Klejnocki - "Polskie pisanie minimalne"

11.02.2006 Klejnocki – „Polskie pisanie minimalne”
 
Pouczającą wypowiedź J. Klejnockiego na temat „kondycji współczesnej literatury” przynosi GW. Pouczającą, bo choć tekst „Polskie pisanie minimalne” niczym nie zaska­ku­je, to w skondensowanej i klinicznej postaci pokazuje przewidywalność i schematyzm toczą­cej się debaty wokółliterackiej, jej ograne melodie, zade­kre­to­wane prawdy, „doskonale trafne” roz­po­znania, surowe wyroki i samosprawdzające się „trudne” diagnozy...
Śmiech budzić może już sama pokutująca wszechobecność pytania o „kondycję” właśnie. Istnieje prawdziwa obsesja „kondycji”, która zdaje się wypierać wszelkie poważniejsze pytania (jasne, że jest to zjawisko związane z mechanizmami publicystyki wysokona­kła­dowej), ponieważ od niej zwykle zaczyna się „poważna refleksja” i do niej nieuchronnie powraca. Zamiast uniwersalnej tematyki mamy więc tylko „pytanie o kondycję”, które jest wszelkiej uniwersalności uznanym i wygodnym substytutem. To, że ta kondycja jest zła, wynika z samej definicji problemu; trudno zresztą wyobrazić sobie, żeby odpowiedź na pytanie o kondycję mogła być inna: kondycja jest z natury mizerna, słaba, bo po prostu nie może być inaczej. Nie jest dobrze, to jasne. I jest tak źle, że po prostu nie może być lepiej. Ale ponieważ nie może być lepiej, to cieszmy się tym, co mamy. Amen, idźcie w pokoju, ofiara skończona.
Szczegóły. Owa mizerna kondycja polega, jak to diagnozuje J. Klejnocki, na tym, że nie ma „pisarza istotnego”. Oto kolejny truizm: stał się on bożkiem, do którego wygłasza się nieustającą litanię, a może nawet bogiem, bo wyraźnie obowiązuje tu zasada: nie będziesz miał innych bogów przede mną. Nie chodzi o to, że to nieko­nie­cznie musi być prawda – niewykluczone, że ta jakże śmiała skądinąd diagnoza jest nietrafna, tyle tylko, że nie dane było J. Klejnockiemu (i nie tylko jemu zresztą) ją zwery­fi­kować. Ale nawet jeśli jest to prawda, to wypa­da­łoby przede wszy­st­kim powiedzieć, jakimi kryteriami kierujemy się wydając takie – równie niewąt­pli­we, co podejrzanie ogólne, a zarazem „totalne” – diagnozy?
Po drugie jednak, i to jest kolejny format, jaki zaistniał ostatnio w dyskursie kryty­cz­noliterackim, trzeba też dodać, że „ostatecznie jest nieźle”. Ba! Nie ma może owego „istotnego pisarza”, ale w końcu ma to też swoje dobre strony, przynajmniej o tyle, o ile, cytat, „książki Mariusza Sieniewicza, Daniela Odii, druga powieść Doroty Masłowskiej, twórczość Sławomira Shutego realizują szlachetny zamiar odsłaniania problemów tam, gdzie ich nie widzimy, i proponują nowy język wyrazu. Czytamy je z podziwem dla daru obserwacji ich autorów, dla maestrii języka (...)” – sic!
(Ależ, jeśli to prawda, to chyba znaczy, że mamy w wymienionych autorach do czynienia z pisarzami istotnie wybitnymi!!!)
Widać stąd, że podstawową zasadą, jaka panuje obecnie wśród większości naszych gazetowych mistrzów refleksji, jest zwykłe „mydlenie oczu” – i to chyba poczynając od samego siebie. Czy bowiem wymienieni autorzy rzeczywiście odsłaniają „niewidzialne problemy”? Czy można ich posądzić o „maestrię”?! Czy czytamy ich z podziwem?! No cóż, oczywiście, każdy ma zapewne prawo czytać Sławomira Shuty z podziwem dla jego maestrii i uczyć się obserwacji od Doroty Masłowskiej (z całą zresztą sympatią dla bezpreceden­so­wego fenomenu tej ostatniej). Ale skoro tak, to może już lepiej by było, gdyby J. Klejnocki po prostu przyznał, iż Sieniewicz, Shuty, Masłowska i wszyscy zresztą inni święci, to naprawdę wybitni i znakomici autorzy, zamiast udawać, że węszy rzekomo za czymś „głębszym i uniwersalnym”, i to z zaciętością tak wielką, że czuje opór, aby tych, którym zawdzię­czać może „nowe języki wyrazu” (do diabła, czy to mało?!), nazwać po imieniu idolami.
Skoro bowiem autorowi – wedle logiki Klejnockiego – nie wystarczy „godna podziwu maestria” oraz wrażliwość na problemy niewidzialne dla innych, by być „istotnym” – to kto wobec tego może w ogóle być istotny? Oto kolejny mechanizm współczesnego dyskursu krytyczno­lite­rackiego (który jest nawiasem mówiąc tak stadny, że nie trzeba go nawet nikomu konkretnie przypisywać – to jest pewien powszechny nastrój, w jakim mówi SIĘ o literaturze) – chodzi o to, że ów Istotny jest z zasady „nieobecny” (wyobrazić sobie „obecnego istotnego” jest równie trudno w tych ramach, w tym powszechnym kościele, jak wyobrazić sobie „kon­dy­cję” inną niż „marna”), jest nieobecny, bo jest z góry wykluczony – właśnie przez dyskurs, przez to, inaczej, że „wszyscy to wiemy” (mianowicie to, że Istotnego nie ma i nie będzie) i nie zadajemy sobie już dalej pytania, co w ten sposób wiemy, czy to wiemy i skąd to wiemy?... Otóż śmiem twierdzić, że obecność bądź nieobecność Istotnego Pisarza, jest problemem o wiele mniej poważnym i pierwszorzędnym niż pytanie o to, czy obiegowy dyskurs krytyczno-literacki posiada w ogóle narzędzia obserwacji i wyrazu, dzięki którym byłby w stanie, w razie czego (w najgorszym razie?...) owego Istotnego naprawdę dostrzec i ujawnić: mówiąc po prostu, czy Klejnocki wie, o czym mówi?... Obawiam się, że odpowiedź brzmi tu, niestety, nie: tj. gdyby nawet Istotny się pojawił, „Klejnoccy” nie potrafiliby wydusić z siebie na jego temat ani słowa! Istotny – a nawet także ktoś, kto wyraźniej by do istotności aspirował niż dajmy na to Shuty (który to chyba nawet sam o sobie nie powiedziałby, że zależy mu na „istotności”) – byłby bowiem z zasady kimś głęboko niewygodnym dla dominującej rutyny i dla zardzewiałej, bo zardzewiałej, ciężkiej, bo ciężkiej, ale przynajmniej swojskiej i jakoś tam kręcącej się tandetnej machiny literackiego światka.
Czy nie jest to jasne już choćby stąd, że proponując jakieś pozytywne i bardziej specyficzne de­fi­nicje tego, co uważa sam za „uniwersalne” i „diagnozujące świat”, przywołuje Klejnocki – oprócz paru klasyków, których z dużą dozą bezpieczeństwa zawsze można wymienić, nawet wtedy, gdy chodzi o skale wybitności tak niewspółmierne, jak Gombrowicz i Szymborska (dobrze jest skądinąd rozróżniać także wśród klasyków) – prawie wyłącznie zjawiska jesz­cze bardziej chyba nieistotne niż Masłowska i Sieniewicz – nie zapominając też wspomnieć o „rozdarciu współczesnego człowieka pomiędzy kulturą masową, zmysłowością a potrzebami duchowymi” (ale czy ów „współczesny człowiek”, jeśli w ogóle istnieje, nie jest raczej kimś, kto takie rozdarcia ma już za sobą, bo poszukuje w istocie nowych rozdarć, a nie ogranych?). Wreszcie, co nas najbardziej niepokoi, jakkolwiek również niepozbawione jest nerwu humorystycznego, dorzuca J. Klejnocki, że „najważniejsze problemy współ­czes­ne­go inteligenta” to nie co innego, jak „kwestie uczestnictwa w życiu społecznym, wyborów ideowych i religijnych, sprawy własnej tożsamości”. Można tu tylko powiedzieć, że jeśli rzeczywiście to właśnie są kwestie istotne i interesujące „inteligenta”, to chyba lepiej, żeby ten „współczesny inteligent” raczej nie brał się za literaturę, bo wyprodukuje jeszcze jeden nudny gniot.
Inna sprawa, że bardziej ogólnie rzecz biorąc, samo to nieszczęsne i pozbawione istotności hasło „inteligent” – to jeden z bardziej przestarzałych szlagierów naszego „myślenia”, który chyba należałoby jak najszybciej wysłać na emeryturę, wraz z takimi kalkami językowymi, jak np. „szkoła polska” (która rzekomo istnieje w eseistyce i miałaby być dla nas jakimś wyznacznikiem jakości – ciekaw jestem czy np. ewentualny eseista, który by w kanony owej „szkoły polskiej” nie był bezkrytycznie zapatrzony, mógłby liczyć na miano „istotnego eseisty”?)
Wszelako wypada na koniec absolutnie zgodzić się z J. Klejnockim. To jasne, że przydałaby się nam literatura nie minimalistyczna – wedle określenia Klejnockiego – lecz – czego zresztą on sam już nie dopowiedział – „maksymalistyczna” – co więcej, nie­wy­klu­czone, że ona już od dawna istnieje... – gdzieś poza zasięgiem... – i ma się nawet dość dobrze, w każdym razie wytrwale zmierza do swojego celu.
');
//-->