(...) Pierwotnym określeniem wykształcenia świadomości jest przede wszystkim pasywne nabywanie, bycie uczonym. Świadomość naiwna nie ma podstaw do kwestionowania treści, które przyswaja. Polega ona na autorytecie tych, których słucha. Jest zależna i całkowicie posłuszna. Posłuszeństwo uparcie wpaja się co prawda dzieciom, ale tylko dlatego, że, rosnąc, dzieci w naturalny sposób zrywają kolejne więzy posłuszeństwa (oczywiście wtedy, kiedy odnośne reguły, jakie owe więzy wyznaczają i czynią koniecznymi, zostaną przez świadomość naiwną uwewnętrznione: rozwój polega wszak na tym, że człowiek uczy się sam sobie wydawać rozkazy, które wcześniej inni mu wydawali; zarazem uczy się być posłusznym samemu sobie). Jak posłuch to nasza naturalna kondycja, tak nakaz jest pierwszym, co słyszymy (w sensie nauki, nie zaś w ogóle), pierwsza bowiem zasada uczenia się brzmi: Myśl i rób tak, jak my ci mówimy! czy: Powtarzaj po innych! Gdy inni więc mówią że x to a, b, c... – myśl to samo. Im bardziej upodabniasz się do innych, tym lepiej, głosi naczelna maksyma zachowania dziecinnego (łatwowiernego) – i bycie podobnym, bycie jak inni, przekształca się u młodego osobnika czasem wręcz w obsesyjną potrzebę. Na tym zasadza się socjalizacja. Łatwo zresztą zauważyć, że schematy rozumienia i maksymy, jakie na samym początku konstytuują morfologicznie świadomość dziecinną, to podstawowe, pierwotne, „atawistyczne” makro-reguły orientacji i postępowania, których determinacje nie stanowią jeszcze o jakiejkolwiek różnicy pomiędzy rozumieniem gromady a rozumieniem indywidualnym; nie ma tu jeszcze miejsca na żadną pozytywną nieufność pod adresem tego, co gromadne, na żadną jego krytykę z punktu widzenia tego, co własne, wbrew temu, co wspólne. Nie zachodzi tu bowiem jeszcze uświadomione rozróżnienie na własne i wspólne. O ile zaś to, co własne, jest przez otoczenie frustrowane, o tyle nawraca horror – stąd np. uczucie głodu czy osamotnienia przybiera u niemowląt rozmiary katastrofalne.
Jak więc widać, z zasady i u źródła, tzn. w swej postaci dziecinnej, świadomość naiwna określa się poprzez swoje posłuszeństwo i pasywny posłuch. To dlatego uległość wobec władzy, autorytetu, jako modus świadomości, w ogóle jest jej pierwotną kondycją, choć oczywiście na tym etapie w bardzo prostym i zarodkowym sensie nieodzownej dziecku, bezkrytycznej akceptacji. Ta kondycja, wykształcona na poziomie rozwoju pierwotnego, zawsze powraca w dalszym życiu swiadomym.
Niemniej nie jest prawdą, że wyłącznie pasywność i uległość określa zachowania nawet najmniej rozwiniętego osobnika świadomego. Wszak już niemowlę w swojej prymitywnej przytomności otwiera się na świat jako agresywne żądanie, będące zwykle reakcją dziecka na horror niezaspokojenia. To jego aktywność, właściwie podstawowa i jedyna czynność (poza tym wszystko inne to bierna adaptacja): ono żąda. Natarczywy i alarmujący płacz niemowlaka niesie w sobie coś rozkazującego, żądanie satysfakcji, ale i aktywne pragnienie władania innymi, stanowiące „przyrodzone” narzędzie naszego przynależenia do wspólnoty. Życie jest roszczeniem. To roszczenie stanowi pierwotną treść świadomości naiwnej. Instynkt władania nie jest co prawda właściwością dziecinnej świadomości, ale już na najwcześniejszym etapie rozwoju jest jakimś dla niej zasadniczym przedmiotem i sensem. Psychoanaliza pokazuje, poniekąd, w tym kontekście, że krytycznym zadaniem kształcenia, jakie musi tu przejść psychika, jest umiejętność godzenia się z narastającą w toku rozwoju zewnętrzną frustracją, jaka dotyka bezpośredniości żądania i pragnienia panowania (czy: żądzy władania). Wszelako fundamentalnym źródłem dalszego zróżnicowania świadomości jest to, na ile jest ona frustrowana, na ile zaś zaspokaja swoje żądania i potrzebę władania. To, na ile musimy słuchać, a na ile możemy rozkazywać, samym sobie oraz innym, określa nasz stan ducha w sposób wyrazisty i trudny do przekroczenia: od stanów ducha długotrwałego i głębokiego poniżenia, aż po stany przeciwne, z całą gamą stanów pośrednich – jedną z fundamentalnych zasad społecznego zróżnicowania jednostek jest to, jaki każdej przypada udział w rozkazywaniu, a jaki w posłuszeństwie – w jakim zaś stopniu ten udział przyczynić się może do frustracji? – to zależy od siły popędu. On jednak, jak wszystkie pożądania, stanowi nieprzeniknioną dla rozumu tajemnicę czystej intensywności: nie wiemy, dlaczego u jednych przybiera ona monstrualne wręcz rozmiary, podczas gdy u innych zdaje się karłowata czy wręcz uśpiona. Przy tym jest jasne, że każdy osobnik usamodzielnia się w toku rozwoju, czyli przejmuje władzę nad samym sobą; niemniej dla niejednego owo rozkazywanie samemu sobie okazuje się zbyt małym zaspokojeniem żądzy władania, kiedy dla innego znów – nawet tyle zdaje się za dużo: to ktoś z natury zbyt mało żądny władzy, by rozporządzać sobą; woli on słuchać - i to nawet w sprawach jego tylko dotyczących. Wielu też osobom zdolnym do samodzielności posłuszeństwo tylko samemu sobie również nie sprawia pełnego zadowolenia, zatem poszukują oni takich, którym mogą być posłuszni; podczas więc gdy dla jednych samodzielność jest koniecznością i najważniejszym pragnieniem, dla innych bywa niewygodą i czymś prawie odpychającym.
Tym, co zasadniczo określa tu stan ducha jest możność i niemożność w stosunku do innych. W związku z tym bowiem popęd władania ulega albo sublimacji, albo wyparciu: albo zaspokaja się w bardziej subtelnych urządzeniach wyższych form świadomości zbiorowej czy instytucjonalnej, albo, gdy niezaspokojony, musi zostać jakoś inaczej skanalizowany czy przekształcony, czy ujarzmiony. Tak czy inaczej, problem władzy, jej asymetrycznych przepływów i nierówności posłuszeństwa, jakie stąd wynikają, powstaje już na najwcześniejszym etapie rozwoju, a władanie i posłuch kształtują się jako aspekty świadomości naiwnej, zawsze niosąc z sobą coś z przed-racjonalnej dziecinności i własciwych jej odruchów. To dlatego w dorosłym życiu uczymy się raczej woalować, konwencjonalizować, maskować, formalizować zarówno rozkazy, jak i posłuszeństwo: ich przepływy, im bardziej bezpośrednie i intensywne, tym bardziej nas „upupiają” – toteż tam, gdzie mamy do czynienia z prostym i nagim przepływem władzy, zawsze nieodparcie uderza nas pewien klimat infantylizmu i dziecinady (vide: ordynarna głupota życia wojskowego, policyjnego czy sportowego, wulgarność urzędowa i tym podobne fenomeny).
Wszelka władza, niezależnie od specyficznego charakteru, naznaczona jest tym źródłowym zakorzenieniem w świadomości naiwnej oraz faktem, że jako przedmiot świadomości wyłania się już na bardzo wczesnym etapie rozwoju; naiwność władzy i rządzenia ujawnia się w jednym z najczęstszych w ogóle zachowań umysłowych stojących wbrew rozsądkowi i dysfunkcjonalnych, znanym pod nazwą „redukcji dysonansu poznawczego”. Otóż tam, gdzie fakty zaprzeczają słuszności naszych wcześniejszych decyzji, czyli dowodzą, że nie mamy rzeczywistej kontroli nad biegiem spraw i że coś źle rozumiemy, mamy skłonność zaprzeczać oczywistościom za pomocą najbardziej groteskowych wybiegów i nie dostrzegać rzeczy widocznych gołym okiem, tylko po to, by nie kwestionować podjętych wcześniej rozstrzygnięć. Dotyczy to, jak pokazują badania nad procesami decyzyjnymi np. w administracji USA za czasów Kennedy’ego, także osób na najwyższym szczeblu władzy.
Jednym z problemów władania w wymiarze społecznym jest i to, okazuje się, że naiwność rządzących zostaje z kolei przeoczona przez naiwność rządzonych, którzy z rządzącymi wiążą w związku z tym całkowicie nierealistyczne nadzieje i założenia (że są oni w istotny sposób bardziej czujni, poinformowani, przytomni, wszechstronni, dalekosiężni, przygotowani niż zwykli obywatele). (...)
Kup Filozofię głupoty