O pornografii

Wszystko
Wojna
Hardcore
Sen i maska
Forma a materia rozkoszy
           
Wszystko (niem: „in diesem Bereich gibt es nichts, was es nicht gibt“)
Najbardziej znamienną cechą współczesnej pornografii (jej obecnej sytuacji raczej niż jej poetyki czy rzeczywistego przekazu) jest niewątpliwie jej specyficzne bogactwo (które sprawia właśnie, że „sytuacja” ma większe znaczenie od „poetyki” i „przekazu”). Specyficzne po pierwsze z racji towarzyszącej mu całkowitej i bezproblemowej dostępności. Po drugie z racji formy, jaką przybiera – radykalnej specjalizacji i chirurgicznej precyzji w określaniu oferty. Jeśli myśli Boga układały się swego czasu zgodnie z prawami kombinatoryki (a nie np. woli albo serca), to pornografia – choć zapewne nie omnipotentna – podąża jednak, z iście nieziemską konsekwencją i cierpliwością, tą niegdyś przetartą ścieżką.
Powie ktoś, że proces ten dotyczy znacznej części współczesnego rynku, że stanowi nawet istotny wyróżnik jego dzisiejszej postaci – poszczególne branże nie tylko wyznaczają grupy docelowe dla określonych towarów, ale każdą taką grupę kształtują, szykując ją na wciąż nowe propozycje, zapewniając przy tym luksus indywidualnego wyboru i świadomość wolności. Pornografia jednak zawsze jest o krok do przodu, zawsze znajduje się w awangardzie – wszystko bowiem: krawaty, samochody, rasy psów uzupełni o rozkosz, wszystkiemu doda pieprznego znaczenia.
O pewne rzeczy nie trzeba się już kłopotać. O wrodzoną kobietom czułość i łagodność albo – z drugiej strony – o lekceważenie wyuzdanej części ich natury. W ostatnich latach nastąpił „w tym obszarze” niewiarygodny postęp (a potentaci, czując realne zagrożenie ze strony sieciowego „dumpingu”, już szykują kolejną ofensywę). Z tego samego powodu traci sens walka z „gatunkowymi” schematami i pornograficzną „treścią” – powszechność i różnorodność świadczą bowiem o ostatecznej, do tego bardzo szeroko rozumianej funkcjonalizacji: trudno mówić o jakiejś spójnej „wizji”, skoro mamy do czynienia co najwyżej z wizualnym przemysłem. Niekoniecznie nawet musi być prawdą teza o jakiejś zasadniczej i ograniczonej seksualizacji, choćbyśmy najbardziej dziwacznym, okrutnym i śmiesznym wyczynom całkiem słusznie przypisywali seksualne znaczenie. Ponieważ właśnie seks jako uniwersalne znaczenie – co wiemy wszak nie od dziś – jest jednym z ważniejszych czynników rozwoju wspomnianego przemysłu. Między bajki należy włożyć zapewnienia o nieuchronnym znużeniu i poczuciu jałowości, jakie czekają na amatorów pornografii. A już tym bardziej o ich niechęci do „normalnego” seksu. Faktem jest natomiast łączenie tradycyjnego buszowania po internecie z nie mniej popularną w sieci aktywnością towarzyską – a ta bynajmniej nie polega na grze „bez zobowiązań”, życiu jedynie pozornym, bo wirtualnym. Obowiązują powaga i zaangażowanie, zazwyczaj zresztą przynoszące realne i upragnione skutki w postaci udanych związków: relacji miłosnych, małżeńskich i rodzinnych. – Pod tym względem sieć nigdy nie była nieludzka. Tym bardziej nie stanowiła jej nieludzkiej części pornografia – w sieci czy gdziekolwiek indziej pornografia zdaje się raczej współtworzyć nobliwą codzienność, i to nawet i zwłaszcza wówczas, gdy na nią nastaje.
 
Wojna
Pornografia jest dziś być może dla jednostki tym, czym wojna dla zbiorowości.
Odpowiedniość sięga jednak dalej niż analogia między upragnioną miłością i obsesją pokoju, między ambiwalentną nieuchronnością porno i bezustannymi jatkami, które zawsze w końcu trzeba przeprowadzać, między zapomnianą sztuką miłosną i nieobecną sztuką wojenną.
Pornografia jest najbardziej ambiwalentną formą seksu, tak jak wojna – najbardziej ambiwalentną formą przemocy. Obie, pornografię i wojnę, łączy przede wszystkim sposób ich potraktowania. Biologia, antropologia i kultura wspólnie wyznaczały stawkę toczonych sporów.
Z ubolewaniem lub satysfakcją podkreśla się, że wojna istniała właściwie od zawsze – a przecież wspomina się przy okazji o społecznościach z natury jakoby pokojowych. Dokładnie to samo mówi się o pornografii. Czasem i wojna, i pornografia zdają się czymś oczywistym i „naturalnym” – wystarczy przyjrzeć się obyczajom zwierząt. Nie jest to jednak dziedzictwo przyjmowane chętnie – rozwiązłość i nieuzasadniona przemoc, rozkosz bez opamiętania i zbiorowa krwiożerczość... W obliczu takiej natury tylko coś lepszego i wyższego może nas uratować. Zarazem przecież tę bezzasadność i nieopamiętanie traktuje się w końcu jako specyficznie ludzką, owszem biologicznie uwarunkowaną, ale związaną raczej z biologią gatunku, gatunku – dodajmy – społecznego, a nie materią organiczną po prostu. To swoiście ludzkie zboczenie, nadmiar natury jako synonim nienaturalności, wynikający z wzajemnego obcowania ludzi między sobą a nie ich związku z Matką-Ziemią. Ale i tutaj chwilę później następuje przesunięcie i redukcja znaczenia. To, co wydawało się ludzkim zwyrodnieniem w obrębie zdrowej natury, jest tak naprawdę wypaczeniem także natury ludzkiej. W istocie wojna i pornografia nie są zjawiskami częstymi i powszechnymi, co najwyżej kontynuują i modyfikują standardowe zachowania. Teza Clausewitza znakomicie pasuje również do seksu, który w wyjątkowych wypadkach można i trzeba uprawiać innymi środkami. Nadejście Anty-Clausewitza (nierzadko wcześniejsze od pierwowzoru) nie oznacza ponownej uniwersalizacji bestialstwa. Raczej dostrzega się wszędzie symptomy permanentnej zimnej wojny, wojny ukrytej i ukrywanej, ale niewątpliwej i tym bardziej bezwzględnej. Podobnie jak brudniejsze jest „zimne porno” rządzące najbardziej subtelnymi poruszeniami ciał i dusz. Człowiek to nie drapieżnik i rozpustnik, lecz łajdak i świntuch.
Współczesne formy militarne i seksualne tylko zacieśniają to pokrewieństwo. Postępująca militaryzacja życia zbiorowego w obronie narodowego bezpieczeństwa i upowszechnianie pornografii wśród odbiorców indywidualnych przy jednoczesnej propagandzie na rzecz ich emocjonalnej dojrzałości mają przy tym bardzo podobną przeszłość, nawet jeśli poszczególne procesy nie zachodziły równocześnie. Faza pierwsza to konfrontacja ekspansji i zarządzania, przechodząca z czasem w ich współdziałanie. Gwałtowny rozwój techniki wojskowej i rewolucja seksualna w starciu z układami pokojowymi i zinstytucjonalizowanym rozbrojeniem, cenzurą i prawnymi restrykcjami. Oczywiście prawo stanowiło zwykle narzędzie w rękach decydentów (polityków, państwa, wpływowych organizacji...), ale dlatego właśnie miało ogromne znaczenie i potężną siłę. Czas intensyfikacji był więc zarazem okresem jurydycznej skuteczności. W fazie drugiej, bliższej już naszej współczesności, nie tyle rozwija się określone formy, co raczej je pomnaża: zarówno techniki wojenno-militarnej mobilizacji, jak i utrzymywania wyobraźni i ciał w stanie permanentnego podniecenia. Dopiero tutaj – a nie w okresie agresywnej ekspansji – dokonuje się rzeczywistej penetracji organizmów: zbiorowych i jednostkowych. Co znamienne, towarzyszy temu niezwykle bogata aktywność instytucjonalno-prawna. Jak gdyby to w sferze prawa rozstrzygało się dzisiaj cokolwiek! Jeśli prawo obecnie zawsze przychodzi za późno a jednak stanowi oficjalną stawkę walk z mechanizmami ingerencji i sprzedaży, to tylko jako czynnik uruchamiania i wspierania tych mechanizmów. Przede wszystkim tworzący złudzenie jakiejś współczesnej sytuacji – epokowego frontu albo aktualnych zagrożeń.
Nietrudno zauważyć, że to historyczne zbliżenie wiąże się z pokrewieństwem istotniejszym, z samą naturą bezpośredniej interwencji, wspólnej przecież atakom militarnym i seksualnej napaści. W obu wypadkach miarą i świadectwem bezpośredniości jest realność natychmiastowych skutków. Chodzi wszak o najbardziej podstawowy fakt egzystencji i nie mniej dojmujące uczucie przyjemności. Zagrożony byt i przeżywana rozkosz – a jednak rzeczywisty wpływ ma tutaj swoje źródło w sferze pozamaterialnej, niemal widmowej. Z jednej strony nie jednostki wojują, lecz grupy: narody i społeczeństwa. Z drugiej pornografia w przeważającej mierze opiera się na przedstawieniach: obrazach i dźwiękach. Symboliczne istnienie walczącej zbiorowości oraz seksualna reprezentacja stanowią konieczny warunek oddziaływania. Zapewne przesadą byłoby twierdzenie, iż człowiek współczesny zawieszony jest pomiędzy śmiercią, jaką niosą symbole, a uciechą z wyobrażeń. Ślepotą albo naiwnością byłoby jednak nie zauważyć tych wszystkich instrumentów, które w tym zawieszeniu go sytuują.
 
Hardcore
Obrona przed agresją toczy się zwykle pod dwoma hasłami: pełni, bogactwa i wyrafinowania oraz bezpieczeństwa, integralności i humanizmu.
W przypadku obu serii do znudzenia podkreśla się różnicę między erotyzmem i pornografią. Ten pierwszy miałby być bardziej subtelny, dzieła erotyczne – bardziej „dopracowane”, „wymyślniejsze” czy wręcz piękniejsze. Erotyka w przeciwieństwie do porno zwraca uwagę na aspekty uczuciowe i „duchowe”, w tym również „taktyczne” (gra, uwodzenie...), nie redukując seksu do ciała i biologii, w samym ciele odsłaniając bezcielesny żywioł „popędu”. Popęd, pragnienie albo pożądanie – wyjście poza wąsko i egoistycznie rozumianą seksualność w stronę partnera, odkrycie w obrębie zamkniętych ciał-monad stosunków zbiorowych, międzyludzkich bądź „społecznych”. Z czasem można nawet powiedzieć, że pornografia, zwłaszcza ta w wydaniu hard czy w prymitywnej wersji gonzo, tak naprawdę – nie podnieca. Swego czasu mówiono o tym – „ginekologia”. „Ginekologia”, czyli mechaniczność, „pokawałkowanie” i brutalność. Coś pomiędzy zwierzęcym spółkowaniem a męsko-nieludzką rypaniną i gwałtem. Być może nie podnieca, ale przez swoją agresywność uzależnia. Nie ma czasu na erotyczną ekscytację, bo dochodzi do natychmiastowego zawłaszczenia: dzięki niecodziennej jawności i przemocy. Erotyzm tymczasem wprowadzałby elementy pośredniczące, ukryte – niedopowiedzenie i dystans. O tyle właśnie byłby zdecydowanie bardziej „realistyczny”, bliższy panującej zwykle nieprzejrzystości, uczuciowym powikłaniom, wielopiętrowym konstrukcjom „świata między ludźmi”.
Inna sprawa, że ów świat – w całej swej nieprzejrzystości! – jest tym, co – jako realne – zarazem najłatwiejsze. Tęsknota za „erotyzmem”, za „grą”, w którą jesteśmy wikłani, za intensywnym podnieceniem, jakie ona daje, za labiryntem uczuć, który przemierzamy z trudem i lubością – bo zawsze to jednak „my”, to „nasza” przygoda, to „nas” się uwodzi, bo na końcu być może i „Minotaur”, ale na razie przecież niewątpliwie „Tezeusz” – wszystko to wyraża gorące pragnienie łatwej i bezpiecznej ekscytacji, dozwolonego-zakazanego świntuszenia, bezproblemowego łajdactwa. Najbardziej podstawowym założeniem a wręcz synonimem tej łatwości jest tutaj odniesienie do „ja”, którego dystans do wydarzeń, choćby i „skandalicznych” czy „wyuzdanych”, nigdy nie zostaje zniesiony i które zachowuje przy tym pełną integralność. Łatwość wprost wynika tutaj z „szacunku”. W takiej konfiguracji erotyzm staje się czymś całkowicie nierealistycznym, oderwanym od pozbawionej „szacunku” rzeczywistości.
Ostatecznie nawet „erotoman” wie, że hardcore („najgorsze, co możemy sobie wyobrazić”) podnieca, choćby nawet na krótko („za szybko” i „za bardzo”). Jeśli odczuwamy jednak pewną niechęć do tego podniecenia, to między innymi dlatego, że nie jest ono „nasze”. Pomińmy na razie wstyd, obrzydzenie lub oburzenie na widok konkretnych „scen”. Chodzi o podniecenie, jakie one mimo wszystko wywołują, i niechętny do niego stosunek. Jest to w dużej mierze niechęć do naszej reaktywności, tego, co w nas mechaniczno-zwierzęce – pod tym względem porno niczym nie różni się od bezpośredniej stymulacji mózgu.
Jeśli uwzględnić ten moment ambiwalencji, wówczas pragnienie erotycznego wyrafinowania i bogactwa, będące również wyrazem dwuznacznego stosunku do pornografii, jest tyleż tęsknotą za łatwością bycia sobą, co niechęcią do wszystkiego, co w naszym seksualnym życiu łatwe i pornograficzne zarazem. W ten sposób nie tylko można nie dostrzegać rzeczywistości, ale – co ważniejsze – da się ją od biedy, choć i bez problemu zaakceptować; rzeczywistość, która zawsze i na pewno jest lepsza od świństw a przy tym naprawdę łatwa. W świetle naszego ambiwalentnego stosunku do pornografii byłaby ona więc zarówno (niejawną) ekspresją naszych marzeń (za jeszcze łatwiejszym seksem), jak i (bezpośrednim) wyrazem naszej rzeczywistości (mechaniki, uprzedmiotowienia i „pornografii” codziennego seksu).
Jednak sprzeciw wobec pornografii nie dotyczy wyłącznie bezpośredniości jej działania, jej agresji, czyniącej z odbiorcy transformator obrazów na przyjemność. Erotyzm nie tylko ratuje dystans, ale również spójność i całość. Określenie „ginekologia” trafnie oddaje destrukcyjną naturę porno – parcelacja ciała, także pojedynczych organów, ich powiększanie, zniekształcanie i debilna seksualizacja, nieludzkie potraktowanie twarzy (zwłaszcza kobiet), już nie tylko skupienie na genitaliach, ale po prostu fetyszyzacja dowolnego elementu: człowiek nie jest sobą nie dlatego, że podniecenie redukuje dystans, ale także dlatego, że nie jest cały (oba procesy znakomicie się uzupełniają: bezpośredniość pornograficznego natarcia pozwala dotrzeć do mechanizmów cząstkowej rozkoszy, podobnie jak rozbicie całości ułatwia natychmiastową ingerencję). Przy czym dezintegracja przebiega na wszystkich poziomach – rozpad dotyka nie tylko człowieka (przez wyodrębnienie sfery cielesnej), nie tylko jego ciała (przez wyodrębnienie sfery seksualnej), ale w końcu także samej seksualności. W tym miejscu zaczynają się spory – to, co dla jednych oznacza rozpad i zubożenie życia seksualnego, dla innych będzie świadectwem jego wyjaławiającej dominacji. Tak czy owak z pewnością następuje jego szkodliwe, bo destrukcyjne wyobcowanie.
 
Sen i maska
Parcelacja to odwrócone spełnienie marzeń o naprawdę bogatej erotyce: wykroczenie poza ciało, jednak nie w stronę „ducha” podniecenia, lecz urzeczowionego „mięsa”. Człowiek tymczasem pragnie ciało uwznioślić, nie poszatkować. Właśnie świadomość tego ryzyka, tej podwójnej możliwości określa konkretne formy ambiwalentnej fascynacji pornografią.
Bogactwo i wzniosłość blokują się wzajemnie i tworzą w miarę stabilny mechanizm odwracania proporcji, chroniący przed skutkami brutalności i fragmentaryzacji. Dwuznaczność podniecenia oznacza nierównoczesność jego obu niebezpiecznych postaci.
Ostatecznie można nawet dopuścić do rozpadu, zaakceptować podniecenie ciałem zdezintegrowanym, nieludzkim szczegółem, „ginekologią” – ale wówczas tylko pod warunkiem zachowania dystansu, utrzymania bezpiecznej odległości, z której rozkład się co najwyżej kontempluje. Ta niepokalana resztka jest synonimem „ja”. Współistnienie rozkoszy i dystansu zachodzi jedynie w wyobraźni: ja marzy. Ale marzenie nie jest wcale fenomenem jednoznacznym, o jasno określonych granicach – jako synonim dystansu stanowi raczej fenomen ilościowy, którego nie należy wykluczać ze sfery „rzeczywistej”. Są to kwestie najbardziej delikatne i skomplikowane – rozpoznać granice marzenia, zwłaszcza gdy kryje się ono za całkiem rzeczywistymi i destrukcyjnymi na pozór aktami. Wielokrotnie i słusznie podkreślano, że gwałcona kobieta bynajmniej nie dostaje tego, czego (marząc o gwałcie) chce. Rzecz w tym, że wyobraźnia – której zadziwiająca natura nigdzie nie wychodzi na jaw tak wyraźnie jak właśnie w sferze seksualnych pragnień – nie da się zdefiniować po prostu jako obszar „wyobrażeń” („przedstawień”). Gwałt nie dlatego nie odpowiada marzeniom, że dokonuje się w „świecie rzeczywistym”, ale dlatego, że znosi równoznaczny z marzeniem dystans. Dlatego nawet tradycyjna pornografia (złożona przecież „tylko” z obrazów) może stać się aktem przemocy, tak jak rzeczywista „napastliwość” nie musi łamać reguł wyobraźni. Widać wyraźnie, na czym polega w takich wypadkach męska naiwność tożsama z męską brutalnością. Romantyczny dzieciak idzie tu ręka w rękę z dojrzałym chamem. Pierwszy pragnie ściągnąć kochankę z nieba egoistycznej rozkoszy na ziemię miłosnej bliskości. Drugi chciałby raczej wedrzeć się w najgłębsze fascynacje i koniecznie je „urzeczywistnić”, by potwierdzić tym samym własną pozycję i moc kreatora. Obaj doskonale się oczywiście zastępują, ponieważ wspólna im jest kompletna niewrażliwość na dystans i autonomię wyobraźni jako sfery, która realnie istnieje, choć wcale nie dlatego, że się „realizuje”. Mężczyzna to wulgarny empiryk, wszędzie tropiący „wymysły” i „urojenia”, co do których nie potrafi zresztą rozstrzygnąć, czy są niebezpieczne, czy po prostu fałszywe.
Ale można się zgodzić i na bezpośredniość: na brutalne zniesienie dystansu i natychmiastowy atak. W pornografii nawet gwałt jest podniecający. I wprawdzie przybiera on zwykle postać agresywnej ingerencji, prowadzącej do rozpadu bądź fragmentaryzacji, ale mimo to zachowana zostaje wzniosłość, jaką nadaje ciału jego integralność. Tę zapewnia bowiem przebranie albo maska. Choćby rola, jaką przyszło odegrać, była najbardziej krwawa i wystawiała na poniżające okrucieństwo, sam fakt inscenizacji pozostaje gwarantem spójnej całości. Wówczas nic tak nie irytuje jak nieautentyczność, „wypadnięcie z roli”, będące świadectwem egoistycznej troski o własne ja, chęci uratowania przynajmniej ochłapów samego siebie. To zaś nie może się udać, ponieważ bestialska nierzadko inscenizacja natychmiast zmienia się w gwałt na wyobraźni, coś nazbyt autentycznego i rzeczywistego. Tylko maski bez skazy pozwalają wieść „podwójne (potrójne itd.) życie”, godzić się na gwałt i upokorzenie.
Niechęć i zarzuty wobec pornografii, jej poetyki i poziomu realizacji, są więc o tyle słuszne, o ile wyrażają dwuznaczny stosunek do podniecenia, jakie ona mimo wszystko wywołuje. Oscylacja między bezpiecznym i podniecającym snem a zamaskowanym uczestnictwem w niebezpiecznej inscenizacji z jednej strony nie pozwala w pełni zaakceptować pornograficznej miernoty (zarazem zbyt i niedostatecznie realistycznej), z drugiej umożliwia właśnie przyjęcie odpowiedniej wobec niej postawy dzięki wyraźnej separacji obu aspektów – tak iż oba stanowią odtąd autonomiczne źródła podniecenia: wyimaginowanych fragmentaryzacji i okrutnych utożsamień.
Pod tym względem internet to wręcz idealne środowisko dla pornograficznej ambiwalencji. Tutaj każda preferencja urzeczywistnia się w bezpiecznie oddalonym obrazie a każda identyfikacja jest całkowita: autentyczna i zaangażowana. Pornograficzne strony i pornograficzne czaty. Oskarżenia o „nierealność”, zerwanie z „rzeczywistością” zupełnie pomijają głęboką historyczną prawdę tych zjawisk, będących jedynie zwieńczeniem ciężkiej pracy dokonanej na naszych ciałach i duszach. Dzięki niej człowiek Zachodu jest – przynajmniej od jakiegoś czasu – przede wszystkim istotą podnieconą (a z pewnością od dawna już podniecaną). W żadnym razie jednak podniecenie to nie zagraża jego istnieniu czy tożsamości, nie czyni zeń zwierzęcia, maszyny bądź przedmiotu. Jego stosunek do porno, jak również miejsce pornografii w jego życiu (śnić, aby pozostać sobą; maskować się, żeby przetrwać) najlepiej dowodzą, że nie co innego jak on sam – bezpieczny, zintegrowany i podniecony – jest rzeczywistą stawką i bezpośrednim „wytworem” zarówno porno-biznesu, jak i „porno-dyskusji”.
 
Forma a materia rozkoszy
Wszyscy wiemy, że odpowiedni poziom formalizacji stanowi niepodważalne znamię przenikliwości. Zwracać uwagę raczej na „jak” niż „co” to już zbliżyć się do prawdy, a w każdym razie znajdować się na drodze, która niechybnie do niej prowadzi. W kulturach rozwiniętych, takich jak nasza, formalizacja – powstała na gruncie wielowiekowych i drobiazgowych sporów, wspieranych i potwierdzanych instytucjonalnie – zawsze w końcu okazuje się tożsama z zaawansowaną specjalizacją samych dyskursów. W przypadku pornografii, niemal całkowicie zredukowanej do swej praktycznej funkcji podniecania, takie podejście nie jest nawet specjalnie przenikliwe, ale po prostu – trzeźwe. Należy się skupić na stosunku pornografii do rzeczywistości, jej „pragmatyce”, skoro ona sama nie ma i nigdy nie miała innego celu jak bezpośrednie oddziaływanie na rzeczywistość. Forma jej istnienia winna się zatem stać jedyną treścią możliwie wielu dyskursów. A istnieje ich w naszej kulturze dostatecznie dużo, aby żaden formalny aspekt odniesienia pornografii do świata nie został pominięty.
Kwestia prawdziwości pornograficznych przedstawień jest przy tym stosunkowo najmniej interesująca, toteż przewija się niezwykle rzadko i raczej przy okazji ściśle naukowych badań statystycznych na temat „życia seksualnego” określonych grup. Obowiązkowo pojawiają się natomiast pytania na temat szkodliwości pornografii, w tym zwłaszcza dla dzieci. Problem tradycyjnie pojętej moralności („dobro”-„zło”) jako nazbyt obciążony konkretną treścią (dozwolone i zakazane pozycje itd.) zachował co najwyżej wątpliwy urok anachronizmu i oszołomstwa. Aktualny jest natomiast problem moralności „publicznej”, jako że ściśle związany z podstawami społecznej egzystencji – znany i dyskutowany pod nazwą „wpływu pornografii na życie rodzinne” zawiera w sobie całe bogactwo mini-problemów: od małżeńskiej harmonii między rodzicami, przez wspomniane już dzieci, aż po delikatną kwestię molestowania i pedofilii. Dyskurs socjalny wiąże się tu z dyskursem patologii i penalizacji. Szerszą perspektywę kulturoznawczą otwierają dyskusje na temat form seksualności, jakie promuje pornografia (od jałowej i ograniczonej, przez uprzedmiotowioną i represyjną, do wzbogacającej i wyzwolonej). W tym samym nurcie pedagogiczno-kulturoznawczym mieści się również mikro-dyskurs oswojenia, podkreślający inicjacyjne znaczenie pornografii, która nie zawsze co prawda łagodnie i „estetycznie”, ale przecież wtajemnicza w sferę seksu, zwłaszcza w jego współczesne wcielenia i zwłaszcza we współczesnym rozerotyzowanym świecie – bez skoku do wody nie nauczymy się pływać. Osobny typ przenikliwej formalizacji stanowi krytyczny namysł nad pornograficznym biznesem: porno-produkcją, porno-finansjerą i porno-konsumpcją.
Jeśli tego rodzaju formalizująca wielostronność zasługuje na miano „przenikliwej”, to dlatego, że w oczywisty sposób odpowiada zróżnicowanej rzeczywistości naszej kultury. Konsekwentnie postępująca medykalizacja i patologizacja zarówno samego zjawiska, jak i dyskursu mu poświęconego, ich penalizacja i uspołecznienie, unaukowienie i prywatyzacja nie dotyczyły wszak jedynie pornografii. Fakt, iż w końcu i ją to spotkało, świadczy tylko o jej „obiektywnej” dojrzałości.
Natura tej dojrzałości pornografii jako „przedmiotu” najwyraźniej ujawnia się przy okazji walk toczonych wokół niej, kiedy to właśnie formy zostają zmobilizowane i postawione na linii frontu. Bój rozgrywa się o nie i za ich pomocą – w zasadzie nigdy stawką nie stają się rozkosz czy podniecenie; co najwyżej – prawo do rozkoszy („preferencja”). Rozkosz może się więc pojawić jako treść, ale nigdy jako materia. Materia zawsze jest jurydyczna albo „osobowa” (czemu z drugiej strony towarzyszy naukowo-pornograficzna kolonizacja sfery wyrazu: tu wprost mówi się o rozkoszy i podnieceniu). Istnieje poza tym tzw. „materia”, czyli druga strona prawa i osoby – seks jako znaczenie: zawłaszczane, upowszechniane, intensyfikowane i uniwersalizowane. Materia ta właściwie niczym nie różni się od treści, stanowi jednak jej niewidoczne i zawsze domniemane bogactwo. Przywoływane i egzorcyzmowane.
Natomiast w najbardziej bezpośredniej warstwie dyskusji bez trudu usłyszymy polityczne marzenie o szacunku i dystansie (mające zresztą swój estetyczny odpowiednik w pomysłach na sztukę post-pornograficzną, pozbawioną mocy i funkcji stymulujących) czy odważne deklaracje przynależności, która – sama w sobie często nieokreślona bądź tymczasowa – ma być jednak społecznie uznaną „rolą” („maską”). To, co w obszarze naszego prywatnego stosunku do pornografii było świadectwem zrozumiałej troski o własne ja i własne przetrwanie, w przestrzeni publicznej jest po prostu synonimem naszej polityczno-społecznej odpowiedzialności – dojrzałość pornografii jako przedmiotu („obiektu”) oznacza również, że oto znalazła się w polu naszych dojrzałych „obiektywizacji”.
 
Rozumiemy, dlaczego taki myśliciel jak Foucault w „przyjemnościach” widział główne narzędzie ataku na to, co określił mianem „urządzenia seksualności”, dlaczego było to jedyne możliwe stwierdzenie – jedyne konsekwentne i jedyne realistyczne. Już sam nacisk położony na przyjemność świadczy o pragnieniu zerwania z powszechną formalizacją rozkoszy. Zerwanie to powiedzie się jednak tylko wówczas, gdy nastąpi zderzenie dwóch starannie oddzielanych uniwersów: przyjemności i polityki. A wystarczy trzymać się materii rozkoszy, aby ono nastąpiło. Zależność jest dwustronna i nierozerwalna. Nic nie potwierdza tego mocniej niż bezczelny wybór Foucaulta – że cofnął się aż do Greków i że dostrzegł wagę „troski o siebie”.