Wstęp do Orgiastycznego Słownika Komunałów

 
Zacznijmy od komunału... Zacznijmy od komunału, lecz nie skończmy na nim: świat, który przyszło nam zamiesz­ki­wać, jest z komunałów utkany... Komunikacja to orgia komunałów – czy to nie temat dla nas, ciekawych świata, spragnionych orgii?...
 
Już Flaubert znał tę osobliwą fas­cy­nację, jaką budzi rzeczywistość społeczeństwa miesz­czańsko-publi­cys­ty­cz­nego, to jedyne w swoim rodzaju hobby, kolek­cjo­ner­ską pasję inte­le­ktu, czerpiącą siły z niedys­kretnego uroku głupoty, która, płodna niczym matka natura, dostar­cza nie­skoń­czoności swych przypadków i okazów. „Głupota lu­dz­ka przytłacza mnie ni­czym Hi­malaje” – pi­sał. Nie traktujmy tego porównania jako przy­pad­ko­wego; Flaubert zawsze do­kła­dnie wie­dział, co mówi, inaczej nie patronowałby wszystkim, którzy po nim raz jesz­­cze zabierają się do tej zabawy, jaką jest – sama w sobie już parodystyczna, bo prze­cież w sło­wnikach i leksykonach zwykło się raczej po­miesz­czać spisy rzeczy ważkich i po­ucza­ją­cych – próba encyklopedycznego ujęcia obie­go­wych lieux communs. Albowiem, przy­naj­mniej na pierwszy rzut oka, w ko­mu­nałach nic ważkiego i pouczającego nie ma – zaj­mo­wać się nimi to jak zbierać znaczki...
 
Jed­nak to za­ba­­­wne, że potoczne pojęcie komu­nału samo w sobie jest komunałem, czyli czymś z gruntu po­dejrzanym; czy faktycznie bowiem ko­mu­nały są nieważne? Otóż podstawowy problem wy­ni­­­ka już ze ścisłej definicji komunału: ko­mu­nał to za­zwy­czaj coś nieistotnego (poznawczo), co sta­ło się istotne (popularne); coś nie­waż­ne­go-waż­nego (prawdy skomplikowane, a taka jest – to akurat banał, ale nie komunał – więk­szość prawd, raczej nie stają się obiegową własnością; nie prze­szkadza to przecież temu, by wie­le komunałów uchodziło za prawdy złożone). Daj­my się więc po­uczyć komunałom, bo prze­cież nie mniej ważne niż to, w co się obiegowo wierzy, jest to, dlaczego? (Dlaczego wierzy się i dlaczego obiegowo?)
 
Ko­mu­nał to zazwyczaj coś, w co odruchowo chce-się-wierzyć, komunały mają powab religijny, toteż nierzadko wystę­pu­ją w litaniach i kazaniach (rzecz jasna, nie tylko, a i nie przede wszystkim – takie czasy! – tych koś­ciel­nych, bo bywają też antykościelne i „oświe­co­ne” kazania...). Jaki jest mechanizm owego pragnienia, swoistego pragnienia-wiary? I jak musi być „zbudowany” sam komunał, by podobnemu pragnieniu wyjść naprzeciw? Jeśli pierwsze pytanie odsyła do genealogii pewnej postaci świadomości (świadomości przesiąkniętej komunałem), odpowiedź na drugie wymagałaby raczej badań w rodzaju tych podjętych swego czasu przez Barthesa nad współczesną mitologią. Mogłoby się okazać, że komunał, tak samo jak mit, stanowi pewnego rodzaju „system”, w ra­mach którego współistnieją różne warstwy, nawzajem się przesłaniające i pochłaniające. Decydujący efekt oczywistości każdy komunał w dużej mierze zawdzięcza właśnie tej grze przesłon i przechwyceń sensu.   
Są powody, byśmy czuli się, jak Flaubert, przytłoczeni zadaniem, jakie przed nami stoi. Wszelako Orgiastyczny Słownik Komunałów, który oddajemy niniejszym do Waszych rąk, Drodzy Czy­tel­nicy, sprzeniewierzyłby się wszyst­kim wielkim swym patronom, gdyby nie po­ka­zał – na przekór prawdzie, że kto zmaga się z komunałem, zmaga się z samymi bogami (tak, nauka o komunale to prawdziwa „teologia krytyczna”) – że zma­ga­nie to jest najczystszą roz­ry­wką, źródłem prawdziwej uciechy i zabawy – której i Wam życzymy!
 
Nie chodzi nam, przynajmniej na razie, o ogólną teorię komunału, lecz o konfrontację z jego nieprzeliczonymi, zróżnicowanymi formami – od utartych formułek zbliżonych do „mądrości ludowej” aż po wzniosłe frazy złoto­ustych intelektualistów. Komunały żyją i właśnie ich ruchy życiowe zamierzamy śledzić. Być może, analogicznie do chwalebnego dzieła tropicieli mitów, przedsięwzięcie nasze trzeba by określić jako próbę „dekomunalizacji”. Jednak aspektu negatywnego (albo „krytycznego”, jeśli kto woli) nie sposób tu oddzielić od swoistego dreszczu emocji, przeszywającego nas zwłaszcza wtedy, gdy obcujemy z komunałami „kulturalnymi”, filozoficznymi niemal, z myślami (czy może quasi-myślami) niepokojąco przypominającymi nasze własne myśli. W istocie, komunał jest nie tyle (jak mit) systemem semiologicznym, ile systemem quasi-myślenia. Czytelnik w kolejnych hasłach naszego Słownika nie zawsze rozpozna jakieś konkretne obiegowe formuły. Kształt językowy może się mniej lub bardziej zmieniać, pod tymi różnymi postaciami co i rusz wyłania się jednak określona quasi-myśl. To jej ruchy fascynują nas tym bardziej, im bardziej płynna okazuje się granica między quasi-myślą a myślą zasługującą na swoje miano.  
 
Choć – jak powiedzieliśmy – nie konstruujemy chwilowo ogólnej koncepcji komunału, warto na koniec zwrócić uwagę na jedną znamienną cechę wspólną bodaj wszystkim tym frazesom. Prawie każdy mianowicie ma uniwersalne aspiracje, prawie każdy rości sobie prawo do całkowitego wyjaśnienia Wszystkich Rzeczy, każdy niejako połyka świat, by wypluć go w nieświeżej postaci kompletnego bzdetu: ostatecznej diagnozy, jedynej perspektywy, cudownej recepty. A przy tym owa niepodważalność nie stanowi tylko zewnętrznej formy, ale samą najgłębszą treść każdego komunału, jego sens, a nawet „światopogląd”... Niech nie dziwi zatem bliskie pokre­wień­stwo między komunałami, choćby pozornie sobie obcymi czy wrogimi. Wkraczamy oto bowiem, Drodzy Czy­tel­nicy – i niech będzie to dla Was ostrzeżeniem – w świat tyleż wielopostaciowy, co jednak – nie ukrywajmy – miejscami nużąco jednorodny. Spotkacie tam wiele twarzy komunału, ale nieraz trudno je będzie odróżnić – zwykle rozprawiają one o tym samym.     
 
Na początek – albowiem OSK ma być przedsięwzięciem in progress – proponujemy poniższą „garść refleksji”.