Piszesz od dawna i sięgasz do bardzo różnych gatunków – głównie proza, ale były też wiersze, dramaty, a nawet scenariusze filmowe. Jednak jak dotąd nie publikowałeś. Dlaczego?
Odpowiedź jest banalnie prosta i w sumie zawiera się w pierwszej części twojego pytania. Mam 28 lat, chyba jeszcze nie tak znowu wiele. Piszę raczej dużo, a interesuje mnie bardzo wiele tematów i stylistyk. Zawsze pisałem parę rzeczy jednocześnie. Żałuję zresztą, że z uwagi na przypadek Pessoi, nie bardzo wypada mi już publikować pod kilkoma pseudonimami naraz, na co miałem kiedyś ochotę. Nie jestem przy tym leniwy, ale też, zwłaszcza kiedyś, paradoksalnie, kiedy nie pracowałem i miałem dużo więcej czasu, nie potrafiłem zebrać się na wysiłek, żeby zapiąć wszystko na ostatni guzik. Cały czas pojawiały się kolejne projekty, jak sądziłem - mam nadzieję, że słusznie - coraz lepsze. Nie piszę do szuflady, po prostu uznałem, że mam jeszcze czas. W zasadzie napisałem już na tyle dużo, że starczyłoby dla powoli tworzącego pisarza na cały dorobek jego życia, no ale żyję i piszę nadal – i, jak sądzę, dopiero zbliżam się do tego, co chciałbym powiedzieć. Postawiłem sobie poprzeczkę nie tak znowu nisko, co podwójnie komplikuje sprawę – raz że mnóstwo rzeczy odrzucam, dwa, że choć przynajmniej w podstawowym wymiarze za moimi pomysłami kryją się konkretne i zrozumiałe koncepcje, zdaję sobie przecież sprawę, że do takiej literatury może być dosyć trudno przekonać wydawców, zwłaszcza gdy chodzi o debiut. Tym bardziej, że o ile wydaje się awangardę zagraniczną – choćby jakiegoś Pielewina – to co do literatury polskiej panują na ogół inne preferencje. W zasadzie nie piszę ostatnio krótkich rzeczy, co utrudnia publikację w czasopismach; zresztą w ogóle tego nie próbowałem.
Doszedłem jednak do takiego zaawansowania prac, że „ujawnienie się” albo jego próba stało się kwestią na czasie. Pojawiła się też idea OM. A że znam większość osób pracujących nad projektem, przyłączyłem się. Są między nami może jakieś różnice (oby były, tym lepiej by to świadczyło o każdym z nas jako autorze i tym ciekawiej byłoby dla czytelników), ale w zasadzie mamy – przynajmniej ogólnie - bardzo podobne wyobrażenia, na temat tego czym powinna być nowoczesna literatura. A jak dotąd, chociaż uważałem, że moje koncepcje nie są jakieś ekscentryczne, w polskim środowisku literackim (być może kogoś pominąłem), nie natknąłem się – sądząc po lekturze wielu tekstów – na kogoś, kto do literatury podchodziłby podobnie. Ale też – i to może kolejny powód braku publikacji – w zasadzie prawie nikogo z tego środowiska nie znam osobiście, więc nie podnoszę jakoś szczególnie tego ostatniego argumentu.
Rozpiętość tematyczna i stylistyczna twoich utworów jest dość spora. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby poznać, że „Wakacje” i „Mecenas Jaworowski” to powieści tego samego autora, w dodatku napisane równolegle. Nie jest tak, że nie widzę cech wspólnych, ale sprawa wydaje mi się dość skomplikowana. Zacznę może w takim razie od kwestii bardzo konkretnej: W swoich utworach przywiązujesz ogromną wagę do wyglądu zewnętrznego postaci, wielu z nich służą określone gadżety, określony sposób zachowania. Tak jakbyś wprowadzał aktora na scenę, dobierał ściśle określony kostium, charakteryzował go. Rzecz generalnie dosyć rzadka w prozie, może wydać się sztuczna. Z czego to wynika?
- Na przykład z fascynacji filmem. Pomyśl o Keatonie, czy choćby nawet Bogarcie. Ten ostatni – kapelusz, specyfika ruchów, sposób zapalania papierosa! Głos! To wszystko sprawiało, że kiedy Bogart pojawiał się na ekranie – a nie jest do końca dla mnie pewne, czy był „warsztatowo” bardzo dobrym aktorem i na ile w ogóle był „inteligentny” – potrafił uczynić dobry film bardzo dobrym jak w przypadku „Wielkiego Snu” czy „Sokoła Maltańskiego”, a beznadziejną szmirę, jak „Casablanca”, filmem chwilami intrygującym. Za pomocą specyficznej idiomatyki gestów, czytelnych, wyróżniających się a jednocześnie wieloznacznych, aktor może czasem pokazać wiele więcej niż za pomocą klasycznego warsztatu, prób gry psychologicznej itd…
Głębszy powód bierze się z roli, jaką w ogóle odgrywać może bohater współczesnej literatury. Interesuje mnie coś, co nazwałbym postacią hybrydalną albo eksperymentalną – człowiek-amalgamat różnych paradoksów, różnych sposobów życia, różnych miejsc, epok itd. Bohater eksperymentalny różni się od bohatera złożonego psychologicznie w ten sposób, że u tego drugiego przy wszystkich jego sprzecznościach, prowadzących czasem do obłędu, rozpadu osobowości, istnieje i cały czas utrzymuje się jakieś tło, niekiedy samo w sobie mroczne i zagmatwane ale jednak jest to jedno źródło, choćby ciemne i mętne, z którego wynikają wszystkie sprzeczności w zderzeniu z życiem, społeczeństwem itd. Weźmy na przykład Stawrogina, najgłębszą może postać psychologiczną, jaką stworzono w prozie - niezależnie od jego upadków czy przebłysków światła, które czasem widzi i które ostatecznie traci, autor zdaje się sugerować jedno mroczne źródło – które różnie można interpretować, ale które w każdym razie istnieje wyłącznie w duszy bohatera – wewnątrz niego i które uwarunkowuje jego dalszy los. W jednym człowieku może być wiele demonów, wiele charakterów, ale jego jaźń, choć powikłana pozostaje jedna. Postać psychologiczna może być nieprawdopodobnie pojemna i zróżnicowana, ale raczej w granicach jednej ludzkiej indywidualności, w graniach życia wewnętrznego danego podmiotu. Postać psychologiczna to właśnie podmiot par excellence, wszystkie jego losy wynikają z właściwości jego życia wewnętrznego, to jego psychika jest powodem dramatu – wyraźnie to widać na przykład u Racine’a, którego mógłbym uznać za początek zachodniej literatury psychologicznej w ścisłym sensie. Inaczej postać eksperymentalna – to nie człowiek, to raczej figura czysto literacka, fikcyjna, która ma być nośnikiem określonych konfliktów, przewodnikiem po świecie, który często jawi się jako nieciągły, fragmentaryczny. Postać ta w ogóle nie ma a priori żadnych wewnętrznych właściwości, jest raczej scaleniem różnych postaci, różnych zachowań zaczerpniętych z zewnątrz w jedną konkretną figurę. Porównałbym tę postać do kolażu w malarstwie. Nie tyle nawet wielość, ile kolaż charakterów, instynktów, pożądań. Ale kolaż musi być też jakoś zorganizowany, jeżeli twórca nie chce liczyć za bardzo na przypadek czy intuicję. Poza tym autor zawsze ryzykuje, że nieciągłość postaci zleje mu się nie do odróżnienia z nieciągłością świata którą opisuje, a w takim przypadku sens wprowadzenia wyrazistego bohatera może być wątpliwy. Dlatego chcę, żeby ten bohater „hybrydalny” był jednak jakoś wyodrębniony, rozpoznawalny, charyzmatyczny na swój sposób. W związku z tym czuję pokusę, żeby postać eksperymentalną ubrać w ciało, uczynić ją czymś konkretnym, empirycznie uchwytnym. Chcę, żeby jej złożoności towarzyszył, na podstawowym, cielesnym niemal poziomie jakiś rozpoznawalny system gestów. Oczywiście ten system gestów jest też jakąś maską, nie jest wprost wykładem koncepcji bohatera – sama istota bohatera leży może naprzeciw jego zachowania, ujawnia się poprzez przeciwieństwo wobec sposobu, w jaki się na pozór zachowuje. Ten typ postaci to nowy problem w literaturze, choć oczywiście znalazłbym takich wielkich prekursorów jak Musil albo Joyce, a może nawet już Flaubert z Fryderykiem Moreau albo Bouvardem i Pecuchetem. Mam wrażenie, że awangarda drugiej połowy XX wieku odrzuciła wyrazistość postaci literackiej jako problem pierwszoplanowy. Nie wiem, czy odrzucenie to jest niezgodne z moim „światopoglądem”, w każdym razie jest niezgodne z moimi preferencjami jako pisarza. Warto by przynajmniej spróbować przywrócić literaturze charyzmatycznego bohatera nie sięgając jednocześnie do tradycyjnej psychologii, a nawet burząc nową koncepcją bohatera to, co z tej psychologii – w wersji zwulgaryzowanej – pozostało, na poziomie mitów kształtujących standardową kulturę. We współczesnej sztuce znalazłbym natomiast dobry przykład w kinie – u Godarda – to chyba jedyne, co przychodzi mi do głowy.
Czyli pociąga cię dekonstrukcja postaci?
Czepiając się słów, powiedziałbym że raczej jest na odwrót. Oczywiście jest w tej koncepcji postaci wyraźny element dekonstrukcji – zwłaszcza dekonstrukcji mitologii dotyczącej wzorców osobowości, społeczeństwa, kultury. Rzeczywistości, do której ta postać jest niejako wprowadzona. Postać eksperymentalna, jak ją właśnie nazwałem, swoim pojawieniem się, swoim postrzeganiem i działaniem wywołuje pęknięcie w obrazie zastanego świata, obraz ten chwieje się, rozpada. W tym sensie można mówić o jakiejś dekonstrukcji. Natomiast w samej postaci chodzi raczej o to – w ostatecznym rozrachunku – żeby właśnie skonstruować nową możliwość egzystencji; wychodząc od paradoksów, czy przynajmniej od tego co za nie uważamy, ukształtować w sposób odmienny obraz świata, stworzyć inny obraz świata jako pewną możliwość, którą wybiera ta postać będąc najpierw celowo sprzeczna z zastałymi wzorcami zachowania, sprzeczna po to, żeby oczyścić się z narzuconych schematów. Po oczyszczeniu przedpola, po destrukcji masowych wyobrażeń, którą wywołuje pojawienie się i zachowanie takiego, a nie innego bohatera, wszystko zaczyna się kształtować, „konstruować” na nowo, na innych zasadach – oczywiście – bardziej otwartych, dynamicznych, wieloznacznych – ale jednak zmierza to, albo zmierzać to ma przynajmniej w moim założeniu, do jakiejś określonej wizji; świat się rozpada, jednak nowy świat, który kształtuje postać swym działaniem, zacieśnia się, krystalizuje… Postać ta jest cały czas z punktu widzenia zdrowego rozsądku, postacią psychologicznie „niemożliwą” – a jednak właśnie ta niemożliwość staje się ciałem, odgrywa konkretne sceny, zakorzenia się wśród konkretnych ludzi i rzeczy.
Jeżeli wciąż mamy czepiać się słów... Mam wrażenie, że w dużej mierze jesteś konstruktywistą akurat w sensie formalnym..
W jakimś sensie. Nie wiem, w małym czy dużym. Na pewno przywiązuję dużą wagę do konstrukcji, bo po prostu to lubię. Pociąga mnie myślenie muzyczne – nie w sensie samej melodyki zdań, bo to w gruncie rzeczy kwestia drugorzędna, zwłaszcza w prozie. Pociąga mnie muzyczność w sensie struktury, kompozycja. Zwłaszcza polifonia. Nie mogę czytać literatury, która nie jest polifoniczna z istoty.
Uważam też, że konstruktywizm dzieła umożliwia jego ścisłą organizację, co jest ważne zwłaszcza w przypadku literatury eksperymentalnej nie posługującej się fabułą w sensie ścisłym. Utwory całkowicie improwizacyjne, „impresjonistyczne” nie są dla mnie do końca przekonujące, nawet jeżeli mogą być fascynujące w większości swoich fragmentów, chyba że autor ma jakąś wybitną intuicję pozwalającą mu na spontaniczną, nieplanowaną organizację, ale na ogół brakuje mi po prostu jakiegoś „dopięcia na ostatni guzik” – może jestem tu konserwatystą… Nie tylko w literaturze – uwielbiam czasem posłuchać jakiegoś nowoczesnego jazzu albo Debussy’ego, ale koniec końców zawsze wracam do Bacha czy Weberna. Jeżeli mam jakiś główny zarzut wobec moich „Wakacji”, to głównie niedostatecznie wyrazistą konstrukcję, zwłaszcza jak na wymagania, które sobie stawiam w tym zakresie. Następne powieści, z których dwie właśnie kończę, będą dużo ściślej usystematyzowane. Wszystkie zarzuty szczegółowe, a być może jest ich całkiem niemało, wypływają w gruncie rzeczy z powyższego, nawet jeśli pośrednio.
Ma to też dodatkowy aspekt. Moje utwory posiadają często dość ściśle określoną strukturę, która w jakiś sposób kontrastuje z fabułą. Jakby konstrukcja i treść nie były czymś z gruntu koherentnym, ale raczej czymś odrębnym, nachodzącym na siebie, często zakłócającym się. Chodzi mi o strukturę, która w jakiś sposób pozostaje kontrapunktem wobec treści, a może nawet w pewnym sensie krytycznym komentarzem. Wydaje mi się, że ścisły pomysł konstrukcyjny może otwierać pole do dodatkowych interpretacji – w samej konstrukcji może się ukazywać głębszy sens utworu, przez pozorny konflikt z fabułą może ona uświadamiać płytkość, sztuczność opisywanych zdarzeń, jeżeli by je interpretować powierzchownie, dosłownie. Konstrukcja jest też dla mnie metaforą przeznaczenia. W życiu wszystko rozwija się w zaplanowany sposób, a jednak – nie musi być to jakieś dramatyczne wydarzenie w sensie pozytywnym albo negatywnym – typu zawał, rak, wypadek, wielka miłość, wygrana miliona na loterii – pojawia się coś, co zrywa wcześniej zadzierzgnięte nici, jakieś cięcie, jakiś zimny prysznic, który każe nam odnaleźć się na nowo w nowej sytuacji, może to być tylko jakaś „mikro-zmiana” – ale jednak… Tak samo konstrukcję widzę jako chłodny, logiczny układ cięć, które kierują przebieg akcji utworu na nieznane tory. Ktoś może zarzucić, że moje powieści są mechanicznie poszatkowane, tak jak np. „Jaworowski”, gdzie rozwój losów dwóch głównych bohaterów, w pewnym sensie najpierw harmonijny, zakłóca absurdalny dualizm, symetria ich losów, która jednak ujawnia się w całkowicie nieprzewidywalnych momentach i każe widzieć jednego z bohaterów odbiciem drugiego, albo karykaturą. Ktoś mógłby mi wytknąć, że np. w „Jaworowskim” albo w „Redaktorze Gaszyńskim” przez komplikację strukturalną rozrywam postęp akcji, która bez tego byłaby bardziej harmonijna, psychologicznie zrozumiała. Ale właśnie to lubię. Właśnie – konstrukcja jako sztuka podziału, jako cięcie, jako polemika z fabułą – to mnie interesuje. Można powiedzieć, że fabuła, treść jest niejako człowiekiem, a konstrukcja – porządkiem świata, który go otacza. Tak jak ruchy pływaka i rytm morza, w którym płynie. Nie są tym samym, chociaż współistnieją ze sobą. Związek między treścią a strukturą jest konieczny, choć ten związek często ma charakter konfliktów albo paradoksów.
Natomiast z zasady nie dociera do mnie literatura, która uznaje konstrukcję czy strukturę powieści za problem sam w sobie, za kwintesencję utworu. Nigdy nie mogłem do końca zachwycić się Perekiem, choć to pisarz wybitny. Wielu innych przyszłoby mi do głowy. Sądzę, że w powojennej awangardzie zaistniała dosyć niekorzystna tendencja do traktowania literatury jako głównie „problemu formalnego”. Stąd wzięły się takie rzeczy, jak wymyślanie jakichś quasi-matematycznych modeli i praca nad precyzją ich zastosowania. Oczywiście, porządki numeryczne itd. da się wywieść z dawniejszej literatury – Dante, czy z klasyków współczesności – Joyce. Ale dopiero ostatnio – Oulipo i te sprawy – mam wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś awangardowym akademizmem; literatura fascynująca jako temat na sympozjum z wiedzy o literaturze, jako wdzięczny temat dla krytyków literackich w rodzaju różnych epigonów Barthesa, którzy mogą się o tym rozpisywać stronami. W jakimś sensie – w niektórych rzeczach – uważam się za konstruktywistę, ale nie potrafiłbym napisać nic działając według z góry określonego porządku i nie naruszając go ani przez chwilę – być może nie mam do tego dość talentu, być może uważam to za sztuczne, być może jedno i drugie. Tu zgadzam się w pełni z „Przeciw poetom” Gombrowicza, jeżeli rozumieć je w niektórych fragmentach mniej dosłownie – nie chodzi przecież tylko o pisanie wierszem i nie o każde pisanie wierszem musi tutaj chodzić. Dlaczego, można się zapytać za Gombrowiczem, jeżeli ktoś chce dać wyraz miłosnej tęsknocie dajmy na to, zrobi to lepiej posługując się ścisłą formą sonetu, a nie jakąkolwiek inną?
W twoich powieściach wyraźnie widać skłonność do łączenia ścisłego realizmu z czystą fantasmagorią, co więcej – być może co gorsza – doprowadzenie obydwu tych kierunków do skrajności w jednym dziele, stąd czasem mam problemy z uchwyceniem sensu niektórych twoich utworów, że zacznę od „Wakacji”. A gdybyś miał wybrać tylko jedną z twoich literackich osobowości?
Tak, wiem: „realizm czy fantazja”. „Osobiste zwierzenia czy opis świata zewnętrznego”. Znam dokładnie te pytania – miałem taki temat na maturze do wyboru – prawie wszyscy, których znałem, o tym właśnie pisali. Więc można powiedzieć, że to popularny kanon pytań o literaturę. Mógłbym wzruszyć ramionami, ale zdaję sobie sprawę, że to jedno z głównych pytań co do istoty sztuki (sztuki w ogóle albo konkretnego dzieła), które stawia sobie odbiorca. Więc niech będzie. Po pierwsze, zauważyłbym, że i w życiu te sprawy wyglądają nie tak znów jednoznacznie. Oczywiście, rzeczywistość i fantazmat nie są czymś w prostym sensie identycznym. Stosunek, jaki odbywa w swojej głowie dwunastolatek z jakąś gwiazdą hollywoodzką, nie jest tym samym, co miłość, którą uprawia parę lat później ze swoją narzeczoną. Jednak seks z gwiazdą – nie jest też „czystym” fantazmatem – po pierwsze leżąc na łóżku, patrząc w jakąś okładkę z filmowego magazynu nasz nastolatek w jakiś sposób organizuje rytm swojego dnia – przecież, o ile nie uznamy, że cały świat jest halucynacją – a powiedzmy w sensie czysto pragmatycznym, nie wdając się tu w „metafizykę”, że nie uważam tak – naprawdę leży na tym łóżku, naprawdę patrzy w plakat itd. Po drugie – pozostając przy tym banalnym przykładzie – nastolatek przejmuje jakieś wyobrażenia co do typu kobiecości, który go pociąga, co do typu obrazów ciała, które go ekscytują itd. Bo nie ma też żadnej „rzeczywistej” relacji erotycznej, w której przynajmniej pośrednio nie uczestniczyłyby iluzje, fantazmaty, narzucone z zewnątrz wzorce, które podniecają albo odpychają, zachęcają albo zakazują konkretnych form miłości. W każdym fantazmacie jest zatem coś „realistycznego”, a każde „rzeczywiste” zdarzenie zawiera w sobie domieszkę „fantazmatu”. W związku z tym abstrahowanie od fantazmatów w sztuce – jeżeli to w ogóle jest możliwe – uważam wręcz, zwłaszcza dziś, za „nierealistyczne”, to po prostu często plebejska ideologia, która próbując opisać „świat jakim jest” w istocie redukuje go zgodnie ze swoim politycznym, estetycznym, czy etycznym programem do jakiegoś przeciętnego dziennikarstwa. Zatem realizm, nowoczesny realizm, powinien obejmować również świat fantazmatów, mitów i iluzji obok zdarzeń prawdopodobnych, typowych, racjonalnych. Wyznacznikiem, czy sztuka jest realistyczna, nie może więc moim zdaniem być obecność albo nie fantazmatów – ale to, czy fantazmaty te korespondują z jakimś empirycznie uchwytnym zjawiskiem, choćby nie wprost, ale na zasadzie parodii, wykrzywienia, planowej dekonstrukcji tego czy innego zjawiska. Jeżeli tak rozumieć realizm – z zasady uważam się za realistę, mimo że, poza niektórymi fragmentami, to, co piszę, „nie przypomina” realizmu takiego, jakim go znamy z dziewiętnastowiecznej literatury czy raczej może jeszcze bardziej z pewnych wyobrażeń na jej temat. Na przykład „Waspl” Dobrowolskiego uważam nie za połączenie realizmu z fantazją, jak można uznać to na pozór, ale – w całości – za klasyczny, czysty, nowoczesny realizm – w tym szerokim sensie, o którym właśnie mówię. O swoich utworach powiedziałbym coś mniej więcej podobnego, choć może w nie tak „czysty”, bezpośredni sposób.
Co do stosunku między życiem pisarza a jego twórczością. Powiem wprost – najbardziej interesują mnie stadia pośrednie – przechodzenie przeżycia w zmyślenie, tego co intymne, w to, co bezosobowe. Uważam, że pisarz powinien poruszać się pomiędzy doświadczeniem tego, co sam przeżył, a tym co dla niego obce, zewnętrze, co może być najwyżej „wymyślone”. Powinien odpowiednio rozegrać grę między jednym a drugim biegunem. Gdyby nie fakt, że pisarze bardzo często są nienajlepszymi ambasadorami swoich dzieł w wypowiedziach na swój własny temat (podobnie jak kompozytorzy niekoniecznie najlepiej dyrygują własnymi utworami, nawet jeżeli są dobrymi dyrygentami – jak kiedyś Richard Strauss czy Strawiński) – słysząc, że ktoś twierdzi albo, że jego utwór jest „wyłącznie oparty na jego własnym życiu, pisany krwią bez żadnego zmyślenia”, albo że jest „czystą abstrakcją, czystą fantazją bez żadnego związku z jego osobistymi przeżyciami i z tym, kim na co dzień jest”, tzn. słysząc, że opowiada się wyraźnie po jednej tylko stronie, uznałbym że chodzi o twórcę miernego.
Jeżeli jednak opowie się po jednej stronie nie w deklaracjach, ale i w realizacji swoich rzeczy to w pierwszym przypadku – efektem będzie prawdopodobnie nędzna literatura osobista, coś w rodzaju pamiętnikarstwa. Nawet jeżeli pisze się wyłącznie o swoich własnych przeżyciach, nawet jeżeli te przeżycia są zdecydowanie „nieprzeciętne” trzeba, w momencie gdy się pisze, odnaleźć w nich coś bezosobowego, abstrakcyjnego, potraktować je przez chwilę, jakby były fikcją, jakby komu innemu się zdarzyły. Nie mówię tutaj o tak oczywistych przypadkach jak powiedzmy Celine. Podam przykład czegoś bardziej skrajnego – literatury „obozowej”. Uważam że Borowski, Kertesz, Levi robią tak silne wrażenie, wrażenie tak autentyczne, właśnie przez to, że ich utwory są niesamowicie dobre „literacko”. Natomiast czytałem kiedyś jakieś urywki wspomnień z Oświęcimia pisane przez ludzi nie będących pisarzami. To było często straszne. Zwłaszcza, że chodziło tu o osobiste przeżycia z jednego z najkoszmarniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek istniały. Ale w momencie, kiedy ci ludzie zabrali się za pióro, zaczęli strasznie fałszować, nie z powodu braku jakiegoś „rzemiosła” (nie wiem, co by to miało być), ale dlatego że za bardzo, może nie do końca świadomie wczuli się w rolę pisarzy. To było strasznie nachalne, patetyczne i ckliwe. Na tym samym polega trudność w pracy z naturszczykami w teatrze i w kinie. Bardzo trudna rzecz – bo do fachu „zawodowego” aktora należy to, że jeżeli reżyser żąda od niego „autentyzmu” – aktor profesjonalny potrafi się zachowywać, jakby kamera czy publiczność przed nim nie istniały, potrafi zapomnieć, że jest np. filmowany. Amator dostaje często na widok kamery takiego zarazem podniecenia i spięcia, że zachowuje się koszmarnie pretensjonalnie, choćby mu się mówiło, że nie ma grać, a po prostu być sobą. Warto zobaczyć te nadęte miny i głupawe śmiechy rodzin filmowanych amatorską kamerą podczas niedzielnego obiadu.
W drugim przypadku – czy potrafiłbym wymienić jakichś wielkich pisarzy, których bym nie posądzał o krztynę realizmu? Może Raymond Roussel. Na pewno to był geniusz. Bardzo lubiłem go czytać i chociaż dawno do niego nie wracałem, na pewno przeczytam jeszcze nie raz jakieś jego teksty. Nie potrafiłbym napisać czegoś takiego jak „Locus Solus” czy „Impressions d’Afrique”. Ale też choć nie jest to literatura od niektórych moich fragmentów jakoś całkowicie odległa, dałoby się znaleźć może jakieś punkty styczności, choć zapewne poboczne, nie mam wielkiej pokusy, żeby próbować pójść dalej w tym kierunku. W ogóle nie zależy mi na tym. Gdybym mógł dostać od Boga jakiś jeden dar, którego nie posiadam, zamiast zmyślać i komponować te zmyślenia w całość jak Roussel wolałbym grać na gitarze jak Hendrix, albo naprawdę dobrze grać w piłkę.
Tak, ale czytając twoje rzeczy oprócz fragmentów fantastycznych, które ewidentnie pozostają w związku z jakimś „rzeczywistym zjawiskiem”, zauważam też fragmenty pure-nonsensowne. Co więcej, mylące czytelnika, o tyle, że pojawiają się obok fragmentów pisanych dość poważnym tonem. Na przykład w niektórych epizodach „Wakacji” widzę coś w rodzaju dadaistycznych eksperymentów nie tyle na poziomie słów, ale co, jeszcze niebezpieczniejsze, na poziomie idei wplecionych w rozważania, które brzmią poważnie, wręcz intymnie. Czy to już nie eksces? Wydaje się, że generalnie fragmenty halucynacyjne, które u ciebie się pojawiają, pozostają w jakimś stosunku do określonych kulturowych czy społecznych zjawisk. Ale są też fragmenty, gdzie humor staje się czysto absurdalny. Czy to już nie dysonans? Czy nie jest też z drugiej strony tak, że tworzysz jakiś ogólny program nowoczesnego realizmu, a potem chcesz się z niego wybić, jakby zanegować go, w sposób dla niektórych wręcz może nawet infantylny – jakbyś chciał być przekorny za wszelką cenę.
Hm, jedna rzecz jest tu na pewno prawdziwa. Mam, to mogę przyznać nieskromnie, całkiem spory dar do tworzenia programów, ale jeżeli chodzi o ich realizację przeze mnie samego często bywam krok do tyłu i krok naprzód. Nie mogę nic pisać bez odrobiny niekonsekwencji, to jakby przeciwwaga dla mojego konstruktywizmu. Co do pure-nonsensu, dadaizmu… Generalnie nie przepadam, chyba że zaliczysz Lewisa Carrolla do tej kategorii. O ile do lektur, które zdarza mi się czytać z przyjemnością, wręcz jako pozycje niemal rozrywkowe, zaliczam rzeczy, które dla wielu ludzi są całkowicie „nieczytalne” np. Roussela albo Robbe-Grilleta, to pamiętam, że nigdy nie mogłem przebrnąć przez Borisa Viana, a to pisarz nawet wśród licealistów wciąż dosyć popularny, więc nie chodzi tu chyba o kwestie jakiejś jego wielkiej złożoności. Vian akurat wydaje mi się czystym przykładem pure-nonsensu... Przeszkadzał mi u niego brak dostatecznej organizacji formalnej, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek uchwytnej problematyki. Natomiast coś, co określiłbym jako dadaizm kontrolowany, może być ożywcze. Wyobrażam sobie wplecenie momentów totalnego absurdu, jako coś w rodzaju dzwonka ostrzegawczego dla czytelnika – po to, żeby do końca nie uwierzył, w to co jest dosłownie napisane. Żeby nabrał w twórczym i zaplanowanym przez autora sensie postawy krytycznej względem tego, co zostało właśnie opisane. Pure-nonsens także, a może przede wszystkim może być przydatny jako dodatkowy środek kolorystyczny, coś w rodzaju celowo fałszywego dźwięku, z którego można korzystać, byle nie w nadmiarze. Mógłbym przywołać w sztukach plastycznych przykład Rauschenberga, który poszedł po linii Duchampa nie tracąc nic z realizmu, a nawet z silnej – może czasem wręcz zbyt wyraźnie – współczesnej, politycznej wymowy swoich prac. Także Beuys, chociaż pośrednio wiele zawdzięczał Duchampowi odnosił się w sposób – nigdy oczywisty – jak to byłoby u artysty przeciętnego, ale jednak wyraźny do historii XX wieku.
Poza tym – mam też ochotę sobie czasem poeksperymentować z dadaizmem, jak z kolejnym stylem – czemu nie, jeżeli mi sprawia to przyjemność, a jak powiedział chyba Renoir na zarzut, że tworzy dla zabawy – „gdyby mnie nie bawiło, to co robię, to bym nie malował”.
Wracając jeszcze do twoich bohaterów. Jaką rolę odgrywa w niektórych twoich utworach obsesja na punkcie piękna danej postaci, luksusu, którym się otacza? Dość osobliwa rzecz...
Powiem tak – jeżeli w moich tekstach mam zamiar poruszyć – nie zawsze wprost – dwa główne wątki krytyczne – jeden nazwijmy to prowokacyjnie „polityczny” – nieufność wobec płytkich, ogłupiających czy, dużo gorzej, o wiele gorzej!, pseudo-poważnych dyskursów, jakimi nas się raczy, oraz drugi – „metafizyczny” czy „epistemologiczny” – nieufność wobec formy i znaczenia obrazów, w których w ogóle jawi nam się świat – to dla mnie czymś zdecydowanie zbyt łatwym byłoby wprowadzić jako bohatera postać w najbardziej dosłownym sensie zagubioną, wyalienowaną, neurotyczną, niezaradną, a nawet fizycznie niepozorną. Znacznie trudniejsze – i być może bardziej prowokacyjne – jest znaleźć bohatera na pozór aż do absurdu powierzchownie pięknego, odważnego, radzącego sobie do perfekcji z każdym aspektem „codziennego życia”, słowem komercyjny ideał „spełnionego człowieka sukcesu”. Kogoś, kto na pozór nie ma żadnych problemów z funkcjonowaniem w tak a nie inaczej urządzonym świecie i szybko by pewnie przystosował się, gdyby to urządzenie świata któregoś dnia się zmieniło.
To samo wybór zdarzeń. Wydaje się, że te dwie krytyki łatwo przeprowadzić, jeżeli przyjmie się fabułę ascetyczną, pozbawioną akcji, np., lekko przesadzając – człowiek siedzi w ciemnej izbie wpatrując się powoli w płomień świeczki itd. Albo jeżeli przyjmie się fabułę jednoznacznie tragiczną. Odwagi wymaga dopiero przeprowadzenie tej krytyki w ramach opisu zdarzeń, które wydają się być najbardziej dosłowne wręcz fizycznie, albo też najbardziej zgodne z przyjętymi konwencjami, nie zostawiające czasu na refleksję. Szybki seks, biznesowe spotkanie itd. Chociaż sam kocham muzykę jak mało co, za Spinozą powiem, że za absurd uważam uroszczenia, jakoby muzyka miała – przez jakiś porządek symboliczny – wyrażać „harmonię świata”, „całość wszechrzeczy” i tak dalej... Ale jeżeli miałaby to wyrażać, to dlaczego – jak często przyjmowano – miałoby to się dziać jedynie poprzez muzykę powolną, skupioną, kontemplacyjną, a nie na przykład muzykę graną w szybkim tempie, barwną, zmysłową i taneczną. Nie widzę tu żadnego racjonalnego argumentu poza przyzwyczajeniem, że „problemy metafizyczne” na ogół przedstawia się w sztuce – patrząc na to zewnętrznie – w zupełnie innej rytmice, innej kolorystyce niż ta odnosząca się na przykład do czysto rozrywkowego dzieła. Nieliczni tylko, wśród których wymieniłbym takich zupełnie do siebie niepodobnych pisarzy jak Joyce czy zwłaszcza Gombrowicz potrafili w XX wieku odejść od tego w miarę konsekwentnie.
Jeszcze w odniesieniu do fantazmatów i rzeczywistości – bardzo łatwo dziś namawia się, żeby te pierwsze demaskować, zwłaszcza jeżeli obiecują one piękne, łatwe życie. Weźmy znów przykład jakiejś hollywoodzkiej aktorki – piękna, uśmiechnięta, powierzchowna twarz. Powiedzmy, że ta aktorka, bez makijażu i charakteryzacji byłaby trudna do odróżnienia na ulicy, miała w życiu dwie skrobanki i bolesne powikłania po operacji przepukliny, jej życie osobiste to w ogóle jeden ciąg zgryzoty – łagodzonej proszkami antydepresyjnymi, od których uzależniła się na dobre. Ktoś powie, że pierwszy obraz, wysyłany do szerokiej publiczności, jest obrazem pozornym, podczas gdy dopiero drugi obraz – ten znacznie mniej różowy – jest obrazem rzeczywistym. „Prawdziwą” powieść o życiu tej aktorki widzieliby w ten sposób, że drugi obraz wchodzi na miejsce pierwszego i demaskuje go. Pytam się jednak, jaki obraz jest tym bardziej prawdziwym, skoro to właśnie ten sztuczny przyciąga pożądanie milionów, jeżeli on właśnie jest wart pieniądze, jeżeli to takie właśnie obrazy w opinii światowej tworzą istotę sztuki, ideały seksu albo wręcz decydują o wyobrażeniach na temat jakiegoś narodu czy jakiejś zbiorowości, jak to się dzieje z popularnymi mitami na temat USA, Kalifornii, Hollywood, wyższych sfer itd. Czy to nie jest w jakiś sposób rzeczywiste? Czy to nie jest w pewnym sensie bardziej rzeczywiste? Nie trzeba być Baudrillardem, żeby zadać sobie parę takich pytań. Dlatego ja napisałbym inaczej – dla mnie te dwa obrazy aktorki byłyby obrazami równorzędnymi – co więcej, może nawet z przewagą obrazu pierwszego w samej powierzchownie rozumianej treści dzieła – a obraz drugi pojawiałby się, a w głębi dominował, ale wyłącznie jako rezonans między odbiciami obrazu pierwszego.
Czy nie boisz się, że zostanie to odczytane jako sztuczność, nadmierne zdystansowanie?
Jeśli tak, to nie będę aż tak bardzo niezadowolony. Jest pewna tendencja, która próbuje iść naprzeciw twórczości komercyjnej, a jednak mnie odstręcza – poszukiwanie „naturalności”, „zgodności z rzeczywistością” jako antidotum wobec płycizny masowego przekazu. Sztuka jednak ma to do siebie, że jest sztuczna – to już wynika z samej nazwy. Dobrze – powie ktoś – tyle epatuje się fizycznym pięknem, przyjemnością i młodością, podczas gdy mało kto z nas przeżyje swoje życie bezboleśnie, nikt też nie uniknie zniedołężnienia i starości, chyba że umrze przedwcześnie, co też jest dla większości mało pożądaną opcją. Pomijam już, że mam wątpliwości co do tego, czy naprawdę aż tak bardzo jesteśmy zachłyśnięci tą powierzchownością i czy to jest największą z naszych wad – mam wrażenie, że nikt nie boi się śmierci tak bardzo jak nowoczesny człowiek, żyjący w dostatnim, bogatym społeczeństwie o dobrze zorganizowanej służbie zdrowia… Gorsze wrażenie budzą próby odpowiedzi na tego typu diagnozę w różnych programach artystycznych: Pokażmy zatem cierpienie, obejrzyjmy je pod lupą, rozbabrajmy je, pokażmy konsumentowi, jakie życie może być „naprawdę” – myślę, że to obrzydliwe! Żeby było jasne – uwielbiam sam zdrowy mocny naturalizm, nie chodzi mi więc o środki!!!, ale o przesłanki intelektualne, które temu towarzyszą. To bezgraniczne zaufanie obrazowi albo słowu, bezwzględne i wulgarne. Tak jakby maksymalnie dokładne odegranie cierpiącego z bólu zawsze przybliżało nas do istoty tego, co naprawdę czuje cierpiący. Ten cały współczesny brutalizm to właśnie jedna wielka ofiara pułapki przyszykowanej przez dziennikarstwo i różnego rodzaju prymitywne telewizyjne rozrywki – typu Wielki brat czy ukryta kamera – wiara w to, że jeżeli odbije się „mechanicznie” obraz świata zewnętrznego, nie poddany żadnym retuszom – wniknie się w istotę danego zjawiska. Czytałem gdzieś, bodajże u Johna Searle’a, o zarzutach pod adresem behawioryzmu, był tam taki przykład: Wyobraźmy sobie, że jedna osoba poddawana jest działaniu jakiegoś silnego bodźca wywołującego wyjątkowo gwałtowny ból. Jednak jest na tyle wyćwiczona, że nie daje po sobie tego poznać w żaden sposób. Druga żadnego bólu nie odczuwa, ale doskonale udaje gesty, westchnienia, okrzyki cierpiącego wyjątkowo silny napad boleści. Według założeń teorii behawioralnej, należałoby konsekwentnie stwierdzić, że pierwszy nie odczuwa bólu, a drugi go odczuwa. Wydaje mi się, że to współczesne dążenie do autentyczności katuje wizją tego drugiego człowieka i chce, żebyśmy uwierzyli, że go boli. Mnie raczej jako pisarza interesowałby kazus pierwszy. To właśnie moja metoda.
Co w takim razie proponujesz przeciwko tej „nowej autentyczności”?
Mam propozycję odwrotną – skoro uważamy, że we współczesnych dyskursach jest za mało autentyczności i za mało głębi – pójdźmy w przeciwną stronę, pójdźmy w kierunku opisu tak bardzo sztucznego i powierzchownego, jak się tylko da – zobaczmy jak daleko zajdziemy, może ta sztuczność sama siebie zadławi, może coś w ten sposób obnaży się skuteczniej niż poprzez ten bezpośredni, brutalistyczny ekshibicjonizm. To niemal największe wyzwanie, jakie może mieć przed sobą nowoczesny człowiek. Twierdzimy, że za mało mówi się o śmierci, o fizycznym i psychicznym cierpieniu, które jej często towarzyszy? Pokażmy świat, w którym umiera się bezboleśnie i całkiem obojętnie. Mówimy, że bagatelizuje się przemoc – pokażmy przemoc szybką, estetyczną i łatwą jak wyłączenie pilotem telewizora.
„Metafizyczny efekt obcości” – przyszło mi do głowy kiedyś takie hasło. Chodzi mi o słynny efekt Brechta, przez który odbiorca powinien być świadomy, że ma do czynienia ze sztuką, nie z odbiciem rzeczywistości, że wszystko tu jest grane, udawane, że tu nie leje się krew, ale farba. Wiem, przeniesienie tego efektu z polityki także na najbardziej źródłowe aspekty życia – na uczucia, sam sposób myślenia itd. może spotkać się ze skrajnym niezrozumieniem. Myślę, że palę w ten sposób wiele mostów za sobą. Można wyobrazić sobie kogoś, kto jest odporny na tyle fizycznie i psychicznie, że jakieś cierpienie, np. ciężką chorobę przyjmuje jak błogosławieństwo, wierząc, że uda mu się dzięki temu narzucić sobie jakąś wewnętrzną dyscyplinę, dostrzec to, co najbardziej w życiu istotne. Można wyobrazić sobie kogoś, kto odrzuca miłość, rozkosz czy w ogóle jakąś łaskę, którą mu się oferuje. Można wyobrazić sobie kogoś, kto odczuwa wobec miłości czy cierpienia coś w rodzaju obojętności – ale obojętności „stoickiej” – zimnej, skupionej, poważnej. To w praktyce rzadkie przypadki, ekstremalnie rzadkie, ale powiedzmy mieszczące się w granicach psychologicznego prawdopodobieństwa. Ale trudno wyobrazić sobie kogoś, kto odnosiłby się do tych kwestii z taką dezynwolturą, ambiwalencją, jak mój Karol Guliwer. Sądzę, że dla czytelników utworów rozrywkowych ta dezynwoltura będzie i tak zbyt skomplikowana, z kolei zrazić się mogą zwolennicy „głębi i powagi” dość „tradycyjnie” rozumianej.
Nie mówmy na razie o reakcjach. Powiedz od siebie – co wnosi takie nieprawdopodobieństwo. Świadome odwrócenie mechanizmów, nie tylko już kulturowych, literackich, ale nawet sposobu percepcji, psychofizycznej wrażliwości.
Wydaje mi się, że wiem, co to może wnieść. Po pierwsze – przełamanie i krytyka naśladowczych, naiwnych sposobów obrazowania, pewnego kanonu myślenia, albo kanonu relacji między odczuwaniem a opisem, który próbuje nam się wmówić – nigdy może w konkretnych dziełach taki kanon nie obowiązywał, ale próbuje nam się wmówić, że jest nam przynależny. Po drugie – obcując z tym, co sztuczne, nieprawdopodobne, widzimy jakiś obcy, piękny ekstatyczny świat albo też świat koszmarny, przerażający, w których to światach nie żyjemy, ale co do których możemy wybadać – jak bardzo możemy się przybliżyć, jak wysoko możemy się wznieść albo upaść ku nim, jak bardzo tkwi w nas to nieprawdopodobieństwo, ten pozorny absurd – w tym, co wydaje się nam najbardziej oczywiste i realne, w tym, jak żyjemy na co dzień. Wtedy jest szansa, że jeżeli komuś – niekoniecznie mnie – uda się to zrobić, właśnie poprzez efekt sztuczności, może ukazać się jakiś egzystencjalny fenomen – poprzez nieobecność. Wydaje mi się, że jest to bardziej może złożona, ale bardziej skuteczna metoda, żeby dotrzeć na obszary, gdzie załamuje się język, niż natarczywe naśladownictwo życia. Jest to może trudniejsze dla czytelnika – ale uczciwsze, jako odrzucenie koncepcji współuczestnictwa, utożsamienia się odbiorcy z dziełem. Inna sprawa, że czytelnicy i widzowie lubią utożsamienia, niech jednak spróbują utożsamić się z „bohaterem eksperymentalnym”, a wtedy może odkryją, że ten bohater jest w nich bardziej obecny, niż by się tego spodziewali, a przy tym zwątpią jednocześnie w sens dosłownie rozumianego utożsamienia, bo takie w tym przypadku w całości jest niemożliwe. Po trzecie – efekt obcości uświadamia nam, że coś jest pisane, obrazowane, filmowane – zwraca uwagę na sam proces postrzegania i utrwalania doznań – a to pozwala zorientować się odbiorcy, jakie są granice tego, co da się przedstawić, uczynić obrazem, wypowiedzieć i jak te granice można przekraczać.
Tak więc – podsumowując – „efekt obcości” ma 3 aspekty – kulturowo-polityczny (dekompozycja kulturowych kodów, które narzucają pewien sposób wyrażania doznań i ich wzajemnej hierarchii), egzystencjalny (odkrycie absurdu, grozy czy piękna życia „realnego” poprzez pozornie „nierealny” zdystansowany, odkształcony jego obraz) i epistemologiczny (problem granic postrzegania rzeczy, granic języka, granic świata – mógłbym tak to ująć, byleby to się nie kojarzyło za bardzo z Wittgensteinem, bo nie chcę, żeby ktoś mi zarzucał zbyt wygórowane ambicje, a też nie jest to z drugiej strony filozof, który mnie szczególnie przekonuje.
W jaki sposób jednak miałoby się to przekładać na konkretne rozwiązania stylistyczne. Bo mogą one być bardzo różne. Z jednej strony widzę tu świadomie sztuczną „barokowość” , ceremonialność i estetyzację opisywanych zdarzeń z drugiej strony minimalizm filmów Bressona z jego koncepcją aktorów-manekinów, których twarze w obliczu najbardziej dramatycznych zdarzeń zawsze zostają niewzruszone i jakby papierowe. Co więcej, wydaje mi się, że chciałbyś osiągnąć jedno i drugie naraz.
„Bardzo różne” – to jest świetna odpowiedź! Estetyka dzieła jest mi najbardziej obojętna. Sądzę, że nowoczesna sztuka prędko nie wytworzy nowej formy i zupełnie nowej techniki, w tym sensie, w jakim tworzyli ją moderniści – tak jak wytworzyli ją kubiści, Joyce, Schoenberg albo Eisenstein – albo ja nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić – to drugie może dużo bardziej prawdopodobne. Dla mnie to rzeczy najzwyczajniej dowolne. Możesz pisać jak Iwaszkiewicz, możesz pisać jak Joyce. Co więcej, jedna z nielicznych rzeczy, w których jestem zwolennikiem demokracji, to może kwestia stylu w sztuce nowoczesnej. Sądzę, że tutaj powinniśmy wykazać jak najdalszą cierpliwość i zrozumienie dla naszych odmiennych temperamentów, jeżeli przeczuwamy, że nasze myśli, zupełnie inaczej wyrażone, mogą się przecinać. Tak samo w muzyce – wydaje się, że muzyka nowoczesna powinna nie tyle połączyć tonalność i atonalność, ile starać się szukać gdzie indziej wspólnego mianownika. Nie możemy podchodzić do problemów formy posługując się rozróżnieniami z okresu modernizmu, bo one już nie mają zasadniczego znaczenia. Tak samo w sztukach plastycznych – czy miałyby one być abstrakcyjne czy figuratywne, czy raczej miałyby się skłaniać ku formom tradycyjnym – rzeźba, grafika i malarstwo czy też ku różnym happeningom, performance’om, instalacjom itd. tego nie uważam obecnie za kluczowy problem Z jednym zastrzeżeniem, które zgłaszam być może tylko ze względu na mój własny użytek. W koncepcji tej widzę zasadnicze ryzyko. Zbytni dystans, sztuczność, fascynacja pięknem powierzchowności może stać się czymś za bardzo estetycznym albo fantastycznym, kompletnie nie poruszającym, przez to zbyt „bezpiecznym”. Dlatego jestem za elementami skrajnej groteski, jestem za elementami dosłownie rozumianego brutalizmu, jestem za elementami techniki realistycznej w tradycyjnym tego słowa rozumieniu – jednak nie po to, żeby naśladować rzeczywistość – ale po to, żeby zachować dar pierwotnego oddziaływania sztuki, oddziaływania może bardziej fizycznego niż intelektualnego. Dlatego trochę, a może więcej niż trochę ekspresyjnej bezpośredniości nie zaszkodzi, byle to nie było „mimetyczne”. Żadnej też fantastyki w sensie baśniowości, s-f – żadnej fantazji, którą można zakwalifikować gatunkowo. Tylko fantazja, która ma jednak jakieś empiryczne korzenie – biorące się z odkształcenia – indywidualnie u każdego autora –dostępnej mu rzeczywistości.
Zostawmy na boku literaturę gatunkową. Znany mi jest twój niechętny stosunek do „mityzacji” rzeczywistości i różnych „realizmów magicznych”. Pamiętam to w odniesieniu do niektórych rzeczy z prozy polskiej, mniejsza o nazwiska.
Że mniejsza o nazwiska, to popieram, od razu zaznaczam, że nie widziałbym w tej kategorii Schulza, chociaż oczywiście można wiele rzeczy u niego tak interpretować. Abstrahuję też od Marqueza, co do którego jestem dość przychylnie obojętny. Moim zdaniem relacja między bardziej realistycznym a bardziej fantastycznym aspektem literatury (przy zgłaszanym już zastrzeżeniu, że te żywioły „realizmu” i „magii” nie będą same w sobie nigdy w stanie czystym) powinna mieć co do zasady charakter „poziomy”, to znaczy te płaszczyzny powinny być w stanie ciągłej interakcji, konfliktu, zderzenia. Natomiast jestem przeciwnikiem prób „wywindowania” materiału, który sam w sobie nadawałby się na klasyczną opowieść w stylu dajmy na to nowel Prusa, na jakiś rzekomo „wyższy poziom wrażliwości” przez skąpanie go w magicznej, czy mitologicznej otoczce. Bardzo łatwo ogródek działkowy może na papierze stać się rajem, przepastne wnętrze szafy w domu ojczyma – piekłem, chałupa – kosmosem, a wychodek – wyspą skarbów. Ale to moim zdaniem hochsztaplerka. Podobnie jak samo przeświadczenie, że to, co zmitologizowane, uduchowione, ma być z natury „wyższym” czy „głębszym” problemem, niż to, co cielesne, w najprostszy sposób empiryczne. Można pisać o ekstazie seksualnej jak o mistycznej komunii dusz i ciał, a o chorobie też jakoś tak podobnie. Ale w sumie trudniejszym i bardziej złożonym problemem jest odnieść się do tego, czym jest ciało człowieka, które doznaje takich stanów.
Rzućmy w tym kontekście takie hasło – literatura a globalizacja. Z której strony byśmy do takiego zjawiska nie podeszli, czy to z punktu widzenia nowych fal kontestacji, czy też krytyki konserwatywnej, zauważamy pewną niechęć do przestrzeni współczesnego świata globalnego. Tak jakby miejsca, wydarzenia, które kojarzą nam się z życiem nowoczesnym wykluczały same z siebie głębszą artystyczną refleksję, chyba że miałoby to być coś w rodzaju „postmodernistycznego” pastiszu. Mówi się o odkrywaniu na nowo różnorodności kultur, o poszukiwaniu jakiejś indywidualnej tożsamości. Jeżeli pojawia się typowa nowoczesna np. wielkomiejska przestrzeń, to jej przedstawienie w „sztuce ambitnej” ma aspekt silnie krytyczny. Tymczasem ty z tego rodzaju przestrzeni robisz główne tło swojej literatury, a krytyczne nastawienie nie jest tu jednoznaczne. Ktoś mógłby cię nawet określić jako apologetę tego, co w nowoczesności sztuczne, bezosobowe, powierzchowne i komercyjne.
A czy malarz martwych natur jest krytykiem albo apologetą półmiska czy leżącego na nim homara? W jakimś sensie może nawet i tak, ale na pewno to nie jest takie proste. A na serio: Jeżeli istnieje piękno to wszystko może być piękne, jeżeli w odpowiedni sposób będziemy to postrzegać. „Pod postacią wieczności”. Stąd właśnie wzięły się u mnie wszystkie inspiracje spinozjańskie. Nie ma a priori, żadnej hierarchii, która wskazywałaby, co może budzić wzniosłość, ekstazę, fascynację, a co nie. Nawet jeżeli coś odrzuca nas, budzi przerażenie, w tej kwestii nie zmienia to niczego – tym większa właśnie jest być może groza, jeśli uświadomimy sobie, że to, co nas zabija, może być postrzegane jako piękne. Współczesna sztuka, w tym bardzo często polska poszukuje nierzadko swoistego wycofania. Azylu – zewnętrznego – ucieczki od świata zhomogenizowanego, bezosobowego, jednolitego, komercyjnego do tego, co jakoby ocalało z jakiejś dawniejszej, wyrafinowanej kultury. Często w rzeczywistości oznacza to po prostu ucieczkę do tego, co prowincjonalne, i to bardziej w sensie intelektualnym niż jakimkolwiek innym. Właśnie efektem tej izolacji jest ten pseudo-realizm magiczny, o którym już mówiliśmy. Po drugie – azyl wewnętrzny – podróż ku jakiejś samotniczej wrażliwości. Jedno i drugie odrzucam. Jako zbyt łatwe. Wolę właśnie szukać piękna w tym, co masowe, wszechogarniające i bezosobowe, w tym co techniczne, szybkie, płaskie. Ale chcę wyraźnie podkreślić, że nie chodzi o to, aby podnieść masowość i płaskość jako taką do rangi piękna, nie chodzi o to, żeby napisać wprost ich cyniczną apologię – ale o takie przestrojenie własnej percepcji, żeby widzieć w tej „globalnej przestrzeni” coś pięknego, niepowtarzalnego, co jednak jako takie obce jest zachowaniom masowym, jest rzutem oka na takie zachowania z perspektywy indywidualnej wrażliwości, która nie przystaje do takich zachowań, ale też nie kieruje się resentymentem z powodu własnej nieprzystawalności. Opiszmy aż do skrajności – najbardziej powierzchowne, szybkie, banalne interakcje międzyludzkie – przypadkowy seks, przejazd zatłoczonym metrem, jakieś czyste czy brudne interesy i odkryjmy w nich, wyłącznie w prostocie, przypadkowości i brutalności, jaką niosą w sobie ramy tych pospolitych raczej zdarzeń, głęboką miłość, ezoteryczną ekstazę, zapamiętałą kontemplację. Raz jeszcze powtarzam – nie chodzi o to, żeby uwznioślić to, co masowe, anonimowe, pozbawione korzeni i indywidualności. W tym sensie jestem być może konserwatywny – to co ważne, jest z reguły tym, co elitarne, dyskretne, niepowtarzalne i niewymienialne. Chodzi o to, żeby w tym co masowe i wykorzenione odkryć albo raczej wytworzyć możliwość subtelności i niepowtarzalności, którego piewcy i bezkrytyczni użytkownicy masowej kultury nie są w stanie sobie wyobrazić. W pewnym, dość specyficznym sensie uważam się za pisarza na wskroś „politycznego” – jak bardziej skutecznie zniszczyć coś, co puste, masowe i tandetne niż pokazując, że może być tajemnicze i piękne, niż wyrwać to z jego utylitarnych funkcji i napoić oderwaną, szaloną kontemplacją?
Nie można natomiast popadać w pułapkę wycofania się. W dosyć oklepane twierdzenia, że społeczna i kulturowa rzeczywistość naszych czasów nie dopuszcza niczego indywidualnego, niczego, co wybija się poza utylitarny, komercyjny charakter. Tak często jest, zgoda, i to jest pewnie tragiczne, ale dlaczego wyciągać z tego od razu jednotorowe, pesymistyczne konkluzje? A to bardzo częste i wydaje mi się to właśnie najłatwiejszym sposobem poddania się dyktatowi komercji, ustąpieniem mu. Nawet u tak wybitnego, wyrafinowanego pisarza jak Quignard widzę właśnie z niemiłym zaskoczeniem dość konwencjonalne czarnowidztwo, gdy odnosi się np. we fragmentach „Błędnych cieni” wprost do współczesnego świata i wydarzeń z ostatnich kilku-kilkudziesięciu lat. Jeżeli poprzestaniemy tylko na poszukiwaniu azylu – jakiegoś wewnętrznego albo partykularnego zewnętrznego świata, gdzie tylko sztuka przez duże s jest możliwa (a gdzie indziej z góry zakładamy, że nie jest!) i nie wyrobimy w sobie wrażliwości dla odbioru świata, który dominuje, będzie to największa porażka naszych czasów. Zadaniem powinno być wyrobienie w sobie artystycznej możliwości nie-masowego i niekonwencjonalnego odbioru tego, co nas na co dzień otacza. Musimy niejako skolonizować naszą twórczością to, co w obrazie nowoczesnego świata dominuje, a co dotychczas było jej całkowicie obce. Tak, dla głównych tematów, dla głównych obrazów współczesnego świata nie powstała żadna naprawdę wymagająca sztuka. Sztuka albo od nich ucieka albo się do nich zniża tracąc wszelki dystans.
Oczywiście, jest trochę pozytywnych przykładów. Na przykład nowe kino chińskie – reżyserzy tajwańscy jak Tsai Min Liang, czy niektóre filmy Hou Hsiao Hsiena, albo – chociaż to nie aż tak mocny reżyser – Wong Kar Wai. Te rzeczy są nieprawdopodobnie nowoczesne – obraz życia we współczesnej, bezosobowej metropolii jest pokazany szeroko, w wielu jego aspektach, z taką dokładnością, na jaką nie zdobył się chyba żaden reżyser amerykański (chociaż Sofia Coppola ostatnio próbowała z w miarę niezłym skutkiem), a przy tym dotyczą wielu złożonych, egzystencjalnych problemów. Takie filmy tajwańskie jak „Rzeka” czy „Millenium Mambo” są doskonale zakorzenione w przestrzeni nowoczesnego życia – tej najbardziej codziennej, mechanicznej, a przy tym – to sztuka przez duże S. Jeżeli prowadzą one do konkluzji w jakiś sposób pesymistycznych, to ten pesymizm leży w filozoficznym wymiarze przesłania, a nie w jakiejś płytkiej socjologicznej krytyce współczesności. Pomijając różnicę gatunków – są to oczywiście rzeczy inne co do treści od tych, które ja robię, ale to nie ma znaczenia. Podobnie Antonioni, który jest dla mnie wzorem obrazowania nowoczesnego świata i relacji międzyludzkich w nim, bardziej niż tradycyjnie psychologiczny Bergman (którego bardziej cenię za całkiem inne rzeczy) i bardziej niż większość literatury.
Mówiliśmy o bohaterach. Pomówmy jeszcze o miejscach. I to okazja, żeby na zakończenie wrócić do bardziej przyziemnych kwestii, może biograficznych. Jaką rolę odgrywa u ciebie Warszawa, w której mieszkasz od urodzenia na stałe, zwłaszcza że trochę jeździłeś po świecie i masz jakieś punkty odniesięnia... W Polsce to miasto przyciąga raczej zainteresowanie niż sympatię. Mówi się, że nadal od końca wojny brak mu tożsamości...
Jeżeli znasz dobrze to, co napisałem, to zauważysz, że w większości tych utworów gdzieś pojawia się Warszawa, raz bardziej ogólnie, raz bardziej konkretnie opisana. Jest z tym różnie, np. w „Opowieściach Hoffmana” – powieści, nad którą teraz intensywnie pracuję, niejako luźnym sequelu do „Wakacji” – kraj i miasto, w którym toczy się akcja, nie są w ogóle określone. Generalnie Warszawa jako miasto pełni raczej rolę „statysty” – ważną ale nie pierwszoplanową; myślę, że są to utwory doskonale zrozumiałe dla kogoś, kto nigdy nie był w tym mieście. Niektóre zdarzenia, detale są zainspirowane charakterem konkretnych miejsc, ale nie jest tak, żeby opis miasta, takiego, jakim ono jest współcześnie, był moim celem, na pewno nie w pierwszej kolejności, no chyba, że kiedyś do głowy mi wpadnie jakiś dobry pomysł. Inna sprawa, że to miasto ma dla mnie ogromny potencjał literacki i mam nadzieje, że pojawi się ktoś, kto go wykorzysta.
Co do braku tożsamości miasta i nie tylko – nie był on dla mnie szczególnym problemem, a może nawet był błogosławieństwem. Pamiętam, jak kiedyś W. Myśliwski na łamach jednej z gazet nawoływał rodaków do zainteresowania się korzeniami chłopskimi, które ma większość Polaków, a patrząc dziesiątki pokoleń wstecz, w pewnym sensie każdy. Nie mam nic przeciwko literaturze „chłopskiej”, choć moim zdaniem dla nowej literatury polskiej to niezbyt dobra droga – przynajmniej dopóki nie przeczytam dobrej nowoczesnej powieści z tego nurtu. Ale dlaczego miałbym w sobie szukać takiej tożsamości, skoro nigdy mi nie była bliska biograficznie? To dla mnie byłoby sztuczne i śmieszne. Akurat u mnie mamy do czynienia z o tyle specyficznym przypadkiem, że sam wywodzę się bezpośrednio z klimatów, które sztampowo się określa jako „klasę średnią”, czy „inteligencję”, ale u moich przodków – sięgając np. do czasów przedwojennych, a zwłaszcza dawniejszych można by pewnie znaleźć osoby z niemal wszystkich „górnych” i „dolnych” warstw społecznych, tak się jednak historia kraju potoczyła, że większość tych różnic się w jakiejś mierze zatarła i że takie przemieszanie stało się możliwe. Literatura to nie tworzenie ksiąg heraldycznych, a ta ostatnia zabawa nie interesowała mnie nigdy nawet sama w sobie. Odtwarzanie w sobie jakichś dawnych korzeni nie jest czymś złym, a może wręcz przeciwnie, ale opieranie na tym w pierwszej kolejności postawy artystycznej – wydaje mi się przejawem czystego prowincjonalizmu, kacem po komunizmie – choć i na Zachodzie podobne przykłady, w mniej skrajnej formie dałoby się znaleźć. Niemiecki krytyk polskiego pochodzenia Reich-Ranicki (podobnie jak ten krytyk nowojorski, który zjechał kiczowate „Metro”) wyświadczył polskiej literaturze niedocenioną przysługę przejeżdżając się po niektórych jej tendencjach, chociaż w szczegółach być może trochę przesadził. Oczywiście, łatwiej było się obrazić...
Tak samo niechęć do Warszawy – miasta, które jest jak koń w encyklopedii Chmielowskiego i ma mnóstwo wad – i preferowanie zamiast niego – nie mówię o stereotypach, ale już o dyskusji nt. miejsc w literaturze – jakichś regionów o bardziej „zakonserwowanej” historycznej tożsamości, wydaje mi się kuriozalne... Co do mnie, to w ogóle dziwny przypadek. Urodziłem się na Mokotowie, w całkiem przyjemnej, jak na to miasto okolicy. Chociaż większość życia spędziłem w „klasycznym M”, to generalnie wpajano mi estetykę odmienną od PRL-owskiej, no i miałem okazję stosunkowo wcześnie wyjeżdżać za granicę. Dlatego w Warszawie na początku wyrobiłem sobie obraz miasta na podstawie jego stosunkowo najciekawszych fragmentów, różnych Łazienek i innych tego typu, a – chyba nie przez zmanierowanie, bo nigdy nie wychodziłem z takim założeniem i sam tym byłem zdziwiony – w centrach standardowych miast zachodnich typu Paryż czułem się bardziej naturalnie niż na burej Marszałkowskiej. Jak byłem mały, nie cierpiałem socjalistycznego centrum Warszawy, sam z siebie! – doszedłem do wniosku, że Pałac trzeba wysadzić. Miało to ten plus, że wybieranie w mieście własnych tras, tych fragmentów, po których da się chodzić bez poczucia przybicia sowiecką monotonią, pozwoliło mi wyrobić fantazję – a prawie wszystkie pomysły literackie przychodzą mi do głowy podczas spacerów po mieście, niektóre tylko w wannie. Do Warszawy w całości przekonałem się później, w zasadzie dopiero na studiach. W sumie poza paroma miejscami, które są klasą samą dla siebie, standardowy poziom architektury, nawet w bardziej wyrazistych fragmentach, jest w najlepszych przypadkach taki sobie. Sztuczna starówka to nie Florencja, wieżowców nie tyle co w Hongkongu, Szmulki to nie Neapol, a Saska Kępa to nie paryska szesnastka. Ale za to w mało którym mieście można tak zmienić klimat otoczenia w ciągu półgodzinnego spaceru. W sumie np. taki Wiedeń, jak byłem w nim ostatnio, wydał mi się przy nieszczęsnej Warszawie koszmarnie monotonny.
Myślałem nieraz o wyjeździe za granicę do naprawdę wielkiego miasta, bo zwłaszcza takie lubię, ale jakby teraz widzę coraz więcej argumentów przeciw, chociaż mam cały czas w rezerwie taką opcję w głowie. No ale w sumie np. język – na poziom „cudzoziemca” znam dobrze ze trzy języki obce, myślę, że mogłoby to wystarczyć nawet do bardziej „ambitnej” pracy, ale wątpię, żebym kiedykolwiek był zdolny tworzyć regularnie w innym języku niż po polsku, z trudem wyobrażam sobie, jak możliwy był kazus Nabokova.
A w ogóle to właśnie ta mieszanka prowincjonalizmu i kosmopolityzmu może być inspirująca. Warszawa to taki wielki patchwork – nie jest to Nowy Jork ani Paryż ani Praga ale są ich namiastki, które sobie można w głowie nieskończenie rozwinąć, byle tylko nie dojść do ckliwej mitologizacji, o której już mówiłem. A w Nowym Jorku namiastkę Pragi raczej trudno znaleźć i odwrotnie. W tym sensie chaotyczna Warszawa może być dla pisarza miastem modelowym, „matrycą” nowoczesnego miasta w ogóle. O tym można by napisać naprawdę totalnie mocną rzecz. Ja raczej tego sam nie zrobię, ale choćby profil redakcji OM wskazuje, że znajdą się, czy wręcz są już ludzie, którym może to się udać.
Rozmawiał Maks Wolski