Węgla! - część 2 - rozdziały 1-2

 
„NEGATYWNE WIBRACJE”
 
1.
 
Rozruchy zaczęły się następnego dnia po przyjeździe dzieci.
 
Kopalnię „Kniaź Radosław” wysadzono w powietrze tuż nad ranem, niedługo przed planowanym rozpoczęciem święta górniczego. Niewiele godzin później stanęła w płomieniach elektrownia miejska, jak również kilka większych sklepów.
 
Frank i Honorata, którzy nocowali u teściów, nie przybyli do domu następnego dnia. Jakkolwiek ogólny niepokój i zamieszanie wśród rodziny Herców były na tyle silne, że mogły utrudniać skoncentrowanie się na cząstkowych troskach, jak również ich skatalogowanie, to jednak wielce konkretny i cząstkowy niepokój o los nieobecnych członków familii nie dał się odpędzić. Próbowano się z nimi skontaktować drogą telefoniczną, jednak telefony nie raczyły zadziałać, w tym również aparaty komórkowe. Z wyjątkiem jednego momentu, gdy Honorata powiedziała „halo” po czym (w okolicznościach trudnych do zidentyfikowania z uwagi na brak wizji) telefon został przekazany Frankowi, który również (trochę więcej niż raz) wypowiedział komunikat identycznej treści, dalszej rozmowy nie dało się jednak przeprowadzić.
 
- Już mi szyja przeszła – takie były pierwsze słowa Józefa Herca, skoro się przebudził. Jakby z (pozornie?) całkowitą obojętnością odnosił się do faktu, że na ekranie telewizyjnego odbiornika jakiś człowiek, którego munduru nie było jednak widać (ukryty był pod maską ciemnoszarego garnituru), lecz którego głos czynił słyszalnym jego mundur, czynił widzialnym blask jego orderów i jego wysokie buty z cholewami (te mógł nosić naprawdę, lecz trudno to powiedzieć, kamerzysta obciął postać do pasa), wygłaszał płomienną przemowę o treściach patriotycznych.
 
Rodzina pozostawała w stanie względnego skupienia w pobliżu ww. odbiornika, nim ów zaprzestał swojej działalności, co nastąpiło jeszcze w trakcie oracji ukrycie mundurowego osobnika (jaki mógł być jej finał?). Wtedy skupiono się przez moment wokół radia na baterie, z którego głośnika unosiła się uroczysta muzyka, jednak i ta transmisja została wkrótce przerwana i z rzeczonego głośnika zaczął się wydobywać nieprzyjemny szum, dość podobny do dźwięków dochodzących zza okien od paru dobrych godzin.
Względny charakter owych skupień na tym między innymi się zasadzał, że niektórzy domownicy pozostawali w pewnym, zewnętrznym bądź (chyba częściej) wewnętrznym oddaleniu od aparatury. Stella stała z boku paląc papierosa i licząc nerwowo (niezapalone jeszcze ) papierosy pozostałe w paczce, zerkała na zegarek; być może po to, by przekonać się, czy jeszcze funkcjonuje, być może z jakichś innych powodów. Co do Rica – nikt nie uznawał go za nieobecnego, co było by sprzeczne z faktami, przynajmniej jeśli chodzi o fizyczną nieobecność (co do innej, nikt być może nie ma w tym momencie kompetencji by się wypowiadać), jednakże jego figura stała się niesłychanie ulotna i domownicy (być może któryś udawał, chyba stracili głowę by go dobrze przyszpilić) jakby mniej niż zwykle o nim pamiętali. Owszem kręcił się też wokół odbiornika, jednocześnie migając swą postacią w zupełnie innych miejscach niczym dziwny miraż – fragmenty jego szarawego puloweru (który miał na sobie) wyłaniały się zza pralki, spod tapczanu, przez moment też widziano jego dłonie (i rękawy rzeczonego puloweru) jak kołysały się na samym żyrandolu.
 
Można było się obawiać, że dla dziadka, który od rana prawie nie przemówił (tylko parę zdań, jakże zwykłych i ludzkich, w swojej bezradności np. „trzeba coś nastawić, dowiedzieć się, co się dzieje” – potem nic, zgoła nic, cisza, cisza, cisza) nadeszły ostatnie jego dni. Święto Górnicze nie odbędzie się, kopalnia, której Dobru, a przynajmniej Z Której Wydobyciu, służył tyle lat, została zniszczona przez nikczemną eksplozję. Wszystkie zaszczyty, które miał uzyskać, a które zapewniałyby mu nieomal ustawowe prawo do śmierci spokojnej i pewnej podniosłości w owej śmierci obliczu zostały odwołane, zaś w kwestii kategoryczności tego odwołania władze legalne i władze nielegalne były całkowicie zgodne – nie odbędzie się żadna ceremonia, żaden Górnik Roku nie zasiądzie na złoconym tronie. Pozostać mu więc miał jedynie wewnętrzny bunt jego organizmu, bunt przeciw pohańbieniu, które go spotkało. Na odmowę prawa do zaszczytnej i powolnej śmierci, może odpowiedzieć tylko śmiercią nagłą, a jednocześnie cichą, milczącą, nieobecną:
 
Odkąd zamilkł zesztywniały na wózku inwalidzkim, w osłupieniu nie poruszał w ogóle kończynami, nic nie mówił, tylko powieki jakoś lekko drżały.
 
Jednak nadal żył.
 
W ogólnej krzątaninie mijano postać dziadka, nachylano się przy niej, zadawano różne zapytania (w odpowiedzi – cisza, cisza, cisza; pomijając równomierny oddech, który dawał – bezwzględne jak uznano- zapewnienie, że nie mamy do czynienia z umarłym), próbowano podać wodę (co napotkało na niemożliwy do przezwyciężenia opór pół-otwartych ust, które dalej nie chciały się rozewrzeć, choć też najwyraźniej nie decydowały się na całkowite zwarcie), zastanawiano się nad ewentualnym doborem odpowiednich lekarstw.
- To nic nie da – zauważył Józef przestępując z nogi na nogę, jakby uprawiał jakąś jemu tylko znaną odmianę stepowania.
- Ale może...-zapytał kobiecy głos, który mógł być głosem Teresy, bądź mateczki.
- Można mu spróbować podać witaminę C...ale nie wiem...
Z dwuznacznym skrępowaniem i pewnym osobliwym wyrzutem nachylali się nad skamieniałym Henrykiem. Tak jakby nie byli pewni (przynajmniej wśród nich był ktoś, kto nie był pewny), czy kieruje nimi troska o zdrowie i życie najstarszego z domowników, która w gruncie rzeczy jest najstotniejsza, a zewnętrzne, tajemne wydarzenia, niepokoją o tyle, że mogą się właśnie odbić na zdrowiu kogoś z nich, czy jednak troska ta nolens volens staje się pewną formą zajęcia, organizacji czasu, rytuałem, który pozwala odegnać poważniejsze i trudniejsze pytania o to, co w ogóle dookoła się dziele i czy mówić w tym mieście o życiu i o śmierci będzie w ogóle miało jeszcze jakiś sens.
 
Zastanawiano się, czy nie wyjść by zawołać pomoc. Józef jednak zauważył (głosem z zasady trzeźwym, bardzo gromkim, choć nie bez osobliwego rodzaju podniecenia, które było w nim dobrze wyczuwalne), że służby ratunkowe prawdopodobnie nie działają, a na zewnątrz może być bardzo niebezpiecznie. Przyjęto to z pewnym rozczarowaniem, ale też ze świadomością racjonalności streszczonej wyżej wypowiedzi. „Na razie nic się nie da zrobić, trzeba czekać, czekać, czekać”. Riposta Józefa (jeżeli chodzi o treść konstatacji) brzmiała dosyć przykro i bezradnie, a jednak została przyjęta z otuchą – spodziewano się po nim, że w tych trudnych chwilach zachowa zimną krew, pokieruje rodziną i – skoro pojawiły się pewne nadzieje, że tak jest (wypowiedź nt. witaminy C nie została być może dosłyszana)- zawierzono mu (aczkolwiek być może, jeżeli chodzi o niektórych nie bezwzględnie, ci niektórzy nie mieli jednak głowy do żadnej polemiki).
 
              Pierwszej zmarło się (młodszej przecież) mateczce. Wysłuchała transmisji radiowej i telewizyjnej, dopóki jeszcze trwały, zakrzątała się parę razy wobec dziadka, po czym cicho, cichutko położyła swoje rozłożyste ciało na kanapie i więcej już nie wstała. Sprawdzono oddech, sprawdzono bicie serca. Skonstatowano ich mroczną, niemą, nieobecność, która nawet dla osoby nie-medycznej była oczywista.
 
Sprawa była niełatwa, choć przynajmniej okoliczności (czy ich interpretacja, jak kto woli) wymuszały – choćby bardziej na złe, niż na dobre – prowizoryczne rozwiązanie: Należało czekać, aż sytuacja się znormalizuje i będzie dało się załatwić sprawę pochówku. Na polecenie Józefa dziadek został wywieziony do kuchni, tuż przed tym jak powzięto wątpliwość, czy mateczka żyje. Kuchnia została zamknięta, żeby nie dziadek nie wiedział, co się dzieje, o ile w ogóle mógł mieć jakąkolwiek świadomość.
 
„Należy robić, co należy do nas” zauważył Józef, gdy rodzina pogrążona była w westchnieniach i we łzach, które jednak miały znowu coś w sobie z podskórnego wyrzutu (u niektórych?). „Jakże bowiem śmierć nagle stała się normalna”, jakby w ciągu kilku godzin dostosowali się do – kompletnie niewyjaśnionej przecież – sytuacji, uznając ją za taką sytuachę, w której śmierć się tak po prostu przydarza, znacznie częściej częściej niż w innych okolicznościach tego świata, którym przecież też nie jest obce umieranie. Wprawdzie były pewne różnice między zebranymi: Teresa mocniej szlochała, lecz Stella, jakby uznała ze swej strony, że przecież są na wojnie i o ile była o to ostatnie nader niespokojna, to szybko uznała, że śmierć podczas wojny (choćby nie od kuli) nie może aż tak dziwić.
Stella gryzła się w język, wyrzucając sobie to dziwne częściowe przystosowanie do zaistniałej sytuacji. Co ona wie o wojnie? Nikt zresztą nie wiedział, czy to była wojna, choć raz czy drugi dobiegł z oddali dźwięk bezwzględnie przypominający wystrzały karabinów (bywa jednak tak, że i podczas pokoju broń palna jest w użyciu.)
Ledwie przyjechała ze stolicy, już została rzucona w nową i zupełnie nieprzewidzianą sytuację. Nie wiedziała co zrobić, chciała zapalić papierosa, lecz przecież nie wypadało kurzyć w nieodległej obecności zmarłej (znała lepiej zwyczaje niż niejaki Mersault –niejeden tzw. wykształciuch zauważyłby). Wdychając w myślach dym papierosa, który pozostał nie zapalony (żaden z tych, które miała w paczce), lustrowała swoje nogi, wyłaniające się z sukienki sięgającej do kolan, która nagle się stała (kolejna zmiana, w mgnieniu oka, w miejscu, które przecież z definicji pozostawało dla niej niezmienne i dlatego przez tyle lat dzieciństwa i młodości przed nim uciekała) dalece niestosowna. Nogi były cały czas te same – zgrabne, opalone- chciała dostrzec jakąś przemianę, nie w ich samym wyglądzie, lecz bardziej zachowaniu (np. drżenie), jednak zmiana okazała się pozorna.. „Co ze mną się dzieje?”. „Co w tym momencie czuję?” „Co tak naprawdę we mnie zmienia się?” Zadając sobie w sposób mniej bądź bardziej nieświadomy te pytania, wykonała ruch ręką, na w pół przypadkowy, dzięki któremu udało się jej stwierdzić, że całe policzki mokre są od łez. Myślała już, że na śmierć mateczki zareagowała bardzo skąpym płaczem (tak zresztą bywa w chwilach lęku), za to reszta ciała pogrążona jest w panice; sprawa zdawała przedstawiać się odwrotnie i to zaskoczenie, ta obfitość łez, które poczuła na twarzy, przyniosła krótką chwilę oczyszczenia. Oczyszczenie zawsze jest błogosławieństwem, lecz w przypadku wciąż młodej i nadzwyczaj ponętnej Stelli Herc, obok ogólnego charaktery owego błogosławieństwa, że tak się wyrazimy, dochodziły ponadto bardziej konkretne jego walory. Stan ten bowiem przynajmniej częściowo uwolnił naszą Stellę od zadawania sobie dalszych, niebezpiecznych pytań. Czego bowiem oczekiwała bystra blondyna Stella Herc, gdy poszukiwała w swoim ciele jakichś zmian adekwatnych do – wolno jej było tak to nazwać – nader dramatycznej sytuacji, jaka zaistniała wokół niej? Wizja ciała nie mniej pewnego, silnego i opanowanego porażała jakąś dziwną niemotą, stanowiła niebezpieczny dysonans między postrzeżeniem, że jest się tą samą, co niedawno, a tym, że otoczenie raczyło wypaść z formy i może tak się zdarzyć – skoro mowa o formach- że niektóre formy używania ciała, do których było usposobione i z którymi było mu dobrze, przestaną być możliwe, będzie natomiast trzeba je przyuczyć do całkiem winnych form – wymaganych nakazem czy to prywatnej moralności, czy tyrańskiej władzy, form, których wcześniej nie uważało się za szczególnie przydatne, ani pożądane, nie wyrobiło się więc w ich dziedzinie dostatecznej biegłości. Ale – z drugiej strony – gdyby ujrzała swoje ciało dramatycznie zmienione, oznaczałoby to, że ten układ materii, który ją tworzył bądź współtworzył i który ze słusznością co najmniej bliską bezwzględnej uważała za swój wielki atut, jest nadzwyczaj kruchy, że interwencja zewnętrzności o niepożądanym, jakby nie było, charakterze, może go poddać rychłej transformacji.
Top-modelka Stella miała więc wszelkie podstawy, by nie wiedzieć, jaką chciałaby siebie ujrzeć w tym czy innym lustrze zawieszonym w przestrzeni bardzo oddalonej (nie tylko pod względem odległości, co wskazuje, że mamy do czynienia z przestrzenią przeraźliwie szeroko rozumianą) od stołecznych blichtrów i pół-blichtrów, wśród których jej osoba nabrała pełnej formy, w przestrzeni wypełnionej ogólnym zidioceniem i współobecnością m.in. jednej martwej i jednej niezbyt żywej osoby, w przestrzeni, którą wypełniał elektryczny szum, w przestrzeni na której dalszym planie rozlegały się dźwięki przypominające wystrzały z broni maszynowej... Ta niewiedza mogłaby ją nawet doprowadzić do rozdarcia zbliżonego do tych, jakie ciągle przeżywał jej nieszczęsny ojciec, co było by zjawiskiem okrutnym i gorzej niż nieprawdopodobnym, dlatego jego zaistnienie okazało się być szczęśliwie wykluczone, a łzy spełniły ważną rolę katalizatora. Być może, by uniknąć najczarniejszej z grotesek, piękne kobiety (wraz z ich pięknem wewnętrznym, kiedy i w jego obrębie pojawia się dramatyczne splątanie) zawsze muszą być w chwilach tragedii oczyszczone, choćby za pomocą mniej albo bardziej strachliwego jęku albo szlochu (mniej albo bardziej wdzięcznego) – czy to nie jest względnie najmocniejszy dowód, że jednak jakaś forma opatrzności (choćby wielce kapryśnej i niekonsekwentnej) ukrywa się w tzw. Naturze?
 
- Będą bombardować? – spytał kogoś (jak wygląda ktoś? – to odwieczne imię, niemal równie pospolite jak Nikt) Rico, który wyłonił się z jakiegoś kąta, w którym wcześniej się zaczął, kąta nieodgadnionego i nieokreślonego (nie z takich kątów jednak, w które ucieka się z pospolitego rodzaju wystraszenia, być może prędzej – ale też nie do końca - takiego, w którym stoi się za karę).
- Zasłońcie okna – odpowiedział Józef. – Teresa, najbardziej może zrozpaczona, jako tako zebrała się do kupy zamierzając sumiennie wykonać wydane polecenie.
 
Józef pochylił się nad Mateczką, ucałował ją i dał znak, by przystąpić do przewidzianych zwyczajem ceremonii. A więc przejść trzeba było do poważniejszego, bardziej jednoznacznego rytuału, którego punktem odniesienia była – nie inaczej - śmierć.
 
Przebrano ją w czarną sukienkę, kanapę rozłożono na pół i ustawiono na środku jej pokoju. Okna zasłonięto ciemnymi firankami, które gdzieś się znalazły, chociaż nie bardzo pamiętali, kto i kiedy je nabył (czyżby ta domniemana Opatrzność, której resztki być może bytują gdzieś w Naturze, pełniła czasem rolę ironicznie uczynnego rekwizytora?). W dłoń włożyli różaniec i jakiś święty obrazek. U wezgłowia postanowiono zapalić świece, zwłaszcza że zrobiło się dość ciemno – firany zostały dokładnie zasunięte, a światło późnojesiennego dnia i tak było skąpe. Znaleziono jednak w domu tylko gromnicę skropioną święconą wodą z okazji święta Bożej Matki. Atoli poświęconej gromnicy brakowało knota i trudno było powiedzieć, w jakich okolicznościach go straciła; nikt nie miał zresztą głowy by wdawać się w spekulacje na ten temat.. Następnie w kuchni znaleziono jeszcze dwie małe niepozorne świeczki, z których jedna nie chciała się zapalić, jakby knot był zalany.
- Świece mam w bagażu – nie kłopoczcie się – rzucił na to Józef.
Istotnie – sięgnął do swej czarnej tajemniczej walizy i wydobył trzy solidne, piękne, długie na łokieć tłuste świece. Byli wdzięczni, choć trochę zaskoczyło wszystkich (albo by zaskoczyło, gdyby okoliczności pozwoliły im być w bardziej trzeźwym stanie), dlaczego Józef targał ze sobą świeczki ze Szwajcarii, w końcu odkąd władza ludowa przeszła do lamusa wyłączenia prądu nie zdarzały się, z wyjątkiem przejściowych awarii będących z reguły skutkiem nikczemnego działania osiedlowych wandali.
To istotnie mogło zaskakiwać. Przecież (mimo, że dyskrecja nie była obca Hercom, także części kobiecej, wchodziła jednak z opiekuńczością w dosyć trudne relacje, a jeszcze w grę wchodził trzeci człon, jakim była ciekawość) mogło się wydawać, że poprzedniego dnia (gdy sytuacja na zewnątrz była dość normalna i do zwykłych spraw można było mieć głowę) Mateczka przeglądnęła ukradkiem zawartość przedmiotowej walizki. A gdyby zobaczyła wówczas jakieś świece, zapewne to znalezisko stałoby się z jej strony przedmiotem wypowiedzi (w pytającej formie). Tak samo było dość tajemnicze, że Józef, który zmienił przecież jakość strojów, a przynajmniej cenę (to wprawdzie nie przez wszystkich zostało w odpowiednio szczegółowy sposób dostrzeżone, jednak samą zmianę na swój sposób spostrzegli), taszczy ze sobą tę samą walizę, którą miał przed laty. Z okuciami. Jakoś te okucia poprzedniego dnia nie były zbyt widoczne, a jednak w końcu w dziwny sposób objawiły się i lśniły, mocno lśniły, mimo że światło po zasunięciu firanek było raczej skąpe.
 
Józef od rana mówił podniesionym głosem, poruszał się szybko, energicznie, ale bez tej nerwowości, która zaskoczyła wszystkich w dniu przyjazdu. Być może był to tylko znak ustąpienia objawów choroby, która go drążyła. Cierpienie ciała czasem tak zamyka nawet odpornego człowieka w klatce jego wewnętrzności, w klatce podmiotowości, w której wszystko jest nieznośnym ja, w której człowiek odczuwa nie tyle ból, czy chorobę ale nieznośne i bezwzględne ciążenie, jakie wywołuje oczywistość skazania na bycie – cieleśnie i duchowo - tylko samym sobą, że kiedy cierpienie w końcu ustępuje, przychodzi wielka i bezwzględna ulga - choćby wszystko na zewnątrz się waliło, choćby to co na zewnątrz było w swej istocie bardziej niebezpieczne od przykrej, ale względnie mało niebezpiecznej choroby. Nie tylko o cielesnych cierpieniach i nie tylko o cierpieniach ściśle rozumianych da się to zresztą powiedzieć. Być może więc jedynie rozluźnienie ciała wywołało taką zmianę w zachowaniu Józefa. Lecz mogło też być tak, że odnalazł jednak w sobie poczucie odpowiedzialności, jakby wiedział, że nie czas na ponure żarty, że od jego spokoju, rozwagi i opanowania będzie zależało, czy rodzina jakoś pozbiera się do kupy w tej jakby nie było dramatycznej sytuacji. Być może przez to jakoś powrócił do normy, popędzany siłą woli, gnany poczuciem obowiązku, nawet jeżeli tak naprawdę nie ustąpiły jeszcze przypadłości, które go nękały.
- Zapalcie świece i pomódlcie się. Kiedy wrócicie, będę miał wam coś do zakomunikowania.
 
2.
 
Kiedy wrócili do salonu, gdzie Józef miał wygłosić (tak się spodziewali) jakąś przemowę umoralniającą, osłupieli
 
Rzeczony Józef Herc – z każdym z domowników spokrewniony bądź spowinowacony – stał na środku pokoju, z pistoletem maszynowym zarzuconym na ramię. Był obnażony od pasa w górę, w dłoni trzymał jakąś kartkę.
- Siadać, siadać…nie mamy wiele czasu.
Zasiedli, chociaż każde z nich otwierało usta w bardzo różnych grymasach; wszystkie jednak miały to ze sobą wspólnego, że żaden z nich nie wywodził się z rodziny tych grymasów, które się objawiają na twarzach istot ludzkich, kiedy świat dookoła wydaje się im w pełni zrozumiały. „Chociaż” swoją drogą to może nie najlepsze słowo, bowiem rozdziawienie ust w grymasie choćby nawet najbardziej upiornym i oszołomionym, nie musi – przynajmniej na poziomie bezpośredniej fizykalnej relacji – wykluczać zdolności przyjęcia pozy siedzącej; wielce to pedantyczne zastrzeżenie, niemniej je uczyńmy. Przyjęli pozę siedzącą, w każdym razie. Usta przez jakiś czas pozostały otwarte, w każdym razie. Najdłużej u Teresy. Pierwszy zamknął je Rico, który czuł, że przez w szczelinę, która się rozwarła pomiędzy jego wargami może się wkraść w każdej chwili coś straszliwego i nieistniejącego. Bardzo mocno ścisnął obie wargi. „A jednak jakaś szczelina zawsze pozostanie”.- pomyślał. „Jeżeli nie ma się powiek, to i gęby nie można nigdy zamknąć, zamknąć zamknięciem bezwzględnym, absolutnym”
- Wstać – nie mamy wiele czasu.
- O co, kurwa ci chodzi?- zapytała się Stella, nie miała jednak w sobie aż tyle animuszu, żeby mogła zachować tę formę gwałtownego protestu, zresztą wypadało się krępować ze słownictwem przy rodzinie. Te zdarzenia podwójnie zbiły ją z tropu – po pierwsze zamieszki, które odcięły całe miasto od świata (a w stolicy, która- jakby na to nie patrzeć - była częścią, tego co światem by nazwała, miała do załatwienia parę ważnych spraw). Po drugie, przemiana Józefa, którą zaobserwowała, stała się dla niej głównym punktem programu, choćby miała być tylko wyrafinowaną formą tzw. zabijania czasu: dzięki obserwacji brata ciotecznego mogło otworzyć się w jej głowie pole do bardziej złożonej analizy, która to analiza, tak jak dobra krzyżówka, przyspieszyć by mogła upływ godzin podczas tej wizyty, spowodowanej w jakimś stopniu nie do końca wygasłym (a może nawet względnie ożywionym, odkąd przestała być Stellą-uciekającą, a Stała się Stellą-urządzoną) poczuciem przywiązania do rodziny, w znacznie większym stopniu jednak obowiązkiem. A jednak takie analizy nie były jej stałym zajęciem (miała rację), no i materiał, który wkradł się w jej głowę, stał się stanowczo nazbyt zagmatwany, żeby jej doświadczenie podołało wyciągnięciu jakichś jasnych wniosków: Józef którego widziała półnagiego, z karabinem, był Józefem różnym (choćby jeśli chodzi o fason, to była przecież jej działka) nie tylko od tego, którego znała z dawnych lat, lecz i też od tego, którym wydawał jej się stawać poprzedniego wieczoru.
 
- Możecie siedzieć, ale niech ktoś przywiezie dziadka.
- O Boże drogi, Józku – Teresa kompletnie rozpłakała się.
 
Rozpłakała się, a jednak wykonała polecenie. Rico też miał ochotę zaszlochać, czując, że w tym ruchu (specyficzny to ruch, dodajmy mimochodem!) odnalazłby jakieś oderwanie od choćby tylko niektórych implikacji przybrania pozy siedzącej oraz od choćby tylko niektórych implikacji wynikających z tego, przed kim siedział, które to implikacje go zbyt go przerażały (m.in. podskórną ekscytacją, jaka się w tym przerażeniu zawierała), ale skoro zauważył, że małżonka wyprzedziła go refleksem, postanowił, że nie da losowi (albo bratankowi – bo być może to jego chytry plan) pretekstu do wymuszonego zjednoczenia z małżonką, tudzież dziadkiem w prowizoryczną i chwilową trójcę; osaczyły by go pewnie wtedy dodatkowe spekulacje tyczące się istoty troistości, której częścią by był – kolejne lęki i trwogi, które biorą się z tego, że obrazy wydają się czasem mieć jakieś głębsze dno, przy czym jego istnienie – dla pomnożenia niepokoju - nie jest nigdy całkiem dowiedzione. Stella oczekiwała na moment, w którym będzie mogła odrobinę bardziej precyzyjnie zbadać sytuację, w jakiej się znalazła, a przynajmniej gatunek jej szaleństwa (w badaniach takich spraw nie miała może największego z możliwych doświadczenia, miała jednak też swoje tajemnice).
Dziadek wjechał na wózku- niemy, nieruchomy, z lekko przechyloną głową (trochę tak jak Józef poprzedniego dnia), owinięty po drodze dodatkowym pledem, który Teresa po drodze gdzieś wyczarowała. Został ustawiony bezpośrednio przed obliczem Józefa. Przez chwilę Teresa się wahała, widząc, że kuzyn jest przecież uzbrojony, ale w końcu tym bardziej zdecydowała się na takie ustawienie, jakby Nestor miał być swego rodzaju religijnym szantażem, opromienioną aureolą żywą tarczą, która sprawi, że uzbrojony Samozwańczy Pan Domu o Zaciekłym Spojrzeniu, nie zrobi nic niegodziwego.
 
Józef stanął na baczność, reszta siedziała w milczeniu, ich usta stały się w końcu zaciśnięte – mocno, ale być może nie bezwzględnie.
Potem Józef znów wrócił do przedpokoju, wyciągnął z walizy płytę gramofonową i uruchomił stary adapter, nie używany od dwudziestu lat z okładem.
- Będzie walc? – spytał Rico mając na myśli „Poloneza wojskowego” Chopina, twórcy pochodzącego z kraju nie najmniej ze wszystkich sąsiedniego, który nad ranem nadało było radio informując o wprowadzeniu stanu wyjątkowego, puszczając go potem po każdym oficjalnym komunikacie na przemian z pierwszą częścią Trzeciej Beethovena i ostatnią Piątej Szostakowicza. „Zupełnie, jak za władzy ludowej – zauważył Rico i bardzo się ucieszył, że będzie stał na baczność, że będzie nieruchomo stał w rytmie walca, choć przecież wydaje się, że cieszyć go to wcale nie powinno, zwłaszcza że z epoką władzy ludu, która bardziej sprzyjała staniu na baczność niż obecne czasy miał swoje porachunki.).
 
Z głośników, przezwyciężając zawiesinę trzasków pełną parą buchnęła uwertura do „Carmen”.
 
 
„MANIFEST NOWOCZESNEGO WYWROTOWCA”
(Józef deklamuje)
 
1. Jakiej by nie przyjęły strategii politycznej dane frakcje zbrojne oraz inne grupy interesów i władzy, ich żałosne uczynki nie zanegują w żaden sposób owego Jedynego, co warte jest obalenia i ku czego obaleniu trzeba dążyć. Żaden komunizm, faszyzm, konserwatyzm czy inny liberalizm nie obalą skandalicznego prawa przyciągania ziemskiego. Wszystkie więc w swych amokach (amokach zazwyczaj podrzędnego gatunku) przeminą nie docierając przez chwilę nawet do sedna tego, co powinniśmy uznać za największy skandal.
Wszystkie dotychczasowe rewolty nie powiedziały więc niemal ani słowa z tego, co tak naprawdę warto by powiedzieć.
Nowoczesny wywrotowiec nie będzie protestował przeciwko systemom politycznym, lecz dla niego czymś najbardziej niemożliwym i ograniczającym będzie samo urządzenie świata – na poziomie fizycznym.
By rzecz doprecyzować chodzi o sam szkielet tego co fizyczne, nie o różnorakie jego zmysłowe atrybuty – zmienne, ulotne, możliwe do zanegowania (niekiedy negowano je z uporem zaiste godnym lepszej sprawy). Chodzi o samo istnienie przestrzeni, o samo istnienie kształtu, o samo istnienie przyspieszenia czy masy. O to wielkie, pierdolone, ciążenie.
2. Praw, z którymi mamy walczyć nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć. I tylko dlatego trzeba z nimi walczyć. Tylko taka walka jest niezbędna. I tylko dlatego ją wygramy.
3. Wszystko, co będziemy robić, by przezwyciężyć ten stan, będzie się sprowadzało do zabawy, tej jedynej czynności, która w życiu ludzkim jest nadmiarem, która nie ma wprost żadnego uzasadnienia.
Nasze ciała igrając będą tworzyć kolejne niewytłumaczalne konstelacje, będą nadawać sobie geometryczne porządki, o jakich nikt nie śnił, będą wchodzić w cyrkulacje, których pieprzona natura nie była w stanie przewidzieć, chociaż oczywiście – są jej szeroko rozumianą wywrotową częścią i z tego najbardziej sobie drwią -  i nie będzie w stanie zrozumieć, jeżeli oczywiście w ogóle Natura, ta potworna groteska, w której zawierają się teraz moje komicznie wykrzywione usta, posiada jakąkolwiek zdolność rozumienia.
4. Rewolucja zatem może być tylko parodią, przedrzeźnianiem bytu. Jeżeli więc będziemy zachowywać się zgodnie z rytmem Natury, czego czasem nie pozwolimy sobie odmówić w żadnej mierze, będziemy to robić, tylko po to by wydrwić a jednocześnie doprowadzić do szczytu każdy taki rytm, by bluźnić przeciw niemu najbardziej niegodziwym i najbardziej niedorzecznym bluźnierstwem.
Zabawa nasza, jak każda zabawa, pozostanie niewinna. Nie będzie to jednak zabawa przyjemna i bezkrwawa. Nie będzie niczego, czego byśmy nie musieli poświęcić dla najwyższej radości. Zniszczenie, grabież i śmierć nie są wyjściową koniecznością, wyjściową regułą naszej gry, lecz prawdopodobnie muszą się objawić – w przebiegu danej partii – jako jej niezbędne elementy. Przyjmujemy to bez drżenia, bez najmniejszego śladu jakiejkolwiek bojaźni (to może było nie do końca prawdziwe, a raczej może sam nie dorastał do swej roli, bo jednak lekko drżał, lecz być może drżał po prostu z entuzjazmu – przyp. aut.)
5. Nasza rewolucja będzie zatem brutalną i bezwzględną walką o prawo do komizmu. Totalnego komizmu, jedynego żywiołu, który wszystko czyni dużo bardziej niż boskim, który przywraca naturze szlachetną naturalność, przez jej wynaturzenie.
 
               Tajemnicza waliza okazała się być otwartą w krótkim czasie, za sprawą paru ruchów ciała, dość sprawnie i dość konwencjonalnie przez Nowoczesnego Wywrotowca wykonanych. Więc nie kryła w sobie żadnych dalszych tajemnic, przynajmniej tych nie widzialnych, bo od tajemnic ukrytych na powierzchni tego co widzialne, nie sposób nigdy tak do końca uciec.
 
 Leżały w niej karabiny maszynowe, rusznica, kilka maczet i paczki z amunicją. Jak ta waliza była w stanie je pomieścić? W każdym razie zdołała, a teraz leżała sobie całkiem pusta, bezużyteczna, w oczach się kurczyła, chociaż nie raczyła całkowicie zniknąć; nie raczyła dać więc zgromadzonym tego swoiście (czasem bardzo podstępnie, trzeba zauważyć) oczyszczającego obłąkania, które może wyniknąć z przeświadczenia, że to co właśnie się dzieje, jest iluzją i to potocznie rozumianą.
 
- Boże, Józiu, co ty?! Co ty, mój jedyny kochaneczku? – zaskomlała Teresa dość typowo przebłagalnym tonem.
- Wynoś się – krzyknął Józef do ciotki, po czym szarpnął ją za rękaw i zaczął wyciągać z mieszkania.
- Tak będzie lepiej dla ciebie…mamo - dodał czułym głosem, choć jednocześnie zaciskając wargi w sardonicznym uśmiechu, który może był w jakiś sposób powiązany z użyciem słowa „mama” – niewłaściwego przecież, jeżeli chodzi o, przynajmniej tradycyjne rozumiany, stopień pokrewieństwa, jaki go łączył z Teresą, a może miał wyłącznie jakieś inne powiązania - ze sferą, którą nie tak łatwo jest zwerbalizować.
- Tutaj nastała nowa rzeczywistość! Musisz się uczyć zapomnieć –dodał, gdy już stała za drzwiami (załamując ręce).
Na początku chciał zatrzasnąć drzwi za sobą, jednak potem się zmiarkował, być może choćby dlatego, że gwałtowne zasunięcie drzwi świadczyłoby o w ten czy inny sposób rozumianym strachu. Więc zamknął powoli, niemal delikatnie, jakby chwilami zatrzymując ruch w jego mikrosekwencjach. Teresa jeszcze chwilę skrobała, łkając przy tym cichutko, potem jednak najwidoczniej dała za wygraną i gdzieś sobie poszła.
 
- Matkę wyprowadził, patrz matkę wyprowadził – wybełkotał Rico, jednak nie do Stelli, ale raczej do siebie. - Matką nazwał. Nazwał matką, a jednak Matką Nazwaną wyprowadził. - Głos jego był nie tylko bełkotliwy, jak przed chwilą się rzekło, ale na dodatek dziwnie gulgoczący, a jednocześnie przeniknięty jakąś dziwną chrypą…Matkę wyprowadził – powtarzał dalej jak z taśmy tym swoim dziwnie odmienionym głosem, w którym dominowało poczucie głębokiego zdumienia (do tego pospolitego wprawdzie słowa można by sprowadzić syntezę wyżej przytoczonych określeń). Lecz zdumienie to kryło jednocześnie coś z radości badacza, który odkrył, że zdarzenie, w którego teoretyczną możliwość dawno zdążył zwątpić urzeczywistnia się na jego oczach. Było więc sporo lęku w tym zdumieniu, lecz niemało również infantylnej radości.
 
- Wariacie, co ty wyprawiasz z moją matką-!!! wykrzyknęła głośno Stella w stronę Józka. A ty, ćwoku, nie stój tak i nie mrucz, tylko zrób coś. Jakby nie było to twoja własna żona. O, kurwa, przecież on oszalał - to było ewidentnie skierowane pod adresem Józefa, szaleństwem Rica nie byłaby przecież w ogóle zaskoczona. No i właśnie – nie miała dość energii, żeby bronić matki przed atakiem szaleństwa, bowiem musiałaby liczyć na własnego ojca, jako na ostoję, źródło racjonalności, choćby względnej, a na to nie liczyła. Dodajmy, żeby dziewczę oczyścić z zarzutów, mniej albo bardziej belferskiej proweniencji (belfer to w ogóle żałosna, lecz niestety coraz bardziej zapoznana rzecz), łacina jaka płynęła z jej ust raz po raz, nie była u niej zwyczajna. Używała jej natomiast w różnych sytuacjach, kiedy chciała być wściekła w najbardziej prozaiczny sposób i chciała tę wściekłość zamanifestować. Wściekłość jest czasem bardzo dobrym wyjściem – o ile nie ułatwia zawsze zrozumienia (chociaż tak też może być, nie będziemy się dziwić, jeżeli tylko uchylimy okno i wpuścimy do środka Dusznego Pomieszczenia Różnych Sądów i Tez odrobinę najbardziej zaskakujących, a przy tym co najmniej względnie logicznych form relatywizmu), to pozwala uporządkować poczucie niezrozumiałości, nadać jej określony kierunek, uczynić zbyt gęstą i wręcz zbyt polifoniczną partyturę jednym, powtarzającym się dysonansem.
- Stul pysk suczko, bo zagrasz gorszą rolę, niż ci najpierw przeznaczyłem – odpowiedział Józef.
Kilka razy uderzyła go w policzek, to jednak świadczyło o odwadze albo desperacji – w końcu karabin posiadany przez ciotecznego brata mógł się okazać dla niej bardzo niebezpieczny. Zamierzył się, jakby miał jej oddać, jednak tego nie zrobił.
Krzyknął tylko „Baczność” – jakby w eter, jakby do nikogo (kim jest ów najbardziej ze wszystkich wszechobecny Nikt?!) choć Ricardo poczuł się tej komendy adresatem i wykonał ją z mniejszym zawahaniem niż w kilku wcześniejszych chwilach swego życia – tak mu się wydawało. 
A potem wolnym i dość stanowczym krokiem zaczął Józef postępować w jej stronę, po czym wziął ją za biodra i niezbyt mocno acz jeszcze bardziej stanowczo popychając zaczął ją w ten sposób prowadzić do sypialni. Na początku opierała się, kilka razy mocno zdzieliła go po łapach, zakrzyknęła „spierdalaj”, próbowała kopnąć (ta wściekłość nie potrafiła jednak cały czas sprowadzić mózgowego otępienia do jednego tylko akordu dzwoniącego w czaszce, Akordu Bezwzględnej Nienawiści i Czystego Protestu), jednak po chwili ustąpiła patrząc w jego oczy - zimne, obojętne, jakby nieobecne, a jednak przy tym stanowcze, pełne zdecydowania, chociaż nie do końca wiadomo na co. Miała wrażenie, że jest jakiś potężnym reżyserem, a ona aktoreczką, której protesty ignoruje wyprowadzając ją chwilowo poza plan. Znała takich silnych „reżyserów” zdarzeń ze swej branży, ale nie spotkała jeszcze nikogo tak charyzmatycznego.
 
Tym sposobem zdołał ją wprowadzić do sypialni Franka i zamknął ją tam na klucz.
 
Kiedy Stella została już umieszczona w ww. sypialni, Rico stał wciąż na rzeczoną baczność, jeżeli chodzi o rozstawienie, ustawienie oraz zestawienie jego nóg, jednak tułów był lekko przechylony do przodu, dłonie wyciągnięte w nieokreślonym kierunku, jakby rzucić się chciał na jakąś niewidoczną zdobycz. Być może, gdy córka krzyczała na niego wyrwał się, jakby dla zadośćuczynienia pewnej formalności, z postawy typowej dla baczności, zwrócił w stronę Józka, czyniąc początek serii ruchów, które – doprowadzone do końca, zmierzać mogłyby do obrony córki i obezwładnienia kuzyna. Jednak seria ta została zatrzymana w bardzo wstępnej jej fazie, stąd też Rico został zastany przez powracającego od drzwi sypialni Józka, w tej przedziwnej pozie, w której bardzo nieznacznie się poruszał (zasadą tego ruchu była drżączka), jakby jednak nie odstąpił od planu rzucenia się ku jakiemuś obiektowi, a tylko nie wiedział, jaki obiekt wybrać i czy ma być to obiekt widzialny, czy lepiej może niewidzialny. Oczywiście, składając hołd prozaiczności można rzecz, że Rico bał się trochę bratanka, gdyż prawdopodobnie uległby w fizycznej konfrontacji z Józefem, w którego wstąpiła jakaś dziwna siła, poza tym mógł z łatwością sięgnąć po broń palną, której Rico nigdy dotąd nie obsługiwał w swoim życiu. Można rzec by, że świadomość przewagi, tak fizycznej jak psychologicznej dodała Józefowi pewności siebie w postępowaniu z nieszczęśliwie zastygłym w dziwnej pozie stryjem, jednak chyba nawet nie uważał, że musi sobie w tej kwestii czegokolwiek dodawać.
 
- A ty co? Wyrównać postawę! Baczność, psie – krzyknął Józef do Ricarda .
Ten ostatni usłuchał - po krótkim wprawdzie zawahaniu, ledwie jednak rzeczone (kilkusekundowe) zawahanie ustąpiło, wyprostował się błyskawicznie, jakby doskonale obeznany był z wojskowym drylem (choć został uznany za niezdolnego do służby wojskowej swego czasu, zamieniono ją na prace społecznie użyteczne, a przynajmniej takie tzn. społeczne, użyteczne, a nawet użyteczne dla społeczeństwa z zasady miały być; po aferze z domem wojewódzkim został uznany za element potencjalnie wywrotowy), a na jego twarzy ukazało się coś z zadowolenia, coś wcześniej zupełnie u niego nieznanego.
 
- Mam zaszczekać? – spytał Rico bratanka – bo nic innego nie był w stanie ze swego gardła wydusić.
- Szczekaj, jeśli chcesz
- Hau, hau, hau. - Mam unieść łapy do góry?
- Na ramię broń! Krzyknął Józef.
 
Przez moment wydawało się, że z kuchni, do której znów wprowadzono nestora, rozległ się okrzyk bitewny – krótki i przeszywający, a następnie urywany fragment dawnej ułańskiej przyśpiewki. Kiedy jednak Józef zajrzał do środka, dziadek siedział zesztywniały, milczący, nie mrugając nawet powiekami, jednak ciągle żywy.
 
Zegar z kukułką wybił drugą godzinę po południu.
- Co dalej – spytał Rico.
- Idź i wojuj!
 
„Więc mam wyjść. Wyjść przez drzwi” – pomyślał Ricardo Leon Herc. To przynajmniej pewne rozwiązanie. „Wyjść, gdy się nie ma wyjścia… Tak jest jednak najłatwiej. Dlaczego dotąd tak rzadko się to przydarzało? Dlaczego drzwi służyły dotąd tylko po to, by przychodzić?”.
 
***
 
Ledwie Rico wyszedł, Józek odłożył karabin maszynowy i udał się do sypialni. Gdy otworzył drzwi, siostra cioteczna była wyjątkowo rozluźniona, jak na okoliczności, w których się znalazła. Leżała w ciemnych okularach na twarzy (tak mocno odbijały się kontrastem na tle jaśniejszej niż zwykle, pod wpływem lęku skóry, że zdawało się, iż nie tylko zakrywają oczy, ale także coś więcej – coś co nadawało jej tożsamość, coś, co czyniło jej domniemane wnętrze czymś rozpoznawalnym i indywidualnym), policzki były nieznacznie tylko załzawione. Wyraźnie próbowała się rozluźnić. Udała, że w ogóle go nie widzi i zaczęła gmerać coś przy radiu. Słychać było tylko szum, z którego w końcu po krótkim paśmie zgrzytów dobył się finał „Wielkiej Symfonii” Schuberta. To nie była „muza, którą ja kręciła”, ale dobre i to. Przynajmniej na jakimś kanale coś puszczają.
Józef stał nad nią i zachowywał spokój, lekko tylko dyrygując środkowym palcem prawej dłoni…
…i ta wizja wraz z gestami ją wyrażającymi – wizja Charyzmatycznego Reżysera - była konieczna, aby Stella Herc objęła tę całą szaloną rzeczywistość, jakiej nie spodziewała się odnaleźć w mieście swego dzieciństwa (rzecz jasna wierni jego mieszkańcy też jej nadejścia nie przewidywali). Co więcej to objęcie umożliwiało nawet odnalezienie, na początku gdzieś daleko w tle, potem coraz bliżej, jakiegoś konsonansu. Z tej dziwnej łamigłówki wychodziło koniec końców wyłącznie jedno rozwiązanie. Poddać się – tak brzmiało jego miano. Nie mogła liczyć na ojca, Matka Teresa została przepędzona; nie mogła liczyć też na własne zrozumienie tego co się dzieje. 2 postaci: martwą i sparaliżowaną, chociaż były obecne gdzieś za ścianą, także wyrzuciła z pamięci, a może raczej, by nie uogólniać, z tych jej zakamarków, w których nagromadziła percepcje być może stosunkowo najbardziej użyteczne dla wyrobienia sobie własnego pojęcia o tym, co się dzieje; obecność trupów (przynajmniej na pierwszym etapie procesu pojmowania) byłaby w tym całym zamieszaniu silnym, jeżeli nawet pośrednim argumentem na rzecz paraliżującej niezrozumiałości. Histeria u Stelli Herc nie wchodziła w grę – mądrość jej ciała była na to w fatalny sposób nazbyt wielka. Skoro więc niezrozumiałość, w szczególności w jej gwałtownych formach, była wykluczona, a prowizoryczne choćby zrozumienie sprawy za pomocą własnych umiejętności wydawało się ostatecznie niemożliwe, mimo ww. pragmatycznych selekcji różnych faktów (kwestia nie tyle intelektu, co mimo wszystko zbyt silnych i odmiennych nawyków), jedyną możliwością wydawało się…
Tak, owa Stella Herc widziała już rozliczne sceny i scenerie tego świata. Widziała różne światła, co więcej – odbijała się w nich, przenikała przez nie. Wielu rozmaitych rzeczy od niej wymagano, wielu rzeczy, które nosiły wspólne –zarazem bure i szumne- miano niezrozumiałości.
I czasem pośród tego zamętu przychodził Charyzmatyczny Instruktor do owej Stelli Herc, mówił, żeby przez moment nie błyskać w jej oczy fleszem aparatu, co czyniono niekiedy bez żadnego umiaru. W tym czasie przekonywał ją, że najbardziej zagmatwane kaligramy, melizmaty, tudzież arabeski, jakie miała wykonać sama sobą bądź przynajmniej jakąś (na ogół dość pokaźną) częścią siebie, nierzadko wśród przestrzeni maksymalnie surowej, przestrzeni jakby doszczętnie obnażonej kartki, na której każdy zapisany znak znika jak w dziecinnej zabawce z dawnych lat zwanej znikopisem, (a przecież ma niby chodzić o jego utrwalenie)– przestaną dla niej być problemem, jeśli tylko uwierzy, że jedyne, czego się wymaga od jej aktorskiej gry, to wykonać zadanie.
„Rób, co teraz, rób jeszcze chwilę, jeszcze trochę wytrzymaj..”
 – cięcie, klaps i potem znowu powtórka....
 
Stella prędzej czy później dochodziła do wniosku (i wniosek ten odczuwała całym swoim ciałem), ze nie warto protestować przed obliczem Charyzmatycznego Instruktora (tego czy tamtego, czasem nosił siwe włosy zawiązane w kitę i ogromny wachlarz, czasem sukienkę quasi-męską etc, etc, etc.) i to nie tylko dlatego, że ciażyły na niej zobowiązania tego czy innego charakteru (czasem wyrażone w formie czynności majątkowej prawa cywilnego). Ale z powodów bardziej ogólnych, „metafizycznych” można by powiedzieć używając tego słowa – miejmy taką nadzieję - po raz pierwszy i ostatni w niniejszej opowieści. Tak – można tak powiedzieć – jeżeli metafizyką (względnie prawidłowo) nazwiemy to, co najdalej poza ciało wykracza, chociaż zawsze się w głębi ciała (i tam tylko) mieści.
 
O ile było czasem było się do końca na swój sposób niepewną, o ile bywało się spiętą, wycieńczoną, to jednak w efekcie pojawiał się jeden wielki blask, wrażenie wykonania spełnionego dzieła. Wrażenie migotliwe, nadludzko łaskoczące.
 
Tu oczywiście zadanie było specyficzne. Wyjątkowo szalone, a przy tym dość banalne, jak to zgadywała. Przynajmniej co do gatunku było to zadanie często spotykane:
 
Majtki zeszły łatwo w śmieszny sposób, jak jakiś przedmiot lewitujący w stanie nieważkości, przez chwilę tylko zamotały się dookoła kostek. Mocno uścisnął dłonią jej wzgórek łonowy. Włosy na cipce miała ładnie wygolone w pasek, w dotyku łączyły aksamitną miękkość, z poczuciem błogiej szorstkości. Gdy schodził dłonią niżej, na początku opierała się, lecz potem uznała to za całkiem bezowocne. Zrobiła się wilgotna, wargi nabrzmiały i zsiniały, łechtaczka uwydatniła się przemieniając w bardzo twardy puncik. Głęboko wsadził dłoń w jej dziurę, delektował się morelowym miękiszem.
Sama zerwała z niego spodnie. „Jeśli taki jesteś, rozpakuję cię” – powiedziała, a kutas jego wzbił się (pod niebiosa), choć już wcześniej był wzbity i to bardziej niż względnie. Kiedy już był nagi i klęczał tuż nad nią najpierw mocno ścisnęła palcami jego uda, wpijając się w nie paznokciami, tak mocno, że kilka z nich najzwyczajniej połamało się. Ktoś mógłby uznać, że zachciała w ten sposób zniechęcić jego ciało do dalszego ujarzmiania jej, sama jednak nie była raczej całkowicie pewna, czy ma być to atak czy namiętna pieszczota, a Józefowi, który najwyraźniej tych dwóch stanów nie rozgraniczał, uścisk jej sprawił niewymowną błogość.
 
Ustąpiła. Nie miała przecież innego rozwiązania, niż ucieczkę w to, co wydaje się zdrożne i szalone, w tych a nie innych (tzn. bratersko-przyrodnich, czasowych, moralnych, przestrzennych, rodzinnych i siostrzano-przyrodnich– wyliczmy alfabetycznie, dla mglistej choćby precyzji) okolicznościach, a co jednak ma nad każdym innym rozwiązaniem tę konkretną przewagę, że owa ucieczka na swej dziwnej trasie oferuje do wygodnej dyspozycji uciekinierów ciało (podwojone: własne oraz cudze – przynajmniej w punkcie wyjścia) wraz z jego rozmaitymi zdolnościami.
 
Zaczęła potem zachowywać się, jak w pełni zmysłowa, rozbudzona kobieta (czy mogło być inaczej), którą upojny widok męskich silnych ud i mięsistego członka, kierującego się w stronę jej miednicy, doprowadza do szału (czy mógł nie doprowadzać). Zaczęła ślinić go i pieścić, wędrowała swą oszalałą twarzą, wraz z należącymi do tej twarzy nosem, wargami, uszami (nasłuchiwała) i rzęsami, pomiędzy jego nogami -od kolan w górę i od podbrzusza w dół; nie było fałdu skóry, nie było włosa, którego by nie chciała cała sobą pochłonąć. Adorowała jego jądra i członek, adorowała kępy jego ciemnych włosów, adorowała szczelinę między jego pośladkami. (nasłuchiwała jak mruczy to i owo spomiędzy jego ust, z głębi jego nasienia).
 
Nie mógł sobie pozowlić, by nie zacząć pierwszy, mimo wszystko. Wymknął się i rozłożył jej nogi. Poświecił w jej szczelinę nocną lampką, tę samą która nie wiedzieć czemu wcześniej nie chciała się zapalić, a która jednak zapaliła się, mimo problemów z dostawami prądu (czyżby Rico-Elektryk okazał się niewidzialną ręką, pomyślałaby Stella, gdyby jakieś myśli przyszły jej do głowy, byłyby to swoja drogą w tamtej chwili całkiem zbędne myśli, niezależnie od obiektywnej złożoności tematu).
 Drżąc w ogłupiałym stuporze patrzył przez nią jak przez oko, które służy, by zobaczyć to, co niewidzialne, a poza czym przecież nie istnieje żaden inny przedmiot głębokiego wpatrywanie się.
 
Wpełzł potem swoim przyrządem w ową niewidzialność, żeby rozbić ją, wyślizgać się w owej niewidzialności jak należy, popychać ją swoim owłosionym podbrzuszem. Czuł jak jej uda, początkowo miękkie coraz bardziej zaciskają się. Ten ulotny moment, w którym miękkość i ciepłota jebanego ciała, nie ustępując przez chwilę, dobywa z głębi mięśni coraz większe napięcie nieomal doprowadził do przedwczesnego wydzielenia spermy. Stella już na wstępie szczytowała, a jednak nie poddała się.
 
W ciągu jednej godziny super-seksu każde z nich się spuściło co najmniej osiemdziesiąt razy. Lampa wielokrotnie uderzyła o ścianę całkowicie rozpryskując się poczynając od żarówki, aż po tekturowy abażur, który płonął w milczeniu cały czas.
 
- Mój Kiziaczku!
- Mój Misiaczku!
 
Szeptali cicho, szeptali drobinę piszcząco, pomiędzy rzeczonymi osiemdziesięcioma orgazmami, kiedy na początku każdego z owych pomiędzy, rytmem dosyć luźnym i powolnym, kołysali się w sobie, po to żeby postępując z czasem coraz to bardziej gwałtownymi krokami znów doprowadzić swój teatr aż do kulminacji palącej wszystkie nocne lampy, sceny i proscenia. Kiziali i miziali, piszczeli i szeptali pogrążając się w morzu bezprzytomnej żądzy.
 
Dopiero potem przyszedł czas na antrakty, w których srom oraz kutas pozostały względnie wykluczone. Tymi antraktami mogli sobie świetnie powetować wcześniejszy dużo bardziej niż względny niedosyt wstępnej gry. Jednym z nich była klasyczna gierka w języczki. Śmieszna, bo właśnie dopiero w tym momencie, już po długim złączeniu, wraz z jego osiemdziesięcioma kulminacjami, odnaleźli swe twarze. Odnaleźli je jakby były całkiem im obcymi zwierzakami zanurzonymi w miękko łaskoczącym świecie.
Nie wiedzieli kim są, stali się tylko parą pieszczących siebie twarzyczek które jednocześnie stały się im całkowicie obce, w cudownie infantylny sposób- poznawali je jako przestrzeń niezgłębionej w swej głębi i coraz miększej miękkości, wśród której pieszczoty traciły swoją cielesność stając się łaskoczącym wspomnieniem ni to dzieciństwa, ni to (własnego, bądź obcego) umierania, ni to jakichś lęków. Ślina wśród której (kolejny raz oddajmy głos poecinom, ci w pewnych sprawach często maja rację) kryło się parę gorzkich kropel dokonanej śmierci, zalewała wszystko pośród ogólnego języko-ocierania.
Nie wahałbym się pomiędzy Kizi-Mizi a światem, powiedziałby pewien M, gdyby przydarzyła mu się osobliwa przygoda obserwować ich.
 
Przymknęła powieki kilka razy, pocałował je.
 
Potem dłuższy czas leżeli koło siebie. Obejmowali się, gładzili okrężnymi ruchami, jakby ich nigdy całkiem proste drogi obejmowały wędrówkę pomiędzy dwiema z pozoru innymi krainami. Jedna z nich roztaczała się tuż nad brzegiem morza- gdzie rozbitek powracający po latach długiej wyprawy do czegoś, co wydawało mu się, że może nazwać domem, odnalazł posąg –nagi i uśpiony, którego doskonałość proporcji (ustanawiającą się z każdym ruchem dłoni) kontempluje, podczas gdy szum fal, ten z którego przybył i który go osacza, przynosi w sobie współobecność śmierci i obcości ukrytą za parawanem iluzorycznych, niewidzialnych ścian. Druga kraina brała się z głębi samych fal, które znienacka i gwałtownie zalewały scenę, wzbierając coraz większym ciepłem, aż gdzieś spomiędzy nich wyłoniła się daleka niedosiężna gwiazda, która w okamgnieniu ogarnęła cały chłód posągu zalewając go światłem wilgotnym i parzącym,
 
Słowański, porno-poecino, środkowo-europejski poszukiwaczu gorących krain i mórz, a między nimi gwiazdek i gwiazdeczek –en avant! Powiedz na dodatek, że nad łóżkiem, w gruncie rzeczy zbyt wąskim, żeby dać pełen komfort spoczynku dwóm dorodnym ciałom (aczkolwiek rozłączyć się w stopniu całkowitym jako tako się dało) unosił się szum morza.
 
Tak, szum morza unosił się nad wszystkim. Obezwładniał ich pustką tego co było dookoła nich, a co w końcu trwało cały czas pełne czy to bolesnych czy to dziwacznie anarchicznych zdarzeń, obezwładniał hipnotycznym gorącem wewnętrznego światła, poczuciem, że zmęczone dłonie ustanawiają niewyobrażalną wręcz doskonałość ciała, które ogarniają dotykiem; ciała, które jest już obcym ciałem w niemniejszym stopniu niż własne.
 
Przerwali to obezwładnienie jak należy – przechodząc za pomocą swoich wprawnych dłoni do ku ruchom bardziej drapiąco-łaskoczącym, a niekiedy kującym, ku różnym organicznie żródłowo, wybuchowo śmiesznym kizi mizi.
 
Ożywili się dosyć, by rozpocząć sprośną pogawędkę.
 
- Śmiesznie musiał sterczeć ci ten twój długi kutas, spod twojego garnituru, no wiesz wtedy, kiedy zachowywałeś się jak student politechniki. Stawał wtedy ci?
- Pewnie - odparł.
- Ale wtedy, kiedy bawiłeś się w tamtą organizację czy ty wtedy z kimś...
- Jebałem wtedy diabła – odpowiedział Józef. A jak ci się podoba moja bryka?
-No, lubimy przecież misiu dobre samochody.
- Jestem kanibalem dobrych samochodów. Wyjadam z nich silniki, no i dzięki temu. No widzisz, jaki ze mnie super-dżolo-manolo.
- Lubisz robić krzywdę.
- A nie podoba ci się to ujeżdżanie twojej cipy wszystkimi alfa-romeo, porsche, maybachami. Dużo tego zjadłem. Przecież Szwajcaria, w końcu kraj bogaty.
- I teraz będziesz robić wrum...
- Wrum..
- Weźmiemy trochę Preparatu.
- Dawaj.
- Przygotuję pompkę. Będzie małe kuj, kuj.
- Wrum
- Moje małe Kizi
- Moje słodkie Mizi.
- Działa już preparat?
- Wrum…
- A na ciebie?
- Bum, wrum
 
No i rzeczone kizi mizi, przy większym albo mniejszym błogosławieństwie preparatu, znów ich zachęciło do dokazywania.
- A może w dupcię, kochanie – zapytał Józef Herc pięknej i doświadczonej blondi Stelli Herc.
 
Dupcia odpowiedziała wypięciem pierwsza klasa.
 
Setnie się bawili. Lekko chichotali, lekko drżeli. Tyłek był przestrzenią zdecydowanie podatną na najbardziej niezobowiązujące z możliwych ocieractwo. Tyłek Stelli Herc nie był owym tyłkiem zgrabnej a jednocześnie delikatnej dziewczyny, której dziewczęcość, właśnie z tej tylniej perspektywy, u swojego szczytu mieszała się wyraźnie z czystym chłopięctwem, co dawać może parze, bądź przynajmniej jednej jej połowie rozkosz zabawy w rozmaite inwersje płciowych upodobań. Był tyłkiem bardzo masywnym, chociaż kształtnym i nadzwyczaj cielesnym. Był bardzo bezpieczną równowagą dla nadmiernej poetyczności waginy wraz z jej przyległościami. Jeżeli czegoś żałował Józef Herc, to może tylko tego, że nie posiada drugiego kutasa, którym mógłby fedrować – jeden byłby do cipy, drugi byłby do dupy (oczywiście ustaliwszy te czy inne kadencje swego urzędowania wymieniałyby się zaszczytnymi rolami). Tak czy inaczej, tym kutasem, którym dysponował, Józef Herc zbliżał się ku jałowej przypadkowości materii, która go jednak bardzo podniecała. Józef Jebaka i Jebiąca Stella grali na bardzo ogranym fantazmacie zostawiania życia w ciemnej, niejako kopalnianej przestrzeni, w której żadne życie nie może się zagnieździć. Ograna nie ograna, sadowska nie sadowska była ta mentalno-instynktowa podbudowa dla wielce solidnego, klasycznego analu – w każdym sprawiała dużą frajdę. Rozpoczęli zabawę w „schowam to tak głęboko jak się tylko da”, w „przewiercę się przez wszystkie twoje zakamarki, przez całą twoją dziecinną zabawę w chowanego, przez twoje wszystkie pierścionki Arabelli ukryte tak głęboko, że może być tam tylko lęk, rozrywający chichot, wielkie au i wielkie bum-bum-ba”.
Stella, rzecz jasna nie myślała nic. Poczuła wielki tunel wewnątrz siebie, tunel, który prowadził nie wiadomo gdzie, tunel który stał się promieniejący, rozwarty, elektryzujący przez to właśnie, że czymś został wypełniony.
 
Wypełnienie to stało się w końcu aż tak wszechpotężne, że poczuła pustkę, którą mogła wypełnić tylko swoim krzykiem, silnym skurczem palców, wciąż nieodmiennie mocno polakierowanych.
 
Leżeli obok siebie, raz po raz ssali sobie tylko genitalia, jakby z czystej przekory, albowiem były już zbyt mocno oszołomione przez te wszystkie ich wzajemne wycieczki. Ich ekstaza rozpływała się w sposób pozbawiony skądinąd najbardziej pospolitej z możliwych tragedii tego świata (tragizm ten był pusty i zarazem błogi, jeśli był), pozornie zwyciężona tymi wszystkimi falami większych i mniejszych kulminacji. Zapalili w końcu papierosa, czyniąc zadość kolejnemu z banalnych, a jednak (w tych ułamkach chwil, gdy dym mocno gryzie, a ciało znajdujące się nieopodal dymu mocno się rozpręża), prawie niewysławialnych rytuałów.
 
Pomiędzy jednym a drugi rozprężeniem spowodowanym inhalacją toksycznego dymu, Stella Herc zapytała tonem damy mocno fatalnej, w której głosie mechaniczna, a jednocześnie w kurewski sposób zachrypła beznamiętność miesza się z dystansem przepełnionej melancholią kontemplacji:
 
- Powiedz, czy też znasz te miejsca? Czy też byłeś tam?
 
W odpowiedzi złapał ja za cipę. Odwzajemniła powolnym, zapamiętałym lecz nadzwyczaj głębokim włożeniem swojej dłoni w jego otwór dupny.
 
Po czym zwiesili swoje głowy, pozwolili nabrzmieć ciężarowi swych czaszek, tak żeby zaczął się wylewać niespiesznymi, słodkawymi kroplami spod przymkniętych powiek.
 
Rzekomoć się miało ku końcowi. W pewnym momencie poczuła jednak (miała w tym poczuciu absolutną rację), obywając się bez wzroku ani bez dotyku (coś nie coś zapach tylko naprowadzał ją), że jego kutas znów wzbił się i oczekuje w naprężeniu niczym człowiek napęczniały konaniem, który czeka, aż ktoś lub coś go zagarnie. Więc i ona musiała  go zagarnąć, żeby ich wyzwolić od tej śmierci, która przecież czaiła się dookoła i zastąpić ją ich własną, odwracalną śmiercią…Skądś dobiegły jakieś dziwne odgłosy, gdzieś w oddali znów dało się usłyszeć serie z karabinu. Wkrótce po tym jego pała jeszcze bardziej się wzniosła, aż po same niebo, reagując donośnym dźwiękiem ni to ciężko głuchym, ni to względnie skowyczącym. Jej pizda głośno mlasnęła w szczerej odpowiedzi. 
 
Więc dosiadła go. Wykonując okrężne ruchy miednicą dookoła członka, zachowując wciąż cudownie rytmiczną, wręcz dostojną powtarzalność ruchów, mnożyła w sobie zwiastuny napierającego orgazmu, widząc dużo bardziej niż w pół przymkniętymi oczami jak jej mocne ciało odbija się w gigantycznych, choć z pozoru niewidzialnych lustrach; odbija się i odbija, odbijająco uderzając jednocześnie w jego biodra. W tych lustrach widziała cały porno-teatr…teraz łączyła się w swych odbiciach z obrazami, które kiedyś jakieś gryzipiórki w bardziej albo mniej słusznych intuicjach wymyślały, nazywając ich cieleśnie odczuwalną nieuchwytność imionami różnorakich boginek powstających z mórz i z rozbitych głów, imionami różnych Kalipso, Circe, Zoe, Fanny Hill tudzież innych Gang-Bangiń i Big-Bangiń.
Bo w ogóle trzeba może zbyt wąskiego dla dwóch osób łóżka zamkniętego w nagich (nie licząc odwiecznie gigantycznych niewidzialnych luster) ścianach ukrytego w zakamarkach podrzędnej, podmiejskiej kamienicy pokoju; trzeba być może mocnego lakieru do włosów i paznokci, kilku pieprznych słów, już to o genitaliach (które ma się i których, bogu dzięki, się używa) ,już to o towarach luksusowych (które ma się, które prawie się ma, które się przejadło, bądź które chce się mieć), żeby wszystkie prawdy Erosa, których doszukiwali się jebacy, asceci i poeci pozwoliły się urzeczywistnić, odbić w owych mitycznych burdelowych zwierciadłach, które nigdy nie kłamią, żeby mogły odczuć w podbrzuszu jednym wielkim maksymalnie radosno-łaskoczącym bumtarata.
Myśl tyle pokrętna i banalna, co z takich, które wcielone odpowiednio w ciało, potrafią sprawić, żeby z pizd i kutasów wykwintnych porno-amantów to co pociec ma, pociekło w sporawej obfitości, wśród rozmaitych ni to wybuchów, ni to wstrząsów, nie najmniej radosnych. 
 
Bredził coś o bombach spadających z nieba, o gwiazdach, o gorących gwiazdach, które muszą spaść wewnątrz muszli klozetowej ku zadowoleniu srającego tyłka, o dojrzałych owocach otoczonych cierniami, które ranią opiumowo nieprzytomne ciało przynosząc jego poranionym, rozedrganym szczątkom niewymowną błogość. Czy tak się właśnie robi rewolucje – czy tak się je robi dla zabawy?
 
W końcu opadła na niego, przelewając się przez jego klatkę piersiową falą mokrych włosów, jednocząc swoją pierś z jego piersią, zlewając je w wielkie czerwonawe źródło, które rozmigotało i wstrząsnęło nimi.
 
Leżeli potem w pół śnie, nie mogąc uciec od siebie, bo żadne rozdzielenie, żadne odwrócenie plecami, nie mogłoby ich uśpić, każąc im bezustannie patrzeć w otępieniu, na to, co może być ukryte w obrazie dookolnej, lekko szeleszczącej ciemności. Spletli więc swoje uda, spletli więc swoje dłonie, spletli więc swoje tułowie, spletli więc swoje szyje etc. odnajdując samych siebie w ciele drugiej osoby, tak jednak, że to „siebie” przemieniało się w dopełnioną ofiarę z ich dawnego ciała, którego w końcu się wyzbyli.
 
***
 
A nieszczęsny Rico błąkał się po swojej względnie najbliższej okolicy z karabinem gotowym do wystrzału, nie zważając na to, iż nie był pewien tego, jak go użyć właściwie (przeciw komu?, w jakich okolicznościach? – to również były pytania dalece mniej oczywiste, niż by się mogło wydawać). Ale dlatego właśnie trzeba mu było zachować gotowość do użycia broni. Skoro treść jest trudna i niepewna, należy oddać się ćwiczeniu samej formy. Czasem bywa tak. Czasem nie może być inaczej.
Niejednemu, spośród tych unhappy few, którzy mieli okazję się zapoznać z życiorysem Ricardo Leona Herca, a przynajmniej z jego niektórymi zmaganiami, może wydać się, że Dąbrowa Robotnicza była oczywistym celem jego zbrojnej eskapady. Zamiast w stronę Dąbrowy poszedł jednak w kierunku osiedla na Łabędziej – owej jego własnej nieszczęsnej ojcowizny. Dlaczego tam się udał? Wizja marszu na Dąbrowę (zwłaszcza, że nakaz tego działania wyczuwał w poleceniu Józefa, choć może źle zinterpretował jego treść - zarazem pustą, skrótową i niezwykle wieloznaczną) wciąż migotała na horyzoncie jego myśli jako główne zadanie. A jednak nie był w stanie tego zrobić. Popadł w stan wielkiego przewleczenia. Co kierowało Ricardem w tych momentach- jakie impulsy, jakie siły, jakie motywacje? Być może po prostu to, że jakkolwiek, jak nigdy wcześniej w życiu, pod wpływem przybrania formy osoby uzbrojonej działał niczym, automat (ten automatyzm był oczywiście stosunkowo względny)- to jednak wizja wyprawy do Dąbrowy niezmiennie przerastała go swoją skalą. W pewnym sensie fakt, że dzierżył karabin maszynowy, tym bardziej pogłębiał poczucie niedostępności, choć przecież był to sprzęt przeznaczony do obrony/ataku, czyli – mówiąc z pozoru tylko bardziej abstrakcyjnie- do przekraczania różnorodnych granic. O ile wcześniej miał nieodparte przeświadczenie, że wobec bloków Osiedla im. Edisona jest nieskończenie mały, to idąc z karabinem wewnętrznie ujrzał swą figurę jako potężną, monumentalną, przytłaczającą poruczonym zadaniem samą siebie. Tak, nawet ciężar karabinu, do którego nie był nawykły (rzadko robił ciężkie sprawunki, nie gimnastykował się- przynajmniej nie w klasycznym sensie tego słowa- a również dawna praca elektryka zasadniczo nie obejmowała noszenia znaczniejszego sprzętu), zamiast pomniejszać jego ciało, dodawał wrażenia gęstości, ciężkości i metaliczności. To jednak wcale go nie pocieszało. Poczucie bycia maluczkim, chociaż może zniechęcać przed podjęciem co bardziej odważnych ekskursji, może dać jednocześnie wrażenie, że łatwo się jest prześlizgnąć, ukryć w jakiejś niszy, pozostać niezauważalnym (niestety Ricowi swego czasu nie było dane go zaznać). Natomiast wrażenie wielkości (w sensie geometrycznym) jeszcze bardziej może demobilizować, jeżeli towarzyszy mu poczucie nienaturalności z powodu rozdęcia własnej figury.
A poza tym – tak po prostu „po ludzku” (czy można tu użyć wyrazu „racjonalnie”?) – usłyszawszy pewne huki, wysłuchawszy, póki to było możliwe, komunikatów przez radio, chciał się zorientować, jaką skalę osiągnęły niepokoje oraz czy i jak bardzo nastrój rewolty udzielił się jego pobratymcom. Może teraz, w huku strzałów, w pyle i w oparach totalnego zniszczenia (co prawda nie widział naocznie oznak tych procesów - osiedle było takie jak wcześniej, tylko jeszcze dużo bardziej wymarłe) będzie mógł się zjednoczyć w buncie z którymś z ziomków, a niemal już – musiał przyznać to- zapoznał tę pokusę. 
 
Ledwie chwilę przeszedł, na horyzoncie ukazały się dwie osoby. Pierwszy typ był wysoki, mocno zbudowany, ze smolistym wąsem, który to wąs nosił nad ustami (takich kwestii jak lokalizacja wąsa na twarzy- jak widać wojna nie zmieniła- jego własny skądinąd również był na miejscu). Drugi był bez wąsa, w ogóle gładko na twarzy ogolony, gruby jak beka, ostrzyżony na łyso i jeszcze wyższy od drugiego. Typ z wąsem niósł kanister z benzyną. Grubas szedł trzymając w prawej dłoni coś na kształt maczety, na jego twarzy znać było silną zaciętość, jednak wędrówka szybkim marszem, jaki narzucił wąsaty jego kompan sprawiła, ze dostał najwyraźniej dosyć silnej zadyszki, rozmyślając być może jednocześnie o pieczonych gołąbkach i ich cudnej morfinicznej krainie.
 
Ich drogi -nie wiadomo, kto do tego bardziej dążył (tu już mógł zadziałać bliski bezwzględnemu automatyzm)- Rico czy para osobników- szybko się przecięły.
- Stać! Kontrola - krzyknął Rico – sam nie wiedząc jakim cudem udało mu się takie słowa wykrzyczeć, tylko myśl, czy to aby właściwa zachęta do zbratania przez chwilę przemknęła mu przez głowę, jednak rychło pierzchła zostawiając na pobojowisku ogólne osłupienie.
Dwaj jegomoście (o dziwo?) zatrzymali się, przy czym nie byli do końca pewni intencji zatrzymującego, tego, kto zacz oraz jak mają się zachować. Nie dobrze – teraz on musiał działać.
 
- Swojaki?- spytał Rico nie potrafiąc pohamować drżenia górnej wargi, co jednak nie zostało raczej odnotowane.
- Swojaki! – odpowiedział wąsaty słysząc znajomy mu akcent mieszkańców Miasta Górniczego; grubas schował się za plecami, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Z Łabędzia?
- Nie, Rzeźnicza – po sąsiedzku.
- Ty wiesz co – dodał wąsacz do Rica po tym jak przez chwilę przyjrzał mu się bacznie. Myśmy przecież na jednym zakładzie robili.
Padli sobie w ramiona. Rico wprawdzie był spięty i trochę karabin mu przeszkadzał. A jednak dokonało się.
- Ja jestem Fredzik, jeśli mnie pamiętasz. A ten – wąsacz wskazał na grubasa – Juby –na kopalni robił, dobry chłopak, też nienawidzi dąbrowskiego ścierwa. Jedno wielkie, kurwa mać oszustwo, od początku świata. Koła spadły właśnie do ligi okręgowej a jebane Młoty wciąż grają w ekstraklasie.
- Aha. – (jak różne bywają motywacje do walki, pomyślał sobie Ricardo, a może raczej – jak różnych słów się używa na to samo)
- A co teraz? – nie wiedział o co ma się zapytać.
- A no teraz nic – wąsacz się roześmiał. Teraz – tak jak dawniej - znowu lata się z narzędziami po terenie – zaśmiał się i pokazał na kanister z benzyną.
- Pod kim służycie? – spytał Rico. Ja tutaj na Łabędziu jestem porucznikiem.- Sam nie wiedział, jak się na to odważył i dlaczego porucznik, a nie ranga wyżej albo niżej (jak to się miało do człowieka, którego spotkał onegdaj w pewnym miejscu – skromność, asekuracja?) - Być może – czasem już tak miał – samo słowo  po prostu przypadło mu do gustu.
- My to niby nie – wyjąkał jakoś grubas…Wąsaczowi też zabrakło pary – nie chcieli widać się przyznać przed oficerem (mniej albo bardziej domniemanych) wojsk rewolucyjnych, że samowolnie wyszli z bronią, a w każdym razie z czymś, co w ich założeniu miało funkcję broni i że nie należeli do żadnego oddziału.
- Biorę was pod komendę – powiedział Rico, na moment odkrywając w sobie jakąś cząstkę z duszy swojego bratanka, przywołując w sobie chwilę, kiedy poprzedniego w jego pokoju niemal zetknęli się ze sobą stojąc jeden i drugi przy sławetnym oknie, tuż po tamtym niesławnym incydencie (lecz w jakiej strefie Ricarda nastąpiło ww. przywołanie? – być może w ogóle nie w mózgu, być może raczej w kilku ścięgnach, bądź w jakiejś przypadkowej kości?).
 
 
 
                  W ten to sposób, Rico sam chyba do końca tego nie chcąc, został dowódcą Batalionu. Posuwali się naprzód. A w każdym razie posuwali się gdzieś. Co do kierunku – no właśnie – tu trzeba było wydać jakiś rozkaz. Pierwsza logiczna komenda, jaka od razu przychodziła na myśl brzmiała – „Na Dąbrowę!”. W ekipie miał wszelkie podstawy czuć się raźniej, chociaż być może rola dowódcy mogła w jakimś tam stopniu onieśmielać…w grupie można czasem pomniejszyć swoją wielkość, w grupie można czasem powiększyć swoją małość…Ale tak się nie stało - coś stanęło mu w gardle, zanim zdążył wymówić dziwne słowo „Dąbrowa”. A więc znów się wahał…O ile pewne słowa, nie wiedzieć czemu przypadały mu do gustu, to inne zwykł wymawiać z dużym trudem i czasem przed ich wypowiedzeniem rejterował; niekiedy pomagała ironia, ale wcale to nie była łatwa rzecz. Zarządził więc najpierw zwiad i przeszukanie terenu. Skądinąd było to od strony taktycznej prawidłowe, być może każdy oficer, gdyby po raz pierwszy znalazł się w tak dziwacznej sytuacji, że miałby objąć komendę nad nieznanym mu dwuosobowym batalionem i to w dodatku już na (choćby domniemanym) polu walki, zarządziłby najpierw jakieś działania zwiadowcze, np. w celu wybadania zdolności swoich podkomendnych, natomiast nie przystąpiłby od razu do natarcia. Nieznane były siły zgromadzone w Dąbrowie i nawet opanowanie jakiegoś granicznego przyczółka na osiedlu Edisona mogło by być niełatwym zadaniem. A więc Rico zachował się w sposób być może względnie przynajmniej odpowiadający zachowaniu prawdziwego i doświadczonego w boju oficera, choć (najprawdopodobniej) za grosz nie miał takich intencji.
 
Ledwie przeszli parę metrów przesmykiem między wypalonymi budynkami dawnych magazynów, których stan nie był skutkiem niepokojów bieżącego dnia, lecz jakiegoś pożaru sprzed dwudziestu lat, ich oczom ukazał się nader dziwny widok:
Pod osmaloną ścianą stały dwie postaci męskiej płci, z nogami w rozkroku charakterystycznym dla człowieczych samców oddających się czynności usuwania z dróg moczowych produktów przemiany materii. Niedaleko stały puste flaszki po piwie. Stali tak, szczali i przestać szczać nie mogli, co wskazywało na to, że piw wypili znacznie więcej niż po jednej butelce. Scena owa nie dziwiłaby, gdyby nie fakt, że rzeczone postacie – obydwie jasnowłose, jedna trochę wyższa, druga trochę niższa, by zachować w tym opisie trochę względnej precyzji - ubrane były w mundury armii republikańskiej; epolety wskazywały na rangę odpowiednio szeregowca (niższy) i ) kaprala (wyższy). U ich stóp leżały karabiny.
 
- Ręce– krzyknął Rico. – Ręce w górę – dodał głosem nieco cichszym, względnie bliskim szeptu.
Żołnierze odwrócili się osłupieni (mocno, choć może nie najbardziej jak się da), zdążywszy zapiąć rozporki (młodszy rangą niestety przy okazji potroszę obszczał się) i w mgnieniu oka doszli do wniosku, że trudno o lepsze rozwiązanie niż spełnienie rozkazu samozwańczego porucznika (o którego randze, co prawda, nie wiedzieli).
- Dąbrowiaki? – spytał Ricardo Leon Herc z szokującą (zwłaszcza jego samego) śmiałością.
Nie odpowiedzieli.
- Dąbrowiaki? zapytał Rico ponownie, już nieco bardziej nieśmiało, z dodatkowym znakiem zapytania skierowanym ku niemu samemu, ale nadal tak, że jeszcze kilka dni temu bardzo by się przeraził słysząc ze swoich własnych ust podobnie dobitne zapytanie.
- Nie - powiedział szeregowy rangą, trzęsący się chłopaczek – szarpany za ramię przez Fredzika.
 
Był z dość dalekiej prowincji, położonej w okolicy wybrzeża, służył dopiero pierwszy miesiąc w wojsku- to przynajmniej dało się zrozumieć z jego całkowicie bełkotliwej mowy. Ricowi przez moment przypomniał się on sam, tak jego młodość, jak i jego własna tu obecność, lecz powodowany ciekawością dochodzenia szczęśliwie stłumił w sobie to niebezpieczne wrażenie.
 
- Pociągiem was przywieźli? – spytał po średniej, jeśli chodzi o czas trwania, chwili zawieszenia, Rico. - I co – jak podobała się wycieczka? Warto było tak daleko jechać? A na bilet normalny was zawieźli, czy na kredytowy?
 
Rico mówił tonem bardzo poważnym, wręcz jakby litościwym, trudno było do końca zrozumieć, jakie ma intencje. Fredzik i Juby wybuchli gromkim śmiechem, niezależnie od jakichś głębszych intencji ukrytych na dnie dziwnych pytań Rica, które mogły im być co najmniej względnie obce.
Rico podszedł bliżej i zaczął wpatrywać się w szeregowego. Ten trząsł się, lecz hardo stał na baczność. Rico obejrzał z bliska jego nie tak mało postawną, zupełnie harmonijną sylwetkę oraz twarz zahukanego dziecka, prawie zapłakaną. Niemal dotknął nosa, przybliżył twarz, jakby zapragnął obwąchiwać piegi, których poborowy miał na prawym policzku więcej niż pod dostatkiem (na lewym były niemal nieobecne). Zachowywał się jak rasowy obserwator, który z ostrożnością lustruje nieznany wcześniej mu obiekt; jakby zobaczył inny gatunek człowieka, o którym wcześniej tylko słyszał, że gdzieś podobno występuje, a teraz obserwując go nie bardzo wiedział, czym się bardziej dziwić – podobieństwem czy różnicami w stosunku do innych ludzi, których znał, w tym i jego samego. Fredzik i Juby trochę się zmieszali.
- Co robimy, szefie – spytał Fredzik – Proponuję, co by ich shajcować. Skąd by nie przyleźli, to łachudry.
- A skąd ty jesteś dokładnie, jebany wybrzeżaku? – rzucił gromkim tonem rzeczony Fredzik do szeregowego.
- Pierdolony Śledź – odpowiedział parokrotnie już wymieniony Fredzik, po tym jak została podana nazwa miejscowości; była to wprawdzie miejscowość bardziej pomorska niż nadmorska, a jednak przedmiotowy śledź widniał w herbie tamtejszego klubu sportowego, więc w tym sensie owa względna nieścisłość, nie była w pierwszej kolejności błędem fredzikowym.
- Czekaj, czekaj - rzucił, jakby do szeregowego, „porucznik” Ricardo Leon Herc – po czym zaciął się, bo nad czymś wyraźnie się zamyślił.
 
- A ty co? – najwyraźniej pozwoliwszy dowódcy jeszcze chwilę pozacinać się wewnątrz samego siebie (i być może mając ambicję przejęcia jego roli) spytał Fredzik drugiego, możniejszego posturą i względnie wyższego rangą żołdaka, który stał cały czas sztywno z rękoma podniesionymi do góry i (na twarzy) nader powściągliwą mimiką.
 
- Ja z Dąbrowy – odrzekł całkiem hardo.
- Oż ty, kurwa – to już wyrok na siebie wydałeś – zakrzyknął Fredzik donośnie.
- Róbcie, kurwa co chcecie. Zabijcie mnie, a ja i tak was pierdolę.
- Ukatrupimy go, szefie? Skoro sam się prosi?– spytał Juby Ricarda. Do tego drugiego to może jeszcze potrafiłbym nic nie mieć. Chociaż Śledzie to smrody. Co nie, szefie?
 
Słysząc oświadczenie żołnierza Rico popadł jednak w dziwne odrętwienie, a pytanie, które po chwili wyszło z jego ust, niosło w sobie prawdziwą obsesję redundancji.
- Z Dąbrowy jesteś? Z Dąbrowy?? – wycedził owe podwójne zapytanie spomiędzy dość silnie zaciśniętych warg. Z Dąbrowy??? – rzekł. Z Dąbrowy – powiedział jeszcze raz i ogromnie rozchichotał się, było jednocześnie coś nieledwie grobowego w tym chichocie; przez chwilę (bardzo krótką wprawdzie, lecz nie znaczy, że dla niego samego niezauważalną) cicho sobie załkał. A skąd jesteś z Dąbrowy?
- Z Edisona. Sąsiedzi, kurwa, nie? – było w tej butnej odpowiedzi coś oczywiście zgryźliwego, chociaż dało się wyczuć i trochę desperacji.
- Padnij, psie przed dowódcą – krzyknął Fredzik – uznawszy, że trzeba wyjaśnić tę dziwną sytuacją wydaniem rozkazu (czy to zamiast dowódcy, czy z domniemanego jego umocowania), żeby pokazać zatrzymanemu bardziej jednoznacznie, o co chodzi. Śmiech Rica był dla niego wielce zagadkowy, zakładał jednak „optymistycznie”, że jest to tylko sadystyczny śmiech kata, przed zbliżającą się nieodwołalnie egzekucją. Tak, patrząc z zewnątrz było w tym śmiechu coś bardzo okrutnego, jakby miał być torturą dla pojmanych żołnierzy, choć był również, a może przede wszystkim torturą, dla samego Rica.
Żołnierz padł posłusznie.
Jednak Rico zachował się w sposób, który wyraźnie zaszokował dwójkę jego podkomendnych, zwłaszcza rzeczonego Fredzika. Rzucił się niemal na kolana. – po czym zaczął pełzać na czworakach dookoła jeńca, aż wreszcie dobrał się do jego butów- ciężkich, skórzanych, wysokich i błyszczących, choć nie oficerskich. Zdjął mu je i zaczął oglądać, jakby chciał się upewnić czy naprawdę do czynienia ma z butami, z butami służącymi ludzkiego rodu istocie. Włożył ręce do środka, po czym zaczął przyrównywać jeden z drugim, sprawdzać czy są równych rozmiarów, identycznej barwy... Uśmiechał się zaciskając zęby, a jednocześnie wzrok jego był mocno przerażony. Drżał cały z podniecenia i lęku. Poźniej, zostawiwszy buty w spokoju, zaczął wodzić po mundurze dąbrowszczaka, iskać go, macać, gładzić, zgniatać w fałdy, zaglądać do kieszonek.
- Jeden zbędny ruch, ty dąbrowski psie – a zastrzelę – krzyknął Fredzik gromko i zacięcie, tłumacząc sobie zachowanie dowódcy chęcią dokonania szczegółowej rewizji osobistej.
- Weź Juby – obszukaj tego drugiego. Padnij, Śledziu ruchany! – dorzucił Fredzik po chwili. Pomorski szeregowy zastosował się posłusznie do rozkazu. Juby przystąpił do rewizji, a Fredzik wycofał się na takie pozycje, żeby jakby co wszystkich mieć na muszce. Juby przystąpił do rewizji, za bardzo nie wiedząc, jak do tego się zabrać. Jego tłusta twarz wyrażała zafrapowanie poważnego kalibru. Zaczął klasycznie, tak jak podpatrzył wcześniej u kilku policjantów. Nie był jednak do końca pewny, czy ta procedura jest wystarczająca przy przeszukaniu dokonywanym przez Wojsko w czasie Wojny (odbył obowiązkową służbę wojskową, przebębnił i przepierdział całe dwa lata, jak kazały przepisy Ludowej Republiki jednak nikogo podczas tej służby nie poddawał rewizji). Zapatrzył się więc na dowódcę i podobnie jak Rico zaczął osobę przeszukiwanego podskrobywać i drapać; ugniatał jego mundur w różnorodne fałdy, opukiwał guziki.
- Hm powiedział Rico, kiedy podniósł się wreszcie – jest wojna – jeżeli byli by to szpiedzy należałoby ich rozstrzelać – powiedział Rico nie potrafiąc opanować drżenia, które wciąż wstrząsało jego ciałem. Mówił jednak dość płynnie, mimo że zawroty głowy, które go dopadły ledwie podniósł się z ziemi były bardziej niż stosunkowo okrutne- tak jakby czworonożny zwierz po raz pierwszy wydobył się z przytulnych, choć niepokojących mroków jamy, by stanąć na dwóch łapach pod sklepieniem rażącego blasku. W przypadku Rica ta domniemana jama, w której wcześniej pełzał, była bardziej niepokojąca niż przytulna, a jej mrok był przeraźliwie klarowny, jednak opisane wrażenie go dopadło – wydawało mu się, że żar i ostre promienie słonecznego światła biją w jego głowę, choć pogoda była prawie mroźna i pochmurna (na chwilę jednak faktycznie rozjaśniło się)
- Dokładnie – zauważył Fredzik pełen entuzjazmu.
- Ale jednak do końca nie wiemy, czy to szpiedzy – A jeżeli naszych też złapali? Złapaliście naszych?
- Odpowiadać! – krzyknął Frelek gardłowo.
- Nie, my dopiero tutaj pierwszy dzień – odpowiedział pomorski szeregowy.
- Bierzemy ich jako jeńców, jeżeli złapią kamratów z naszej okolicy albo jeżeli nas gdzieś osaczą – będą zakładnikami – powiedział Rico Herc i przestraszył się sam swej decyzji, która jedynie oddalała go od chwili, w której być może trzeba będzie podjąć paraliżujące jego świadomość rozwiązanie, a za to niosła ze sobą wiele dalszych problemów. Sam fakt, że wypowiedział wyżej przytoczone zdanie tonem bardzo pewnym siebie, składnie i klarownie, był również oznaką niepokoju, świadectwem oddzielenia od własnego ja.
Jednocześnie jednak nie mógł Rico nie uznać, że w jakimś (mniej albo bardziej osobliwym) sensie, wydanie tego rozkazu było najważniejszą rzeczą, jaką dotąd zrobił w swoim życiu.
- Jeńcy? – zapytał Fredzik lekko niezadowolony – nie chciał jednak nadal podważać zdania dowódcy, chociaż zdążył już postawić w swojej głowie szereg różnych hipotez nie najbardziej korzystnych dla Pana Porucznika (było tak nie tylko pomimo tego, że niewiele czasu upłynęło, odkąd Rico przejął dowództwo batalionu lecz również mimo tego, że głowie fredzikowej dość nieczęsto przydarzało się stawiać hipotezy). - Ale gdzie ich weźmiemy?- dorzucił Fredzik po chwili.
- Niechaj pójdą przodem – odpowiedział Rico. Znam niezły barak. To będzie przyczółek do szturmu na Dąbrowę – Rico tutaj wykazał się refleksem, który zaskoczyłby go (a pewnie i przytłoczył), gdyby nie to, że znów sprawnie zadziałał automatyzm. - Ledwie mu przyszło coś do głowy, od razu podjął decyzję.
Miał na myśli parterową budę, która w dawnych czasach była jakimś magazynem; co tam magazynowano, tej okoliczności nie dokładnie nie pamiętał (jak również nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej posiadał adekwatną wiedzę na temat procesów magazynowania jakie odbywały się drzewiej w ww. budowli). Znajdowała się dokładnie między Łabędzią, a osiedlem Edisona, ale trochę z boku, tak że wyglądając ze swojego okna, mógł tylko zobaczyć jej niewielki skrawek i to tylko jeżeli maksymalnie wysunął i przekrzywił głowę w jej stronę.
Budowla była strefą niczyją – jedyną strefą niczyją w okolicy, w zasadzie mógł to samo powiedzieć o polu oddzielającym jego kamienicę od bloków osiedla Edisona, tam jednak wyraźnie przebiegała jakaś linia- choćby nie była bezwzględnie materialna. A linię w poprzek budynku trudno było mu sobie wyobrazić, więc należało założyć, iż budynek musiał być po czyjejś stronie – nie można jednak było tego rozstrzygnąć jednoznacznie. Z jednej strony był wysunięty wyraźnie w stronę Dąbrowy (bliżej bloków – jakże fascynująca, a zarazem niebezpieczna była perspektywa zajęcia tego miejsca!). Jednocześnie jednak jego stan – pozostawiający od lat wiele do życzenia i fakt, że budynek był opustoszały -wskazywał bardziej na klimaty Łabędziej. Tę ostatnią hipotezę potwierdzałby fakt, że między budą a kamienicami na Łabędziej znaleźć można było fragmenty murów jakichś innych budowli, co mogłoby wskazywać, że kiedyś Osiedle Łabędzia rozciągało się dalej, a przedmiotowa buda była ostatnim jego przyczółkiem, wchodząc być może w skład większego nieco kompleksu zabudowań. To samo w sobie konstytuowałoby doskonały cel dla pierwszej operacji zbrojnej –odbić dawne ziemie bezprawnie zagrabione przez Dąbrowę jego ojcowiźnie! Wprawdzie dowodem zagrabienia mogło być tylko powstanie optycznego wrażenia, że buda leży bliżej Dąbrowy, a kiedyś (gdy miała domniemanych towarzyszy w postaci innych bud bądź też zabudowań) stanowiła fragment Łabędziej, był to jednak jedyny dowód, na jakim można oprzeć argumentację na rzecz jej przynależności do starego osiedla, stąd nie należy go w żadnym wypadku lekceważyć. Były wszakże inne fakty, które nie w pełni przemawiały po stronie tej wykładni. Zacznijmy od budulca, z którego wzniesiono omawianą budę. Nie była to naturalnie wielka płyta, ani duże szare pustaki, które charakteryzowały zabudowania Osiedla Edisona, a jednak drobnej cegle o trudnej do bliższego określenia szaroburej barwie sporo też brakowało do rudawej (w czasach świetności, później owa rudość mocno poczerniała) cegły, która charakteryzowała budynki na Łabędziej. Poza tym buda od niepamiętnych czasów była okolona płotem z drewna, podczas gdy na Łabędziu płoty były żelazne, zardzewiałe (od niepamiętnych czasów).
Rico, który z dzieciństwa nie pamiętał już nic poza pustym obiektem, kilkakrotnie próbował dopytać się dziadka, co kiedyś się znajdowało w przedmiotowej budowli i jakie było przeznaczenie baraku, ten jednak nie pamiętał i w ogóle lekceważąco podszedł do powagi tematu. Rico wszakże liczył, że czasem zdarza się wśród starców, iż w miarę postępów ich starości i rozwoju demencji jeżeli chodzi o zdarzenia sprzed niedawna, poprawia się pamięć długoterminowa w odniesieniu do bardzo różnych szczegółów, w tym i takich, które nigdy nie były w pod żadnym względem istotne. Nie doczekał się jednak, przynajmniej jak na razie, i prawdopodobnie nie doczeka się w ogóle, odpowiedzi od dziadka. Miał zamiar zapytać Józefa, w okresie gdy obydwaj (choć na różny sposób, jak zostało to w swoim czasie wspomniane) zaangażowali się w Ruchu Ochrony Lohengrina, a jednak w końcu nie zapytał (nie mógł też przewidzieć, że ta buda stanie się aż tak ważna w jego świadomości). A sam Józef nigdy nic na ten temat nie mówił, chociaż podawał ciągle jakieś daty z bardzo odległej przeszłości - takie których sam dziadek nie pamiętał albo których wręcz w ogóle nie mógł nigdy znać. 
W związku z tym sprawa pozostała wciąż nierozstrzygnięta. A z tą budą – może byłby to jakiś pretekst, przynajmniej wewnętrzny pretekst dla niego, żeby się udać do strasznego bratanka, bo już coś w nim irracjonalnie gnało w tamtą stronę. Na razie jednak musi jakoś zostać…
 
- Poszła przodem hołota- krzyknął Fredzik.
A więc szli – dwaj jeńcy z rękoma złożonymi na kark, a za nimi eskorta w postaci trzech żołnierzy samozwańczej armii z karabinami gotowymi do strzału.
 
***
 
Rozlokowali się. Fredzik i Juby popychali jeńców lufami dopiero co im zabranych karabinów w stronę ciemnej ściany, tak żeby ich rozlokować jak najdalej od wyjścia, odcinając drogę ucieczki. Fredzik przyświecając sobie zapalniczką (światło było wątłe, a jednak umiarkowanie dalekie od żadnego) przystąpił do opukiwania tylnej ściany budynku, żeby sprawdzić, czy przypadkiem w starej i dość wątłej ścianie, nie znajduje się jakaś potencjalna słabość (cegły łatwe do wywalenia za pomocą kopniaka i inne różnorodne usterki), która umożliwiłaby ucieczkę zatrzymanym. Co znaczy, że rzeczony Fredzik wykazywał daleko posuniętą przezorność i choć w dotychczasowej praktyce pokojowych lat (praktyce zawodowej i nie tylko) dowiódł tego co najwyżej względnie, w czasach wojny okazał się być znakomitym i przezornym organizatorem, jako że i tak jeńcy byli pod strażą, na muszkach i bez broni. Po jakimś czasie najwyraźniej Fredzik racjonalnie uznał (sąd ten mógł być oparty na całkiem silnych podstawach, choć słabe światło – ono często jest winne- mogło utrudniać wyjaśnienie do końca solidności ww. ściany), że cegły mocno się trzymają i westchnąwszy rzeczowo zaniechał dalszych badań po około kwadransie.
Rico był pod wrażeniem tego opukiwania, choćby charakter i przyczyny rzeczonego wrażenia, były nieco odmienne od tych, które mogłyby kierować jakąś inną istotą odnoszącą się z szacunkiem do działań Fredzikowych.
 
Rychło nastał zmierzch, a nadal nie wiadomo było co z jeńcami. Rozpalono ognisko, żeby było wiadomo, co się dzieje z więźniami, no i żeby ogrzać się nieco. Lecz, z drugiej strony, należało odpowiednio podtrzymywać ogień, żeby się nie rozprzestrzenił za bardzo po budynku, ani, żeby nie dał na zewnątrz zbyt mocnego sygnału. Tę sprawę nadzorował Juby, z niezłym, jak może się wydawać, powodzeniem.
- Może by, szefie skołować jakiś łańcuch? – zapytał Fredzik Dowódcy – w formie, jak powiedziano właśnie pytającej, nie naruszającej zasad żołnierskiej podległości, choć w zapytaniu Fredzika dało się znaleźć coś obojętnego, wręcz nawet wzgardliwego, tak jakby miał zamiar i tak wykonać swój pomysł, choćby nie został wyraźnie potwierdzony przez dowodzącego.
No i nie został wyraźnie potwierdzony, zwłaszcza jeśli rozumieć przez tego rodzaju potwierdzenie dostatecznie jasny komunikat o werbalno-fonetycznym charakterze. Rico mruknął coś, co mogło być odczytane jako wyraz co najmniej względnej aprobaty (choć owe mruknięcie mogło być również uznane za buczenie – czy przyporządkowanie dźwiękowi, który wydał dowódca tej czy innej nazwy, zmieniało coś w kwestii uznania jego przesłania za aprobujące wobec planów Fredzika? – rzecz to bardzo złożona). Owemu dźwiękowi towarzyszyło też kiwnięcie podbródkiem, mocne, nerwowe, jak gwałtowny wstrząs, w którym również automatyzm odgrywał pewną rolę. Ten gest mógłby Fredzik odczytać jako dodatkowe potwierdzenie propozycji dotyczącej łańcucha (mimo pewnych wątpliwości jakie mógłby rodzić w postronnym obserwatorze np. właśnie automatyzm gestu), lecz trudno powiedzieć czy odczytał tak, bowiem Ricardo Leon Herc kiedy gest ów wykonał (kiedy coś w nim go wykonało?) znalazł się w części budy stosunkowo słabo oświetlonej przez płomienie. W każdym razie Fredzik zinterpretował zachowanie dowódcy jako przynajmniej brak wyraźnego sprzeciwu.
 
I po chwili łańcuch został przyniesiony. Rico nie mógł wyjść z podziwu. To nawet nie było dla niego czarodziejstwo, był raczej generalnie osłupiony tym, jak się toczy ten świat i jakkolwiek te wydarzenia (wszystko dzieje się, jakby z pudełka wyskakiwał na sprężynie jakiś trefniś wykonany z blachy!) były z takich, które niektórzy (na ogół naiwni albo szarlatani) próbowali tłumaczyć czarną magią, jemu zdawały się przerażająco racjonalne. A łańcuch się wydłużał, im bardziej Fredzik go rozwijał, co już naprawdę zadziwiło Rica – łańcuch był też ciężki, masywny – przez ogniwa dałoby się prawie przełożyć dłoń, do tego zardzewiały (to mogło doskonale wytłumaczyć znalezienie go niedaleko szopy- być może pochodził jeszcze z czasów, kiedy miała ona jakieś przeznaczenie), a przecież Fredzik nie wydawał się być przytłoczony ciężarem w żadnym sensie –obiekt wydawał się mały, kiedy wniósł go do budy – jakim więc prawidłem osiągnął w krótkim czasie rozmiar co najmniej pięciu metrów?
Jak jednak powiedziano – Rico Herc nie wierzył w (przynajmniej w klasycznie rozumiane) czary-mary. Rico Herc zakładał, że wszystko, co się dzieje jest w pełni racjonalne, że zegar tego świata bije może rytmem osobliwym, a jednak na swój sposób cyklicznym, uregulowanym przez jakąś możną rękę. I właśnie obłęd tego, co jawiło się rozumne i nieuniknione, nieprzystawalność tego -tak względem percepcji ciała, jak i względem umysłu- najbardziej przerażały go. („Jak to jest z tym rozumem? Jak to jest z tym ciałem? Czy On by mi to wyjaśnił – pomyślał Rico i zadrżał myśląc o tym Onym, którym mu zlecił ową szaloną eskapadę. Ale przecież nigdy, nigdy On mi niczego nie wyjaśnił… Czy to tylko dlatego, że nie umiałem się odpowiednio zapytać?”)
 Fredzik, dochodząc być może do wniosku, że milczenie porucznika po raz kolejny uznać trzeba za przejaw jego milczącej akceptacji (skoro wcześniejsza, domniemana akceptacja nie została w żaden sposób odwołana) wobec poczynań podkomendnego, a nawet jako pewien dokument pełnomocnictwa upoważniającego go do czynności związanych z używaniem pozyskanego sprzętu żelaznego, przystąpił do czynności krępowania zakładników za pomocą rzeczonego łańcucha. Rico stał u wejścia do budy, które od ściany, przy której kazano zlec zakładnikom, oddzielały płomienie ogniska, dość nierównomiernie wznoszące się i opadające. Nie był w stanie dostrzec, a każdym razie nie obserwował z maksymalną uwagą procedury owego krępowania. Słychać było różne brzdęki i szczęki. Wydawało się, że łańcuch (prawdopodobnie oderwany fragment większej części) nie znajduje umocowania w ciele zakładników, jak również prawdopodobnie żadnego solidnego punktu w ścianie budynku, do którego można by go przykuć. Na logikę więc skucie w kajdany powinno być tylko pozorne, raczej dało się po prostu obłożyć żołnierzy łańcuchem czy opasać nim. A jednak Fredzik, człowiek, który nie był raczej fantastą, ani też (ściśle rozumianym) artystą nowoczesnym, lecz człowiekiem praktycznym i zawziętym (fantaści i artyści nowocześni też takimi bywają, lecz na ogół w sposób dosyć osobliwy) zaprzestawszy po jakimś czasie przykuwania, wydał z siebie dźwięk, który można było uznać za wyraz zadowolenia z wykonanej roboty, choć było to raczej zadowolenie dość umiarkowane. Zatrzymani nie protestowali przeciwko przykuwaniu, pomijając epizod, kiedy dąbrowiecki kapral wydał z siebie krótką, ale mięsną wiązkę tych czy innych słów; w odpowiedzi dał dosłyszeć się dźwięk, który mógł być odgłosem uderzenia w twarz; Rico drgnął, choć ww. odgłos mu się  zmieszał z odgłosem huku, który mógł być wystrzałem z działa przeciwczołgowego – dobiegł gdzieś z oddali, to zmieszanie jednego dźwięku i drugiego, jakkolwiek nie uchroniło jego ciała od wyżej wspomnianego drgnięcia, uświadomiło mu, że stanął przed jakimś dylematem, a jednocześnie, że ów dylemat jest nierozwiązywalny, co przyniosło –chwilowe- ukojenie.
 
Uważano na ogień, żeby nie rozbudzić zbyt mocno płomieni, co mogłoby wzniecić potencjalny pożar (choć nie było w pomieszczeniu bardzo wielu wyrobów łatwopalnych) albo zwrócić uwagę jakichś osób postronnych – uzbrojonych i niezbyt przyjaznych bojownikom. Jednak i płomień nie mógł być zbyt słaby – potrzebowali bowiem, jak każda ludzka istota, tak ciepła jak i widoczności. Juby panował nad tą sprawą i wciąż mu szło z tym panowaniem całkiem nieźle, jakkolwiek potencjalnie pojawił się problem w postaci zapewnienia sobie nowej porcji opału. Na początek Juby wyrwał gałęzie z kilku skąpych krzewów, które rosły całkiem sporo lat przez nikogo niezauważone (być może wliczając w to ich stwórcę) nieopodal budy, udało się też uzyskać kilka niezłych desek z przetrzebionych już wcześniej przez jakichś osobników drzwi do pomieszczenia. Lecz na przyszłość sprawa przedstawiała się znacznie mniej różowo.
 
- Przydałby się jakiś koksiak – co nie? – rzucił Juby w eter. – Nie ma to jednak jak opalać na węgiel. A tak się z tym drewnem opierdalać, szukać w chuja, kurwa…
 
„Węgiel, Węgiel i węgiel” – myślał sobie Ricardo. Jednak kuzyn miał rację, kiedy mówił, coś z czego można było wywnioskować, że my też jesteśmy kopalniami, w których głębinach ryjemy by pozyskać surowiec niezbędny dla naszego żywota i zarazem piecami koksowymi, w których ów surowiec w szybkim tempie się spala.” Nie wiedział jednak dokładnie, jak tę rację wyrazić w odpowiedni sposób- choćby niewerbalnie – lecz coś biło w nim, zupełnie jak płomienie kilkakrotnie wymienionego już ogniska, choć to coś było mniej widzialne a i parzyć raczyło w nieco inny sposób. Czuł jednak, że to coś – jeżeli dałoby się ujrzeć ziemskimi oczyma – byłoby również ciemne i ogniste.
 
Fredzik zagrywał wargi nerwowo myśląc, czy problemy ze znalezieniem jakiegoś opału w okolicy nie mogłyby być usprawiedliwieniem dla poddania do rozwagi dowódcy propozycji porzucenia posterunku i udania się w jakieś inne miejsce, co byłoby zapewne połączone, w zamyśle fredzikowym, z ideą skorzystania ze zdobycznej broni. Myślał też ewentualnie o wykorzystaniu innych znajdujących się we wnętrzu swoistych materiałów opałowych, co mogłoby być dość trudno wykonalne (dowódca też myślał – o części tych materiałów, tzn. o mundurach Armii Republikańskiej, które do owych materiałów przylegały, ta myśl jednak nie tyle zdjęła go trwogą, co z uwagi na nazbyt oczywiste analogie do jego przeszłych rozrachunków – wydała mu się wręcz pretensjonalna, że znów odwołamy się do pojęć, których nie używał, ale które stosował dosyć dobrze rozumiejąc je.)
 
I Porucznik wciąż nie mógł wydać żadnego polecenia. Ogień, jakby sam z siebie, nieoczekiwanie, uspokoił się. Juby i Fredzik zmieniali się w równych niemalże interwałach (może Fredzik był odrobinę bardziej stojący i ruchliwy) na przemian siedząc przy ognisku i chodząc wewnątrz budy z karabinem wymierzonym w osadzonych.
Dowódca na ogół stał u wejścia, niepokojąco (dla samego siebie) trzymając się granicy między mrokiem budynku (rozświetlonym płomieniami dość skąpego ogniska) a mrokiem zewnętrzności, z której gdzieś w oddali przebłyskiwały pojedyncze latarnie osiedla Edisona, w tajemniczy sposób wybijając się z ogólnego stanu zaciemnienia. Wydawało się, że hen na horyzoncie błyskają jakieś ognie, wszakże to mogło być złudzeniem wzroku, co i rusz wpatrującego się w ognisko znajdujące się niedaleko niego.
Być dokładnie na granicy (na tej nowej granicy, które właśnie raczyła się objawić) – to było dla Dowódcy wrażeniem pełnym strachu. W związku z tym uczynił względną tę dokładność. Co chwila wysuwał swą postać – wychodząc na krok przed próg i powracał, cofając się o krok, może dwa, do budynku.
Znów utworzyły się strefy bezwzględnie i względnie zakazane, a jednak nawet to, która była którą, nie było już w ogóle jasne. Strefa zewnętrzna była tym co groźne i zasadniczo anonimowe, a na dodatek kryła jednak się w niej osobliwa pod-strefa bardziej już konkretnie oznaczona i przez to najbardziej niebezpieczna- Osiedle Edisona. Z tego punktu widzenia wnętrze szopy, w którym zdołał zgromadzić swój przypadkowo zgromadzony batalion było przynajmniej względnym wybawieniem. Ale to miejsce także osaczało niewypowiedzianą grozą decyzji – tej czy innej treści, decyzji, którą pewnie niedługo będzie trzeba podjąć. Był też przecież kapral, tak, on tam w środku bytował – ów czterokończynowy element bezwzględnego tabu.
 
Rico dość klarownie rozważał plusy i minusy bardzo różnych wariantów, kierując się choćby nieświadomie właśnie ww. rozróżnieniem na strefy zakazów względnych i bezwzględnych. I dość szybko uświadomił sobie, że w tym przypadku zarówno tak wnętrze i zewnętrze, mogą stanowić strefę bezwzględnego bądź względnego zakazu, zależy, od której strony na nie spojrzeć. To już było fatalne; nie to, żeby uważał, że jego bieżące dylematy oznaczają jednoznacznie głębsze pogrążenie w męce niż podczas przesłuchania u majora, tamta sytuacja była jednak przynajmniej bardziej oczywista, jeśli chodzi o podział na dwa rodzaje zakazu: Coś czego nie wolno, ale od biedy da się jakoś zrobić, być może nawet – choć to trudne- unikając zbyt dotkliwej kary (zakaz względny) oraz Coś, co zostało nakazane, ale czego nie można w żaden sposób zrobić, a czego wykonanie jest karą samą w sobie, podobnie jak niewykonanie (zakaz bezwzględny).  Aż tu nagle przyszedł czas wolności, przyszedł nawet czas (kto by o tym pomyślał), gdy to on jest pod bronią i w dodatku przewodzi, a zakazy nijak nie chcą ustąpić; co więcej sama ich klasyfikacja stała się skrajnie zagmatwana.
„Takie mogą być – pomyślał Rico Herc – paradoksy bycia dowodzącym. Przewodzić komuś albo czemuś to wyznaczać strefy – a to może często o wiele bardziej pogrążać niż dawać rozkosz władzy.” Pomyślał wtedy o majorze. I owego pomyślenia skutkiem był, z jednej strony, jeszcze większy respekt, jako że dopiero teraz Ricardo zdał sobie sprawę, jak ciężko jest nadzorować i rządzić, a przecież major – przynajmniej tak wyglądało to na pozór - radził sobie z tym po prostu doskonale. Lecz – to była druga strona myśli – czy nie mogło być tak, że jednak major cierpiał, że strasznie zmagał się, a tylko on tego nie mógł zauważyć, podobnie jak być może śledczym oczom majora wymknęła się jakaś cząstka ricowego cierpienia?
 
Wszedł jednak całym sobą do środka pomieszczenia i rozejrzał się lustrując płomienie, które tu i ówdzie wybuchały. Wśród płomieni mnożyły się cienie ludzi i łańcuchów, trudne do wzajemnego rozróżnienia. Łańcuch roztaczał na tylnej ścianie budynku różne kręgi, nie dało jednak się stwierdzić, jak ściśle przylegał do ciał uwięzionych żołdaków- czy może jednak był gdzieś zawieszony osobno, krępując zakładników najwyższej niewidzialnie. Być może gdzieś lewitował w powietrzu krępując w pierwszej kolejności właśnie jego, może tylko jego (choć to ostatnie – uświadomił to sobie, byłoby zbyt prostym i zbyt „pretensjonalnym” rozwiązaniem).
 
A jeśli jednak ten ogień nie istnieje? Czy to nie znajduje się wyłącznie wewnątrz mnie. Czy jednak fakt, iż ogień istnieje tylko wewnątrz mnie (skądinąd wiele temu zaprzeczało, dobrze wiedział to) powoduje, że jest mniej realny – tym bardziej przecież mnie dopada. Czy jeżeli wszystko – tak na zewnątrz, jak i też na zewnątrz, - jest tylko moją iluzją – podobnie, jak ja sam – można powiedzieć, że wszystko nie istnieje? Czy może iluzja jest jedną z formą istnienia, zarazem ostateczną i źródłową?
 
Takie pytania mógł sobie stawiać porucznik Ricardo Leon Herc i zadawał je- na swój własny sposób. Cienie postaci i przedmiotów ukazane w ogniu były tylko kiepsko rozróżnialnymi odbiciami – nie dało się w pełni zorientować w sytuacji. Czym jest jednak ta  prawda, która może się kryje poza tymi cieniami, prawda którą być może mógłby dostrzec ktoś obdarzony wielkim okiem- wszechprzenikającym, nieskończenie świecącym, będącym źródłem światła, nie tylko przestrzenią jego odbijania. Czy ktoś dostrzega tę prawdę, czy wynikają z niej jakiekolwiek fakty, skoro jesteśmy obarczeni oczami sortu na ogół pośredniego, stąd jedynie odblaski i fragmenty rzeczy wiodą nas do czynów. Czy ta prawda – jeśli jest, jeżeli przy tym ważniejsza jest od kłamstwa - nie byłaby zbyt przerażająca? Chciałby przecież naprawdę mieć powieki, chciałby móc nie widzieć. A żeby dostrzec czystą prawdę trzeba byłoby widzieć jeszcze więcej, czuć szkło pod nieistniejącymi powiekami?
 
W końcu zdołał się względnie wedrzeć swoim wzrokiem ku powierzchni skazańców, odrobinę uwalniając się od ognistych cieni i widziadeł, albo raczej pozostając przy nich, lecz zmieniając (choćby bardzo względnie) perspektywę i dystans.
 
Przybliżył się. Skazańcy wciąż milczeli, opętywał ich łańcuch, lecz nie dało się dostrzec, czy miał on w którymkolwiek miejscu, po którejkolwiek stronie (ludzi albo budynku) bardziej konkretne zaczepienie.
 
Pomorski szeregowy patrzył się niczym pochwycony królik, choć jego wzrok wyrażał bardziej (zakładając, że wiara, iż spojrzenie cokolwiek może wyrazić jest zasadna) oszołomienie połączone z względnie połowicznym wyczekiwaniem na jakiejś wybawienie, niźli grozę. Bał się, to na pewno, lecz jego postać – w tym także fizyczna aparycja - wydały się Ricowi nazbyt błahe, żeby mógł w nich dostrzec takie przerażenie, z jakim sam obcował w myślach albo w faktach i jakim był od lat fatalnie zafascynowany. Rico poklepał go przez chwilę po ramieniu – naśladując jakby gest majora, nie poważył się jednak go uczynić za bardzo wyrazistym, po czym chwilę zapłakał, lecz szybko uświadomił sobie, że ten płacz to jedynie efekt przebywania dosyć blisko płomieni. Nie ma co - młody rekrut był przynajmniej strefą względnego niebezpieczeństwa, choć Rico miał świadomość, że względność owa może ulec zmniejszeniu albo całkiem ulecieć wraz z upływem czasu.
 
Co innego, rzecz jasna, dąbrowiecki kapral! Ten patrzył jak Prawdziwy Schwytany – groza i zaciekłość tkwiły w jego spojrzeniu, splatając się w osobliwie wyborny amalgamat. A jednocześnie zwierzę, którym się stał jako pochwycony, ukazywało się jako przebiegłe i zaskakująco pewne siebie. Im bardziej wydawał się osadzony w potrzasku, tym bardziej jego spojrzenie było (przynajmniej dla Ricarda) nieludzkie i w pewien sposób niebezpieczne (a w zasadzie na bardzo wiele sposobów, choć nie zawsze do końca określonych). Jakkolwiek można było domniemywać, że jamy i inne mroczne pomieszczenia nie są bynajmniej jego naturalnym domostwem (choć różnie z takimi, może bywać, kto wie, jakie głębie i jakie ciemności Oni znają, pomyślał sobie Ricardo) – dąbrowieckie pomieszczenia wydawały się być wieczorową porą nasycone światłami różnorakich lamp- czuło się jakby szybko nabył formę (być może – to byłoby najstraszniejsze – przejściowo i taktycznie!) podziemnego zwierzęcia, bytującego w mrokach i półmrokach jakby w łonie, zwierzęcia drapieżnego i wyczekującego, obdarzonego najbardziej pierwotnymi postaciami wiedzy. Wiedzy dotyczącej ziemi, dotyczącej krwi, strachu i ciemności. Wiedzy o walce i oczekiwaniu.
 
- Wstań – powiedział Rico i zdziwił się jak pewnie wypowiada te słowa i jak dynamicznie podczas gdy miał przecież równoczesne wrażenie, że jego klatka piersiowa zatrzymała się w bardziej niż cielesnej drętwocie i że żadne powietrze nie miało prawa w nią wejść, ani jej opuścić. A więc Rico kazał mu wstać i sprawdził jego leże, czy aby nie ma śladów podkopu. Nie było. Lecz nie czuł się przez to bardziej uspokojony.
Kiedy Rico obszukiwał kaprala, była w jego gestach wyraźna (jednakże nie dla wszystkich, choćby ze względu na brak dostatecznego światła w pomieszczeniu) i tragiczna (ten tragizm był zewnętrznie zgoła niewyraźny) parodia rutynowych czynności więziennego służbisty, które tak doskonale wykonywał Fredzik, choć był przecież osobą całkowicie cywilną, jeśli chodzi o profil zawodowy. Tą parodią nasz Dowódca usiłował się bronić przeciw Czemuś – czego nie chciał nazwać lub też nie potrafił.
- Spocznij – rzekł, gdy rewizja (bądź też – wedle gustu – jej parodia) została wykonana nie przynosząc jednak żadnych odkryć i rozwiązań, które mogłyby kogokolwiek usatysfakcjonować- jedyną może z istotniejszych obserwacji było to, że łańcuch, którym zakładnik miał być przytroczony, jakkolwiek brzęczał mocno przy wstaniu i spoczynku rzeczonego, okazał się zbytnio nie krępować ruchów. Czy jednak posiadał mimo to jakiś punkt zaczepienia, po jednej stronie przynajmniej (brzęk mógł to w jakiś sposób sugerować), tego jednak porucznik nie śmiał dociec.
 
- Dzielny żołnierz dąbrowski! Dzielny chłopiec. Mój boże, co też ty ze mną wyprawiałeś!- dodał samozwańczy porucznik („Co też ja mówię – jakże wolno mi? – po chwili szepnął bezgłośnie, swym zwyczajem lekko zagryzając górną wargę). Po czym schylił się i zbliżył swoją dłoń w stroną twarzy żołnierza, nie będąc jednak pewien, czy woli wykonać tamten dwuznaczny ruch majora, czy też pogładzić policzek dąbrowszczaka z jednoznaczną czułością. Toteż poprzestał na dotknięciu – kilku sekundowym- w którym zimnej dłoni należącej do niego dane było się zetknąć z przerażająco rozpaloną (choć nie wrzącą) powierzchnią.
 
Fredzik miał coraz większe wątpliwości względem swego dowódcy. Na początku działanie w postaci dokonania rewizji potencjalnie bardziej niebezpiecznego (czy przynajmniej bardziej nieokrzesanego) spośród osadzonych wydawało się być w pełni racjonalne. No, ale później zachowywał się jak jakiś kompletny pomyleniec, za bardzo pobłażał jeńcom, których on od początku miał ochotę rozwalić (jaki był inny cel jego eskapady niż dokopać paru bucom od „Młotów” ?). Czy nie jest to jakiś pieprzony samozwaniec, któremu łatwo dał wiarę? Co jednak miał robić? Przejąć dowodzenie? Być może ten bałwan tylko by za to podziękował. A jeśli jednak by zaprotestował? Trzeba byłoby wtedy jego także zajebać, na przykład kiedy pójdzie pod tę czy inną ścianę oddać mocz i będzie odwrócony. A jeśli to rzeczywiście oficer? Czy wypada zabijać oficera sił ziomkowskich? A niezależnie od tego, jeżeli sprawa by się wydała? Mógłby zeznać, że zginął od jakieś wrogiej kuli, strzeliłby specjalnie z karabinu „rządowego”, którego średnica lufy, jak zdążył zauważyć, była inna niż w przypadku karabinu, który dzierżył Ricardo. Rozwaliłby przy okazji zakładników i zeznał podczas ewentualnego śledztwa, że jeden z nich pod nieuwagę Rica i Jubego (a on w tym czasie szczał) uwolnił się i sięgnął po karabinn. A jeżeli sprawa by się jakoś wydała mimo tego? Nie mógł do końca liczyć na Jubego, nie wiedział, co ten przygłup by zeznał, zwłaszcza ujęty w krzyżowy ogień pytań, tych czy innych śledczych. Należałoby zatem także jego rozwalić. Zabijać jednak kumpla, z którym tyle razy jednym tchem (choć nie jednym gardłem, ale czasem prawie) na jednej trybunie się krzyczało „Kręć się Koło, do roboty, zajebiemy kurwy- Młoty” , tylko dlatego, że nie jest wystarczająco rozgarnięty i może jakoś coś pisnąć, to jednak do końca nie wypada. Zeznać z kolei, że dowódca zdradził – czy ktoś mu w to uwierzy? Czy ktoś w ogóle uwierzy, że jest w powstańczej armii? Nie dostał żadnego powołania na piśmie! A w takim razie czekać go może sąd polowy i wyrok skazujący. I to jeszcze jako wroga albo zdrajcę. Czeka go szubienica, albo kula. Tudzież ścięcie głowy. Czekają go tortury podczas śledztwa. Kołem łamanie, jajec przypalanie, wyrywanie paznokci! Publiczne stracenie, wieczna hańba dla niego i dla całej osiedlowej wiary. Poza tym nie stracił jednak do końca zaufania, dla swego porucznika, jakby nie było kolegi – choć nie najbliższego (Rico takich nie miał, choć reszta nie miała go za aż tak wyalienowanego, jak to sam odczuwał).
Plan zajęcia pozycji na pograniczu wydawał się, na jego zdrowy rozum nie pozbawiony jakiejś logiki organizacyjnej. „Być może wie, co robi- pomyślał sobie Fredzik i jakkolwiek wciąż rozczarowany, że nie popłynęła jak dotąd żadna krew (przynajmniej w ilościach dostrzegalnych, bo mogłyby się przytrafić jakieś zadrapania), zdołał uwolnić swą głowę od hipotez, których zebrało się w dość krótkim czasie nazbyt wiele, jak na głowy owej przyzwyczajenia i zwyczaje.
 
- Zostańcie na warcie, muszę iść do sztabu. – powiedział w pewnej chwili porucznik Ricardo Leon Herc, ledwie Fredzik wyłączył swoje (niewidzialne) myśli, które stawiały Rica, a nawet – hipotetycznie- jego przyszłość w świetle nie do końca korzystnym . Z kwaterą główną brak łączności. W sztabie jest mój kuzyn, Marszałek Józef Herc. – na potwierdzenie braku łączności trzymał w dłoni telefon komórkowy. Istotnie, nieco wcześniej wysłał parę sms-ów do jakiejś loterii, gdzie po wysłaniu wiadomości, za którą pobierano opłatę w trzykrotnej wielokrotności standardowej taryfy, można było wygrać pralkę, lodówkę, krem do depilacji, wyjazd na Arubę. Mogło to sugerować podkomendnym, że istotnie podejmował próby komunikacji. Loteria odpowiedziała krótkim komunikatem „Witaj w klubie, zgłoszenie zostało przyjęte. Powiadomimy cię o wynikach losowania”, chociaż wydawało się, że nie ma żadnej łączności. Rico fakt uzyskania odpowiedzi zataił, na szczęście dźwięk sms-a nie był zbyt donośny.
- Ale – co – z Niemiec przyjechał? – spytał Juby
- Z Niemiec odpowiedział Rico. Niemcy, Szwajcaria – w gruncie rzeczy, co to za różnica.
- Aha – powiedział Juby jakby przekonany – wyjaśnienie wyraźnie go ukontentowało i uznał je za w pełni przekonujące, choć trudno było powiedzieć, co państwo niemieckie ma wspólnego z rozruchami, które wybuchły w okolicy. Fredzik też nie zgłosił wątpliwości, chociaż nadal to wszystko nie do końca podobało mu się.
 
„Ucieczka” do Józefa (tak, wiedział, że była to ucieczka) była ucieczką przed określonością (dwuznaczną, a raczej kilku-znaczną, lecz nie wieloznaczną) ku nieokreśloności dość nieodgadnionej. Tu znów jedna z drugą strefą wymieniały się w myślach. Szedł szybko (to było jednak być może parodią kroku żołnierza na bitewnym, niebezpiecznym polu, parodią przynajmniej półautomatyczną, nie zaś odruchem ucieczki czy pośpiechu). Tak, zmierzał raźnym krokiem w kierunku kamienicy, raz po raz wprawdzie odrobinę zataczając się na płaskim. Być może szedł po Wyrok- tak coś w nim przypuszczało. Zakładał, że nadal bratanek przebywa w mieszkaniu i drzwi nie zostały zamknięte – to byłaby możliwość tajemnicza i groźna, mimo tego uznał tę ewentualność za poboczną i udało mu się zbyt dokładnie nie rozważać jej.
Ale wyrok ten był jakąś możliwością ucieczki od Matni, w której się zaplątał.
 
Przez chwilę pomyślał jednak o Teresie, do której wygnania tak łatwo przecież dopuścił rejterując przed Józkiem. Przez moment pokusiło go, by może ją odnaleźć. Objąć ją, uciec razem, choćby w samych siebie, we własne zjednoczenie po latach (wiedział co prawda – być może od okresu współpracy z bratankiem w ramach Stowarzyszenia - że tego typu Ukrycie-w -Zjednoczeniu jest iluzoryczne, a jeśli nawet okazałoby się prawdą, ta prawda może być przeklęta).
 Poczuł nawet ją, poczuł jej ciało, które było kiedyś jakże osobliwą mieszaniną kryjówki i docelowego punktu jakiejś wzniosłej podróży – przystanią wśród gorących mgieł, jakimś miejscem (jednym z wielu, ale tym) a nie innym, w którym ryba zostawia swoje tarło. Co przywiodło ku niemu te wrażenia? Czy poczuł jej ciepło, jej mistyczną chudość, jej zapamiętanie pełne łez, stosunkowo skąpych ale strasznie jasnych, właśnie w tej zaciemnionej przestrzeni? Czy poczuł to poprzez chłód późnojesiennego wieczornego powietrza, którego niewidzialny sześcian dodatkowo przeszyło kilka strzał niemiłego wiatru? Czy może to przeczucie brało się z jego wnętrza – czym jednak to wnętrze się różniło od aury w tamtej chwili, jaki był ów wiatr, który co i rusz rozdzierał jego myśli (nie był on może tak bezwzględnie chłodny, wg skali Celsjusza czy inego Fahrenheita, nie był jednak przez to mniej przenikliwie odczuwalny)?
Parę razy zatoczył swym ciałem kilka kręgów, niezbyt wprawdzie szerokich, a jednak być może miał intencję, że tak się zataczając poszukuje jej. „Nie” – pomyślał ostatecznie. „Nie może mnie odnaleźć podczas tej wędrówki, którą właśnie przebywam”. Pomyślał i zadecydował. Jednocześnie zadrżał, wiedział bowiem, że ta decyzja może oznaczać jej skazanie. Mógł się wprawdzie pocieszyć, że ta możliwość nie należała do prawdopodobnych. Na losy bliskich, a zwłaszcza na ich życie nie miał nigdy wpływu – tak przynajmniej uważał.
 
***
 
- Jestem, Mój Marszałku – zwrócił się Rico do bratanka, postanowiwszy, że skoro już zaczęło się tę komedię, trzeba grać ją do samego końca.
- Spocznij – zakomenderował Józef – nagi, owinięty tylko niedbale jakąś purpurową szarfą, cały lśniący od potu, z sardonicznym uśmiechem na twarzy, z pistoletem maszynowym spoczywającym na silnych, owłosionych kolanach. Na zatytułowanie jego osoby Generałem jakoś bardzo wyraźnie nie zareagował, chociaż może przez chwilę jego uśmiech zrobił się bardziej otwarty, bardziej bezosobowy, mniej zaś sarkastyczny.
- Przyczółek opanowany. Jeńcy wzięci. Oddział zwerbowany. Co mam dalej robić, Mój Marszałku? – odpowiedział Rico i zasalutował, jak to w wojsku bywa nakazane.
- Wojuj dalej.
- Nie podołam – odpowiedział Rico i zaczął cały się trząść, próbując przywrócić swe ciało do porządku przez mocniejsze zwarcie ze skronią czubków palców jego prawej dłoni – wciąż salutującej.
- No to zerżnij ich – odpowiedział Józef śmiejąc się i żeby nie było wątpliwości wskazał na pokoje, w których znajdowali się odpowiednio: zmarła już mateczka i półżywy (w najlepszym razie) dziadek.
- To jest rozkaz! – „Marszałek” krzyknął gromko i okrutnie- choć jakby bardziej sam do siebie; zdawał się we względnie małym stopniu dostrzegać kompletnie oszołomioną postać stryja. Skierował wprawdzie lufę broni w stronę Rica, jednak po ułamku sekundy cofnął ją, jak dziecko manipulujące nowiusieńką zabawką (dzieci jednak bywają zapalczywe –należy zauważyć). Porucznik jednak doskonale posłyszał poruczenie, czy raczej jego rozkazujące potwierdzenie; stanowczo zbyt doskonale, można by powiedzieć.
 
A więc udał się Tam, odłożywszy broń, na nogach pełnych waty, watę tę mogły tworzyć jej różnorodne gatunki, całość była jednak nadzwyczajnej miękkości. W mieszkaniu było ciemno, nie licząc światła pojedynczych świec. Mógł więc sobie przynajmniej na moment wyobrazić, że widzi to miejsce po raz pierwszy, że jest speleologiem badającym jakąś wielką jaskinię - ta sytuacja sama w sobie była nośnikiem odrębnego, niemożliwego do pominięcia niepokoju. Jednak lęk ten, można by powiedzieć, zawierał jednocześnie w sobie coś z niewinnej ekscytacji, tak więc mógł przynajmniej uzyskać chwilę jakiegoś względnego przewleczenia, wybawienia od misji, która podobną ekscytację mogła dać jedynie tego rodzaju szalonym indywiduom, do których nie zaliczał się w swoich instynktach czy też w swoich ewentualnych skłonnościach ku niemoralności. Ale przecież, w tym co mu zostało nakazane, dałoby się odnaleźć jakąś niewinność, o ile niewinność – choćby w wydaniu przerażającym i podziemnym – towarzyszy, w jednej z wielu tajemniczych form, każdej z inicjacji. I to jest właśnie najgorsze.
 
Jednak nie mógł długo udawać przed sobą, że rozkaz jest czymś, co zupełnie nie dotyczy przestrzeni, w której się znajduje. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawiła się jeszcze większa groza: pokój córki Stelli. W mieszkaniu unosił się silny zapach jej ciała połączonego z wonią drogich perfum, tego typu eliksir, że miało się wrażenie, jakby jakaś zgoła rajska woń sfermentowała osadzając się na bezdrożach Ziemi. To pozwoliło mu przypuszczać, że Stella wciąż przebywa w swym rodzinnym lokum, być może w stanie i postaci, których wolał nie przedstawiać swojej wyobraźni (dlatego nie wiedział do końca, jaki by mógł być- tylko jeden czy drugi dość występny obraz przedostał się spoza ramy Zakazu konsekwentnie narzuconego jego świadomości parę razy przemykając przez głowę). Skądinąd jej absencja również byłaby grozą, jakkolwiek dosyć swoistą, to jednak niewiele łatwiejszą do zniesienia.
Mógł przynajmniej być wdzięczny, że każde inne wejście, do każdego z pozostałych pomieszczeń, oznacza uwolnienie przed tą perspektywą.
 
Najpierw wstąpił do pokoju mateczki. Zamknął drzwi za sobą. Mateczka leżała nieruchomo, ubrana w czarną suknię i trzewiki takiejże czarnej barwy. Jedna ze świec wciąż się tliła, musiała mieć jakiś wyjątkowo mocny knot albo też zwyczajnie ktoś na nowo ją zapalił.
 
„Powróciłem mamo” – rzekł Ricardo Leon Herc.
 
Był cały zlany zimnym potem, w jego gardle dojrzewała jakaś obła istota, która całkiem pozbawiała go tchu. Strach jego był tak silny, że nie myślał nawet o skrupułach moralnych, wszystko w nim działo się czysto mechanicznie, bez jakiejkolwiek refleksji tego czy innego rodzaju. „Niech mnie bratanek zabije, niech mnie pozbawi rangi porucznika (o której zresztą chyba nie wie nic, mam przynajmniej nadzieję), ja tego zrobić nie mogę”- tak Rico powiedziałby do siebie, gdyby nie to, że nawet sam do siebie nie był w stanie przemówić.
Oddał się więc eksploracji samego pomieszczenia, tudzież garderoby mateczki i co bardziej powierzchownych warstw jej ciała, omijając jednak te czy inne powierzchnie. A raczej – coś w nim się oddało tym czysto ceremonialnym ruchom, przez co odroczona była decyzja czy postąpić wedle nikczemnego rozkazu, jaki mu został wydany. Oczywiście, to było tylko przewleczenie. Lecz mimo tego, że czasem mówimy, iż to, co ma się stać i być przy tym bolesne, powinno się wydarzyć jak najszybciej, są czasem w życiu chwile, kiedy byśmy wszystko oddali, być może nawet nasze życie wieczne (gdybyśmy kiedykolwiek uzyskali jego trochę bardziej niż względnie wiarygodną obietnicę, której spełnienie wymagałoby jednak poświęcenia owych kilku względnie marnych chwil prowizorycznego przewleczenia.)
A więc Rico uzyskał parę chwil: Ujął świecę w dłoń i jął za jej pomocą oglądać postać mateczki w większym przybliżeniu, tudzież rozświetleniu, poczynając od stóp. Chciał, by to trwało jak najdłużej. Strój mateczki wydawał mu się nie tyle strojem trumiennym, ale raczej podróżnym, przypominał skrojone na łapu-capu przez przeciętnego krawca ubranie połowicznie szalonego wędrowca dopiero co przybyłego do nieznanej krainy, w której ma się odbyć jakaś ludowa potańcówka, gdzie zgodnie z miejscowym obyczajem należy się odziać na czarno. Ta myśl wielce go zaintrygowała, przez co przynajmniej na chwilę udało mu się wkraść w jej głąb i nie myśleć o tym, czego miał dokonać. Ujął w dłoń jeden pantofelek, który rzeczywiście wyglądał jakby miał służyć do tańca przy jakimś wolnym lendlerze, choć było to o tyle mało prawdopodobne, że mateczka od lat trzymała w kredensie strój do trumny i nie był on nigdy wyjmowany, a z tego co pamiętał, od lat nie uczęszczała na zabawy, nie tylko zresztą taneczne.
Nie zdjął buta do końca lecz tylko odkrył jej piętę a wraz z nią ukazał mu się skąpy kawałek łydki przykrytej czarną pończochą. Otyła noga wyglądała na tle wielgachnej stopy jakoś dziwnie szczupło i nie było widać żylaków, na które przecież Mateczka tyle lat niebezpodstawnie uskarżała się. Poczuł w niej coś wręcz młodzieńczego, młodszego od jego samego, odbicie jakiejś chwili z przeszłości, której sam do końca nie pamiętał. Być zawitał do jego świadomości refleks właśnie jakiegoś jej tańca zaręczynowego (walc tańczony do melodii wydobywającej się ze starego patefonu), którego nigdy nie widział albo wspomnienie ostatniego sielskiego popołudnia, zanim ojciec zginął (co prawda w tamtym okresie popołudnia z reguły nie bywały sielskie i rzadko wtedy tańczono, ale mniejsza z tym). W tym momencie poczuł między nogami coś sztywnego, choć trudno było powiedzieć, czy jego członek nieco podniósł się, czy odwrotnie - skurczył się z napięcia i ze strachu, jak to ponoć zdarza się niekiedy u niektórych Malajów. Chciał zrobić coś, żeby kutas powrócił do wcześniejszego wrażenia nieobecności, lecz nie wiedział jak. W każdym razie puścił stopę mateczki i wtedy coś poraziło go: Stopa nie opadła bezwładnie, ale cofnęła się, jakby sama tego chciała; miał potem wrażenie, że tułów przekręcił się kilka centymetrów w bok, w przeciwną stronę do niego, jakby miał ochotę, żeby dać mu spać. Czy to jest możliwe? Czy możliwe jest, żeby żyła, czy tylko cały ruch spowodowany był jakimś dodatkowym silnym poruszeniem jej ciała, które sam wywołał dotykając jej, a którego nie zdołał odnotować? Czy jest możliwe, żeby trup, a raczej same mięśnie, które nie uległy jeszcze dekompozycji, zachowały w sobie, na zasadzie automatu, jakieś drobne nawyki, które wcześniej miał ich jeszcze żywy posiadacz? Wydało mu się to nieprawdopodobne. Ale przecież, jakie on ma podstawy by dowierzać obiegowej logice? Czy nie powinien być wierny niedowierzaniu tym rozumnym sądom i zamiast niedowierzać w to co zauważył, wybrać swój własny sposób niedowierzania w możliwość życia mateczki, co w jego przypadku oznaczałoby także niedowierzanie w jej bezwzględną śmierć.
Po pewnym zawahaniu, rzucił się W nią desperacko, niczym w przestrzeń, która była jednocześnie zagrożeniem i wybawieniem. Położył głowę na jej piersi, zaczął nasłuchiwać. Na szczęście szczątkowa reakcja domniemanego przypływu pożądania ustąpiła. Nie pokładał się na niej jak gwałciciel ani nawet jak kochający syn, ani jak ten, który jest zarazem jednym oraz drugim (mówi się, że tacy żyli w Helladzie), lecz jak co najmniej względnie chłodny badacz, który chce się upewnić czy ma naprawdę do czynienia ze śmiercią całkowitą i bezwzględną, czy też jednak z jakąś resztką życia, która śmierci przydaje dwuznacznego atrybutu względności. I wydało mu się, że usłyszał bicie serca – jedno uderzenie, które potem jakby powtórzyło się – mniej więcej dziesięć sekund później. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, ale odpowiednio po kilkunastu i po siedmiu-ośmiu sekundach, słowem, w nieregularnych interwałach. „Być może żyje więc, tylko specjalnie spowolniła rytm, żeby w ten sposób przeczekać w spokoju wojnę i pożogę. – pomyślał sobie Ricardo. Jednak ryzykowałaby pogrzebanie żywcem - czy byłoby to sensowne?” Czy myśl, że w ten sposób, tzn. prowokując nieuzasadniony lecz realny pogrzeb, umarłaby jak mąż – przywalona zwałami ziemi (hipoteza, której Rico nie mógł do siebie dopuścić, bo należała do tych rzeczy, których nie miał w zwyczaju wypowiadać, nawet przed samym sobą) – byłaby dostatecznie psychologiczną motywacją? Pewnych pytań się lękał, wszelako uważał, że sprawę należy zbadać jeszcze głębiej.
„Nie jest pewne czy bicie serca pochodzi z jej piersi, czy rozlega się z zewnątrz”- tego rodzaju podejrzenie powziął. Być może były to jakieś zagubione uderzenia jego serca. Być może gdzieś był po prostu jakiś zegar, ale jaki zegar mógłby tak bić? Poderwał głowę na chwilę i wtedy właśnie zobaczył, że klatka piersiowa mateczki również się porusza – może o jakieś dwa-trzy milimetry, w równie wolnym tempie. Jednak ruchy te były tak nieznaczne, że mogły być równocześnie jego zwykłym złudzeniem, być może to on po prostu poruszał się niezauważalnie i jej przypisywał swoje własne drobne przemieszczenia, jak to często mają w zwyczaju nerwicowcy patrząc na podłogę, która rzekomo opada albo się wykrzywia. Być może po prostu, choć starał się zachować przylegając do niej pozycję jak najbardziej statyczną, wstrząsnął niechcący martwym ciałem i nadal wstrząs ten się odbija jakimś powolnym rezonansem. Przez moment zdawało mu się, że i pościel nieco rusza się. Być może to wiatr wdarł się przez niezbyt szczelne okno i zaczął swoje wyczyniać. Przylgnął jeszcze policzkiem do piersi mateczki, dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie czuje odoru, który (zgodnie z jego wyobrażeniem) powinien towarzyszyć umarłym a nie pogrzebionym, choć, z drugiej strony, nie czuł też odoru, który (zgodnie z jego doświadczeniem) z reguły towarzyszy żywym. Wysłyszał za to lekki szmer; ten mógł pochodzić z jej serca, na które od sześćdziesiątki nieco chorowała i którego szwank był prawdopodobną przyczyną jej (domniemanego?) odejścia z kręgu żywych. Nie miał jednak do końca pewności. Może to właśnie podmuchy wiatru rozchodzą się po pokoju i wnikając w różne szczeliny wywołują rozmaite świsty, a on, zmęczony, przeraźliwie zmęczony, nie może już dokładnie wychwycić ich lokalizacji.
 
Żyje, czy nie żyje? – nie mógł tego odgadnąć.
 
W końcu zbiegł, (bezwzględnie) poderwawszy się. A więc uciekł. Lecz nie pozostała mu zbyt daleka droga:
 
Dziadek siedział w kuchni - tam gdzie go umieszczono - w wózku inwalidzkim - sztywny i jakby silnie kamienny. W izbie paliła się tylko jedna świeca, dość skąpa pod względem ilości wosku i rozmiaru knota, a jednak dookolna poświata nie była tego rodzaju surowym światłocieniem, który, zwłaszcza w pewnych czasach, upodobali sobie, na ogół nie-słowańscy mistrzowie tudzież dyletanci sztuki nazywanej malarstwem, lecz – choć i rzeczone chiaroscuro było w niej względnie wyczuwalne, dominował wyraz szarości. Czyżby świt już nadchodził? Tak „szybko” – jakże to możliwe? Ww. szarość tak doskonale komponowała się z barwą stroju dziadka, z odcieniem jego figury, jak również – być może przede wszystkim- z jego pozą, tudzież bezwzględnym raczej milczeniem, jakie zachowywał, że mogło się wydawać, iż on był właśnie jej źródłem roznosząc ową ni to ciemną, ni to jasną (i nie do końca „ciemno-jasną”, ani „jasno-ciemną”) poświatę nie tylko wewnątrz mieszkania lecz także za zamknięte okno. „Monumentalny” – powiedział cicho Rico. Dziadek wyglądał jak pomnik, nie tyle jakby był martwy, lecz jakby pojęcia życia i śmierci były całkiem poza nim. Nie dało się wzbudzić u niego jakichkolwiek reakcji, skądinąd Porucznik nie próbował tego. Choć zagadał: „Ciężkie czasy, dziadku”. „Człowiek chodzi zmachany”. „Nie wiadomo, czy gaśnie czy się świeci”. Dziadek nie udzielił odpowiedzi werbalnej, ani żadnej innej (najprawdopodobniej, nie możemy przecież całkowicie wykluczyć jakiegoś rodzaju wewnętrznej odpowiedzi) na te trzy uwagi, lecz raczej nasz Ricardo nie miał bezpośredniej intencji wydobycia za pomocą swych sentencji (które były raczej swoistą próbą znalezienia gruntu) ze swego antenata jakichkolwiek żywotniejszych reakcji
W każdym razie oddychał – to jedno było widoczne – mocno, bezgłośnie, równomiernie. Jego klatka piersiowa pulsowała jak miech – tak powiedziałby może jakiś poeta z czasów dr Hilarego Hunca. Ten oddech jednak, miast choćby trochę ożywić nieruchomą figurę, a przynajmniej przydać jej więcej cech człowieczych (to nie zawsze bezwzględnie równoznaczne z żywotnością!), jeszcze bardziej pogłębił posągowe wrażenie. „Ten oddech jest z betonu” – pomyślał sobie Ricardo. I wtedy uświadomił sobie, że i on tkwi prawie nieruchomo, a swojego oddechu nie mógł w żaden sposób wyczuć. „Czy w takim razie dziadek nie jest pułapką? – pomyślał Ricardo Leon Herc – czy nie staję się od tej współobecności bardziej nieruchomy? A może właśnie powinienem być kamienny? Gdyby każdy kamień nie czuł i nie myślał, to byłoby jakimś rozwiązaniem. Ale nie jest tak.”- po chwili mruknął bezgłośnie. „Być może kamień najmniej czuje ze wszystkiego. Ale to co najmniejsze może być najbardziej problematyczne ze wszystkiego. Być może kamień nie ma żadnych oczu. Nie jest jednak pozbawiony powiek”.
Wiedział już przynajmniej, że nie spełni nikczemnego poruczenia, jakie mu zostało wydane przez bratanka. Jeżeli z mateczką nie udało się, tym bardziej i w tym przypadku na szczęście się nie uda. Chyba, że bratanek wkroczy i rozkaże! Co wtedy pocznie jego ciało, co pocznie jego sumienie? Na szczęście wrażenie kamienności, choć samo w sobie było dosyć niebezpieczne, dotarło także na pokład jego myśli, przydając im balastu, dzięki którego topornej solidności nie wybiegał w swoich wizjach zbyt daleko.
Tkwił za plecami Nestora w kilkucentymetrowym oddaleniu. Tak więc tylko stał, a raczej jakoś TRWAŁ ustawiony za dziadkiem, zza jego nieruchomych pleców patrzył w okno kuchenne. Tak, okno zawsze było jakimś wyjściem, choćby bardzo dwuznacznym, tak już było wcześniej, było tyle lat...
 Aż nagle w pole jego wzroku wjechały dwie postacie, których widok był niesamowity choćby już z tego powodu, iż rzeczone postacie poruszały się konno. Jeźdźcy, męskiej płci (wszystkie okoliczności na to wskazywały) ubrani byli w kraciaste koszule, zamszowe kamizelki; szyje mieli owinięte w kolorowe chusty, na głowach nosili kapelusze typu stetson. A na nogach mieli przepiękne buty z ostrogami, których cholewy sięgały niemal pod kolana, trudno powiedzieć jak dokładnie wysoko, gdyż szczyty ich zakrywały podwinięte nogawice grubych dżinsów. Do siodeł przytroczone mieli piękne winchestery.
Kowboje zatrzymali się pod oknem Herców. Dwaj rośli faceci  stali i patrzyli w stronę okna, w którym Rico zachęcany wcześniej przez bratanka do popełnienia straszliwego występku, stał za plecami sparaliżowanego dziadka.
 
Poderwało go to. Może nie od razu całą jego postać, bo pozostał wciąż w miejscu, ile raczej coś w środku tej postaci, co można by określić z chyba bardziej niż względną dokładnością trudnym mianem układu nerwowego, a przynajmniej jakąś jego częścią czy jakimś jego aspektem.
- Marszałku! Mój Marszałku! – zakrzyknął Ricardo Leon Herc, bojąc się przez chwilę, czy mimo zamkniętego okna, któryś z jeźdźców (albo obaj) naraz nie pomyślał, iż to ich spotkał zaszczyt nazwania najwyższym z dowodzących(to było by ciekawe, mogli by przecież się poróżnić o to, kto został tak utytułowany przez postać spostrzeżoną w oknie, mogliby też jednak np. uznać, że naraz pełnią funkcję rzeczonego Marszałka). Wchodził też w grę dziadek, lecz tę opcję Rico Herc wykluczył, zakładając (słusznie, można przyjąć), iż ten nie zareagowałby na werbalny komunikat, nawet tak specyficznej i dobitnej treści. Z drugiej strony – myśl taka przemknęła przez Ricowy umysł – być może poddanie się dowództwu nieznajomych było by jakimś (trzeba przyznać szalonym i niepewnym – lecz cóż nie jest szalone i cóż nie jest niepewne?) rozwiązaniem.
 
Jeźdźcy w każdym razie nie zareagowali, chociaż jeszcze chwilę spoglądali w okno, za którym stał nasz Porucznik, bądź przynajmniej w jakiś punkt mniej albo bardziej od okna oddalony, mniej albo bardziej niepowiązany z Porucznikiem i całą jego familią. Poczym zaczęli jechać dalej, najpierw bardzo powoli, jeszcze przez chwilę rozglądając się. „Skąd się oni wzięli?”- pomyślał Ricardo Leon Herc. „Zeszli z filmu?” – takie wydarzenie zostało onegdaj opisane w jednym z popularniejszych w Republice Ludowej komiksów o nazwie „Trajan, Remus i Kwancik”. „Czy może byli to w jakimś sensie jego ludzie? A może byli tylko (przy czym nie wykluczało by to w sposób całkiem bezwzględny opcji pierwszej i drugiej, a nawet obu naraz) mrocznymi zwiastunami czegoś co miało się wydarzyć, pochodzącymi z krainy tyleż obłąkanej, co zarazem anonimowej, w jakimś sensie pozbawionej nazwy i zgoła nie występującej na normalnej mapie. „A może jednak…?” Czy TAMCI byliby w stanie się poważyć na tak potworny cyrk. Śledził linię ich przejażdżki, jakby miało mu to dać jakąkolwiek odpowiedź. Sprawa była o tyle złożona, że mieszkanie Herców znajdowało się w narożniku budynku, a rozkład izb był taki, że o ile z pokoju Rica, widać było osiedle Edisona, to kuchenne okno w tego rodzaju widok nie zaopatrywało.
Zdołał spostrzec, że konni istotnie podążali w kierunku, który mógł ich prowadzić na osiedle im. Edisona (a więc TAMCI, czy jednak wyzwoliciele, czy może Trzecia Droga Światowa?), jednak potem znikli za jedną z pobliskich kamienic; skręt ten mógł oznaczać trasę na Dąbrowę (być może nieco okrężną), mógł też jednak wskazywać na to, że jeźdźcy zamierzają pozostać na terenie osiedla (bądź ewentualnie mógł wskazywać jakieś jeszcze inne rozwiązanie).
 
Wybiegł wtedy nie zważając na dziadka, jakkolwiek zanotował, że organ znów trochę się naprężył, gdy jego posiadacz obserwował jeźdźców (naprężeniu temu wszakże nie towarzyszyło jakiekolwiek pragnienie seksualne); poniechał już całkowicie wykonania rozkazu, a nawet strachu przed nim, bo zgoła co innego go trapiło. Doniesienie dowódcy o nowym zjawisku dawało też szansę by odwrócić kota ogonem, jak to czasem się mawia, a jak powiedziałby ktoś, kto wyraża się ściślej (czyli rzadszy typ, od tego który mówi o kocie i ogonie) odwrócić uwagę dowódcy, od tego, czy stary rozkaz został wykonany.
 
„Marszałku, Mój Marszałku” – krzyczał biegnąc korytarzem, nie bacząc, że Marszałek nie zareagował na pierwsze jego wołanie!
 
Marszałek leżał półnagi na tapczanie, w chwili gdy wszedł Rico. Zza rozpiętego rozporka, który zapiął z wyraźną niechęcią, zwieszał się jego narząd, jakby właśnie dawał mu odpocząć po wcześniejszym jebaniu.
 
Marszałek w żaden sposób nie zareagował na miano, jakim został określony, choć przecież oznaczało jeszcze przeogromny zaszczyt. Zaś porucznik poczuł, że dopiero teraz znalazł się w krzyżowym ogniu Piekielnej Sytuacji. Jeśli milczenie Marszałka było złotem, to tylko takim złotem, od którego ponoć umierali królowie, takim którym można tylko zadławić się na śmierć, gdy w obliczu głodu się okaże, że już nie ma nic innego do zjedzenia. Czy zresztą fakt, że w jakiś sposób przypochlebił mu słowem, nie może być w gruncie rzeczy poczytany za obrazę? Jeżeli czuje się uprawniony do powoływania na stopień marszałkowski, a takie ktoś może odnieść wrażenie, to czy nie może zostać oskarżony, że sam uzurpuje sobie prawo być istotą jeszcze możniejszą od Marszałka – na przykład Wielkim i Szalonym Zegarmistrzem? Zadrżał bardzo mocno, gdy pomyślał o tym. „No chyba że on naprawdę jest aż samym Marszałkiem, też niewykluczone.”
Co do tych Piekielnych Sytuacji, które w niego celowały ze swoich ciężkich broni, należy zauważyć, że każdy ruch był niezmiernie ryzykowny, zaś pojęcia stref względnego i bezwzględnego niebezpieczeństwa raczyły się całkowicie zmieszać. Pozostawać w jednej Sali z szokująco milczącym, a przy tym jakże względnie milczącym bratankiem, zwłaszcza gdy jego rozkaz nie został wykonany, to było zgoła niebezpieczne. Ale inne opcje?
Przez moment pomyślał, że może mógłby wrócić do swojego pokoju, zamieszkać w nim jak wcześniej. Poza tym przecież, gdyby się pospieszył, dzięki korzystniejszej perspektywie z okna, być może mógłby wybadać, czy kowboje istotnie podążają w stronę osiedla Edisona. „Nie wraca się do trumny” – powiedział jednak cicho Ricardo Leon Herc, a powiedziawszy to odważył się skierować jedno oko na bratanka, który w tym czasie, z przymkniętymi oczyma, zadzierał głowę wysoko. Jakby myślał, że owo oświadczenie, jakkolwiek jego adresatem w zasadzie miał być wypowiadający, uczyni go choćby względnie silniejszym w oczach Józka. Więc powiedział to (nie uzyskując od Józefa żadnej odpowiedzi). Czyżby miał więc zamiar nigdy do siebie nie powrócić?
 
Nie mógł nie zapomnieć o jeszcze większej grozie, którą przypominał mu kobiecy zapach unoszący się dookoła w swojej dusznej mgle.
Przedmiot owej grozy, Młoda Piękna Stella leżała okrakiem na tapczanie, zmęczona po harcach, które wyprawiała z ciotecznym bratem.
Rico zdawał sobie sprawę, że córka śpi w najmniejszym pokoiku i stwierdził, że dla własnego bezpieczeństwa nie zapuści się tam.
 
- Czy mogę skoczyć przez okno? – spytał nagle (Marszałka?) Ricardo Leon Herc.
 
Nikt nie odpowiedział. Wydawało się, że Marszałek (?) Józef lekko się uśmiechął, jednak pomimo wszechogarniającej szarości, Rico miał wrażenie, że twarz bratanka robi się coraz bardziej mroczna, jakby dla przeciwwagi, choć należy dodać, że Ricardo od jakiegoś czasu obraz wszystkich rzeczy widział jakby przez niewielkie okno o ciemnych obramowaniach, bądź zgoła przez peryskop (który przecież też jest swoistym oknem)
 
Więc otworzył okno i wdrapał się na parapet. „Czy może być doskonalsze zlanie zakazu bezwzględnego i względnego?”- pomyślał coś w tym rodzaju stojąc na krawędzi „Takie zjednoczenie, które jednocześnie to co względne i bezwzględne wynosi do ich najwyższego z możliwych apogeów! Po raz pierwszy mogę własnym ciałem przekroczyć tę granicę, która była dla niego od dzieciństwa zarazem schronem i torturą?”
 
Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, jeżeli to nie zostało dotąd powiedziane. Teren położony bezpośrednio pod oknem, na który opaść miało ciało odważnego skoczka, nie był wybetonowany- szarą ziemię porastały – przy odpowiednio łaskawej porze roku – skąpe kępy bylin, w kwestii których coś już na pewno dotąd napomknięto. Przy dużym szczęściu można było uniknąć względnie mocnych obrażeń.
To była próba wielkiego przekroczenia. Co takiego zmieniło się w rzeczywistości – ośmielmy się użyć tego słowa- że nagle taka podróż stała się możliwa, a przynajmniej możliwe stało się osadzenie jego ciała w miejscu, z którego dzielił tylko jeden skok od jej uskutecznienia? Przecież starć niemal nie zauważył, tylko nadano przez radio jakieś komunikaty, potem łączność ze światem została całkiem zerwana (względnie, po przecież loteria odpowiedziała wiadomością tekstową)…tylko w oddali jakieś pojedyncze dźwięki domniemanych wybuchów, wystrzałów i innych fajerwerków. Co prawda, zdarzyła się po drodze (tak, po drodze – czuł to) jakaś śmierć w rodzinie, tudzież jakiś paraliż, być może jakieś występki z udziałem jego zstępnej i kuzyna (o tym wolał nie myśleć, zwłaszcza że mógłby dojść do strasznego wniosku, że ww. występki w jakiś dziwny sposób wybawiły go przed jakimś szalonym krokiem z jego strony), zdarzyło się też sformowanie batalionu, wzięcie zakładników… Lecz dowódca batalionu porucznik Ricardo Leon Herc nie miał nadal wrażenia jednoznacznej bezpośredniości tych wydarzeń. „Czy wojna może być w ogóle bezpośrednio odbierana?- coś w nim zapytywało Czy istnieje w gruncie rzeczy coś takiego jak samo jądro zdarzeń - zdarzeń zewnętrznych, zachodzących w świecie materialny?. Czy śmierć – własna śmierć na froncie (bądź choćby na jego mniej albo bardziej pobliskich przyległościach) oznaczałaby osiągnięcie tej bezpośredniości, znalezienie się w centrum? Co jednak może być uznane za śmierć? – który moment dokładnie? Najpierw jesteś żywy, potem jesteś martwy – przecięcie jest często niezauważalne.”
 
To wszystko stało się od razu… Zrzucił najpierw karabin. Ciekawa myśl w przelocie przeszła mu przez głowę. Nie tyle myśl, czy nie uszkodzi broni ile wtórna (lecz patrząc głębiej o bardziej pierwotnym charakterze, czy może zgoła „pierwotnych konsekwencjach”) myśl jej towarzysząca – jak się ma jego troska o los broni, do jego troski o los własnego ciała, od której względnie nie mógł się uwolnić (choć nie było to jego najważniejsze strapienie, gdy stał na parapecie)- czy broń stała się jakimś jego samego przedłużeniem- dość wygodnym i dość kłopotliwym zarazem, czy może jednak odwrotnie – to w jego ciele zagościło coś z automatyzmu reakcji fizycznej prochu, ognia i żelaza?
 
„Jestem cały” – mruknął Ricardo Leon Herc otrzepawszy się z kurzu, który może nie istniał, i podniósłszy karabin. „Do czego to podobne” – pomyślał wtedy Ricardo i dla sprawdzenia, czy jego myśli idą w dobrym kierunku obmacał kilka razy swoje ciało. Tak, jak się spodziewał -nie odkrył żadnych poważniejszych obrażeń; było to przynajmniej nie bardziej prawdopodobne niż otrucie posiłkiem, którym swego czasu uraczono go w państwowym i mrocznym pomieszczeniu. . Więc kontynuował swoją myśl. „Ot tak sobie wykonałem największe szaleństwo, takie, o którym nawet wcześniej nie pomyślałbym (może właśnie dlatego tak łatwo mi przyszło, że było straszniejsze i bardziej radykalne od tych, których się lękałem). A jednak co się zmieniło? Ciągle jestem na tych samych rozwidleniach.” Rozglądał się dookoła szczerząc zęby w poszukiwaniu jakichś drogowskazów, które przynajmniej wskazałyby mu pozorne możliwości dalszej eskapady. Lecz możne instancje nie były zbyt łaskawe, nie zamieściły żadnych tablic, ni strzałek, czy innej maści oznaczeń. Przez moment dało się usłyszeć jakiś krótki i donośny wybuch, zbyt krótko jednak trwał i pochodził z kierunku zbyt nieokreślonego, żeby móc ułatwić decyzję względem dalszych kroków. „Jeńcy, z powrotem dom rodzinny, Osiedle Edisona?) – wciąż ta sama śpiewka, wciąż te same mniej albo bardziej (i na różny sposób) straszliwe możliwości? Śledził tylko pogłos, jakby nieco huczący, który się rozlegał w mięśniach jego ud i - w mniejszym stopniu - w głowie. Czy to zjawisko akustyczne wnosi nową jakość?
 
Po jakimś czasie zauważył, że lufa jego karabinu mocno skrobie w drzwi mieszkania, które właśnie, zlany potem, opuścił. Nie tak prosto. Trzeba było przecież jeszcze zejść po schodach. Pomacał mięśnie ud („trochę się potłukłem”), tak - czuł jakby wykonał jakiś skok jednakże w każdym momencie jego stopy stąpały miękko i cichutko.
„Wychodziłem oknem a wyszedłem drzwiami” – powiedział cicho do siebie Ricardo Leon Herc.