"Najważniejsza jest miłość"

1. Niejednego z nas zapewne uderzyła kiedyś taka oto antropologiczna obser­wa­cja: jakże często kilka ogólnikowych słów, jakaś luźna, pustawa i nie­do­kła­dna, czasem lekkomyślna formuła, złożona, bywa, z określeń przystających do siebie tylko dzięki swej nie­jed­no­zna­­cz­ności, jakieś niezłożone zdanie lub wręcz jego równoważnik, od­dzia­­łują na ludzi z siłą zupełnie piorunującą, porywają ich lub co najmniej nie­uchronnie wzruszają, powodując, że „łzy stają w oczach”, a zarazem po­zo­sta­ją na trwałe wyryte w ich pamięci, przeistaczając się w histo(e)ryczne slogany, których nieomal nie da się kwestionować, bo tak są uwznioślone i serdeczne. Tak to mniej więcej wygląda w przy­pad­ku hasła „najważniejsza jest miłość”.

2. „Najważniejsza jest miłość”... Jeśli coś jest tak niepodważalne, jak to hasło, to musi pachnieć teologią – i w istocie, niezbyt świeży ów zapaszek unosi się wokół tych słów, albowiem ich głęboka chrześcijańska proweniencja – niekoniecznie przecież widoczna gołym okiem – zdaje się nieodparta. Przed chrześcijaństwem znano oczywiście coś takiego, jak miłość, i widziano w niej siłę demoniczną, jednak – pomijając może pewne dość ekscentryczne teorie Platona – raczej nie uważano jej za klucz do istoty rzeczy, za wyróżnioną w swej prawdzie lub w komunikacji z prawdą. Była ona namiętnością, lecz jedną z namiętności (obok pychy, ambicji, mściwości, nienawiści), czyli, zarazem, tym, co bogowie i ludzie mieli wspólnego – lecz nie uważano jej za jedyną formę więzi ludzi z bogiem. Hasło „Bóg jest miłością” byłoby dla człowieka starożytnego dziwaczne i niezrozumiałe. Ale także w drugą stronę, np. Arystoteles powiada: „Byłoby nonsensem, gdyby ktoś twierdził, że miłuje Zeusa.” (Et. wlk., 1208b).

Tak samo, gdyby ktoś twierdził, że miłość jest z zasady najważniejsza. Owszem, może taka bywać, lecz wtedy zwykle okazuje się zgubna i przeklęta, nikczemna lub szalona.

Ubóstwienie miłości następuje więc wraz z triumfem myślenia chrześcijańskiego. To pierwsza przyczyna, dla której słowa, że „najważniejsza jest miłość”, brzmią tak solidnie i głęboko. W istocie, zawsze w nich jak echo zawiera się to, że „Bóg jest miłością”. Mówimy jedno, ale przez nas mówi to drugie. (To dlatego może ktoś, kto na serio wygłasza ten komunał, mimowolnie staje na pozycji równie dogmatycznej i zgoła absurdalnej, jak tzw. „obrońcy” życia, zdaniem których „życie jest święte” – nieważne, jakie, czyje, dla kogo, w jakich okolicznościach – zawsze jest święte i niekwestionowalne.)

3. W związku z tym teologicznym zapleczem pozostaje to, że miłość, a przynajmniej jej pojęcie zawarte w haśle „najważniejsza jest miłość”, rozpada się na dwie oddzielne rzeczywistości: idealną (wymarzoną) i realną (doświadczaną). Jak chyba żadna z innych namiętności, jakie człowiek może żywić dla drugiego człowieka, miłość, ubóstwiona, nabrała też znaczenia czegoś wprost boskiego, nieziemskiego, heroicznego, ponadnaturalnego, mitycznego. Do tego należy jeszcze dodać tych dwóch jej nieodłącznych towarzyszy – szał i śmierć (często mord) – by wydobyć całą ekstatyczną substancję miłości.

Z drugiej zaś strony – ideał miłości niesie wyobrażenie harmonii, błogości, spokoju i wytchnienia. Miłość jako to, co dobre i piękne; statyczne i bezpieczne. Schron, dom, trwałość, nierozerwalność i niezmienność – miłość jako „duchowy fundament”.

Tak oto marzenie miłości zawiera się między tymi dwoma biegunami: uniesienia i uwiązania; transcendentnej dynamiki i transcendentnej statyczności, boskiego szału i boskiego trwania. A im większe to napięcie, tym większe zarazem oddalenie od tego, co doświadczane.

„Miłość”, zwłaszcza zaś wiara w to, że jest ona najważniejsza, może okazać się przeto maską religijności. Z pewnością, taka „miłość” świetnie pełni rolę owego „czegoś”, w co zawsze „trzeba wierzyć” (patrz hasło: „Trzeba w coś wierzyć”). Niewątpliwie też masowa kultura miłości (z jej nieodzownymi funkcjami kiczu, bajki, naiwności, uproszczonego schematu, dziecinady i karykaturalności) stanowi coś w rodzaju najnowocześniejszego opium dla ludu: dzięki zaabsorbowaniu tematyką miłosną i erotyczną masy pacyfikują się i demobilizują, co w demokratycznej fazie ich stawania (w przeciwieństwie do faz totalitarnych) uważa się za pożądane: tak więc masowy miłosny stupor amplifikuje się i podsyca w piosence, kinie, prasie, reklamie oraz w handlu detalicznym, który to co rok celebruje swój własny orgazm nad­dostatku w dniu 14 lutego (zawsze w ów dzień rzuca się w oczy jaskrawa redundancja wszystkich „miłosnych gadżetów”, ich „śmieciowy” z gruntu charakter). Zwraca np. uwagę fakt, że ostatnio najżywszy bunt przeciw rewolucyjnym dokonaniom wenezuelskiego wodza H. Chaveza wzbudził wśród ludu, zwłaszcza zaś wśród tamtejszego drobnomieszczaństwa – całkiem skądinąd słuszny – projekt zamknięcia prywatnego kanału tv znanego z kiczowatych oper mydlanych. Ludzie, okazuje się, prędzej pozwolą na dyktaturę niż na likwidację masowych dyfuzorów sentymentalnego bzdetu.

Jesteśmy w kulturze masowej nieustannie epatowani miłością/erotyką – we wszystkich jej możliwych wersjach i odcieniach, postaciach i odruchach.

4. Pochodne wobec konotacji teologicznych jest przekonanie, że miłość to najważniejsze („najwyższe”) z uczuć. Otóż nawet jeśli można racjonalnie argumentować na rzecz słuszności tej tezy (bowiem, powiadają, miłość „najbardziej otwiera”, „najbardziej angażuje”, „najpełniej wyraża osobowość” a może jest nawet „najbardziej autentyczna” itd.), to jednak jest to ten rodzaj prawdy, której szkodzi nadmierne do niej przywiązanie – to dlatego zresztą może ci, którzy najgłębiej wierzą w nadzwyczajną doniosłość miłości w ich życiu, doznają bodaj najwięcej z tego powodu rozczarowań? Z drugiej zaś strony mogłoby to być prawdą o każdym uczuciu, które tylko zdolni bylibyśmy uczynić z naszej perspektywy najważniejszymi w naszym życiu. Dlaczegóż nie najważniejsza miałaby być przyjaźń? Albo nawet nienawiść? W każdej namiętności, w każdym uczuciu może tkwić zagadkowy potencjał, który odkryje przed nami coś o nas samych, który podda nas nieoczekiwanym czy gwałtownym przekształceniom, stanowiąc ekstremalne przeżycie – w tym sensie ktoś, kto nigdy nie nienawidził głęboko, tak samo „nie jest w pełni człowiekiem”, jak ktoś, kto nigdy nie kochał (itd.) Doświadczenie zaś poucza zarówno o tym, jak wysoko unieść nas może miłosna namiętność, jak i o tym, że potrafi sprowadzić na najniższe z nizin... (A więc o tyle jest prawdą, że miłość jest najwyższym z uczuć, o ile prawdą jest i to, że bywa najniższym...) Bezwarunkowość ideału, jaki wyraża hasło „najważniejsza jest miłość”, sprawia, że często tracimy orientację co do pułapu, na jakim nasza miłość się rozwija, co do kierunków: góra miesza się z dołem, piękne ze wstrętnym; szlachetne przestaje się odróżniać od podłego. Tym właśnie miłość często się przecież okazuje, gdy nikt nie dba o jej kształcenie, a tylko ulega jej biernie, w imię jej „najwyższej wartości”. (Prawdą jest też, rzecz jasna, i to, że poniżenie miłosne, sponiewieranie, upokorzenie, oddawanie się bez reszty dominacji, władzy, nawet podeptaniu przez ukochanego drugiego, również może być „najwyższym doświadczeniem”, a w każdym razie najżywszym. Trzeba jednak mieć dość hartu, by pozwolić sobie na takie wycieczki, które dla większości skończyć się mogą poważnymi piętnami na duszy – wszelki masochizm jest zabawą dla silnych a zagładą dla tych, którym sił nań brak.)

5. „Najważniejsza jest miłość”, ten slogan niesie, dalej, ów znamienny garbik jeszcze z romantycznych czasów, mianowicie: „to miłość jest najważniejsza, a nie rozum!”

Wiadoma to rzecz, że dogmatyk jedynie twierdzi, iż rozum jest najważniejszy; lecz nie umniejsza to wcale reakcjonizmu i regresywizmu, jaki już w swojej własnej epoce to hasło, że „serce ważniejsze niż rozum”, wyrażało. Jakiż to bowiem wielki krok wstecz – ten „romantyzm” – w porównaniu np. z judeobarokowością Spinozy, którego amor intellectualis jest właśnie cudownie quasi-kabalistyczną formułą pojednania i jedności rozumu i miłości. Nie ma rozumu bez miłości, tak samo, jak nie ma prawdziwej miłości bez rozumu, oto, co powiada nam barokowy anioł-amor z Amsterdamu. Spinoza to rubensowski putto filozofii, herold miłości rozumnej, rozumu miłosnego; serca i umysłu, których syntezą jest wolność (i to taka wolność, która przezwycięża determinizm!).

Samo przeciwieństwo między rozumem a sercem, ich polaryzacja i antagonizacja – ten prostoduszny dualizm wpisany jest oczywiście w banał człowieczeństwa i w tym sensie popierają go wszelkie możliwe przesłanki antropologiczne – a przecież, czyż nie jest piękniejszym i aktywniejszym to serce, w którym powstaje zapalczywy bunt przeciw takim pasywnym dualizmom? Trzeba się ponad to być może przede wszystkim wznieść – aby uczynić miłość ważną... Oto lekcja Spinozjańska. Tym bardziej, że przeciwieństwo to bywa usprawiedliwieniem dla wszelkiego niewolnictwa duchowego, dla wszelkiej zależności, dla wszelkiej niesamodzielności, dla wszelkiej, wreszcie, uległości i podłości. I póki władza może liczyć wśród mas na miłość ważniejszą niż rozum, póty musimy obawiać się totalitaryzmu. (Amen;)

6. Szczególny przekąs może budzić ów komunał wtedy, gdy próbuje się go zastosować do „radykalnej polityki”. Trzeba tu zresztą już zrazu zauważyć, że jeśli czegoś w polityce, wszelkiej, nie tylko radykalnej, jest właśnie zbyt dużo, a nie zbyt mało, to teologii – znamienne, że w tej mierze lewica „podaje rękę” prawicy, nawet jeśli „miłość” dla jednej znaczy coś zupełnie innego niż dla drugiej, to ciekawe jest wspólne tu odwołanie do „tego, co irracjonalne” – o ile jednak prawica nigdy nie chciała uznać rozumu, o tyle lewica, przynajmniej ta najbardziej wojownicza, rozczarowała się do niego i chce powrotu do „polityki mocnych emocji” – choćby po to, jak przekonuje, żeby nie pozwolić na ich przechwycenie prawicowym populistom. Czy należy się dziwić, że tam gdzie chodzi o silne namiętnosci, o masową emocjonalnosc, tam zwykle musi też toczyć się walka o najniższe emocje i instynkty? Towarzyszą temu nawoływania do ponownej lektury chrześcijańskich uniwersalistów oraz odrzucenia „konsensusu” w imię „walki o hegemonię”. Miłość miałaby być przy tym siłą łączącą, wybuchową i anty-systemową. „Kochajmy się i nienawidźmy bez osłonek naszych opresorów” – ma to być i sprytne, i radykalne, i nowoczesne.

Jak to się ma do naszego tematu? Ano tak, że wbrew temu, co wmawiają nam propagatorzy takich sloganów, nie kryje się w nich żadna oryginalna koncepcja, opierają się one bowiem na obnażonym szkielecie komunału, że „najważniejsza miłość”... (mówię tu już o owym „kochajmy się” raczej niż o „nienawidźmy”, choć to drugie jest związane). Postawmy sprawę jasno: myśl lewicowa od założycielskich czasów Marksa jest ufundowana na niejawnych strukturach teomorficznych, stanowiąc ostatnie wcielenie ideałów chrześcijańskich par excellence. To obserwacja bodaj nie wymagająca długotrwałej argumentacji (patrz np. krypto-prowidencjalizm i teleologiczność logiki dziejów u Marksa). Nie jest więc prawdą, albo przynajmniej nie jest całą prawdą twierdzenie, że jakimś novum miałoby być odrzucenie racjonalności w imię „polityki emocjonalnej” – w istocie, refleksja lewicowa (tak jak i praktyka) z zasady jest emocjonalna, a jej racjonalność zawsze bywała podejrzana o fundamentalne, a zarazem nieprzyzwoite związki z irracjonalnością jako zarazem ukrytą przesłanką oraz instrumentem politycznym. Tak więc, gdy słychać, że lewica odkrywa – czy, jak kto woli, „przechwytuje” – „prawdziwe chrześcijańskie wartości”, a między nimi także, a może przede wszystkim, „miłość”, to – nie ma się absolutnie czemu dziwić, to nic oryginalnego, nic nadzwyczajnego, a już na pewno nic radykalnego i porywającego. Dziwi raczej jałowość takich gestów, ich desperacka pustka. Koło się zamyka, ale nie ma w tym żadnej logiki, a jedynie paradoks: „miłość – wiara – nadzieja” powracają, po raz kolejny, na czerwonych sztandarach, a Święty Marks śmieje się do nas z nieba, widząc, jak potwierdza się wieczny powrót religii. Jasne, że kryje się za tym intencja naiwnego cynizmu: ludzie nigdy nie staną się w pełni racjonalnymi podmiotami, trzeba więc do mas przemawiać językiem „miłości” (bo jest ona najważniejsza, czyż nie? – w każdym razie ci durnie zawsze w to będą wierzyć). Co bardziej krytyczni zauważą nawet może, że miłość – ku naszemu ubolewaniu – bardzo często oznacza raczej opresywną strukturę atomową wzajemnego ludzkiego zniewolenia i osaczenia, podstawową społeczną komórkę władzy, zaborczości, posiadania, długu, winy i przemocy (tak fizycznej, jak psychicznej), i że w związku z tym należałoby też pouczyć masy w sprawie tego, jak miłość można by uczynić „politycznie słuszną” – nie zaś „mikro-faszystowską” – przez co przywracamy tradycyjny paradygmat „świadomości fałszywej”, którą najpierw należy uczynić autentyczną. A w ten sposób albo powracamy do kwestii oświecenia mas (przynajmniej oświecenia ich w sprawie miłości), albo stajemy wobec jaskrawej sprzeczności pomiędzy naszym ideałem „lewicowej miłości” a społeczną praktyką – czy ta sytuacja czegoś nam nie przypomina?

7. Sławna schizoanalityczna krytyka totalitaryzmu (powstała w odpowiedzi na pytanie – dlaczego masy pożądają niewoli, dlaczego kochają totalitarną władzę?) pokazuje, że właściwym środowiskiem i żywiołem oddziaływania mikropolityki totalitarnej na umysłowość jednostki jest neurotyczność (por. „Anty-Edyp” Deleuze’a i Guattariego). Nie od razu „patologiczna neuroza”, lecz właśnie powszednia i banalna neurotyczność, ta sama, która sprawia, że każdy psychoanalityk może twierdzić, iż granica między zdrowiem a chorobą jest płynna – tak jakby zdrowie było tylko czymś w rodzaju „rozrzedzonej” struktury choroby, a nie czymś jakościowo od niej innym (jedynie sama psychoanaliza może zagwarantować człowiekowi jakis jakosciowy przeskok, czyli transcendowanie poprzez wyzdrowienie, "rozwiązanie kompleksu"...)

„Neurotyczność” to coś, co sprawia, że twoja własna osobowość okazuje się twoim fatum i przekleństwem; czymś, co cię prześladuje. Może nawet chcesz się zmienić, ale to na nic, wciąż powtarzasz te same błędy, które dyktuje ci serce. Nie masz nad sobą kontroli, wobec czego potrzeba ci kontroli z zewnątrz; sprawia ci ulgę, gdy możesz polegać raczej na kimś niż na sobie. Wytwarzasz My, aby podporządkować mu Ja (swoje i drugiego); by z tych dwu ostatnich zrobić wiecznych dłużników tego pierwszego. W istocie, neurotyczność zdaje się w przeważającej mierze właściwym sensem miłości i kochania, samą „głębią uczucia”. Zarazem, neurotyczność jest tym, poprzez co odsłaniamy się biernie na wpływy „mechanizmu zewnętrznego”, stajemy się heteronomiczni (nawet jeśli jest to neuroza „pana”, a nie „niewolnika”). Z zewnątrz oczekujemy więc zabezpieczenia, potwierdzenia i ukierunkowania naszych działań. Czy istnieje coś takiego, jak naturalny strach przed byciem „Ja”, przede wszystkim i bardziej niż My? Nie mówiąc już o „samym Ja”? Kto chce być samotną wyspą? A więc miłość ze strachu... – i oto jak dochodzimy do samego jądra neurotycznego sensu zawartego w komunale, że „najważniejsza jest miłość”. Miłość jest najważniejsza, bo strach być „pojedynczym”. Bo lepiej być z kimkolwiek, niż tylko z sobą. Bo można znieść najwię­k­sze upokorzenia, byle tylko nie zostać samotnym... Dlaczego?... Jakie założenia, jakie argumenty kryją się za takimi przypuszczeniami w większości wypadków? Czy nie dowodzą jakiejś osobliwej niesamodzielności, jakiegoś niezdrowego braku wszelkiego egoizmu?

(Neurotyczna miłość, nawiasem mówiąc, ma dwa bieguny, pomiędzy którymi się waha, pomiędzy którymi się rozgrywa. Na jednym z nich staje się ona właśnie relacją pana i niewolnika, nagą i brutalną relacją podporządkowania, nierówności i gwałtu – ale to przypadek skrajny, częściej wszak przepływ przemocy nie jest aż tak asyme­try­czny, obie strony tyleż stosują ją, co jej podlegają... Na drugim zaś biegunie neurotyczność już zrazu podporządkowuje miłość obrazowi familijnemu. „Kocham w tobie przyszłą matkę moich dzieci” – jako pierwsza czy zasadnicza deklaracja miłości to wyraz wręcz klinicznej neurotyczności z bieguna familijnego. „Kocham cię, bo jesteś tak podobny do mojego ojca...” itd.)

To może paradoks, ale chyba nic nie jest tak fałszywym elementem miłości neurotycznej, jak specyficzny dla niej „altruizm”, „wyrzeczenie się siebie”. Nic nie jest bowiem zwykle bardziej też interesowne niż takie wyrzeczenie. Wyrzekając się siebie dla ciebie, zadłużam cię („zadłużyć kogoś” to specyficzna relacja ekonomii miłosnej, inna niż w ekonomii gospodarczej, gdzie raczej „się zadłużamy”). Zadłużam cię i zobowiązuję – oddając siebie nam. Jesteś mi to winien.

 

- Wszystko tu mówi samo za siebie.

9. Nie znaczy to przecież, że „Ja” ma być wszystkim, „My” zaś niczym – w żadnym razie nie należy popadać w drugą skrajność i apologię prostodusznego egoizmu (w istocie – nie istnieje egoizm prostoduszny; egoizm jest wyrafinowany albo nie ma go wcale). Krytyka dotyczy w tym kontekście nie jednego z terminów relacji (Ja – My), ile raczej samego jej charakteru. Jest to bowiem właśnie ta relacja, w ramach której powinniśmy się odwołać do postulatu anarchii, gdzie powinniśmy zacząć uprawianie naprawdę własnej polityki (czyli ani „mojej”, ani „naszej”), polityki dowolności i swawoli, polityki, której wytyczne nigdy nie są z góry dane... Przede wszystkim – żadnych hierarchii w obrębie tej relacji, żadnych ustalonych miejsc, żadnych zafiksowanych powiązań, żadnych utrwalonych mechanizmów, przetartych szlaków. Niech wasza miłość będzie dziewiczym lasem... Im bardziej luźno rozgrywa się komunikacja między Ja a My, im bardziej ona płynna i niezakodowana, tym większe nasze pole do miłosnego popisu, do erotycznej produktywności (w miejsce czystej reproduktywności).

A ponieważ ten artykuł nie ma końca – zadowólmy się, zamiast zwieńczenia, właśnie tym hasłem, które przyświecać powinno każdej miłości, jeśli ma być ważna:

Produkujcie się, nim zaczniecie reprodukować!

 

 

Yaroslaw Rubinstein