UWAGA! Lektura tylko dla osób dorosłych!!
przejdź do: 1, 2, 3, 4
Za każdym razem, kiedy otwierają się drzwi, wołam: „Jeszcze!” Lecz moja wyobraźnia jest czysto cielesna. Nie potrafię sobie wyobrazić niczego, co leży poza kręgiem światła rzucanym przez moje ciało. Moje ciało posuwa się przede mną jak latarnia wzdłuż ciemnej alei, wyciągając rzeczy jedną po drugiej z mroku w krąg światła. Oślepiam was, każę wam wierzyć, że ta chwila to wszystko.
1.
Podskoczyłam na łóżku i opadając na trzeszczące historią rzymskiego seksu sprężyny zaśmiałam się śmiechem chłopca, śmiechem urwisa, którego wciąż spotykam w sobie najchętniej. Zasługuję na więcej! – powiedziałam stanowczym głosem kobiety bardzo jeszcze niedojrzałej.
(Teraz powiedziałabym raczej – Choć nie wiem nic o swoich zasługach, choć nic mi nie wiadomo o moich dokonaniach, wciąż nagradzana jestem hojnie.)
Tej nocy, którą po latach nazwać możemy, Kochanie, pierwszą nocą bachiczną, dostałam więcej. Oparta o parapet, połową nagiego ciała zwieszałam się ponad ulicą. Ponad pełnym dziwek placem, byłam jedną z nich, byłam wilczycą o ciężkich sutkach, na spotkanie której wybiegały wszystkie bezpańskie psy. Zapach mojego ciała. Gęsta woń suki przenikała przez mury z kamienia i wabiła do więziennych krat półnagich, zdziczałych mężczyzn. Ich gwizdy i wrzaski ścigały nas, gdy wspinaliśmy się po wąskich schodach nad Tybrem.
(Widziałam raz, jak wyłowiono z rzeki zwłoki prostytutki, której twarz w połowie była złotą twarzą Matki Boskiej, a w połowie purpurową twarzą Marii Magdaleny. Jej popękane, brudne pięty były piętami pasterza.)
Bachanalia rozpoczęły się za moimi plecami. Trzymałeś mnie za biodra i napierałeś od tyłu całym swoim ciężarem. Ostra krawędź parapetu wbijała się w mój brzuch i dzieliła ciało na niespójne, chwiejne połowy. Byłam jak klepsydra: powolny, płytki oddech nieprzerwanie napędzał krew i wtłaczał ją w moje chłodne pośladki. Czy czułeś wtedy, jak stopniowo stają coraz gorętsze? Czy widziałeś w ciemności, jak wypełniają się czerwienią? Głowę wciąż jeszcze rozpalało mi słońce Kapitolu, udar mieszał się w ciele z pożądaniem. Zanurzyłam się w intensywny zapach gnijących brzoskwiń, oddychałam oparami słodkiego wina, namalowałam siebie jako Bachusa i przyjęłam jego los: to nieokiełznane, orgiastyczne rozdrobnienie. Wznoszę kruchy kielich i piję zdrowie mojej publiczności! Charakter człowieka jest jego losem – szeptałam bardziej w noc za oknem pensjonatu „Lola”, niż w Twoją twarz skrytą gdzieś w cieniu pokoju.
Ciemność za mną tężała i krystalizowała się, aż poczułam jak kutas ociera się o moje pośladki. To wtedy po raz pierwszy zapragnęłam, abyś przebił mój odbyt. I było to pragnienie na wskroś homoseksualne! Mówiło o wspólnej nam wszystkim analnej pasji, o niejasnej wtedy dla mnie potrzebie reprodukowania organów, odkształcania otworów i płaszczyzn, rozciągania błon i membran aż po granicę bólu. Wejdź w moją dupę – powiedziałam.
(Fuck my ass! – zażądałam wiele lat później trzymając w dłoniach najdłuższego z pornograficznych kutasów, jakich zdarzyło mi się smakować. Jeśli masz ochotę się do nas przyłączyć, mogę zaproponować Ci mój odbyt, Chłopcze – poleciłam nieśmiałemu młodzieńcowi, który masturbował się obserwując, jak na drewnianej, rozgrzanej ławeczce w saunie dosiadam bioder jednego z moich trenerów.)
Opadłam na łóżko, które jęknęło, przyjmując mnie w siebie równie głęboko, jak ja chciałam przyjąć Ciebie. Klęczałeś nad moimi pośladkami rozsuwając je i pieszcząc z tą twardą, śmiałą czułością, którą tak w Tobie uwielbiam. Uniosłam lekko biodra, a Ty powoli zacząłeś wsuwać się w mój odbyt. Początkowo nie czułam prawie nic, jedynie napięcie i nieskończoną, wydawało mi się, rozciągliwość mojego wnętrza. Po chwili jednak poruszałeś się już na jej granicy, by jednym brutalnym wtargnięciem przekroczyć ją. Lola nigdy nie słyszała wrzasku równego temu. Z szafy, w której lustrze podwajał się nasz gwałt, wypadł na podłogę klucz. Poczułam Twoje ostre pchnięcia w samym rdzeniu kręgowym, paraliżowałeś mnie, unieruchamiałeś uczepioną Twych lędźwi. Mój krzyk przerodził się w śmiech. Uniosłam się na przedramionach, napięłam plecy i walczyłam, odpierając Twoje ataki. Byłam Twoim Adonisem, Dziku, Twoją wegetacja, Twoim wiecznym odrodzeniem, a Ty raniłeś mnie z furią zazdrosnych bogów. Widziałam Twoje odbicie w kryształowym lustrze. Słyszałam wciąż jeszcze wibrujący brzęk klucza. Kamienna podłoga. Drżałam z zimna, które wypełniło mnie wraz z Twoją spermą. Nasza miłość była wtedy krystaliczna. Przyswojeni przez otwartość, oszlifowani do niewidzialności, byliśmy niekończącym się nigdy zwycięstwem.
2.
Kto nie marzył, włócząc się po bulwarach miast, o świcie, który zamiast narodzić się ze słowa, wziąłby początek z pragnień?
Pieprzyliśmy się jak dzieciaki. Pamiętam tę zamroczoną radość szybkiego bzykania. Pamiętam, jak kolejne prezerwatywy spadały na podłogę tuż obok mojej twarzy. I pamiętam, że nie było już nic do picia. Że usychałam, a żarliwe jęki wypalały w moim gardle pustynię, pofalowaną pustynię.
Iluzja świtu
i pocałunki
przekwitają.
(Zostaje tylko
pustynia.)
Zasnęliśmy, straciliśmy przytomność o świcie, przez który przedzierałam się do Ciebie, udając, że wciąż jeszcze trwa ta noc. W twarzach ludzi, których mijałam chwiejnym krokiem, widziałam już następny dzień. Wieżowce błyszczały w oddali metalicznie i krwawo, jak noże wbite w samo serce trupa, jakim zawsze jawi mi się to miasto.
Nie.
Nie wbijaj mi go.
Nie.
Sztylet
jak promień słońca
rozpala straszliwe
czeluści.
Biegłam do Ciebie po spękanym chodniku Ząbkowskiej, przez zatęchłe bramy Brzeskiej, pode mną pulsowały rzeczne osady, bagienne wyziewy; chciałam się czołgać, by poczuć pod brzuchem ten przegniły ruch ziemi. Słyszałam, że na Pradze ludzie strzelają, ludzie z bram wyskakują z nożami i nikt nie wie, do której strony ulicy przynależą. Uciekałam i goniłam jednocześnie. Wpadłam do Twojego mieszkania, Przyjacielu, a Ty zerwałeś ze mnie ubranie. Śmiejąc się, wciąż się śmiejąc. Dyszałam płytko, gdy zacisnąłeś mi na ustach skórzany knebel. Poczułam na języku smak zwierzęcia. Z drewnianej belki pod sufitem zwieszał się łańcuch. Czy widziałeś, jaką pożądliwą radością napięło się moje ciało, gdy krępowałeś mi ręce? Byłam mięsem! Zaczepiona na haku oddawałam Ci wszystkie mięśnie i ścięgna, drżące pod wilgotną od potu skórą. Krążyłeś wokół mnie nagi, trzymając w dłoni grubego kutasa opiętego czarną prezerwatywą i wybierałeś na mym ciele miejsca przyszłych nacięć i pchnięć. Rzeźbiłeś mnie tego poranka w brudnym świetle wschodzącego słońca. Wycinałeś na mojej skórze delikatne, krwawe wzory, zagłębiałeś się we mnie ostrym rylcem poszukując żył i tętnic. Piłeś mnie. Nie czułam bólu, a jedynie narastające pieczenie, jakby wszystkie płyny w moim ciele zaczęły jednocześnie wrzeć i parować tuż pod powierzchnią skóry. Wbijałeś we mnie fiuta szybko i płytko, lekko rozsuwając moje nogi. Spuszczałeś się w ciszy, mimochodem. Nie chciałeś głębi, chciałeś kontrastu i skrzenia powierzchni. Moja skóra pęczniała orgazmami, a Ty metodycznie zeskrobywałeś ze mnie kolejne warstwy rozkoszy. Gdy uwolniłeś moje ręce z łańcucha, opadłam bezwładnie na podłogę, klęczałeś obok i długo jeszcze lizałeś rany i otarcia na mojej skórze, ssałeś moje wyschnięte, spalone wargi, poiłeś mnie moim własnym potem.
Mamy w sobie ogromne obszary, przez które nigdy nie zdołamy przebrnąć, użyteczne jednak w ostrości naszych klimatów, przychylne zarówno naszemu przebudzeniu, jak naszym zatraceniom.
Kilka godzin później lekko trąciłam Twoje ramię, by uciszyć ciężki, suchy oddech, który nie pozwalał mi spać. Ten delikatny gest, niczym obarczone konsekwencjami ostatecznymi drgnienie skrzydeł motyla, zapoczątkował półsenną erupcję. Jej kontynuacją był zwalisty ruch Twojego ciała, gorącego wtedy jak wnętrze ziemi; opadłeś na mnie przygniatając mój brzuch, moje piersi do podłogi, wbijając mi twarz w zakurzone deski. Wciąż spałeś, gdy nieprzytomnie, nie sobą, jakby snem samym i tym winem, które nas wypełniało, wbiłeś się we mnie od tyłu. Nie wiem, skąd było wtedy w Tobie tak wiele impetu, jakiejś samczej furii, prokreacyjnego fatalizmu, który kazał Ci po kilku głębokich, desperackich pchnięciach spuścić we mnie ostatnie krople spermy, płynące wprost z Twoich obolałych, pustych już niemal jąder. Zasnąłeś na moich plecach. A potem, gdy ubierałam się zataczając i błagając o jeden łyk wody, powiedziałeś, że wyglądam jak Audrey Hepburn. Zapewne nie wiedziałeś, że dla mnie to obelga. Już nigdy później się nie spotkaliśmy.
3.
To, co pochłania Cię poprzez rozkosz, nie jest sprzedajną wdzięcznością wspomnienia. Obecność, którą wybrałaś, nie zwraca pożegnań.
„Czysta jak kryształ chcę być dla Ciebie. Wola moja, w chwili tej nieposkromiona, dyszy pragnieniem dotykania Twej szyi, Wytęskniona. Spopielałe me dłonie od ogni prawie diabelskiej chuci, jeszcze drgają, targane przepływem krwi... dla Ciebie, Wytęskniona. Z opuszków palców zerwałabym skórę, aby dotykać krwią Twych kolan i ud. Zostawiać, wbrew światu, czerwone ślady obecności. Wniknę, jak tylko się da, w głębiny Twego ciała przez każdą szczelinę. Każdym drgnieniem!” – pisałaś w jednym z listów, do których wciąż jeszcze wracam, by przypomnieć sobie kilka Twoich nocy.
Nocy wykradzionych i oszukanych, nocy, gdy na przemian oskarżałaś mnie o swoją rozkosz i o swoje cierpienie, o swoją miłość i zdradę. Nie chciałaś dotykać mnie w łóżku, Twoje pożądanie osaczało mnie i dręczyło na zimnej, klinicznie białej podłodze mojego mieszkania. Najmocniej pragnęłaś moich ud opiętych tygrysią spódnicą, którą specjalnie dla Ciebie zakładałam. Miażdżyłam Twoje ciało tak kruche, jak ażurowy koralowiec i jak on eksponujące wapienne, skorodowane kości. Kochałam Twój szkielet. Przyciskałam Cię nagą do podłogi i przesuwałam palcami po każdym ostrym wzniesieniu Twojego kręgosłupa. Drobne piersi nikły w moich dłoniach, gdy siadałam na Twoim gipsowym brzuchu i pochylałam się nasłuchując tych krótkich, jękliwych westchnień, dziecinnych niemal i niewinnych.
Ale Ty chciałaś czuć się winna. Każdy poranek przynosił kolejny list od Ciebie, każdy wieczór kolejny seks, który dla Ciebie był walką, konaniem, upadkiem. Poddawałaś mi się desperacko i wściekle, jednocześnie żądając dowodów należnej Ci miłości. A ja dla Ciebie gotowa byłam uczynić moją skórę przezroczystą, byś tylko mogła dotykać mnie i widzieć tak przenikliwie, tak ostentacyjnie, jak tego pragnęłaś. Czułam każde Twoje drgnienie. Czułam uderzenia bioder, tarcie Twojego łona, które zdawało się krzyczeć i łkać jak Ty, Moja Piękna. Nikt nie poznał lepiej mojego karku, nikt nie pieścił go czulej. Nikt bardziej niż Ty nie triumfował, gdy moje ciało wykrzywiał kolejny orgazm. Byłaś wtedy bardziej samcza, bardziej brutalna niż którykolwiek z moich kochanków, którakolwiek z kochanek.
(Któregoś wieczoru siedziałyśmy w barze, w którym nikt nie powinien był widzieć nas razem, co w tak porywający sposób napędzało Twój nienasycony masochizm, i rozmawiałyśmy z pełną naiwnego entuzjazmu nastoletnią lesbijką. Miałaś w twarzy czyste zepsucie, wulgarną, dekadencką słodycz, gdy na jej pytanie, czy jesteśmy z branży, odpowiedziałaś: „Ja tak, ona nie” i szybkim, jawnym gestem odsunęłaś z moich ud spódnicę i odsłoniłaś nagą pizdę.)
Twoja rozkosz była tragiczna. Uparcie, z histeryczną chwilami determinacją dążyłaś do pełnego bólu, epatującego krzywdą końca. Wikłałaś siebie i mnie w jakąś fatalistyczną sieć zależności, pragnień i wzgard, której jedynym celem była ostateczna klęska, całkowite odsłonięcie, wystawienie się na ciosy. Chciałaś cierpieć, błagać i przepraszać. Byłaś wtedy nieposkromiona. Jednak nawet Ty nie przewidziałaś okrucieństwa finału.
Płakałam naprawdę tylko jeden raz. Znikające słońce przecięło Twoją szyję. Twoja głowa potoczyła się w mogiłę nieba i nie wierzyłam już w jutro.
Byłaś moją miłością i moim patosem. Wciąż pamiętam Twoje lekko pomarańczowe sutki. Żyły, które nadawały Twoim kościom miękkości, a skórę zmieniały w pulsującą wewnętrznymi przepływami taflę wody. Jadłyśmy razem granaty, wbijałaś zęby w gorzki, pełen pestek miąższ, aż Twoje usta pokryły się przezroczystą purpurą. Nie wiem, jak smakowałaś. Twoje ciało było zawsze zimne.
Jesteś fragmentem.
4.
Bezludna wyspa na Morzu Karaibskim, aksamitna plaża, palma, która, obciążona słońcem, przegina się ponad różowym piaskiem, woda w kolorze lazurytu, w kolorze malachitu, pod parasolem leżak, a na nim ty, otoczona przez ciemnych, umięśnionych służących. Wmasowują w twoje ciało olejek kokosowy, podają krwawe drinki, tęczowe sorbety, karmią ananasem, którego słodki sok zlizują wprost z twojej nagiej skóry. To jest twoja sceneria, tak cię zawsze widzę – powiedziałeś kilkanaście lat temu, a ostatnio powtórzyłeś.
klisza nasycenia
Pomarańczowe klify utwardzone przez oceaniczne przypływy i zachodni wiatr, poszarpane, umęczone palmy, hamak, a nim ja, otoczona przez czarne, padlinożerne ptaki. Zwłoki ogromnego żółwia morskiego rozkładają się na plaży. Pieką mnie wargi. Zawiązuję na karku chustę, ciaśniej zakrywam ciało, nie chcę, byście widzieli moją skórę o zachodzie słońca. Na piersiach czuję ślady brudnych paznokci, które wczoraj mnie pochwyciły, na brzuchu – płytkie nacięcia noża. Patrzę na Was z oddali i zastanawiam się, czym dla Was była ta noc.
klisza wspomnienia
Przed północą wróciliśmy na Broadway. Ulica, która klika godzin wcześniej unieruchomiona popołudniowym żarem wydawała mi się jedynie prostą liną rozciągającą w nieskończoność spopielałą, rdzawą martwotę tego miasteczka, teraz stała się punktem endemicznego niemal wrzenia. Skąd pojawili się wszyscy ci ludzie? Skąd napływały wciąż nowe ciała, skoro prowadzące w to miejsce uliczki pozostały puste i ciche? Mężczyźni mnożyli się, kobiety pączkowały: żywa, plemienna tkanka, ekspansywna i samowolna. Broadway był tej nocy centrum świata. Był jego osią i momentem ciążenia. Tej nocy żyć, to ulegać.
Nie pamiętam oszołomienia, ani zanurzenia. Tylko kostki lodu w ustach i smak wódki, którą wiatr z ogromną siłą niósł przez mój krwiobieg, wtłaczał wprost do mózgu. Nie istniało wtedy zewnętrze, nie istniały fragmenty i zespolenia: upojenie nie przyszło tym razem z trzewi, ale z samej gęstwiny neuronów, z moich myśli beztrosko podporządkowanych, ogłuszonych. Ruch wokół mnie, choć tak frenetyczny i zagęszczony, wstrząsany chaotycznymi z pozoru mikro-skurczami, wydał mi się nagle głęboko celowy. Ciała kreśliły jakiś z góry oznaczony wzór, mitogram nieznanej mi seksualności, otaczała mnie pierwotna konfiguracja gestów, spojrzeń, uśmiechów i otarć. I stałam się tej nocy częścią rytuału.
Mimo wszystko trudno mi wyobrazić istotę ludzką,
która byłaby bardziej wrakiem
niż prądem rzeki.
Rozdzieliliśmy się. Każde z nas, wyposażone w jedną tylko maskę i jedną prezerwatywę, mogło wejść i wrócić raz jeden. Nie zobaczyłam Was już więcej tej nocy.
Mimo wszystko trudno mi wyobrazić istotę ludzką,
Tańczyłam forro w ramionach, które pochwyciły mnie jako pierwsze, gdy tylko przekroczyłam nieuchwytny próg jednego z klubów. Nie rozglądałam się, nie oceniałam, nie wybierałam; decyzje zapadały i porywały mnie, śmiejącą się, otwartą.
Forro to taniec ziemi, bioder i karku. Taniec rozchwiania i uderzeń. Jego wielkie, owłosione dłonie trzymały mocno moje biodra i wprawiały je w coraz szybsze, ale jednak płynne, leniwe niemal rozkołysanie. Jego udo, wciśnięte między moje nogi, nadawało rytm całemu ciału, jednocześnie torowało drogę dla kutasa, którego napór poczułam po chwili przez szorty.
Tańczyłam forro niesiona ruchami kutasa.
Był niski, krępy, miał ciemną, twardą skórę poławiacza krewetek. Albo mechanika samochodowego. Nie pamiętam jego twarzy tylko grube wargi i język, którymi wciąż zagarniał moje usta. Niknęłam w nim. W jego ogromnych ramionach, zwierzęcych barkach. Położyłam dłoń na jego karku i gdyby nie wilgoć, gdyby nie ledwo wyczuwalne drżenie naskórka, pomyślałabym, że dotknęłam totemu. Byłam jego branką, jego łupem.
wyobrazić istotę ludzką, która byłaby bardziej wrakiem
Chciałam iść z nim na plażę i pieprzyć się na klifie, pieprzyć się na wietrze, który tej nocy był tak wściekły, że gdy spojrzałam na księżyc, zobaczyłam tylko zamazane, wielobarwne odbicie. Skręciłam w pierwszą uliczkę odchodzącą od Broadwayu. Nagle zapadliśmy w ciszę.
Oparłam się o gorący mur. Przygniótł mnie mocniej, otoczył swoim ciałem i znów wbił usta, zęby w moje wargi, w moją szyję. Chciałam móc wtedy słodko, omdlewająco zakwilić, ale rósł już we mnie jęk nienależnego mi triumfu. Czułam, jak moje nogi, falujące jeszcze forro, usztywniają się, jak gęstnieje we mnie krew, jak cierpnie mi skóra i jeżą się włosy na plecach. Odwróciłam się i otarłam dupą o jego biodra, jednocześnie podając mu prezerwatywę. Zaśmiał się i wyjął ze spodni fiuta równie jak on mięsistego, gruboskórnego, przepełnionego ciemną krwią. Zsunęłam szorty, pochyliłam się i wypięłam w jego stronę nagie pośladki. Dłońmi dotknęłam ziemi, ziemi falującej jeszcze forro, i rozsunęłam szerzej nogi. Otworzyłam się przed nim zwierzęco. Chwycił mnie za biodra, unieruchomił i wszedł we mnie jednym głębokim pchnięciem. Pierdolił mnie uderzając z dziką siłą, jednocześnie przytrzymując moje ciało mocnym skurczem mięśni. Poczułam, jak krew spływa mi do mózgu, jak napiera na gałki oczne, blokuje zatoki, rozsadza kości szczęki, uciska żuchwę. Jego palce wbijały się w moje pośladki, napinały skórę na plecach. Gruby kutas otwierał mnie rytmicznie. Czułam, że nie jesteśmy sami w tej uliczce, czułam na sobie spojrzenia innych, którzy chcieliby utorować sobie drogę do mojej cipy. Kutas rósł we mnie i tężał. Przycisnęłam twarz do kolan, by zdusić narastający krzyk, rzężenie. Tuż nad nami ktoś z łoskotem zamknął okno. Słyszałam jego warczenie, jego konający jęk. Byłam wtedy cała pizdą. Byłam pizdą wspartą na czterech kończynach.
która byłaby bardziej wrakiem
Wróciłam na Broadway. Zataczałam się i opadałam w ramiona kolejnych mężczyzn. Całowałam się z najsłodszymi ustami i wgryzałam w nasączone wódką limonki. Zazdrościłam Wam wszystkich rozłożystych, roześmianych, napastliwych kobiet, których mogliście tej nocy dotykać. Nigdzie Was nie spotkałam. Czy wtedy właśnie, wabieni zapachem seksu, poszukiwaliście pod dżinsowymi mini-spódniczkami nagich, czarnych cip? Czy wbijaliście jedno z tych otwartych ciał w ostry, pomarańczowy piasek? Czy wrzeszczeliście pod wiatr spuszczając się w usta matek południa, zalewając swoją europejską spermą ich hojnie uformowane twarze, ich śliskie, nawoskowane włosy?
bardziej wrakiem
Myślałam, że noc się skończyła. Weszłam i wracałam ten jeden raz. Skręciłam w wąską uliczkę, przesmyk między domami, by dojść do naszego hotelu. Myślałam, że noc się skończyła.
Za plecami usłyszałam ciche, pospieszne kroki. Ktoś złapał mnie za ramię i pchnął w ciemną szczelinę miedzy dwiema ścianami. Poczułam w sobie pęd i huk, jakby wszystkie komórki mojego ciała szykowały się do decydującego starcia. Moje ciało zamknęło się w sobie, próbowało desperacko i niewcześnie wyznaczyć twardą granicę, rozpoznać wnętrze i zewnętrze. Znieruchomiałam i patrzyłam przez mrok w jego twarz.
bardziej wrakiem niż prądem rzeki
Musiał być jednym z tych, których spojrzenia chłonęły mój seks, ścigały moje kroki w tłumie, odnajdywały w moim ciele miejsca słabe i otwarte.
Drży jego cienka powłoka. Lecz skuta łańcuchami bestia ciężko stąpa na brzegu.
Przywarł do mnie. Mówił coś, powtarzał napastliwie i radośnie. Jedną ręką chwycił mnie za krocze, drugą zerwał bluzkę i odsłonił piersi. Myślałam, że noc się skończyła. Poczułam, jak mój kark napina się przed skokiem. Rzuciłam się do przodu, by w tym jednym starciu wyrwać się z jego ciała. Powstrzymał mnie. W jego prawej dłoni zobaczyłam nóż, który przytknął do mojego brzucha, jednocześnie wbijając paznokcie w moje piersi. Wciąż mówił, wciąż powtarzał kilka agresywnych i kojących słów. Puścił moje piersi i zsunął szorty do połowy ud. Rozpiął rozporek i wyjął kutasa. Próbował wcisnąć kolano między moje nogi. Widziałam tylko nóż. Czułam jak powoli, mimowolnie otwiera moją skórę. Czułam, jak kolejne warstwy naskórka ustępują, jak moje tkanki rozdzielają się bez bólu Znów szarpał moje piersi. Pod jego paznokciami zbierały się komórki mojej skóry. Moja krew.
Krzyczę tylko z rozkoszy.
Stałam bez ruchu. Napierał na mnie przebijając powierzchnię. Kutas zbliżał się do mojej pizdy, a moje myśli w otępieniu chwytały nóż, który był, i prezerwatywę, której nie było. Widziałam tylko fragmenty. Widziałam jego czarne włosy. Szczupłe ramiona. Brudne dłonie. Patrzyłam na brunatnego kutasa, który drążył szczelinę między moimi udami. Zadrżał. Napiął się, przeciągając paznokciami po ranach na mojej skórze. Na czarnych szortach zobaczyłam gęste plamy spermy. Nóż lekko ustąpił. Poczułam chłód. Jego pot zmieszał się z krwią na moich piersiach. Powoli moje mięśnie zaczęły się odkształcać. Szczęka, do tej pory zaciśnięta, uwolniła język. I wtedy uderzył mnie w twarz. Jego dłoń spadła na mój policzek, na skroń z ogłuszającą siłą. Znów usłyszałam w sobie dudnienie, huk wiatru. Skuliłam się, po raz pierwszy czując strach. Odszedł.
klisza zapomnienia
Potrzebne są krzyki, trzaski, pęknięcia, biel przemykająca po okryciach z perkalu, wtargnięcie w poczucie czasu i przestrzeni, a także poczucie niezwykłego bezruchu mijanych przedmiotów i odgłosy bardzo odległe, a po chwili bardzo bliskie, ranione ciało i tryskająca krew, nagle wykręcony przegub – a po tym wszystkim ukazuje się coś bardzo ważnego, a jednak odległego, co można zachować tylko w samotności.
WZRUSZYĆ CIAŁAMI - rozmowa z Lady Laurą