Czy hipertekst to przyszłość literatury

26.03.2005
 
Ostatnio obserwujemy kolejną falę zainteresowania zjawiskiem „literatury hipertekstowej”. Niestety, jak to zwykle się dzieje w świecie masowej promocji, akcja reklamowa „najbardziej wybitnej polskiej powieści hipertekstowej” Radosława Nowakowskiego pt. „Koniec świata według Emeryka”, posługuje się przesadnymi za­kwa­lifi­ko­wa­niami, pustymi hasłami i obietnicami, których nie da się spełnić.
Nie chcemy tu mówić ani o samym „Emeryku” – jego obszerne fragmenty dostępne w internecie wydały nam się intelektualnie niezachęcające – ani dyskre­dy­to­wać samego zjawiska, które na pewno może być ciekawe, o ile stanie za nim prawdziwy artysta, a nie zwykły maniak komputerowy. Chcemy tylko zwrócić uwagę na to, że przy okazji Radosława Nowakowskiego – i niezależnie od niego – jego promotorzy wciskają nam zwykły kit – albo, inaczej, „ordynarny pr”.
Zwykły rozsądek i odrobina wyobraźni wystarczą, żeby zauważyć, że nie jest prawdą, iż „hipertekst” jest czymś z istoty i jakościowo różnym od „zwykłego tekstu”.
Ogniskową kampanii promocyjnej „nowego zjawiska” jest hasło przekroczenia linearności. Tylko że nie da się czytać i pisać inaczej niż linearnie, można jedynie rozpraszać, frag­men­ta­ry­zować, dezorganizować tekst (zabieg dobrze znany w poezji i prozie eksperymentalnej) – zaś to, co nazywa się tu w kontekście hipertekstu „nielinearnością” znaczy tylko tyle, że można go czytać „nie po kolei” – w dowolnym porządku. Wiele jest jednak książek, które zasadniczo można czytać i czyta się właśnie w dowolnej kolejności – np. Biblia, tomy poezji, aforyzmów i esejów – w każdym z tych wypadków nie ma znaczenia, czy czytamy w „naturalnym” porządku, czy dowolnym. Powiedzą – ale nie było dotąd takiej powieści! Faktycznie chyba nie, ale teoretycznie można sobie wyobrazić prawie wszystkie efekty „hipertekstualności” w ramach książki drukowanej – nie tylko dowolną kolejność (zawsze można by przecież w toku zwykłego tekstu zamieścić „odnośniki”, tylko zamiast „klikać” czytelnik musiałby po prostu przerzucić strony), ale także grafikę, obraz, z pominięciem jedynie animacji i dźwięku. Byłaby to oczywiście książka bardzo osobliwa, ekscentryczna, zapewne nie­sa­mo­wi­cie kosztowna – ale jednak książka, bez komputera! Ten ostatni to w tym wypadku tylko istotne ułatwienie. Zresztą zwróćmy uwagę, że nawet promotorzy zjawiska przyznają, że w tradycyjnej literaturze miały już miejsce próby „hipertekstualne” (np. „Gra w klasy” – bo powoływanie się na Tristrama Shandy to już gruba przesada).
Komputer niczego nowego nie daje ani autorowi, ani czytelnikowi, jedynie ułatwia realizację pewnych od dawna znanych eks­perymentów. Dlatego zwykłym nabieraniem jest twierdzić, że wszelka nowoczesność w literaturze będzie się od teraz wiązać z twórczym wykorzystaniem elektroniki i internetu. Bo tak czy inaczej decydująca pozostaje jakość tekstu, a nie medium i ułatwienia, jakie ono wprowadza. A „hipertekstualność” nie ma żadnego przełożenia na jakość tekstu; ta na zawsze – na nasze szczęście – pozostanie zależna tylko od talentu, inteligencji i wyobraźni autora. „Hipertekst” nie jest żadnym osobnym i nowatorskim zjawiskiem – to część literatury w ogóle; pewna jej możliwość, ale z całą pewnością niejedyna możliwość i niejedyna przyszłość. Ani też niejedyna droga dla tych, którzy poszukują w literaturze nowości i świeżości.
wols
');
//-->