Popęd i sens

XX wiek nauczył nas, że popęd seksualny jest najpoważniejszym problemem filozoficznym. Oczywiście człowiek zawsze ze szczególną atencją odnosił się do popędu seksualnego i wplatał go w gęste sieci znaczeń i wyobrażeń. Jednak to dopiero z kulminacją nowoczesności dokonała się ta – do dziś panująca – koncentracja rozmaitych dyskursów seksu oraz, związana z nią i nieuchronnymi napięciami, jakie wywołuje, wojna symboliczna. To dziedzina seksualności właśnie, jak można sądzić, jest polem walki. Walka ta jest nieskończona, ponieważ seksualnosc jest zagadką, której prawdy do końca nie możemy zrozumieć; możemy ją jedynie obudowywać domysłami i przekonaniami, które ostatecznie kształtują konkretne aktywnosci. To, co sądzimy o popędzie, to zawsze kwestia pewnej wiary, nie znajomości faktów, które są niejasne, lub jakichś głębokich mechanizmów, które zawsze są domyślne.

Należy zauważyć, że popęd seksualny jest taką dziedziną, w której zawsze będziemy mogli wracać do punktu wyjścia. Do punktu zero refleksji. Możemy zawsze – i zawsze też powinniśmy myśleć o seksie tak, jakby nikt o nim jeszcze nie myślał.

Mamy bardzo wiele danych, ale wydają się one niejednoznaczne i pośrednie. Odpowiedź na pytanie „co to jest popęd seksualny” nie jest jednak dana – o czym naucza właśnie queer. Należy się z nim zgodzić. Nie mamy takiej odpowiedzi; nie możemy być nawet pewni, czy samo pytanie jest sensowne.

Dane jest tyle tylko, że człowiek, generalnie rzecz biorąc, łaknie.

Nic więcej nie wiadomo; przynajmniej generalnie, bo poza tym, że człowiek łaknie dany mamy najbardziej złożony świat szczegółowych realizacji tego łaknienia, świat, w którym ono się uobecnia. Ale czego konkretnie łaknie człowiek: spełnienia, zaspokojenia; mówią jedni: łaknienie to jest niepokojącym napięciem, które trzeba rozładować.

Nadto łaknie się Przedmiotu, przede wszystkim przedmiotu – w zależności od „budowy” tego przedmiotu (całość lub część, zewnętrzne lub wewnętrzne, żywe lub martwe, określone lub nieokreślone itd.) mówimy o charakterze łaknienia.

Jeszcze inni mówią, że łaknie się rozmnożenia, potomstwa – reprodukcja miałaby być ostateczną istotą owego popędu: jeśli jest jakieś wytłumaczenie tego, że człowiek zajmuje się w tej mierze seksem, to tylko dlatego, że zmusza go do tego przyroda dbająca o zwielokrotnienie populacji.

Wszystko to możemy uznać za komunał. To znaczy prawdę, w którą nie warto wierzyć i zamiast niej stworzyć sobie, na własny użytek, inną, lepszą.

Te trzy pojęcia: rozładowanie, przedmiot, reprodukcja – limitują popęd seksualny i zamykają w sferze tanich oczywistości.

Albowiem:

Popęd seksualny nie dąży do rozładowania (które jest tu efektem przejściowym czy pośrednim, nie zaś „ostatecznym celem”), ale do eksperymentu na napięciach. Fluktuacja naprężeń i rozluźnień, wzrostu i relaksu, ruch, wahanie, oscylacja – tego pragnie popęd. Jest on falowaniem, rytmem eksplozji i kumulacji, cyklem bumów i krachów.

Po drugie, popęd seksualny nie tyle „obsadza przedmiot” czy pragnie przedmiotu – jakiegokolwiek: ciała ukochanego, którejś jego części, buta z lśniącej skóry, pawiego pióra, ile raczej, jak mówi proto-queerowy filozof Gilles Deleuze, wytwarza oryginalne konstelacje, zestawy, otwarte struktury, w ramach których organizuje optymalne warunki dla swojej cyrkulacji oraz falowania. Popęd eksperymentuje, niczego nie musi obsadzać, raczej krąży – popęd jest nomadyczny, nigdzie nie zamieszkuje, wędruje od archipelagu do archipelagu. W tym znaczeniu nie ma on sensu, tylko swój sens wytwarza drogą eksperymentu – kreacji pewnej konfiguracji: np. ciało ukochane, które rekonfigiruje się w butach z lśniącej skóry i w pawim piórze w jakąś zupełnie inną opowieść o pożądaniu i miłości.

Mówi się, że popęd, będąc pierwotnie jakąś nieokreśloną siłą, musi z konieczności wejść w pewną z góry określoną relację osobową. Po pierwsze więc: Ja. To ja pożądam. Kartezjański podmiot. Po drugie jednak owo pożądające ja musi odnaleźć – w normalnych okolicznościach – jakieś Ty. A więc co najmniej ja i ty jesteśmy potrzebni, aby mógł zaistnieć popęd. Ta nieodzowna struktura miałaby być rzekomo fundamentalną i źródłową przestrzenią przepływu popędu.

Wbrew temu komunałowi – który oczywiście, jak każdy komunał, zwykle bywa prawdą – widać przecież, że popęd jest źródłowo orgiastyczny, dynamiczny i wieloraki, a nie parzysty, statyczny i jednolity. Pożąda wielości; stawia na otwartość i wzrost złożoności swojej konfiguracji.

Po trzecie, popęd seksualny dąży do rozmnożenia przede wszystkim samego siebie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, mówi przysłowie, ale jak wszyscy dobrze wiemy, akurat nie do jedzenia się ta prawda odnosi. Pożądanie jest pożądaniem pożądania. W ukochanym ciele nie pożądamy przecież jego przedmiotowości czy fizyczności, ale właśnie tego, że rzuca nim spazm, jaki w nim wzbudzamy (spazm ten przenosi się również na but z lśniącej skóry, na blask pawiego pióra, na rysunek kręgosłupa, który może też nagle stać się organem bez ciała i przekonfigurować gwałtownie ekonomię narastania rozkoszy...)

Jakże ponurą koncepcją jest ta, którą tu odrzuciliśmy: rozładowanie, przedmiot, potomstwo. To prawda, że popęd może zostać zamknięty w tego typu inercyjnej strukturze. Jednak nie zawsze chce.

Tako rzecze queer.