O czym będą pisać polscy krytycy? - a propos "Prognoz Prozy"

26.10.2005
 
W „Gazecie Wyborczej” mogliśmy ostatnio przeczytać cykl krótkich artykułów, który w założeniu miał pre­zen­to­wać możliwe odpowiedzi na pytanie o przyszłość prozy polskiej. Koncepcja dyskusji, zapo­cząt­ko­wa­nej podczas zor­gani­zowanego przez Instytut Książki festiwalu Pora Prozy, rozbudza kry­ty­czno­li­terackie ape­tyty. Dzi­wi jedynie fakt, że na łamach „Gazety” swoje diagnozy i prognozy zamieściło zaledwie czterech kry­ty­ków: Da­riusz Nowacki, Piotr Śli­wiń­ski, Kinga Dunin oraz Sławomir Sierakowski. Być może grubym nietaktem sta­ło się już pytanie o to, na ile jest to „grupa reprezentatywna” dla polskiego śro­­dowiska krytyków literackich, a za­tem pytanie, dlaczego właśnie ONI, śmiało jednak można by zapytać, dlaczego tylko oni... Kwestie iloś­cio­we po­zo­sta­ją naturalnie na marginesie, bo nie da się ukryć, że w tych kilku tekstach znalazło się zaskakująco wiele in­teresujących spostrzeżeń.
Już na pierwszy rzut oka zadziwia fakt, jak niezwykle surowi, nie­prze­jednani i krytyczni właśnie zrobili się nasi kry­tycy. Nowacki ironizuje na temat kultu tematu sterowanego przez „medialną centralę”, który prowadzi do nie­­bez­pie­cznego dla literatury pięknej romansu z publicystyką. Śliwińskiego z jednej strony cieszą liczne de­biuty, wzrastające zainteresowanie czytelników polską li­te­raturą najnowszą czy wreszcie zaangażowanie pi­sa­rzy w sprawy aktualne. Z drugiej jednak strony stawia ostre zarzuty zarówno konkretnym autorom, którzy nie speł­niają pokładanych w nich oczekiwań, jak i całemu środowisku, które poddaje się „rynkowemu for­ma­to­wa­niu”, rządzącemu się zasadą po­wta­rzal­no­ści. Prowadzi to, zdaniem krytyka, do wyjałowienia literatury, która staje się „przewidywalna, łatwa w obsłudze”. Dunin koncentruje się na diagnozach bar­dziej szczegółowych, przy­porządkowuje konkretnych pisarzy do pewnych tren­dów czy środowisk. Jednak takie podejście prowadzi ją do konkluzji, że polska literatura cierpi obecnie na niedostatek „autorów naprawdę oryginalnych czy tych naj­trudniejszych”, którzy niełatwo odnajdują się w zorganizowanym i zmonopolizowanym środowisku lite­rac­kim. Sierakowski wreszcie krwawo rozprawia się z modą czy wręcz promocyjną obsesją na „pierwszą powieść o...”, która traktuje książki jak przeciętne towary, przez co „wytracają one swój poznawczy i emancypacyjny charakter”.
Czyż nie na podobne diagnozy czekaliśmy?! Okazuję się, że czołowi krytycy literaccy absolutnie nie są usatys­fa­k­­cjonowani kondycją młodej, polskiej prozy. Że głodni są i żądni literatury trudnej i wymagającej, literatury pię­knej, literatury niebezpiecznej. Że marzy im się zwrot ku zapomnianej sztuce słowa, ku „literaturze języka, a nie fabuły”. Że oczami duszy wciąż chcą widzieć w pisarzu artystę. Krótko mówiąc nasi krytycy chcą więcej, niż dostają. Nie kryją się ze swoimi tęsknotami za nieco już zapomnianymi twórcami, którzy nie znajdują god­nych kontynuatorów. Jednocześnie nie tracą jeszcze nadziei, widzą szansę na nadejście nowego. Jak się okazuje – wyczekiwanego...
Choć w wielu punktach warto i należy zgodzić się z konkretnymi diagnozami Sierakowskiego czy Nowackiego, choć z prawdziwą radością trzeba powitać pewne prognozy Dunin czy Śliwińskiego, to jednocześnie trudno pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że część owych uwag to jakaś chwilowa poza. Nie sugeruję wcale, że krytycy nie są wobec siebie czy czytelników szcze­rzy, przeciwnie – należy sądzić, że wy­po­wiedzieli się z naj­głę­­bszej po­trze­by ser­ca, z pełną świadomością własnych racji. Jednocześnie jednak można zauważyć, że nie czu­ją się oni w najmniejszym stopniu odpowiedzialni za zais­tnia­łą sytuację. Domagają się „nowego i niebez­pie­cznego”, jakby sami byli zupełnie nowi i bardzo niebezpieczni; jakby wzięli się z zewnątrz... Głównymi win­ny­mi wszelkich sła­bości i braków, z jakim boryka się współczesna polska proza, są prawa rynku, wymogi ka­pi­ta­lizmu, komer­cja­li­za­­cja i media w służbie systemu. Każdy z krytyków zdaje się zapominać, że jest jednym z nie­zwykle istotnych ele­mentów owej, jeśli nie zabójczej, to z pew­no­ś­cią nazbyt technokratycznej i ujed­no­li­ca­ją­cej machiny. Ze zdu­mie­niem do­wia­du­jemy się, że Kuczok się nie rozwija, Sienie­wicz jest zmanierowany, Wi­t­ko­w­ski zbyt „sforma­to­wa­ny”, Shuty – prze­wi­dy­wal­ny w swoim anty­ka­pita­liz­mie; wła­ściwie jedynie Masłowska jest tak na­pra­w­dę coś war­ta, ale za rzadko pub­li­kuje. Nie ma w tej chwili znaczenia mój wysoce krytyczny sto­su­nek do prawie wszy­stkich z wymienionych tu pisarzy – choć to osobliwe, że eksponowani i opiniotwórczy krytycy w tak wielu względach po­dzie­lają opinie, jakie głosi OM (z tą różnicą, że OM głosi je zawsze i wszędzie, bez­kom­promisowo, a nie tylko od święta, kiedy przychodzi ochota popisać się niezależnością sądu i na mo­ment odciąć od status quo.) Zwróćmy jed­nak uwagę, że właśnie wypo­wia­dający te sądy na co dzień fir­mu­ją i pro­mują owo status quo, od którego teraz umywają ręce... To oni – tak jak rów­nież ich mniej pro­mi­nen­tni ko­le­dzy po fachu – z lubością posługują się etykietkami, oni właśnie do­szu­kują się w kolejnych po­wieś­ciach ich za­an­ga­żowania w bieżącą prob­lematykę spo­łeczno-polityczną, oni za­chwa­lają umiejętność wsłu­chi­wania się w ję­zyk ulicy, bloku czy publicznego szaletu.
Żyjemy w czasach, kiedy czymś całkiem naturalnym i niepodlegającym dyskusji stało się to, że recenzując kon­kre­tną pozycję krytyk z reguły świadomie dystansuje się od własnych standardów i poglądów – czytaj: zaniża swo­­je wymagania, by nie być „zbyt ostrym” (bo nie za ostrość mu płacą). Kiedy ta „natu­ral­na sytuacja” prze­kształca recenzenta w hipokrytę, jest kwestią trudną do rozstrzygnięcia. Jed­nak przypomnijmy rzecz oczywi­stą: to wła­śnie po­szcze­gól­ne recenzje bu­dują najpierw klimat wokół po­je­dynczej książki, ostatecznie zaś kształ­­­tują w zna­cznym stop­niu gusta czy­tel­ni­ków, modelują ich ocze­ki­wa­nia i potrzeby, a wreszcie decy­du­ją w is­to­tny sposób o ich wybo­rach. Czyli mó­wiąc naj­prościej każda konkretna recenzja, każda pub­liczna wy­po­wiedź na temat lite­ra­tu­ry jest ele­mentem ryn­ku. Tymczasem wymieniani wcześniej krytycy nie­zmien­nie sta­wiają się w opozycji do rynku literackiego, zdają się wierzyć uparcie, że „Rynek to Inni”. Naiwność?
W tym kontekście prywatne tęsknoty i pragnienia literackie Dunin, Siera­ko­wskiego, Nowackiego czy Śliwiń­skie­go nie tracą wpra­wdzie swego uroku, nie przestają budzić nadziei, stają się jednak jakby mniej wiarygodne. Tru­dno za­kładać, by spotkania w ramach Festiwalu Prozy stanowiły jakiś radykalny prze­łom w sposobie upra­wia­nia w Polsce krytyki literackiej. Poglądy wygło­szo­ne na łamach „Gazety” bardzo cieszą – bo są słuszne - ale nie gwa­ran­tują, że owo wy­os­trze­nie gustów, radykalizm sądów przetrwają i znajdą potwierdzenie pod­czas akcji pro­mocyjnej kolejnej powieści. Można raczej spodziewać się wielu je­szcze osza­łamiających debiutów, któ­re jedynie pozornie „zrewo­lu­cjo­ni­zu­ją mło­dą prozę”, wielu jeszcze ekscytacji „wybitnym stylem” opie­ra­ją­cym się je­dynie na zadowalającym słuchu autora, wielu zachwytów nad „przenikliwą dia­g­nozą współ­czes­no­ś­ci” w książkach w najlepszym razie publicystycznych. Mo­żna też niestety obawiać się, że owa tak wytęskniona lite­ratura najtrudniejsza, nie­sformatowana, niebezpieczna, niezależna, czyli po prostu dobra nie zostanie w od­po­wiednim momencie dostrzeżona. Pytanie, o czym i jak pisać będą polscy pi­sarze jest oczywiście frapujące, war­to jednak spytać również o to, jakie miejsce na rynku literackim zajmować będą krytycy.
O czym będą pisać polscy krytycy? A o czym nie...?
');
//-->