Dukaj o najnowszej prozie

Autor: 

13.11.2005 – Dukaj o najnowszej prozie
 
Troska o poziom najnowszej polskiej powieści nie opuszcza wydawców największego krajowego dziennika, cze­go dowodem jest zamieszczenie artykułu p. Jacka Dukaja pt. „Lament miłośnika cegieł”. Mieliśmy więc oka­zję przeczytać kolejny tekst krytykujący kondycję współczesnej polskiej prozy (która rzeczywiście mo­gła­by być lepsza), jednak przy­wo­łane argumenty znów nie budzą do końca naszego zaufania, co oczywiście może być tylko i wyłącznie dowodem na naszą patologiczną nieufność. W pewnej mierze Dukajowi dodaje auten­tyzmu fakt, że nie jest to (jak osoby zabierające niedawno głos na łamach GW – patrz nota poniżej) krytyk lite­ra­cki wspierający przez lata sztandarowe nurty i pozycje polskiej prozy, któremu z jakichś dziwnych powodów nie podoba się nagle to, co z uporem maniaka lansował (i do czego prawie udawało mu się w swoich apo­lo­giach przekonać niektórych spośród nas), ale pisarz z nurtu traktowanego przez część wodzirejów polskiej kry­tyki jako uboczny, mimo jego sporej popularności wśród czytelników, który to paradoks stosunkowo mniej może dziwić, jeżeli przytoczymy rzecz chyba wszystkim czytelnikom znaną, że nurtem tym jest science-fiction.
 
W swoim „Lamencie...” Dukaj „domaga się” powieści z rozmachem, z wyrazistą, rozbudowaną fabułą, epickich w klasycznym tego słowa sensie. Muszę powiedzieć, że „prywatnie” w dużej mierze się z nim zgadzam, co z po­zoru może pozbawić sensu moją ripostę, ale tym bardziej właśnie, z przyczyn, o których kilka słów za chwi­lę, uznałem ją za potrzebną. Sam chętnie przeczytałbym dobrą powieść w stylu lansowanym przez autora (zwła­­szcza jeżeli miałby to być Dostojewski albo Mann, a nie Hugo czy Galsworthy – że odwołam się do tych dość różnych pisarzy, wymienianych przez Dukaja jednym tchem) niż to, co dzisiaj się u nas na ogół wydaje i pro­muje. Tyle że tego rodzaju koncepcja powieści to tylko jeden z możliwych przykładów na dobrą literaturę i wskazywanie jej jako „obiekty­w­nie” słusznego wzorca wydaje się pewnym nieporozumieniem. Tak jakby ma­la­rzom mart­wych natur zarzucać, że nie malują fresków przedstawiających sceny biblijne czy mitolo­gi­cz­ne i nie ozdabiają nimi dziesiątków metrów kwadratowych ścian, jak to robił swego czasu np. niejaki G.B. Tiepolo w re­zy­dencjach w Madrycie czy Wurzburgu. Przecież chyba ważniejsze jest to, żeby ci malarze martwych natur ma­lo­wali dobre martwe natury, a nie próbowali robić co innego, tylko dlatego, że ktoś inny, choćby i nie po­zba­wio­ny racji ani smaku, czegoś in­ne­go od nich oczekuje. Oczywiście, kultura malarska, zadowalająca się jedynie do­skonałymi mar­twymi naturami – by uczepić się w jeszcze jednym zdaniu tego staroświeckiego przy­kła­du – jest w prosty sposób „ograniczona” – jeżeli jednak przynajmniej niektóre spośród martwych natur są na­praw­dę udane, to już nie jest mało.
 
Poza tym sam zarzut „antyfabularności” – koronny argument autora komentowanego artykułu – jest wątpliwy. Rzeczywiście, niewielu dzisiejszych polskich pisarzy posługuje się złożo­ny­mi, klasycznie opowiedzianymi fa­bu­łami, zadowalając się – często, chociaż na szczęście nie za­wsze – z niechlujstwa i niecierpliwości – wiązką luź­nych impresji na zadany temat, w któ­rych temat ten nie zostaje konsekwentnie rozwinięty, a przynajmniej nie zostaje wykorzystana jego potencjalna wielowymiarowość (dotyczy to nawet w pewnej mierze skądinąd do­brych pisarzy jak np. Kuczok czy Witkowski). Od tego jednak do „konsekwentnej” afabularności da­leko. Oczy­tany cudzoziemiec, który nie zna kompletnie dzisiejszej polskiej sceny lite­rac­kiej (nie jest jej znajomość, niestety, żadnym warunkiem oczytania, w odróżnieniu od czasów, kiedy w nadwiślańskim języku pisał Gom­bro­wicz czy choćby młody Lem albo Miłosz) po prze­czytaniu tego tekstu w tłumaczeniu doszedłby pewnie do wnio­sku, że w Polsce dominuje dziś „abstrakcyjna”, formalistyczna awangarda typu francuskiego nouveau roman, bądź e­wen­tualnie naśladownictwo Burroughsa. Tak oczywiście nie jest, nawet co do Burroughsa, cho­ciaż być może niektórzy spośród młodych autorów przypisywaliby sobie pewną zażyłość z tym ostatnim. Wręcz przeciwnie – hasło „sztuka dla sztuki”, także w nowszych jego wy­da­niach (awangardowy formalizm itd.) jest nam obce, cierpimy na obsesję, że powieść musi o­pi­sywać jakieś głośne, wyraziste, najlepiej jeszcze kon­tro­wersyjne medialnie zjawisko; o tym zresztą sam Dukaj na marginesie wspomina. Uważam, że główną słabo­ś­cią polskiej prozy jest tani sposób uwikłania jej we współczesną rzeczywistość, co skutkuje dominacją socjo­lo­­­gi­cz­nie chodliwego tematu (geje, blokersi, heroina itd.) nad treścią, a przecież treść – być może jestem tu nie­po­prawnie „reakcyjny” (lubię Beethovena) – dopiero nabiera wartości w pełnym, bo­gatym, logicznym, wielo­płasz­czy­znowym rozwinięciu tematu, czego bardzo brakuje. Nie­ko­­­niecznie jednak musi chodzić tu o roz­wi­nię­cie tematu w sposób tradycyjny, co chce na­rzu­cić Dukaj (co do tej tradycji przyjmijmy tu zresztą, poniekąd chy­ba bez silnych podstaw, lecz na korzyść Dukaja, że np. „Ojcowie i dzieci” czy „Budenbrookowie” są w daleko wię­kszym stopniu wyznacznikiem tradycyjnej narracji literackiej niż np. „Kubuś Fatalista” czy „Tris­tram Shan­dy). Drugim problemem, organicznie z pierwszym związanym, jest obsesja po­wierz­­chownej oryginalności, właś­nie na poziomie tematu, jak również ewentualnie na po­zio­mie nie tyle nawet stylu, co chętnie imputowaliby sobie twórcy i obrońcy tej literatury, ile ra­czej retoryki – tak samo, jak temat, musi być oryginalny język, na zasa­dzie dość prostej ko­res­pondencji, musi być równie krzykliwy, najlepiej slangowy i sprawiający wrażenie „ling­wi­s­­ty­cznej nowinki”. Oryginalność ukryta głębiej, np. w strukturze formalnej dzieła, w spe­cy­fi­ce złożonych rela­cji między językiem a rzeczywistością, której współcześni prozaicy czasem nie dostrzegają zadowalając się pros­tym zmieszaniem jednego i drugiego, w grze niepow­ta­rzal­­nych nastrojów, intymnych półcieni, niedo­mó­wień czy w wymowie intelektualnej po­wie­ści, jako odrobinę trudniej dostrzegalna nie jest już aż tak bardzo w ce­nie. Z innych, już bar­dziej szczegółowych, choć nie najmniej istotnych wad współczesnej prozy, warto wy­mie­nić jej „subkulturowość” będącą jeszcze chyba dzieckiem wpływów podstarzałych weteranów Ja­ro­cina – zmarnowanego twórczo (poza – na szczęście tak zwykle bywa – kilkoma wyjąt­ka­mi) pokolenia stanu wojen­ne­go, których gust, lansowany na łamach tych czy innych pism, wy­wie­ra wciąż zaskakująco duży wpływ na zna­cz­nie młodszych ludzi, nie tylko, co znamienne, na „prowincji”. W PRL miewaliśmy literaturę światową, teraz mamy literaturę „post-peerelo­w­ską”, nawet jeżeli niby próbuje ona odwoływać się do zachodniego mło­dzie­żo­we­go under­groudu. Jeżeli o prowincji (rozumianej rzecz jasna bardziej „duchowo” niż geograficznie) jest już mowa – dodajmy – last but not least – eskapizm polskiej prozy, izolowanie się na wła­s­nym podwórku, na ogół dodatkowo niepoprawnie mitologizowanym (fakt, że bywa to nie­kie­dy „mroczna” mitologia nic tu nie zmienia, a może nawet – w skrajnych przypadkach – po­grąża dodatkowo autorów), podczas gdy wydaje się, że lite­ratura polska jak mało kiedy po­trze­buje właśnie kosmopolityzmu, odniesienia się do zjawisk, które są we współczesnej kul­tu­rze globalnej dominujące, nie niszowe, co nie oznacza oczywiście abstrahowania, jeżeli cho­­dzi o same tematy, czy fabułę, od wyjątkowości doświadczeń par excellence lokalnych, jeżeli ktoś w nią jesz­cze wierzy. Ten ostatni zarzut tłumaczy, dlaczego koniec końców straciliśmy cierpliwość do niektórych pi­sarzy, którzy wydają się stosunkowo wolni od pierwszych trzech wad, np. do Stasiuka.
 
Je­żeli jednak powstaną powieści wykraczające poza te ograniczające zaszufladkowania (a dzi­siejsi autorzy wykazują zaskakująco małą ambicję, żeby odważyć się chociaż na próbę u­cie­czki przed tą „gębą”, która nad ich literaturą się unosi – nawet jeżeli niektórym udaje się chwilami, mniej albo bardziej świadomie, umknąć z po­la jej oddziaływania siłą ich „na­tural­nej” żywiołowości – np. Masłowska, chociaż niestety z dużo gorszym skut­kiem w nowej książce), czy – raczej należałoby powiedzieć – jeżeli takie powieści zostaną zaakceptowane w ofi­cja­lnym obiegu literackim – wtedy to, czy będą pisane, tak jakby Dukaj sobie tego życzył, czy też jednak bę­dą odbiegać od klasycznej fabularności, warto chyba uznać za kwestię wy­łą­cz­nie „gustów” i to takich gustów, o których – być może na zasadzie wyjątku – rzeczywiście nie warto dyskutować.
 
Nie będę się szczególnie bronił, nie tylko jeżeli ktoś się nie zgodzi z powyższą diagnozą, ale zwłaszcza, jeżeli uzna ją za nazbyt oczywistą. Chyba jednak przyszedł dobry moment, żeby wyraźnie zwrócić uwagę na łamach OM, w związku z artykułem Dukaja, czy choćby tylko pod jego pretekstem, na głosy, które padają od jakiegoś czasu na temat młodej (i trochę star­szej) polskiej prozy (młodego polskiego kina będącego w nie lepszej sytu­acji tak samo to do­ty­czy): Dukaj i jemu podobni (przypominam sobie np. artykuł T. Piątka, który pojawił się jakiś rok temu w „Polityce”; przykłady można by mnożyć) najwyraźniej nie lubią nowo­cze­s­nej, awangardowej prozy eksperymentalnej i zarzuty przeciwko tej prozie wykorzystują do krytyki współczesnej polskiej literatury, która jed­nak ze skupioną na strukturze, formie, czy stylu, afabularną czy wręcz niemal atematyczną prozą ekspery­men­talną nie ma na ogół nic wspólnego. Budzi to poważne podejrzenia, że jeżeli współczesnych autorów pol­skich (albo pol­skich wydawców – jak kto woli) stać będzie na przezwyciężenie podstawowych ogra­ni­czeń na­szej prozy, a efektem dokonanego „przełomu” będzie wyraźnie ciekawsza i am­bit­niej­sza literatura, która jed­nak pójdzie w zupełnie innym kierunku (np. bardziej „for­malis­ty­cz­nym” i dalekim od tego, co w uproszczeniu na­zwaliśmy tradycyjną narracją), niż sugerowany przez np. Dukaja, nie będzie mogła liczyć na zrozumienie w pew­nych kręgach, skądinąd słusznie krytycznych wobec status quo, i co najśmieszniejsze, będzie prawdo­po­do­bnie wrzu­ca­na do jednego worka z wieloma pozycjami wydawanymi w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Od­ro­binę mnie to niepokoi, trochę śmieszy – mimo że, gdybym miał wypowiedzieć swoje czy­sto prywatne zdanie, chy­ba stosunkowo chętniej przeczytałbym „nową polską Cza­ro­dziej­ską Górę” niż „nowego polskiego Pierrot Mon Ami”.
 
Autor wychodząc w swoim artykule od szkolnego, bardzo upraszczającego rozróżnienia na tradycję francuską i anglosaską (stosunkowo usprawiedliwionego jeszcze np. w filozofii), wchodzi jednocześnie na dosyć grząski grunt, twierdząc, że w literaturze anglojęzycznej prio­ry­tet fabuły został zachowany. Tak zapewne jest w litera­tu­rze „gatunkowej” (np. w science-fiction), ale wydaje się, że w tego typu pisarstwie, nie licząc pojedynczych, bar­­dziej ambit­nych eksperymentów, priorytet ten jest raczej niezagrożony z zupełnie oczywistych względów i nie­koniecznie zależeć to musi od kultury literackiej kraju, w którym taka literatura powstaje. Ponieważ ta litera­tu­ra jest dość ściśle uzależniona od wymogów rynku (co niekoniecznie musi, rzecz jasna, w każdym przy­pad­ku podważać jej wartość), oczywiste jest, że jej centrum bi­je w najbardziej wpływowym kręgu językowym. Jest chy­ba, we współczesnym świecie, dość zrozumiałe, że jeżeli chodzi o literaturę adresowaną z zasady do szer­sze­go grona czytel­ni­ków, ta tworzona w największym mocarstwie ekonomicznym i medialnym (i ewentualnie w kra­jach tego samego obszaru językowego) zdominuje pozostałe i będzie dla nich wzorcem. I tyle. W tekście pojawiają się jednak angielsko brzmiące nazwiska, które do tego typu li­te­ra­tu­ry nijak nie mogą być zakla­sy­fiko­wa­ne – bo jeżeli już mowa o Galsworthym, czyli pisarzu, który od dziesiątków lat kontynuuje swoje sagi w krainie wiecznych łowów, chciałoby się zapytać, w jakim stopniu priorytetom Dukaja odpowiadają inni spośród di­no­zaurów angiel­sko­języcznej prozy jak Joyce czy Virginia Woolf, czy choćby Henry Miller, a z późniejszych Barth albo Burroughs? Co więcej, Dukaj jednym ciągiem wymienia w swoim tekście gro­mad­kę współczesnych naz­wisk północnoamerykańskich prozaików, które co roku „wypływają” przy okazji Nagrody Nobla jako przy­kła­dy twórców reprezentujących obszar kulturowy, w którym dzięki, jak pisze, ciągłej dominacji „formy fabu­lar­nej, osadzonej w obiektywnej rze­czy­wistości, długiej wciągającej narracji”, można dostąpić zaszczytu jakim jest owo co­ro­czne wypływanie. O ile, odnosząc się do podanych, jak rozumiem przykładowo, nazwisk, można je­sz­­cze się zgodzić co do Philipa Rotha (poza tym, że zwykle za bardzo się nie rozpisuje i nie­ste­ty, mnie przy­naj­mniej, z nielicznymi wyjątkami nie wciąga), to dziwi trochę tutaj przywo­ła­nie Pynchona, którego narracja po­za tym, że istotnie bywa z kolei „długa i wciągająca” wy­da­je się, jak mało co, przeczyć, preferencjom Dukaja.
Orgia Myśli jest inicjatywą jak najdalszą od matołectwa prostego anty-amerykanizmu. Tym bardziej więc na miejscu będzie zauważyć, że etatowi pro-amerykanie, których – w różnych dziedzinach – w nadwiślańskiej kra­inie ostatnio obrodziło, sprawiają naprawdę niedźwiedzią przysługę recepcji amerykańskiej kultury w Polsce, lan­sując amerykańskie wzorce, jednakże w tak uproszczonej, stereotypowej wersji, że z tym, co w amery­kań­skiej kulturze – w jej różnorodności – może naprawdę imponować, czasami nie ma to wiele wspólnego. Dukaj nie­stety wpasowuje się w ten kanon.
 
Z artykułu można wywnioskować, że pewnym kryterium, które może pośrednio deter­mi­no­wać wartość litera­tu­ry jest jej możliwość przełożenia na język filmu. Zgodnie z obo­wią­zu­ją­cymi (oczywiście w USA!) obyczajami, sce­nariusz filmu jest dobry, jeżeli scenarzysta jest w sta­nie go streścić w trzy minuty. To drugie, oczywiście, to żart, więc brakiem poczucia hu­mo­ru byłaby jakakolwiek poważniejsza krytyka. To pierwsze, to oczywiście świadome uprosz­cze­nie, tak jednak „grube”, że trudno je na serio traktować nawet w kategorii uprosz­czeń. Mo­­żna tylko zauważyć, że zrobiono wiele genialnych filmów ze słabych albo prze­cięt­nych powieści (choćby „Obywatel Kane”, że zaczniemy od przykładu najbardziej szkolnego), na­to­miast z dobrą ekranizacją arcydzieł bywało znacznie gorzej, chociaż – żeby zaprzeczyć tu czę­sto powielanym stereotypom (antystereotypom?) kilka przypadków, na ogół ekranizacji dość swobodnych, dałoby się znaleźć. Poza tym znamienne jest, że nie po­­wstał żaden szcze­gól­­­nie ważny film oparty na motywach np. fabularnego Tołstoja, powstało natomiast arcy­dzieło oparte na motywach „afabularnego” opowiadania Cortazara. Zresztą wielu spośród naj­wię­­kszych fil­mów nie sposób streścić w trzy, nawet przysłowiowe, minuty (przy sporym na­wet talencie do lapidarności), a jed­­nak okazuje się, że udało je się nakręcić, także w A­me­ry­ce (choć w tej branży rzeczywiście trochę łatwiej by­ło­by w paru innych krajach). Nie wiem jednak, jakie filmy lubi Jacek Dukaj.
 
Polemika p. Dukaja przypomina odrobinę sytuację, w której do prowadzonej wśród krytyków sztuki dyskusji o nienajlepszym stanie nowoczesnego malarstwa włącza się nagle (być może dużo bardziej uzdolniony, zwłasz­cza w swoim fachu) malarz scen myśliwskich i próbuje przy tej okazji wtrącić parę uwag. W żadnym jednak wy­pa­dku OM takiego głosu, a zwłaszcza jego nie­wątpliwej, przynajmniej w pewnym stopniu, niezależności, nie ma zamiaru lekceważyć, a bu­dzić on może miejscami, znacznie większą sympatię i zainteresowanie od głosów nie­­któ­rych spośród „krytyków sztuki”, którzy ostatnio na ten temat się wypowiadali...
');
//-->