdym razie Tudorescu zauważył rzeczoną konsternację namaszczonych przez stolicę oficerów i udało mu się wysnuć mocne przypuszczenie, że to zamieszanie ma bardzo mało ma wspólnego z jego własną osobą. A więc potraktował ją jako wybawienie, spróbował ukryć się w niej. I udało mu się natrafić na moment, który uznał za wielce odpowiedni, by założyć w końcu – ukradkiem, a jednak wielce jawnie – swoją rogatywkę (niewygodne świństwo, ale dumne). To dobrze przeprowadzone założenie owej rogatywki, poprawiło mu humor, choćby względnie. Czuł się bardziej pewnie. „Co się tak pękałem. Na słówka – to wiadomo, trzeba zawsze uważać, ale to już przecież nie huncowskie czasy, żeby tak się dygać o byle dowcipasek” – w ten sposób (bezgłośnie, chyba że za głos uznamy, nieznaczne i – co było dowodem wielkiej roztropności – nie posunięte aż do uśmiechu rozluźnienie warg) zrugał sam siebie ze wcześniejsze własnej osoby rugowanie.

 

Ze wszystkich zgromadzonych na sali Janos Kocik, przynajmniej jako mniej albo bardziej szeroko rozumiany telewidz,  był najbardziej spokojny – zajadał udko kurczaka i gapił się jednostajnie  w ekran.



[1] Czy jeżeli jakaś powtarzająca się czynność nie została wykonana lepiej niż poprzednio (ani też nie została wykonana tak samo) musimy przyjąć tragiczną alternatywę i przyjąć, że została wykonana gorzej? Dychotomie rzadko mają miejsce w przyrodzie, a zwłaszcza układ + albo – (z ewentualnym uwzględnieniem zera) rzadko wyczerpuje możliwy opis sytuacji. Z pewnością zatem coś innego zamiast „gorzej” dałoby się napisać, w tym jednak przypadku inwencję językową ograniczają fakty dotyczące drugiego podejścia  J. Kocika do wykonania przysiadu, w przypadku której użycie innego słowa, bardziej albo mniej zawoalowanego, mogłoby być nadużyciem.