ORGIA MYŚLI O POLSCE!
Zaktualizowano 16.02.2010
5 URODZINY ORGII MYŚLI - 19.02.2010
Zapowiedzi:
Już w marcu rozpoczynamy nowy cykl spotkań pt. Orgia Myśli o Polsce
Szczegóły wkrótce!
Od redakcjiORGIA MYŚLI O POLSCE!Zaktualizowano 16.02.2010 Zapowiedzi: Już w marcu rozpoczynamy nowy cykl spotkań pt. Orgia Myśli o Polsce Szczegóły wkrótce! Z zasobów OMBaudrillard - postmodernizm, postpolityka, postnihilizmJuż w latach 80’ Baudrillard zwrócił uwagę na wieże WTC – przypisując im rangę symbolu najnowocześniejszego stadium kapitalizmu, w którym zakodowane w symetrii binaryzmów różnice społeczne przestają odgrywać realną rolę, ustanawiając zamknięty system wzajemnego odniesienia i odbicia. Pozostaje rzeczą niewyjaśnioną, czy islamiści czytali Baudrillarda – ale na swój sposób odpowiedzieli oni na jego apel (pokochaj i uwolnij swoją śmierć)... |
In umbra voluptatis lusi(miniatura pornograficzna) UWAGA: PRZENTOWANY TEKST ZAWIERA LICZNE OBSCENA I SFORMUŁOWANIA DRASTYCZNE! JEST PRZEZNACZONY WYŁĄCZNIE DLA OSÓB DOROSŁYCH! PROSIMY O ODPOWIEDZIALNĄ DECYZJĘ PRZED LEKTURĄ!!! - Może zmienimy miejsce? – mówię, a mój głos z jękliwym wysiłkiem przedziera się przez zwartą glinę klubowego łoskotu, przez pełną dymu ciemność, błądzi w labiryncie stroboskopowych świateł. Zmienia się w szept, w pisk, w śpiew. Rozpada na pojedyncze westchnięcia, które niosą w sobie jedynie dalekie wspomnienie drżenia moich strun głosowych, ciepła języka i podniebienia, wilgoci moich warg. Gdyby nawet słowa mogły dosięgnąć tego, do którego są skierowane, natrafiłyby na przeszkodę banalniejszą nawet niż elastyczny (ale przecież i ekstatyczny...) wrzask, który nas ogłusza. Uroczy blondynek, o twarzy nieco urwisowatego chłopca, tak bardzo podobny do mnie, choć drobniejszy, delikatniejszy, na pozór wiotki a jednocześnie w kuszący sposób wulgarny swoją robotniczą profesją, jest niestety mieszkańcem dalekiej północy. Angielski w ustach tego skandynawskiego drwala (być może spawacza, już zdążyłam zapomnieć...) nawet poza klubem zmienia się w zmrożony bełkot urozmaicany od czasu do czasu jurnym pohukiwaniem. Tak, Heikki pozostaje mi całkowicie odległy, nawet mimo coraz bardziej natarczywego podobieństwa, jakie wydobywa z nas alkohol. Ciekawe zatem, co nas zbliżyło tej nocy, co teraz właśnie tak bardzo nas do siebie przyciąga, czy moja, dla mnie samej nawet przekonująca chłopięcość czy może raczej kobiecość wszystkich mężczyzn, którzy nas otaczają. A może po prostu uwiedzeni tą orgiastyczną maskaradą chcemy jak najszybciej poznać nasze organy, chcemy je odsłonić, by upewnić się, jak wiele mamy pizd i jak wiele kutasów do dyspozycji. Wtedy dopiero moglibyśmy obmyślić plan naszej zabawy... Ciała wrzeszczą wrzaskiem klubu, stroje maskują przyciąganie i wiem już, że moja propozycja w ten czy inny sposób będzie zaakceptowana. Czuję, że niewypowiedziane pytanie o to, dokąd chcę iść, razem z pełnym akceptacji przynagleniem na krótką chwilę zmienia rytm w wąskiej oddzielającej nas przestrzeni. W „Herkulesie” – tak, tak właśnie nazywa się klub w mieście parków, cmentarzy, nagich rzeźb i toalet dla psów, gdzie przypadkiem, dziwiąc się samej sobie, spędzam tego lata kilka dni – jest miejsce, które przyciągało mnie od samego początku. Właściwie bardziej niż samo miejsce kusi mnie dojście do niego. Labirynt wąskich korytarzy, w których pod ścianami stoją antyczne, kamienne popiersia i półnadzy młodzieńcy. W odpowiedzi na zachętę ich ciał, w odpowiedzi na analną ciasnotę tego miejsca przechodząc, ocieram się o napięte torsy, o zalotnie wystawione pośladki, poddaję się ocenie ich wyciągających się po mnie dłoni. Wielu z nich musi wyczuwać, że welurowy, nieco zbyt obszerny garnitur, czarna koszula, czerwony krawat, spinka z połyskującym kryształem, pudrowe, duszne perfumy Le Mâle JPG, którymi oddycha moja skóra, jedynie maskują obcy im żywioł. A mimo to godzą się na zasady tej gry, zdają się doceniać wysiłek, jaki włożyłam w to, by tej nocy stworzyć siebie na ich podobieństwo. Gdy po raz pierwszy weszłam w wilgotny, marmurowo-pluszowy korytarz, nie wiedziałam jeszcze, dokąd prowadzi, ale wiedziałam, że jest w nim wystarczająco dużo jebania i orgazmów, by i ze mnie wyciekła sperma... Są takie miejsca, których samo przeczucie sprawia, że mi staje; kamieniste plaże pełne krabów, balkony wychodzące na zatłoczone ulice wielkich miast, nocne zaułki w wietrznych, nadoceanicznych kurortach, luksusowe hotele, w których zatrzymują się arabscy biznesmeni o ciemnych chujach i spojrzeniach, zatęchłe sale barcelońskich, neapolitańskich kin porno, hotel Polskiej Akademii Nauk na Lauriston w Paryżu, pustynna kazba, gdzie po ścianie z piasku biegają przezroczyste jaszczurki... Korytarze w klubie „Herkules” są właśnie jednym z takich miejsc... Potrzeba pieprzenia się w dusznej i gęstej obecności innych ludzi, często błędnie utożsamiana jest z ekshibicjonizmem, choć w gruncie rzeczy jest jego całkowitym przeciwieństwem. Ekshibicjonizm to seksualna pasywność, to zamknięcie własnego seksu w jednym ciele, to impotencja pragnień, to ruchanie bez ruchu, gest bez impetu. Gdy pieprzysz się pośród spojrzeń, wchłaniasz w siebie otaczające cię ciała, zasysasz organy, liżesz skóry, twoje rozwarcie jest nieograniczonym łakomstwem, krzyk twojego orgazmu odbija się pomnożonym echem. Jeden penis wystarcza tylko do prokreacji, seks to rozrzutność cip i hojność kutasów. Bądź świętym Sebastianem ruchania, niech każdy fiut przebija cię w nowym, dziewiczym punkcie, niech każde pchnięcie będzie defloracją, niech każdy por twojej skóry stanie się łakomą waginą, a każda z twoich rąk lepką macką, która niepohamowanie zagarnia każdego, w kim wyczuje twardość godną twojego ciała. Spojrzenia potrafią pieścić głębiej i śmielej niż niejedna dłoń, spojrzenia potrafią doprowadzić do orgazmu, jeśli tylko pozwolisz, by jedno z twoich patrzących oczu było pizdą, a drugie odbytem. Bezbronność w seksie polega na tym, że żadna broń, żadna zbroja ani tarcza nie są potrzebne... Coraz głębiej zanurzałam się w duszne, ciemniejące korytarze klubu. Z coraz większą ilością oczu uprawiałam seks, obcisłe bokserki, które na tę noc pożyczyłam od Alex, drażniły twardniejącą łechtaczkę. Tak, w tym korytarzu miałam szansę nie tylko posmakować wielu kutasów, ale i przeistoczyć się w jednego z nich. Zatrzymałam się obok posągu Herkulesa, naprzeciwko namiętnej pary. Dwóch dojrzałych mężczyzn, z wyglądu przeciętnych, nieco nawet rozlazłych, z brzuszkami, pierwszymi oznakami siwizny w jednym przypadku i sporą łysiną w drugim wciskało swoje ciała w pokrytą pluszem ścianę. Jak wiele miłości było w ich pocałunkach! Byli tak żarliwi, tak w siebie zapatrzeni; moją obecność słusznie i bez słów uznali za komplement, za wyraz szczerej admiracji. Porywająca jest nieskromność doświadczonych kochanków, tylko na takich warto skupić swoją uwagę, gdy pragnie się doznań pełnych i estetycznych. Piękno nie zawsze tkwi w jędrności młodej skóry, równie często jawi się w delirycznym skurczu, który napina tę lekko już zwiotczałą. Oddzielał mnie od nich jedynie wąski przesmyk korytarza, dlatego gdy wreszcie, niespiesznie, kontemplacyjnie niemal wydobyli z rozpiętych spodni swoje kutasy, dotarł do mnie oszałamiający zapach gorącej spermy, moczu i potu. Zapach fiutów, które zapewne nie raz tej nocy uwolniły z siebie płynne substancje... Nie były to penisy szczególnie okazałe czy wybitnie urodziwe, choć pod jednym z nich dostrzegłam z rozkoszą ogromne jądra zawieszone w zdecydowanie zbyt luźnej, pomarszczonej mosznie. Mój ulubiony rodzaj! Gdy uprawiam seks z posiadaczem takich właśnie jąder, zawsze ustawiam się tak, by podczas ruchania rytmicznie uderzały w moją łechtaczkę. Dzięki temu wewnętrzny rytm pizdy i kutasa podwaja się w zewnętrznym rytmie jąder i łechtaczki; orgazm doskonały. Tym razem jednak obwisłe jądra znalazły się w dłoni jednego z kochanków. Początkowo leniwie pieścili swoje organy, byli całkowicie skupieni na sobie, bacznie przyglądali się każdemu zgrubieniu, każdej żyłce czy fałdce zdobiącej ich fiuty. Wyraźnie nabierali apetytu... Nie wystarczał im już widok, zapach i dotyk, chcieli poczuć też swój smak. Seks ma sens tylko wtedy, gdy podobnie jak żaden z istniejących czy potencjalnych otworów w ciele, tak i żaden ze zmysłów nie pozostaje bezczynny. Jeden z mężczyzn ukląkł u stóp drugiego i bez czułych wstępów włożył całego kutasa do swoich ust. Zassał go głęboko, zacisnął usta i zaczął rytmicznie nimi przesuwać. Uwielbiam patrzeć z boku na wypełniające się fiutem policzki, ich cienkie, zaróżowione ściany uwypuklają się z każdym pchnięciem, a ja wyobrażam sobie, jak penis przeciska się między zębami, jak drąży gardło, wchodzi aż po przełyk, jak z impetem przebija skórę... Chciałam być wtedy tymi ustami... Drugi mężczyzna, siwiejący brunet, podchwycił rytm nadany jego kutasowi przez usta kochanka, oparł się wygodnie o ścianę i zaczął szybko, choć płytko i z wyczuciem poruszać pośladkami. Jęki docierały do moich uszu poprzez wytłumioną czerwonym pluszem muzykę. Gdy ktoś z zewnątrz obserwuje moją rozkosz, zazwyczaj zdecydowanie ją to potęguje. Gdy to ja jestem podglądaczem, nie potrzebuję żadnej dodatkowej aktywności, by osiągnąć jak najbardziej przekonujący orgazm. Najczęściej wystarcza mi w takich okolicznościach kilkakrotne napięcie zwieraczy, by poczuć silny, relaksujący impuls przechodzący przez całe ciało. Tym razem jednak nie widziałam powodu, by czegokolwiek sobie odmawiać, by z czymkolwiek się spieszyć, by ograniczać się do jednego tylko impulsu. Są takie noce, w trakcie których zanim przeżyję pierwszy orgazm, mam pewność, że będzie ich jeszcze wiele, być może nawet zbyt wiele... Noce, które sprawiają, że moje ciało przestaje rejestrować pojedyncze impulsy, całe stając się wielością drgań, naprzemiennie rozpada się w pył i scala w rżnięty diament pełen ostrych krawędzi i raniących szlifów. Mojej seksualnej ekstrawersji zawdzięczam zdumiewającą mnie samą regularność, z jaką dane jest mi przeżywać noce takich przeistoczeń. Kierowało mną najszlachetniejsze pragnienie nadmiaru, gdy moja dłoń, gestem stanowczym, jakby skierowanym w stronę całkiem kogoś innego, zaczęła rozpinać guziki welurowych spodni. Zawsze uwielbiałam swoje ciało; kocham jego rozległą geometrię, potencjał napięć i skurczów, twardy rysunek mięśni i tajemnice rejonów miękkich, mrocznych, niedostępnych... Lubię przypadkowo łączyć swoje ciało z innymi, wchłaniać je, rozbijać się o nie. Jeśli miewam poczucie, że moje ciało komukolwiek się oddaje, to jedynie mi samej. Jeśli przed kimś się wzbrania, to jedynie przed siłą i zachłannością mojej penetracji. Nikt inny nie zgłębiał mnie z równą determinacją i nikt nie poznał mojej pizdy lepiej niż ja. A mimo to czasem pożądam samej siebie tak bardzo, że nie mogę znieść dystansu, który dzieli mnie od mojej cipy! To jedyny organ, którego nigdy nie będzie mi dane posmakować wszystkimi zmysłami... Nigdy nie zobaczę intensywnej, gęstej, lepkiej czerwieni jej wnętrza. Czerwieni, którą jako symbol noszę na paznokciach, którą z paznokci przenoszę na wargi. Czerwone paznokcie poradziły już sobie z nieznanym im zapięciem pożyczonych spodni i utorowały drogę dla dłoni. Choć nie mogę mojej pizdy lizać, całować, gryźć – jak robię to z pizdami wielu pięknych kobiet – choć nigdy nie poczuję na języku jej ciepła, mogę przecież jej dotykać. Mogę zadręczać ją dotykiem! Od dawna już, zajęta sobą, ale i pełna żarliwej tęsknoty, wilgotniała... Pulsowała... Wsunęłam palce w cudownie praktyczne rozcięcie męskich bokserek. Moja cipa tej nocy była aksamitna. Idealnie ogolona, elastyczna, gorąca i mokra. Przesunęłam palcami po wargach, rozsunęłam je, by dotrzeć do sztywniejącej łechtaczki. Czułam jakby to pizda pieściła moją dłoń... Jakby chciała ją uwieść, wchłonąć. Czyż można nie ulec takiej pokusie? Nie poddać się bezinteresownemu zaproszeniu do ruchania? Oparłam się wygodniej o marmurowego, chłodnego Herkulesa, rozstawiłam szerzej nogi. Nic bardziej nie irytuje mnie w czasie seksu niż brak stabilności, który uniemożliwia pełną dostępność! Nic też nie wzbraniało już moim palcom zanurzyć się głęboko w rozpaloną cipę. Było dobrze. Ruchliwie i ciasno. Gdy pizda znalazła już zajęcie, gdy mogła radośnie, całą swoją wilgocią zaciskać się na moich palcach, powróciłam do kontemplowania sceny, która rozgrywała się przede mną. Obaj mężczyźni, wyraźnie zadowoleni, że ich orgazmy nie będą jedynymi, które za chwilę wypełnią korytarz, znów stali przytuleni do siebie i ściskali w dłoniach swoje fiuty. Teraz jednak ich dłonie poruszały się o wiele szybciej, rytmiczniej. Palce zaciskały się coraz mocniej. Rozedrgane spazmatycznie kutasy czerwieniały i pęczniały. Poprzez cienką skórę, napiętą do granic rozciągliwości można było niemal dostrzec wzbierające fale krwi i spermy, ruchliwe plemniki, które aż gotowały się, by wystrzelić. Słyszałam szum, czułam wibracje płynów w moim ciele. Jedynie siłą woli powstrzymywałam zbliżający się orgazm. Lubię czasem tę grę w równoczesność... Chciałam jeszcze odwlec krótkie zaleniwienie, przyjemne rozprężenie, które nieuchronnie następuje po przejściu kolejnej fali najwyższej rozkoszy. Gdy tak pochłonięta sobą, zakochana z wzajemnością we własnej piździe, zahipnotyzowana widokiem dwóch napierających na siebie kutasów, walczyłam o maksymalne rozciągnięcie w czasie rosnącej przyjemności, zdałam sobie sprawę, że nie opieram się już o twardy, kamienny posąg... Za moimi plecami poczułam ruch, ciepło i zapach nieznanego mi ciała. Na zapachy jestem wyjątkowo wrażliwa, co nie oznacza wcale, że ich nadmierna intensywność czy różnorodność może być dla mnie przyczyną najdrobniejszego choćby dyskomfortu. Przeciwnie, woni nigdy dość! Często przyłapuję się na tym, że w całkiem niestosownych po temu sytuacjach nazbyt łapczywie wdycham powietrze, węszę, zaciągam się głęboko i smakuję każdy zapach. Moja pamięć jest wielkim magazynem zapachów, a wspomnienia bardzo rzadko przybierają postać obrazów. Gdy po raz pierwszy pojechałam do Afryki, gdy zanurzyłam się w tłum kłębiący się w najdzikszym upale między prowizorycznymi straganami lokalnego targu, zanim jeszcze zobaczyłam krwawiącą głowę wielbłąda, którego mętne oczy patrzyły w dal pustyni, zanim uległam czarowi girland biało-sinych flaków zdobiących kolejną jatkę, poczułam zapach tego miejsca. Zapach, który był czymś więcej niż tylko jednorodną mieszanką poszczególnych woni. Oblepił mnie i osłabił swoją słodyczą, stęchłym ciężarem, przemożnym smutkiem. W tym zapachu była moja Afryka, ale było też inne miejsce, o którym całkiem już zapomniałam, które teraz powtórzyło się dla mnie po latach. Patrzyłam w oczy wielbłąda i płakałam... Za moimi plecami poczułam ruch, ciepło i zapach nieznanego mi ciała. Z takich nagłych pojawień korzystam zawsze! Niestety zdarzają się one coraz rzadziej, coraz więcej ludzi odczuwa całkiem zbędą potrzebę rozpoznania, identyfikacji nim przystąpią do seksu. A przecież usłyszeć wrzask orgazmu wcześniej niż imię, zobaczyć fiuta wcześniej niż twarz, posmakować spermy wcześniej niż ust, poznać ciało nim pozna się duszę (lub poznać je zamiast...) jest prawdziwym sensem przygodnego ruchania! Nie odwróciłam się. Zaczęłam mocnej napierać na podtrzymujące mnie ciało, prowokować je. W odpowiedzi poczułam na biodrach ręce, które sprawnie zsunęły z moich pośladków spodnie i bokserki. Niemal w tej samej chwili sztywny penis zaczął ocierać się o moją dupę. A więc mężczyzna! Mężczyzna znający zasadę przygodności... Doskonale! Palce poruszały się w cipie coraz szybciej. Kutas atakował szczelinę między moimi pośladkami. Ślizgał się w niej z coraz większą determinacją, nie zmieniając kierunku, trzymając tempo. Mężczyźni stojący naprzeciwko patrzyli mi twardo w oczy. Odwzajemniałam się im tym samym. Podniecała mnie świadomość, że to oni, a nie ja, widzą tego, który atakował moją dupę. Stanowiliśmy piękny, porywający, rozkosznie zdystansowany wobec siebie czworokąt. Maksymalizowaliśmy tarcie, jednocześnie minimalizując penetrację. Pełna synchronizacja, pełne poddanie się rozedrganemu rytmowi organów. Orgazm przyszedł niemal jednocześnie. Z trzech kutasów popłynęła sperma. Pizda zalała się sobą obficie. Niezobowiązujące, ale wyrażające najwyższe nasycenie jęki zbliżyły nas na chwilę. Intymność w seksie jest jednym z bardziej względnych pojęć. Mężczyzna, który wytrysnął między moimi zaciśniętymi pośladkami, zniknął równie nagle, jak się pojawił. Doceniłam ten gest. Jeśli istnieje coś takiego, jak bon ton pieprzenia, jak kultura kopulacji, jak honorowy kodeks jebaki, a istnieje ponad wszelką wątpliwość, to współuczestnik moich wstępnych igraszek był człowiekiem o nienagannych manierach i prawdziwie salonowym obyciu. Wycofał się pozostawiając mi swoją spermę, która była w tej sytuacji jedynym, co mogłoby mnie interesować. Wyraźnie doświadczony, wiedział, że nie należy przeszkadzać kobiecie, która delektuje się ostatnimi drgnieniami minionej rozkoszy. A tym bardziej kobiecie, która już myśli o następnej... Również dwaj namiętni kochankowie posłali mi jedynie przelotne uśmiechy sponad wzniesionych w pożegnalnym geście kieliszków wina. Zostałam sama w pustym chwilowo korytarzu, który teraz stał się już moją przestrzenią; przestrzenią mojego ciała, jednym z jego organów, z jego krętych ścieżek i wilgotnych zakamarków. Wróciłam do miejsca, gdzie po raz ostatni spotkałam Alex, ale już wtedy wiedziałam, że korytarz zaprowadzi mnie niebawem o wiele dalej, o wiele głębiej. Alex, Moja Piękna, jesteś tej jasnej, chłodnej nocy bardziej blond, niż ja kiedykolwiek mogłabym być! Jesteś naga w słońcu... Alex, Mój Chłopcze, w ciemności, w pulsującym żarze klubu tak trudno cię znaleźć. Choć tak lśniący, ciągle mi znikasz... Nie czekam już na odpowiedź, nie nasłuchuję jej i nie słyszę, prowadzę go przez tłum, który zaciska się na nas coraz bardziej pożądliwie. Korytarz, w którego mroku chcę być teraz przewodniczką, oddziela od wnętrza klubu ażurowa zasłona ze stalowych, połyskujących łańcuchów o drobnych, gęsto połączonych ogniwach. Wielość zespolonych otworów: przypadkowa metafora tego, co kryje się za zasłoną. Rozsuwam znów ciężkie łańcuchy. Ustępują z trudem, a gdy przeciskam się między nimi, napierają na mnie zimne niczym sople, niczym zaspy świeżo rozgarniętego śniegu. Jedyny chłodny i nieustępliwy element w tej dyszącej, hojnej przestrzeni. Łańcuchy opadają za nami i czuję lekki żal, że choć jeden z nich nie oplótł ciaśniej mojego ciała, nie skrępował ruchów. Nie, nie chcę wcale zrezygnować, wycofać się. Przeciwnie. Ale wiem, że już niebawem będzie mi brakowało ciężaru i twardości metalu. Że wkrótce zapragnę poczuć na skórze zimny dotyk łańcuchów. Palący ślad po ich uderzeniu... Ale teraz nie ma już czasu na najbardziej nawet lepkie wspomnienia, na najbardziej rozwiązłe pragnienia. Idziemy przez znane mi już korytarze. Mijamy posągi. Czerwień ścian przygasa, jest coraz ciemniej. Mężczyźni wokół zdają się poruszać coraz wolniej, już prawie nie słychać muzyki. Jest na tyle cicho, że gdybym tylko chciała, mogłabym teraz zatrzymać się, stanąć przed Heikkim, spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, czego chcę. A on usłyszałby mnie i odpowiedział. I wtedy właśnie korytarz zamknąłby się przed nami. Przyspieszam. Słyszę jego oddech i jedyne, czego chcę więcej, to usłyszeć jęk tuż nad moim uchem. Niemal wbiegamy do pomieszczenia, którym gwałtownie kończy się korytarz. Oboje jesteśmy tu po raz pierwszy i choć doskonale wiemy, po co tu przyszliśmy, to jednak chyba nie tylko ja jestem nieco zaskoczona tym, co teraz widzimy. Niewielki pokój jest stosunkowo jasny, niemal sterylny. Przypomina poczekalnię w dobrze zorganizowanym gabinecie dentystycznym i taka też panuje tu atmosfera. Wspólnotowa atmosfera pogodnego wyczekiwania. Pod ścianami stoją pary, mniejsze grupki i samotni mężczyźni, niektórzy szeptem rozmawiają, inni dyskretnie się masturbują. Cisza byłaby nie do wytrzymania, być może skłoniłaby mnie wręcz do poszukania innego miejsca, gdyby nie przytłumione jęki, rozdzierające westchnięcia, krótkie, urywane krzyki, które dobiegają nieustannie zza potrójnych, umieszczonych obok siebie, czarnych drzwi i upewniają nas, że dobrze trafiliśmy. Spoglądam szybko na Heikkiego; nie, nie możemy czekać w kolejce! Stajemy blisko siebie, czuję jak bardzo napięte jest jego ciało, oddychamy płytko, niemal w tym samym rytmie, jesteśmy sprężeni i gotowi do ataku. Nagle otwierają się środkowe drzwi, ktoś wychodzi. Nie przyglądamy się, nie czekamy aż kolejka zorganizuje się na nowo, aż ktoś nas uprzedzi. Rzucamy się jednocześnie w tę samą stronę, wbiegamy do ciemnego pomieszczenia, zatrzaskujemy za sobą drzwi, Heikki błyskawicznie przekręca zamek. Przez chwilę otacza nas całkowita czerń, za drzwiami słyszymy wściekłe głosy, ktoś chwyta za klamkę, ktoś kopie w ścianę. Nasze oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności; nie przyszliśmy tu jednak po to, by oglądać swoje ciała, ale po to, by siebie nawzajem spenetrować... Chwytam Heikkiego i przyciągam do siebie brutalnie, gryzę go w szyję, jednocześnie rozpinając suwak jego spodni. Nie chcę, byśmy choć na chwilę się zatrzymali, nie chcę myśleć, jaki będzie następny gest, następne dotknięcie. Heikki dobrze to rozumie. Zrywa ze mnie marynarkę i rzuca ją na ziemię. Jednym szarpnięciem rozpina guziki obcisłej koszuli i wreszcie uwalnia moje piersi, które tej nocy tak długo ukrywałam. Ssie sutki i napiera na mnie swoim kutasem, który już wydostał się ze spodni. Zaciskam na nim dłoń, jest niezbyt długi, ale bardzo gruby i twardy, delikatnie pulsuje, jakby łapał oddech, zanim wbije się w moją pizdę. Palcami zaczynam drażnić jego jądra. Są chłodne i zwarte. Ogolona skóra opina się na nich gładko tak, że mogę poczuć, jak bardzo są pełne. Heikki pozwala mi się dotykać, jednocześnie szarpie moje spodnie i majtki. Zrywa je ze mnie tak gwałtownie, że niemal tracę równowagę. Przytrzymuje mnie, wbijając palce w moje plecy. Z ciemności powoli wynurza się jego twarz, jest skupiony i zapatrzony we mnie. Trzyma mnie mocno i nagle zmienia rytm dotyku. Już nie mam wrażenia, że chce mnie rozszarpać, że chce zerwać ze mnie skórę. Przeciwnie, gdy nic już nie broni mu dostępu do mojego ciała, Heikki uspokaja się i zaczyna je smakować. Ani na chwilę nie odrywa dłoni od mojej skóry, delektuje się nią koniuszkami palców. Są jak ruchliwe nóżki kraba, jak łakome szczypce kraba, który pewnego gorącego dnia pasł się delirycznie obok mnie na skale Pacyfiku. Rozpędzony przemierza moje ciało, penetruje nerwowo, ale z nieuchronną konsekwencją każde wgłębienie, każdą szczelinę w mojej skórze. Z pasją zagłębia palce w moje uszy, usta, pachy. Nie jestem w stanie przewidzieć, w którą stronę skierują się jego ręce i wiem tylko, że ostatecznie dotrą do mojej pizdy. Na razie jednak Heikki krąży wokół mnie, skoncentrowany, napięty, zdeterminowany, by nie pozostawić nietkniętym najdrobniejszego choćby fragmentu skóry. Szybko przesuwa palcami po plecach, pośladkach, by niepostrzeżenie przenieść je na łydki, które drażni delikatnymi uciśnięciami. Każdy gest jest dla mnie wyczekiwaną niespodzianką. Gdy podnosi się, czuję, jak jego kutas przesuwa się po moim udzie. Jest wciąż równie twardy, jest dla mnie wyzwaniem... Narasta napięcie moich mięśni, narasta ich drżenie. Moje ciało napełnia się gorącą, pulsującą krwią. Sztywnieje. Znów czuję w sobie wzbierające strumienie spermy. W dłoniach Heikkiego samą siebie czynię fallusem. Wreszcie jego palce rozsuwają wargi mojej cipy. Nie rozpływam się, nie mięknę. Przeciwnie, stoję twarda, wzniesiona ponad rozpędzonym ruchem dłoni, ponad spojrzeniem, które próbuje przeniknąć przez moją skórę. Heikki nie nasycił się jeszcze w swojej wędrówce. Napięcie mojego ciała sprawia, że z tym większą siłą naciska na mnie palcami. Wreszcie rozsuwa moje nogi i kładzie całą dłoń na piździe. Zanurza we mnie od razu dwa palce, porusza nimi głęboko i nagle wyszarpuje bez uprzedzenia. Wkłada je do ust, uśmiecha się: tego smaku poszukiwał w moim ciele. Wreszcie w półmroku udaje nam się dostrzec stojące pod jedną ze ścian wąskie łóżko, a właściwie stół prosektoryjny, długi, dość wysoki, pokryty czarną imitacją skóry. Podchodzę do niego, siadam, opieram się plecami o ścianę, podciągam nogi i szeroko rozkładam uda. Pod pośladkami czuje chłodny i lepki dotyk lateksu. Heikki pochyla się nam moją cipą. Rozchyla wargi i przywiera do nich ustami. Liże mnie szybko, wwierca się językiem w samo wnętrze, delikatnie przygryza łechtaczkę zębami. Moja pizda zaczyna pulsować, zaciskać się, łakomie domagając się wypełnienia. Heikki ssie rytmicznie łechtaczkę i coraz mocniej zaciska palce na sztywnych sutkach. Patrzę na jego twarz wtuloną między moje uda, na jego język, który na krótką chwilę wynurza się ze mnie. Czuję intensywny zapach mojej pizdy. Ściany wokół nas są idealnie czarne, napierają na mnie, duszą. Podnoszę wzrok. Sufit jest przygniatającą ciemnością. Ale przecież otacza nas rozproszone światło. Wydaje się, jakby wydobywało się naszych ciał. Jakby nasze ciała roztapiały się powoli i wypełniały sobą ciasne pomieszczenie. Światło skupia się gdzieś wysoko i ucieka przez mały otwór w suficie. Koncentruję się na tym jednym punkcie. Spuszczam się w jego usta, a on coraz mocniej wbija paznokcie w moje pośladki. Podnosi mnie i stawia przed sobą na podłodze. Przyciągam go do siebie tak, że jego twardy kutas wciska się między moje mokre uda. Liżę jego twarz, ssę język i wargi. Wie, że czekałam, by poczuć na jego ustach swój smak. Spijam siebie łapczywie, wysysam z samego wnętrza jego ust ostatnie krople orgazmu, którym pulsują jeszcze najgłębsze mięśnie mojego brzucha. Gryziemy swoje wargi i czuję jak smak mojej spermy, miesza się z metalicznym, orzeźwiającym smakiem krwi. To jego krew. Odwracam się. Heikki chwyta mnie za biodra i z impetem wbija się od tyłu w moją pizdę. Jego kutas jest tak gruby, że cipa, choć jeszcze wilgotna, napina się i zaczyna drżeć. Pchnięcia są głębokie, rozdzierające, szybkie. Szerzej rozsuwam nogi i mocno zapieram się rękoma o kant łóżka. Jestem napięta i skoncentrowana. Choć Heikki uderza we mnie coraz mocniej, nie ustępuję mu, nie poddaje się nawet o centymetr. Zaciskam pizdę i pośladki w tym samym rytmie, w którym porusza się we mnie jego kutas. Oddaję każde jego pchnięcie. Nie przerywa, nie zmienia tempa, czuję w sobie głęboko coraz intensywniejsze pulsowanie. Myśl o jego spermie, której smak tak bardzo chcę poznać, sprawia, że błyskawicznie wyrywam się i chwytam Heikkiego za ramiona. Popycham go na łóżko, upada. Szybko przekręcam zamek w drzwiach. Staję nad Heikkim, który patrzy na mnie dziko, niemal z nienawiścią. Rzucam się na jego fiuta i zaciskam na nim usta. Chcę go połknąć, chcę, by wypełnił moje gardło. Klękam na łóżku i wypinam pośladki w stronę drzwi. Nie przestaję ssać kutasa, który jest tak czerwony, jakby wystrzelić miał krwią. Heikki jęczy i napiera biodrami na moją twarz. Już cały jego fiut wchodzi w moje usta, drażni gardło. Czuję, jak po twarzy płyną mi łzy. Napinam usta coraz mocniej, poruszam językiem i delikatnie zaciskam zęby. Duszę się. Nie słyszę otwierających się drzwi. Ktoś znów zaczyna lizać moją rozpaloną pizdę. Na to właśnie czekałam. Podnoszę wzrok znad fiuta i w oczach Heikkiego widzę już tylko mój własny orgazm. Unoszę się i nadziewam na jego kutasa. Poruszam się płynnie w górę i w dół, słyszę pod sobą głośny, warkliwy oddech Heikkiego. Wbijam palce w jego mokre ciało, drapię delikatną, alabastrową skórę, szarpię jasne włosy. Gdy na chwilę zatrzymuję się, by poczuć, jak mocno, jak głęboko wypełnia mnie jego fiut, czyjeś ręce chwytają mnie za pośladki. Chcę więcej. Chcę kolejnych kutasów, chcę wielu spojrzeń. Chcę eksplodować pośród tłumu. Chcę, by moje ciało było żerowiskiem. Chuj wbija się w mój odbyt. Krzyczę z bólu. Walczę. Wsparta na dwóch fiutach, wznoszę się i prężę. Ciała krzyżują się nienaturalnie symetrycznie. Splątana w sobie i rozwiązła, jak szalone strachem Sabinki, wyję z rozkoszy. Pragnę rozpłatać otaczające mnie ciała, pragnę odrąbać tkwiące we mnie kutasy. Sztywnieję, wyrywam się i jednocześnie z impetem wbijam całą sobą w te ciała, które zlewają się w jedno. Nie ma już szczelin, nie ma dystansu. Jest ruch materii, jest przyspieszenie i wrzask. Wypełniam się spermą. Anus mundi. Kominy dymią. Ciała rozpadają się, zmieniają w popiół. Wirują szarymi smugami. Z małego otworu w suficie sączy się światło. Opada na nas jak rosa. Zastygła lawa, wygasająca magma, która wewnątrz tli się żarem, na zewnątrz pokryta jest kroplami wody. Hiroszima, moja miłość. Zamiera w nas ruch. Krew jeszcze dudni, jeszcze przenosi w ciele to ciepło, które przed chwilą wytworzyliśmy, a skórę już chłodzi pot. Śmieję się, nie czując nic ponad drżącą radość orgazmu. Kiedy znów rozsunę zasłonę z łańcuchów, nie poznam tego miejsca. Będzie cicho, jasno od halogenowych świateł i szaro od dymu. Alex będzie czekać na mnie przed klubem. Wrócimy razem do domu. Przytuleni słaniając się przejdziemy przez park. Będziemy mijać ludzi bladych, jak my. Ludzi śpiących na grobach. Świt będzie nieodróżnialny od nocy. Północne światło słońca będzie chłodne i metaliczne. Będę widzieć tylko ostre kontury, kontrasty szarości. Raz tylko przeżyłam zaćmienie słońca; ten świt będzie miał w sobie tę samą fotograficzną prawdę.
zobacz też: PORNOSŁUCHOWISKO Projekt LL - von hirsch: |
Deklaracja OM 2006Orgia Myśli to nie tylko magazyn literacki. Aby stworzyć naprawdę awangardową literaturę, trzeba stanąć w awangardzie cywilizacji. Orgia Myśli zamierza więc przede wszystkim być projektem nowej kultury (...) Szukaj |