Wszelkie pytania o możliwość i sposoby oswobodzenia ludzkiego pragnienia, zwłaszcza -zawęzimy być może w sprawę w tym momencie – erotycznego, a więc – w konsekwencji - wszelkie pytania o możliwość otwarcia erotycznego pragnienia na różnorodność i ucieczkę od ustalonych i uwewnętrznionych form i skłonności ukształtowanych już to przez kulturę (jak podkreśliliby niektórzy), już to przez czynniki indywidualne czy psychofizyczne (jak podkreślili by inni), być może rozbijają się o bardziej zasadniczą kwestię: czy istnieje coś takiego jak nagie, abstrakcyjne pożądanie, wyjściowo może bardziej pojęciowe niż cielesne, a jednak nie mające w sobie nic wyspekulowanego, które manifestuje się wyłącznie w ciele jednostki jako swoim wyłącznym polu, powodując nieuchronną, chociaż nie zawsze świadomą transformację jego praktyk? Czy istnieje pewne wspólne tło, które przenika każdą miłość, każdą niemal postać erotyzmu, każdy rodzaj preferencji, nawyków – tak domniemanych transgresji, jak również tego, co można by określić, przynajmniej patrząc powierzchownie, mianem postaw „zachowawczych”? Czy istnieje takie wspólne podłoże, jedna szeroka formuła pragnienia erotycznego?
Jeżeli tak - tego źródeł można by prawdopodobnie szukać w fantazmatycznym aspekcie pożądania, w czymś co jest z zasady pokusą wykroczenia poza utrwalony i wyuczony rytm funkcjonowania jednostki. Albo - żeby się odwołać, być może nie bez pewnej dowolności i dystansu, do koncepcji Deleuza i Guattariego– czy nie można mówić o momencie, w którym pożądanie okazuje się niejako „deterytorializacją” ciała? Oto być może nadchodzi czasem chwila, w której uwalnia się czysty strumień erotycznego pragnienia. Nie tylko takie konstrukty jak np. „homoseksualne” i „heteroseksualne”, ale być może również „męskie” i „kobiece” zostają rozmyte w tym nurcie bezosobowego, amorficznego, niezdeterminowanego, czy przynajmniej słabo zdeterminowanego popędu. Konstrukty te nie zostają, oczywiście, całkowicie zawieszone, czy wyeliminowane, ale stają się rozmyte i jednocześnie umiejscowione na szerszej, być może trudnej do zlokalizowania, płaszczyźnie. Czym może być taki moment, być może da się wyrazić prościej - przez uchwycenie swoistego przekroczenia, które zawsze jest obecne w każdym miłosnym fantazmacie: Pragnienie zawsze zmierza, bądź przynajmniej „dąży” do tego żeby zmierzać (tak w fantazmatach, rojeniach, jak i w konkretnej relacji) do określonej kulminacji jako szczytowego momentu, niekoniecznie musi chodzić tu o „orgazm” – ale w każdym razie moment przekroczenia – ekstazę. Oto moment, w którym ciało zmierzając do spełnienia swojego pragnienia maksymalnie wykorzenia się z siebie. Od razu można dostrzec specyfikę tego swoistego przełomu– z jednej strony ekstaza jako szczyt fantazmatycznego pożądania jest tym, co może być osiągnięte wyłącznie na poziomie indywiduum (pragnienie dopełnia się zawsze w konkretnej osobie, w konkretnym ciele, nie w zbiorczym ciele „gatunku”, „płci”, „orientacji”, „populacji” itd.) Z drugiej jednak strony, jest w tym doznaniu niezaprzeczalne zatarcie granic – intensywność i ogólność, które powodują, że jednostka – zwłaszcza jeżeli nie chce swego rodzaju stępienia, tchórzliwego kompromisu między tym doznaniem, a porządkiem życia codziennego musi wyabstrahować od swoich nawyków, „wyemigrować” niejako sama z siebie, zmierzając niekoniecznie ku temu co powszechne i być może nawet nie ku „drugiemu” (a raczej nie tylko ku drugiemu- wykroczenie poza siebie w miłości nie jest tylko wykroczeniem ku innej osobie, ale może też jest również wkroczeniem w abstrakcyjny pejzaż, który ogarnia wszelką „dwoistość”, jak również wieloosobowość relacji), ale też ku temu, co bezimienne, ruchome, niepoliczalne.
Na maksymalnie intensywnym poziomie, w ekscesie każdego obezwładniającego doznania, zaczynają się topić skrystalizowane formy manifestacji pożądania; wobec samej intensywności ekstazy, wobec jej istoty, na dalszy plan schodzą dookreślenia w postaci konkretnych warunków, konkretnego środowiska jednostki (płci, tzw. „homo”, czy „hetero” erotyzmu itd.). To samo zresztą, można by odpowiednio, zastosować do innych ekstaz – bólu, lęku – tego, co jednocześnie indywidualizuje i odczłowiecza. Tak, również ekstaza miłosna (rozumiana w całej swojej różnorodności, nie jako znany eufemizm pojawiający się w popularnych poradnikach seksuologii) jest czymś w rodzaju heideggerowskiego Eintwurf – bezlitosnego wyrzucenia poza oswojony świat, ale jednocześnie i otwarcia na świat jeszcze niezamieszkały, pełen narzędzi nieznanych, „nieporęcznych”.
Sama koncepcja rodzi ze sobą oczywiste ryzyko sztuczności albo w każdym razie jakiegoś pojęciowego nadmiaru, o ile wręcz nie zgoła osobliwego mistycyzmu wprowadzanego kuchennymi drzwiami, który mógłby nadać sprawie uwolnienia pragnienia wsteczny bieg, jakby może uznał ktoś bardzo podejrzliwy politycznie. Oto rzekomo mielibyśmy mieć obok realnego pożądania, różnorodnego, sfragmentaryzowanego, nieciągłego – ale jednak składającego się w jego różnych manifestacjach - w jedno przyrodniczo-kulturowe contimuum (wszystkie płci, gatunki, jednostki, preferencje, wszystkie znane nam zachęty i tabu etc.), jakieś „drugie” pożądanie, niejako wirtualne, niewidzialne, ale wszechogarniające- a jednocześnie źródłowo inne od każdego znanego empirycznie przejawu – coś na kształt, można by powiedzieć , być może sarkastycznie – „duszy” pożądania.
Niemniej jednak, choćby już bardziej dokładne zagłębienie się w kulturę, w jej różne manifestacje, przechodząc od sztuki roszczącej sobie co najmniej uprawnienia do jakiegoś wyrafinowania, poprzez sztukę użytkową i kulturą masową, aż po – co być może w tym najistotniejsze- praktykę codzienną, sprawia, że sceptycyzm wobec tej koncepcji, przynajmniej sceptycyzm wyjściowy, wydaje się zbyt daleko posunięty. Jak często bowiem erotyzm, niekiedy w sposób mniej albo bardziej skrycie perwersyjny manifestował się w zewnętrznych formach, które nie pasowały do żadnej powszechnie zrozumiałej kategoryzacji (męskie, żeńskie, monogamiczne/poligamiczne), czy które czasem zdawały się przynajmniej z pozoru być narzędziem stłumienia pożądania. Przykłady to chociażby nie-erotyczna estetyzacja ciała, „roślinność”, „anielskość”, dążenie do „odcieleśnienia”, któremu jednocześnie nadaje się wymiaru erotycznego, formalizacja zachowania, w tym zachowań miłosnych, celebrowanie dystansu w grze miłosnej. Co ciekawe – i jest to być może pretekst to rozważań natury bardziej politycznej, co w tym miejscu, można tylko zasygnalizować – często te manifestacje zbiegają się z okresami purytańskiej paranoi, czy w każdym razie zwiększonej kulturalnej represji. Ekstaza Świętej Teresy Berniniego, odcieleśniająca, a jednak seksualna....
Łatwo byłoby powiedzieć, że chodzi tu niejako o przykłady swego rodzaju skrajnej ambiwalencji, pewnego mniej albo bardziej subtelnego zacierania granic pomiędzy różnymi aspektami Erosa. Można by też powiedzieć, że chodzi wyłącznie o specyficzną manifestację pożądania w epoce wzmożonego kulturowego jego stłumienia. Argument za tą tezą mógłby być taki, że ten paradoksalny, czasami niemal wręcz „aseksualny” erotyzm, stawał się swego rodzaju niszą, czy może raczej ochronnym kamuflażem, który różne jednostki, różne społeczności przybierały w obronie przed dyskursami represjonującymi określone zachowania (kult rodziny, homofobia etc.) Ten zarzut można jednak równie dobrze odwrócić: można by stwierdzić, że właśnie kulturowe represje, przynajmniej w jakiejś mierze, wynikały ze strachu przed uwalnianą siłą „czystości”, z jaką manifestował się trudny do skategoryzowania zagadkowy erotyzm: chodziłoby o to, żeby skategoryzować i skatalogować różne formy pożądania nie tylko po to, by „wykluczyć” określone z nich („homoerotyzm” itd.), ale również po to żeby obezwładnić nieznane, tajemnicze, żeby okiełznać pewien „problem X” ukryty w każdej miłości.
Łatwo popaść tu w sprzeczności, uruchomić różne sprzężenia zwrotne, błędne koła (co byłoby być może nie bez uzasadnienia) aby skończyć na tysięcznym w historii i nie najmniej pretensjonalnie ujętym dylemacie kury czy jajka. Można jednak, bez chowania głowy w piasek, wyabstrahować w tym momencie od tych pytań i zwrócić uwagę na główną kwestię:
Czy pod różnymi transgresjami, o które się walczy, z którymi się walczy, do których się zachęca, przed którymi się przestrzega (skądinąd czasem wszystkie te stany występują w jednym i tym samym dyskursie) nie kryje się jeszcze zupełnie inna „walka”, którą inicjuje niezdeterminowany, wyjściowo poza-płciowy, fantazmatyczny aspekt pożądania? I czy ta walka nie posiada swojej własnej reguły, czy nie toczy się na zupełnie innych od znacznie łatwiej uchwytnych (co nie znaczy, że nie jest w konkretnych przypadkach w ścisłej symbiozie z nimi) frontach?
Być może jest więc nieco inaczej – bezosobowy aspekt pożądania nakłada się na klasyczne podziały, prowadzi z nimi swoją własną grę, czasem próbując walczyć o własną autonomię.
Być może więc obok tego co męskie i kobiece, co „jednopłciowe” albo „dwupłciowe”, co aktywne albo pasywne, pojawia się jeszcze forma „zero-seksualna”, neutralna seksualnie, chociaż niekoniecznie poprzez czyste zlanie się żywiołów płci, czy też utworzenie czegoś „dokładnie pomiędzy nimi” (jakkolwiek konkretne przykłady ludzi o wybujałych erotycznych fantazmatach, a przy tym skonfliktowanej czy ambiwalentnej tożsamości seksualnej pokazują, że i coś takiego jest możliwe.)
Sama ta koncepcja, bez doprecyzowania, niosła by w sobie ryzyko niepotrzebnych uogólnień, a być może – co groźniejsze – naiwnie wyzwolicielskiej obietnicy. Oto bowiem wszystkie granice i podziały mogłyby zaniknąć w jakiejś dowolności, która miałaby rzekomo umożliwić każdemu, pod warunkiem jej „oswojenia”, swobodny, niezdeterminowany wybór różnych praktyk.. Rzecz jasna, taka pełna „do-wolność” nigdy nie będzie możliwa. Chociażby z powodów czysto empirycznych – jednostka nie może wybić się poza głęboko uwewnętrznione (być może wręcz dla niej „naturalne”, chociaż nie ma pojęcia bardziej podstawowego, a zarazem bardziej nieostrego i nieokreślonego od naturalności!) popędy, jak również trudno w praktyce wyzwolić się jej od wszystkich zewnętrznych, z pozoru bardziej powierzchownych przyzwyczajeń. I nic na siłę, bo nawiasem mówiąc takiego oswobodzenia nie zagwarantuje żadna inna koncepcja, żadna inna terapia, niezależnie od tego, ile by obiecywała, jak bardzo miałaby być politycznie poprawna i wyzwolicielska.
W związku z tym jednostka zmagając się z bezosobowym, „ponad-płciowym”, czy „zero-płciowym” aspektem pożądania musiałaby niejako wytworzyć własną formułę, za pomocą której ten konflikt osiągnie stan pewnego balansu.
I w tym momencie widać, że obecność takiego żywiołu (a jeśli jest tylko fikcją, to wytwórzmy ją w sobie!), może być wielką szansą dla jednostki, jako szansa na ukształtowanie autonomicznego, indywidualnego pragnienia. Musi to nieuchronnie wiązać się ze swego rodzaju grą – grą nawyków, grą praktyk, jak również w pewnym sensie grą stylu – grą pomiędzy tym bardziej abstrakcyjnym strumieniem pragnienia, a dosłownymi, codziennymi nawykami, skłonnościami czy ograniczeniami.
Forma wydaje się tu być zasadniczą kwestią: Z jednej strony, samo „wykorzenione” pożądanie jawić się może jako całkowity brak formy (naturalnie „czystego pragnienia” , czy „pragnienia w sobie” najpewniej nie ma, nawet w najbardziej ekstatycznych ruchach, zachowuje ono swoje dookreślenia –płeć, orientacja itd., są jednak w stanie bardziej rozproszonym), ucieczka przed formą i jej przeciwieństwo. Z drugiej strony, swego rodzaju zestrojenie tych prądów z indywidualnością, może się rozgrywać wyłącznie przez odnalezienie swego rodzaju formy, stylu, wręcz jakiegoś szeroko rozumianego image, czasem swego rodzaju aktorstwa (aktorstwo nie jest w tym znaczeniu żadnym „udawaniem” przeciwstawionym „naturalności”, ale praktyką umożliwiającą wyrażenie sił, które wydają się być nieobejmowalne). Ucieczka od formy wymaga również swego rodzaju formalizacji, ucieczka od konwencji wymaga pewnych reguł działania i pewnego stylu – niestety w tym miejscu nie sposób szerzej rozwinąć tego fascynującego, „gombrowiczowskiego” dylematu.
Tego samego być może chce sztuka. Chodzi o to, żeby wyrazić niewidzialne, jak mówił Paul Klee. Gombrowicz słusznie uderzył autonomię sztuki zestawiając „artyzm” koncertu Chopina z ruchem kobiety wpinającej kwiat we włosy. To zlanie tego, co „wysokie” i „codzienne” w jedną ciągłość, w dużej mierze zresztą bardzo słuszne, można z drugiej strony obrócić, nie degradując sztuki do rangi tego, co przypadkowe i pospolite, ale wskazując na użyteczność z pozoru stricte „profesjonalnych” koncepcji i dylematów artystycznych w codzienności (bez mitologizowania tejże codzienności, rzecz jasna).
Jeżeli więc potraktować życie codzienne i sztukę, jako contiuum, trzeba będzie w konsekwencji zauważyć, że ze sztuką erotyczną, rzecz się ma podobnie: trzeba wyrazić w sobie, w swoim życiu, w swoim ciele, w swoim stylu bezosobowy, odczłowieczony przepływ pragnienia.
Chodzi tu też o coś, co ktoś mógłby określić jako wielo-płciowość w wymiarze kosmicznym – tyle płci, ile jednostek (oczywiście nie wszystkich jednostek to może dotyczyć), a może i czasem nawet więcej. Pisano w różnych miejscach (w kontekście szeroko rozumianego pożądania) nie tylko o stawaniu się mężczyzny kobietą, ale i o stawaniu się zwierzęciem, rośliną, minerałem. Płeć rośliny, „zerowa” płeć minerału, „zerowa” płeć anioła, „zerowa” płeć lalki, płci nieludzkiego zwierzęcia. To wszystko to oczywiście tylko mniej albo bardziej poetyckie, mniej albo bardziej trafne, mniej albo bardziej potrzebne metafory, wskazujące na przykładowe możliwości skutków szerszego procesu, o którym teraz mowa.
Poszukiwanie określonego stylu, określonych taktyk walki i ostatecznej równowagi (balansu, nie kompromisu, chodzi tu bardziej o stricte „artystyczną” równowagę, niż kompromis „złotego środka”) pomiędzy codziennymi ograniczeniami (od biologii, poprzez kulturę oraz poza-erotyczne nawyki i potrzeby) a fantazmatycznym zrazu popędem ku zdepersonalizowanej, pozbawionej określeń ekstazie jest być może najważniejszym pytaniem o możliwość osiągnięcia w erotyzmie maksymalnej możliwej wolności. Nie znaczy to, że wszystkie bardziej zewnętrzne, kulturowe czy polityczne projekty walki z tzw. tabu, mają być zarzucone, wręcz przeciwnie; znaczy to tylko że powinny być podbudowane odniesieniem się to tej bardziej zasadniczej kwestii (z drugiej strony niewykluczone jest – być może warto podkreślić tę oczywistość - osiągnięcie spełnienia przez jednostkę, sądząc po pozorach w swoich zachowaniach „komformistyczną”, czy „konserwatywną”).
Być może więc żadne otwarcie na różnorodność nie będzie spełnione bez swoistego zapośredniczenia w tym, co realne, a co jednak nie może być sprowadzone do żadnego z biegunów różnic, o których respektowanie, czy o których przekraczanie toczą się najgłośniejsze kulturowe potyczki...Zawsze, pomiędzy każdym przejściem, pomiędzy każdym A i B eksperymentu, jest to „trzecie” – bezosobowe: nie A i nie B, raczej X. W przypadku całkowitego zignorowania tego aspektu, powstaje ryzyko, że jednostka, w różnych swoich wolnościowych w jej wyobrażeniu praktykach, nie posunie się dalej jak tylko do zmieszania kilku stylów, kilku nawyków, przez które może osiągnąć względną niezależność wobec różnych kulturowych konwencji czy własnych przyzwyczajeń, równocześnie jednak być może zapoznając część istoty tego, co w niej jest erotyczne.
Innymi słowy, jednocześnie wszystko podsumować: idzie może o to, żeby odnaleźć w erotyzmie własną indywidualność i osobowość, poprzez odkrycie, uwydatnienie i otwarcie się na to co bez osobowe i anty-indywidualne. Intensywność ekstazy i poszukiwanie sztuki jej okiełznania przez jednostkę (okiełznania nie w sensie „umiarkowania”, ale w sensie pewnej szeroko rozumianej organizacji życia, która umożliwi przetrwanie tej intensywności w danym ciele, tak żeby jednostka ani nie zagubiła się w destruktywnym miotaniu się między różnymi pokusami ekscesów, ani też nie zmarnowała w sobie żywiołu ekstazy, wybierając to co nawykowo przyswojone i bezpieczne) są więc może ważniejsze niż kwestie (nic nie ujmując tym kulturowym, psychologicznym, czy politycznym problemom) uwolnienia konkretnych praktyk, przez które ta intensywność miała by zostać przybliżona.