Węgla! - Cz. 1 - Rozdział 4

Rozdział 4

Minęło właśnie południe i dzień nieubłaganie chylił się ku schyłkowi, gdy dojeżdżał drogą krajową nr 8 do Miasta Górniczego po męczącej, trwającej koło doby podróży. Dzień chylił się ku schyłkowi, jak każdy byt z chwilą urodzin doznaje powolnego wtajemniczenia w umieranie, chociaż nic jeszcze nie wskazywało, że zapadnie ciemność, a przecież było wiadome, że nasta­nie nie dłużej niż za trzy godziny. Była późna jesień... Póki co jednak wszędzie królowało słoń­ce, tak rzadkie w ostatnich dniach i w ogóle nieczęste o tej porze roku. Dookoła rozpływała się ostra żółć przechodząca w czerwień; docierała wszędzie, nie omijając także oczu kierowcy, któ­ry musiał szukać ucieczki do remedium w postaci ciemnych okularów. Oczy piekły go tak, że aż schował się cały za czarnymi szkłami i przez niedługą chwilę, w której sobie przedstawił, że od­dy­chając wolno i spokojnie odpoczywa otoczony przyciemnianą przesłoną, poczuł się znacznie lepiej. Lecz świdrujący ból prawej półkuli tak łatwo nie chciał ustąpić. Słońce śledziło każdy jego ruch. „Najwyższy czas zażyć wreszcie Preparat” – powiedział mrukliwym tonem i sięgnął do podręcznej torby odrywając na chwilę od kierownicy prawą dłoń; droga była zresztą już prosta, bez wiraży. Wyjął dwie kapsułki. Od rana słońce, które zgodnie z prognozami (mglisty niż) nie miało prawa w ogóle się pojawić, nie chciało dać mu spokoju. To zaczęło się jeszcze, gdy jechał serpentyną drogi krajowej numer 6 mijając Masyw Czarnych Karpat, który oddzielał okolice Miasta Górniczego od bardziej centralnych regionów. Światło skupiało się na szczytach i niby na powrót wypromieniowywało z nich, jakby kolejne fale jasności biły nie ze słońca, ale z wnętrza ziemi, dzięki sile wewnętrznego jej spalania. W tym ognistym żarze rozpływały się kon­tury domostw góralskich, schludnych, dobrze utrzymanych, przykrytych spadzistymi dachami, z któ­rych ześlizgiwały się płomienie, niczym dzieci zjeżdżające na sankach w dzikiej radości; nie baczące, że na końcu trasy czekać może upadek.

Przed jego oczami rażonymi światłem wirowały mu jakieś urojone żyjątka, zwykły znak przemęczenia wzroku. On jednak wszystko widział dokładniej niż przeciętny przemęczony czło­wiek, choć najchętniej być może by nie patrzył. Obserwował więc fraktalne twory o karbowanej po­wierzchni, regularnym kształcie i jednocześnie nieskończonym obwodzie. „Jeżeli obwód każ­dego z takich na pół wirtualnych tworów jest nieskończony, jak i w co sumują się te nieskoń­czo­ności. Cóż – zgodnie z twierdzeniami Cantora…” – wyszeptał cicho – ale przerwał sobie, stwierdziwszy, że nie ma co włączać matematyki na tym etapie sprawy, jako że zbyt dużo jego skojarzeń dotyczących światła (jak na przykład to, że biło nie ze słońca ale z ziemi) mijało się całkowicie z nauką, a z drugiej strony – były wynikiem stosunkowo czujnej obserwacji zmy­słów (w którą umysł był też zaangażowany), nie ma więc powodu, by dawać za wygraną i mie­rzyć obraz świata, który widzi metodą czysto matematyczną. Ta konsternacja wprawiła go na chwi­lę w stan względnie odprężającej bezmyślności. Dodał gazu. Jechał serpentyną niemal sam, mijając tylko po drodze ciężarówki, z których część zapewne podążała w kierunku Miasta Górni­czego po surowiec.

Gdy wyjechał wreszcie na nizinę, światło nadal nie ustępowało. Jechał tak i jechał. Ciemne okulary były jedynie połowicznym rozwiązaniem.

A jednak poczuł się lepiej. Preparat zaczął działać szybko, choć ostatnio różnie z tym bywało.

Dawna, w pewnej mierze jeszcze kantowskiego pochodzenia ontologia, wska­zy­wała, że mu­szą koniecznie, przynajmniej w samym umyśle, istnieć jednocześnie pojęcia czasu i prze­strzeni, żeby była postrzegalna jakakolwiek zmiana. Pojęcie czasu bez rozciągłości byłoby czymś kompletnie niedorzecznym, jako że nie istniałaby zmiana, ani nawet ruch – mówiąc bardziej ogólnie – który dopiero może wyznaczać w świadomości miarę czasu, a którego to ruchu postrzeganie ma charakter przestrzenny. Nie może jednak tak samo istnieć zmiana bez czasu, gdyż bez wewnętrznie przynależnego danej istocie poczucia przemijania żadna zmiana w przestrzeni nie mogłaby być postrzegalna. Gdyby przestrzeń nie była postrze­gal­na, rzec by mo­żna (albo przynajmniej gdyby przestrzeń nie podlegała żadnej zmianie i wszystkie ciała tkwiły w absolutnym bezruchu), czas byłby pojęciem całkiem bezprzedmiotowym nomen omen. Lecz tak samo – czym byłaby zmiana, jak dałoby się wyznaczyć sam ruch, gdyby czas nie był podstawą każdego postrzeżenia (albo przynajmniej, z czym już niejeden metafizyk mógłby się wdać w polemikę, gdyby trwanie każdego przedmiotu było nieskończone i dla wszystkich wspólne).

Lecz wszystkie jego myśli, które mu towarzyszyły od początku wyprawy, gdy obserwował zmieniający się pejzaż, implikowały zupełnie inne wnioski. „W tym wszystkim tkwi ukryty sofiz­mat.” – pomyślał w pewnej chwili. „W istocie nie chodzi tu bowiem o nic innego, jak o życie i o świadomość subiektywną, która jest tylko jednym z przejawów życia, być może nader złożonym, ale w każdym razie jednak, wbrew temu, w co wierzyli swoiście i szeroko rozumiani klasycy, niekoniecznym. W związku z tym poczucie czasu nie jest niezbędne, by postrzegać jakąś zmianę w ogóle, ale tylko po to, żeby postrzegać jej wpływ na rytm życia jednostki. Jeżeli zatem porzuci się subiektywną albo – by wyrazić się ściślej – egocentryczną, obciążoną lękiem, odmianę świadomości, można nadal postrzegać nie tyle już nieskończoną zmianę, ile nieskoń­czo­ną różnorodność, bez zapośredniczenia ze strony czasowości. W tym przypadku czas nie był­by już aprioryczną ideą konstytuującą każde postrzeżenie, lecz tylko ideą konstytuującą do­świad­czenie takiego podmiotu, który świadomie albo nieświadomie postrzega samego siebie jako byt odrębny, a przy tym śmiertelny i skończony.” A on właśnie czuł, że możliwa jest zmia­na (dostrzegana w umyśle, czy raczej w tym, co na miejscu umysłu pozostanie) oderwana od  życia wewnętrznego i jednostkowego i tym głębiej to odczuwał, im bardziej wyobrażał sobie, że jego życie jest wcale niekonieczne, a być może jest i było całkowicie nieobecne w świecie; w tym świecie, który właśnie przemierzał. Czuł, że nie jest sobą. Czuł, że żadne „sobą” nie istnieje i dlatego znikł czas w tym, co pozostało w miejscu jego utraconej świadomości. Był być może żywy, lecz nie żył własnym życiem – żył niczyim życiem – niewymiernym i bezosobowym.

Słońce nadal biło go po oczach, choć Preparat zapewniał wrażenie względnego komfortu i powodował, że poczucie własnego ja doznało wyżej opisanych zaburzeń, co w niczym nie uchybiało jego – patrząc z zewnątrz – racjonalnemu zachowaniu zdyscyplinowanego kierowcy nowiuśkiego volvo.

„Czy jednak – skoro czas w pewnym momencie może się wycofać – nie może stać się na odwrót? Czy przestrzeń nie może stać się po prostu na wpół iluzorycznym obrazem czaso­wo­ści? Czy nie można wprost powiedzieć, że czas – nie w znaczeniu fizycznym (ten nas nie inte­re­su­je, chociaż jak się zdaje, jako tako rozumiemy Einsteina), lecz psychologicznym oraz prze­strzeń (w tym także przestrzeń cztero, a może i więcej wymiarowa) są czymś, co nie musi być jednocześnie obecne w postrzeżeniu jednostki. Czy może istnieć zatem poczucie czasu bez po­czucia przestrzeni, a w każdym razie bez poczucia materii? Mogłoby być to możliwe, gdybyśmy całkowicie odwrócili egzystencjalną perspektywę i zawęzili każde możliwe postrzeganie do subiektywnych wrażeń śmiertelnego bytu. Lecz czy nie może być nawet tak, że w umyśle jed­no­stki tkwi jedynie czas, a przestrzeń jest jedynie obrazem przemijania, tak jak słowo jest obrazem pojęcia, lecz jednak tego sposobu postrzegania umysł nie odnajduje wewnątrz siebie, lecz na zewnątrz?” Wydaje się, że to, co istota może postrzegać jako zewnętrzne względem siebie, ma charakter przestrzenny, w zasadzie jest tak z definicji. Tę ostatnią tezę trudno byłoby więc  uza­sadnić, jednakże o ile metafizyk kantowskiego sortu szuka pozornie logicznych dowodów na swe tezy, w życiu bywa tak, że wystarcza za dowód namacalny przykład. A więc stawiając sobie te bardzo dziwne pytania, odnalazł przykład Miasta Górniczego, ku któremu zmierzał. „Czy nie jest to miejsce, w którym istnieje tylko czas, mierzony niezliczoną ilością rozstrojonych, me­cha­nicznych przyrządów, stworzonych, ustawionych, wyprodukowanych by ujarzmić materię, któ­ra znikła i wszystko dookoła stało się iluzją? Czy przyjazd do tego miasta jest w ogóle prze­mie­szczeniem się na mapie, czy nie jest wyłącznie czystym wejściem w czas?” – myślał jadąc przed siebie.

„W każdym razie” – zauważył -  „są na ziemi miejsca, gdzie bardziej odczuwa się obecność samej przestrzeni, zaś czas ma jedynie charakter czwartego wymiaru dla nas niepostrzegalnego. To miejsca, w których wszystko – w tym sam człowiek wobec siebie – kiedy zdoła wejrzeć w głąb świata, w który został rzucony, wydaje się obiektywne i zewnętrzne. To miejsca, w których gromadzi się kapitał, przepych, blichtr, jak również – na takiej samej zasadzie – są bezludne bądź najbardziej zacofane krainy – miejsca, które wydają się zarazem istnieć jedynie w teraź­niej­szości i w wieczności. Miejsca, które lśnią takim blaskiem jakby na zawsze opuściła je his­to­ria – historia generałów i królów, historia kłamców i kochanków, historia krzyków i ulotnych tchnień. Tam czas zdaje się zatrzymany albo nieobecny, jako że świat nieskończenie przerasta człowieka i odbiera mu zdolność jednostkowego doznawania. Można wymienić tu  zarówno An­­tarktydę jak i powierzchnię nowoczesnych luksusowych biurowców bądź najbardziej luksu­so­wych sklepów pełnych drogich, sterylnych towarów. Są jednak również miejsca, takie jak właśnie Republika Słowanii, a zwłaszcza okolice Miasta Górniczego, a ujmując rzecz zarazem bardziej ogólnie i bardziej precyzyjnie – mentalna Środkowa Europa, w których odczuwa się jedynie upływ czasu, które poza tym nigdy nie istnieją teraz, ale zawsze cofają do przeszłości, a jednocześnie jawi się w nich przeczucie przyszłości, która może być tylko apokaliptyczna, acz­kol­wiek możliwa jest wizja apokalipsy o bardzo różnych „tempach” – zarówno gwałtowna eksplozja, jak i ciche zamarcie...”

W pewnym momencie ukazały się jego oczom kominy elektrociepłowni (która była wciąż w ruchu, o czym świadczył unoszący się zwolna biały dym) i stara, niszczejąca wieża kopalni „Bronisław Uszaty” – zwanej tak od prawej ręki mitycznego kniazia Radosława, która to prawa ręka pod godłem Pra-Słowanii poprowadziła kilka konno-pieszych wypraw hen daleko, po czym ujęła, oślepiła, tudzież ogłuszyła Wolframa – niecnego króla nieprzyjaciół. Bronisław Uszaty wprawdzie nie miał wiele wspólnego z wydobyciem węgla kamiennego, ani z tym regionem, jednak jego wyżej wymienione zasługi wystarczyły by kopalni nadać szczytne jego miano. „Bro­ni­s­ław Uszaty” – mowa rzecz jasna o kopalni, nie działał już od lat, otaczało go wielkie czarne bajoro, które kiedyś było zwykłym rybnym stawem, lecz wielkie Bóstwo Przemysłu wyznaczyło go z czasem do całkiem innej roli. Staw, który zrządzeniem wielkiego Bóstwa Przemysłu zmie­nił swój rodzaj z żeńskiego na nijaki i został czarnym bajorem (jak wspomniano), unosił na po­wierzchni brunatnej zawiesiny rozmaite przedmioty, które, choć pozbawione wyraźnych oznak płci, mnogością swych rodzajów wynagradzały rzeczonemu stawowi sprowadzenie go do ro­dza­ju nijakiego bajora, zwłaszcza że na ogół były rodzaju żeńskiego – puszka, blaszana beczka, stara piłka; męskie przedmioty (stary silnik, zardzewiały niewypał z czasów II wojny) z zasady zalegały na dnie nie licząc różnobarwnych kartonów kiedy niekiedy pływających po wierzchu. Był też rodzaj nijaki – w głębi bajora i na jego powierzchni – pudło na wierzchu, kocie ścierwo na dnie.

Z odróżnieniem wierzchu od dna sprawa jednak przedstawiała się trudniej niż na pozór, ledwie metr je dzielił, poza tym gęsta jak kisiel czarna zawiesina sprawiała, że w odróżnieniu od zwy­kłego stawu, a nawet względnie zwyczajnego bajora, gdzie większość rzuconych przed­mio­tów prędzej czy później trafia na dno, tu na dno trafiały jedynie te najcięższe. To, co znajdowało się na powierzchni, lśniło w słońcu, przez co cała sceneria nabrała w jego oczach cudownego wymiaru; refleksy światła stwarzały wrażenie, jakby u stóp jego nowiutkiego volvo znajdowało się niebo rozjarzone gwiazdami albo jakaś wulkaniczna łąka, gdzie spod lawy wybijają się żółte polne kwiatki, rosnąc, rosnąc i rosnąc w nieposkromionym żywiole wegetacji.

Nie wszystko wyglądało w ten sposób, to znaczy (żeby nie oceniać a pozostać w zamian względnie precyzyjnym) nie wszystko wokół było czarno-zawiesiste. Po prawej stronie szosy, przyjmując kierunek, którym jechał (kopalnia była po lewej, nadmieńmy, żeby uczynić zadość jeszcze raz choćby względnej precyzji) ujrzał nowe osiedle, zbudowane już za czasów Kapitału – na oko na jakieś pięć tysięcy mieszkańców, ogrodzone estetycznym płotem, wyposażone zape­wne w monitoring i ochronę, a to po to, by osiedla, ani jego nowości nie naruszali nieproszeni goście z osiedli raczej nienowych, które jak dotąd nie zostały bynajmniej ogrodzone płotem – ani estetycznym ani ekstatycznym, ani w ogóle żadnym. Nowe domy stylizowano na stare ka­mie­nice – lecz w stylu przypominającym raczej Arles czy Aix-en Provence, niż charakterys­tycz­nym dla dawniejszej architektury Miasta Górniczego. Jak widać, wbrew temu, co niektórzy mó­wili i w tym mieście dało się żyć wystawnie (i względnie śródziemnomorsko), a okoliczne dźwi­gi i wielkie tablice reklamowe wskazywały, że osiedle ma być rozbudowane i że nieko­nie­cznie ten luksus będzie służył aż tak bardzo nielicznym. Spojrzał na te domy, których pseudo-prowansalskie stylizacje wyglądały niecodziennie, tajemniczo i jałowo zarazem w tej aurze pó­źnej jesieni pozbawionej liści i w otoczeniu po-przemysłowego krajobrazu. Wyobraził sobie, że gdyby wybrał to miasto jako swoją siedzibę, jako miejsce, gdzie miałby spędzić resztę swego życia, pewnie siłą rzeczy zamieszkałby na stałe właśnie na tym osiedlu albo na jakimś innym utrzymanym w tym stylu, mimo że jego wrażliwość ciągnęłaby go gdzie indziej, być może do nie­nowych miejsc. Są pewne przyzwyczajenia, przyzwyczajenia kapitału rzec by można, przy­zwy­czajenia posiadania i dostatku, które choć mogą być stosunkowo młode, niespokojne i zmien­ne w rozlicznych swoich modulacjach i które mogą być pozbawione korzeni, dryfujące jak pusty pień po powierzchni rzeki, to jednak w najprostszych sprawach rychło wypierają to, co zakorzenione, jak również nawet to, co dopiero odczuwa pożądanie zapuszczenia korzeni – o ile gleba miałaby być trudna i nieurodzajna.

A więc spojrzał na te niby prowansalskie domy i głośno zaśmiał się.

Tak czy inaczej wszystko wskazywało (włącznie z tablicą informacyjną, którą minął), że znajduje się już w obrębie Miasta Górniczego. Na nowo zbudowanym rondzie, które nazwano rondem Mieszka X Sinego – nazwa ta pochodziła od innego z grona prześwietnych włodarzy dawnego słowańskiego mocarstwa – trzeba było wybrać jeden z dalszych kierunków – albo do Śródmieścia albo obwodnicą w kierunku Dąbrowy Robotniczej. Kiedyś mieszkańcom miasta (i podróżnym nie był dany ten wybór, jadąc na przedmieścia trzeba było kluczyć przez Śród­mie­ście. No ale w międzyczasie dożyliśmy takiej epoki historycznej, w której względny wybór w niektórych kwestiach raczył się objawić. Pojawił się i przymuszał; niekiedy stawiał w trudnej sytuacji. A więc trzeba było wybrać coś. Zdecydować się.

Wybrał więc. Pojechać obwodnicą.

Volvo wciąż toczyło się po estakadzie swoim cichym, równomiernym tempem. Gdy wje­chał już na dobre w obręb Miasta, pogoda nagle się zmieniła, jakby wkroczył w zupełnie inną stre­fę klimatyczną. Zgasło słońce, na nieboskłonie zaległa jasnoszara poświata, do wnętrza samochodu wdarł się słaby swąd spalenizny; nie był ten zapach nieprzyjemny, raczej napawał łagodną melancholią. Jakby z każdego skrawka ziemi unosił się dym palonych liści. Wydawało się, że rodzaj światła przestał się dla niego liczyć, odkąd Preparat zaczął w końcu działać. Wy­da­wało się, że wszystko stało się dla niego względnie obojętne, w sposób stosunkowo przy­jemny.

Zagłębiał się dalej w swoją podróż, płynął harmonijnie obwodnicą po gładkim, świeżym asfal­cie. Po obydwu stronach estakady zobaczył bloki Osiedla imienia Weteranów, dwunasto­pię­trowe. Od dłuższego czasu (proces trwał od narodzin, lecz zaczął przyspieszać gwałtownie ostatnimi czasy) rzeczone bloki konsekwentnie niszczały, obłupywał się tynk, zaś to, co pozo­stało z szarego tynkowania, pokryły brudne zacieki. Jednocześnie, wbrew temu wrażeniu, wiele elementów – anteny satelitarne niemal w każdym oknie, kolorowe billboardy zaczepione na ścianach, świadczyło o wzrastającej zamożności przynajmniej niektórych okolicznych miesz­kań­ców. Czuł jakby dookoła niego z wolna, lecz nierównym rytmem oddychały jakieś dziwne betonowe istoty, które nie mogą zdecydować się, czy wolą wzrastać w siłę czy ginąć. Kilka z betonowych istot wybrało życie, tak jak wszyscy (poczynając od rzeczonych billboardów) do tego zachęcają. Przysłonięte rusztowaniami obkładane były styropianem, zapewne żeby miesz­kań­com było cieplej zimą, zaś następnie – co widać już było na kilku ścianach doprowadzonych do najdalszego etapu renowacji – styropian miał zostać pokryty świeżym tynkiem jaskrawej cytrynowej barwy.

Te kilka ożywających budynków na tle wszechobecnego niszczenia, sprawiało, że współ­obec­ność zagłady i wskrzeszenia była tym bardziej chaotyczna, pełna tym większych dysonan­sów.

Oto krótkie sprawozdanie z refleksji, które nasunęły mu się podczas ostatniego etapu jakże długiej podróży. Tak, na pewno nie był całkiem zdrów, choć pomijając pojedyncze objawy, trudno było jego stan określić jako jakąkolwiek uchwytną jednostkę chorobową. Było to coś mglistego i w poczuciu wewnętrznym tak bardzo nieokreślonego, jak określone, lecz nieco absurdalne, stawały się konkretne objawy, których zaczął doznawać. Trudno powiedzieć z dru­giej strony, że była to choroba umysłowa, jako że wszystko co odczuwał było tylko cielesne. Było więc to coś na pewno dojmującego w pewien sposób, chociaż nie będącego dla organizmu żadnym wymiernym zagrożeniem. Ostatnio w ogóle odczuwał, że jego ciało jest tym, czym on cały jest; im dłużej myślał o tym, im dłużej myślał o czymkolwiek, tym bardziej wszystko w ostatecznym rozrachunku sprowadzało się do ciała. Nie znaczy to jednak, że świat czy on sam stały się dla niego czymś prostszym, łatwiej uchwytnym, czysto materialnym, nawet jeżeli nio­są­cym nadal mniej lub bardziej wymierne zagrożenia. Przeciwnie, odkąd był tylko ciałem, wszyst­ko stało się trudniejsze, bardziej wieloznaczne i nieokreślone, choć jednocześnie chwilami bardziej błogie... Tak, tylko ciałem... Na pewno niczym więcej, nie tak jak klasyczny homo sa­piens, poruszający się, przynajmniej względnie i chwilami, w świecie myśli, w świecie wartości, w świecie produktów społeczeństwa i kultury, który jest czymś-trochę-więcej-niż-ciałem. Nie, on był raczej czymś-trochę-mniej-niż-ciałem i może w tym „trochę mniej” kryły się wszelkie naprawdę groźne wyzwania.

Jechał dalej ową estakadą, która nieznacznie zakręcała łukowatym torem. Wydawało się, że powoli pogrąża się we mgle. Jak odnajdzie się ze swoją napierającą zewsząd niepełną cieles­no­ścią, w tym widmowym świecie, jak nazwał go w myślach, podczas zbyt może rozgorącz­ko­wanych i bezwładnych roztrząsań na tematy czasu i przestrzeni?

***

Przez dłuższy czas spoglądał na drzwi wejściowe do mieszkania. Białe, z mleczno-brudną szybą pośrodku. Brudnawa biel tych drzwi odcinała się od ścian – bardzo surowych, z czer­wo­nej nie otynkowanej cegły. Co mogło urzec go w tych drzwiach? Niekoniecznie jeżeli w coś się patrzymy dłuższy czas, choć przecież, przynajmniej w tym zakresie obdarzeni wolnością naszej woli moglibyśmy obrócić głowę w inną stronę, oznaczać musi że jesteśmy urzeczeni przedmio­tem naszych obserwacji. Ale w jego przypadku o jakimś ogólnym urzeczeniu można było mó­wić, niekoniecznie rzecz jasna musiało to być urzeczenie drzwiami – może zgoła czymś innym, co widział poprzez drzwi.

Co do drzwi, w każdym razie, to przedstawiały się następująco (mówimy tu rzecz jasna o doznaniach wzrokowych, odkładając na bok, te które mogłyby podsunąć węch, słuch oraz dotyk):

W lewym górnym rogu można było spostrzec zdrapaną do połowy kalkomanię, która przed­stawiała jacht kołyszący się na lekko wzburzonych falach oceanu, tuż koło bezludnej wyspy po­ro­śniętej gąszczem palm kokosowych. Tyle przynajmniej dało się rozpoznać na podstawie tego, co pozostało z  ww. kalkomanii przylepionej do rzeczonych drzwi.

W prawym górnym rogu przyklejono fotografię, która miała przedstawiać białego ptaka wzbijającego się pod firmament błękitnego nieba. Miała, bo niewiele dało się rozpoznać. Praw­do­podobnie zdjęcie zostało wadliwie wykonane.

Kilka brudnych kartek przyklejono za pomocą scotcha do rzeczonej szyby znajdującej się po­środku ww. drzwi, w połowie jej wysokości. Musieli jeszcze to zrobić poprzedni lokatorzy miesz­kania, trudno powiedzieć, jak dawno temu to było. Coś na tych kartkach nabazgrano, w końcu zwykle pozostawia się je w takich miejscach, żeby przypomnieć sobie samemu lub swe­mu współlokatorowi o jakieś względnie prozaicznej ale ważnej czynności; wieszanie pustej kar­tki nie miało by żadnego sensu – przynajmniej w tych krainach, które dobrze znam. Treści no­ta­tek bądź wskazówek nie dało się rozczytać – tak wyblakły. Widać było tylko jakieś pojedyncze cy­fry, które prawdopodobnie miały się układać w numer telefonu, jakieś imię – kobiece albo dziewczęce (bodaj Anna) i parę słów w miejscowym slangu, który kiepsko rozumiał. Być może te kartki widniały już od lat i w międzyczasie uległy zamoczeniu albo innemu względnie proza­icz­nemu, lecz niszczycielskiemu w skutkach oddziaływaniu sił natury. Być może jednak ktoś zo­stawił je całkiem niedawno. Być może nawet dotyczyły jego – jakieś wskazówki, ostrzeżenia na temat tego, co ma robić a czego ma unikać w nowym miejscu. Być może w tym spe­cy­fi­cz­nym klimacie nic nie może zachować nowej, a zarazem wyrazistej formy, wszystko musi ni­szczeć i rozpływać się, tracąc swe kontury. Wszystko gubi się, butwieje, musuje, koroduje. Ten stan może oczywiście destrukcyjnie działać na człowieka, a hipochondryka wprawić wręcz w śmiertelną trwogę o jego ciało, które zanurzone w tym osobliwym środowisku może również w szybszym niż w innych miejscach tempie podlegać starzeniu i chorobom. To ostatnie w jakiś sposób mogłyby potwierdzić również dane statystyczne – mówi się, że mieszkańcy Miasta Górniczego żyją dwa lata krócej niż średnio obywatele innych regionów Republiki wliczając w to również sąsiednią Dąbrowę, znacznie częściej chorując na raka i miażdżycę, chociaż alko­ho­lizm, nałogowe palenie, tudzież inne nawyki składające się na to, co określa się często „nie­zdro­wym trybem życia” występują tu nie z większą częstotliwością niż przeciętnie w Słowanii, a wraz z zamknięciem większości zakładów przemysłowych zanieczyszczenie środowiska zna­cz­nie spadło. On jednak, mimo lekkiego niepokoju odczuwał coś rozkosznego, odprężającego w tym postępującym rozpadzie otoczenia. Czuł, jak powoli jego ciało wrasta w tapczan, na któ­rym spoczywało bezwładnie i było w tym coś cudownie swobodnego – wrażenie, jakby tonął w falach ciepłej, gnijącej trawy. Przeniósł ciężar spojrzenia ku dolnej części drzwi, licząc, że i tam odnajdzie jakieś choćby mikroskopijne obrazki czy inne ślady obecności człowieka pogrążone w cudownym stanie dekompozycji, jednak zauważył tylko gładką względnie białą powierzchnię, przeciętą w skosie rysą zadrapania, jakby ktoś – może dziecko – bez wiadomego powodu porysował ją gwoździem.

Przebywał tu od niedawna, w tym obskurnym pokoju, w mieście, niemal całkowicie mu obcym, zwłaszcza w tym stanie ducha, w którym był. W gruncie rzeczy gdziekolwiek tu nie trafi, na cokolwiek nie spojrzy, gubi się. Ale czy jest jakiekolwiek inne miejsce, w którym się nie gubił? Przejechał przecież tyle krain. Przebył wszak tyle kontynentów i mórz. Ostatnio trochę czasu spędził w stolicy Republiki, lecz poczuł, że musi stamtąd się wydostać, czuł, że za silne mogą być uczucia i rozczarowania, których tam doznawał. Nie wiązały się one z samą stolicą, w żadnym razie, choć w roli statystów uczestniczyły w tych uczuciach pewne jej fragmenty. Zalany deszczem przystanek autobusowy... Spadziste dachy świeżo odnowionych domów, wtedy gdy wchodził pod górę, po spotkaniu u niej, by na przekór pogodzie pójść piechotą do centrum... zbutwiała ławka w miejskim parku (pewna zbieżność, choć w stolicy rzeczy nie butwiały aż tak szybko jak tutaj). Te szczegóły nie różniły się w niczym od innych miejsc na kuli ziemskiej, przynajmniej w tym sensie, że inne miejsca w ten sam sposób mogłyby zapisać się w jego świadomości, gdyby kojarzyły się z podobną bliską mu osobą, bądź podo­b­nym zdarzeniem. Chciał wyjechać więc, no i trafił tutaj. Śmieszne. Miał być to zresztą tylko punkt tranzytowy, jednak nie zdecydował, dokąd dalej pojedzie, no i trwał tak. Było to oczy­wi­ście śmieszne, ale nie do końca. To przypadkowe dla niego miasto, w którym wcześniej już był - nie ważne jak długo i w jakich okolicznościach – pozwoliło mu czuć się coraz bardziej szczę­śli­wym. Szczęście narastało, z minuty na minutę, wraz z obojętnością na wszystkie szczegóły dookoła. Im zresztą był wobec nich bardziej obojętny, tym z większą ciekawością obserwował je. Leżał nago na łóżku i patrzył na swoją trochę śmieszną postać, a raczej na to, co mógł z niej dostrzec w takim położeniu nie uciekając się do pomocy np. lustra. Lubił nazywać się Wielkim Podróżnikiem, choć na imię miał zupełnie inaczej. Z tym imieniem też niejasna sprawa; ostatnio występował jako Gustaw, ale trudno przesądzić (w braku wglądu do urzędowych dokumentów) czy jest to imię metrykalne. Zostańmy więc przy Wielki Podróżniku, przeplatając raz na jakiś czas ten przydomek z Gustawem – dla urozmaicenia… O jakim miejscu mógł powiedzieć, że czuje się w nim, jak u siebie? O stolicy, w której wcześniej mieszkał jakiś czas? Niewiele czasu minęło od wyjazdu, żeby wydała mu się czymś równie obcym i nieprawdopodobnym, jak miasto, do którego przybył.  

Poprzedniego dnia wzbudził sporą konsternację, gdy pojawił się na głównym placu miasta ubrany w elegancki strój, jakby przybył w celu występu w jakimś kabarecie, choć może też ten strój – z innego punktu widzenia – miał w sobie coś z szaty liturgicznej bądź z uniformu ja­kie­goś funkcjonariusza. By dalej nie owijać w bawełnę opiszmy, jakie elementy składały się na rzeczony strój:

Biała koszula, czarne spodnie, czarny frak, muszka i kapelusz (te dwa ostatnie przedmioty również czarnej barwy).

W chwilę później za jego plecami wyrósł Bruno, ubrany w identyczne odzienie. Przyjechali dużym samochodem na stołecznej rejestracji, wysiedli tuż obok Rynku Głównego i krokiem lekko demonstracyjnym, zarazem marszowym i tanecznym przemaszerowali przez spory frag­ment centrum Ulicą Partyzantów, udając się do miejscowego banku, gdzie trzeba było opłacić jakieś formalności związane z wynajęciem mieszkania.

Wielu patrzyło się na nich ze zdziwieniem.

- Almę zawsze trzeba było obejmować bardzo delikatnie – powiedział Wielki Podróżnik. Ni­gdy nie można było ot tak zakradać się do środka. Lubiła przede wszystkim pieszczoty ete­ry­czne, bardzo powierzchowne. Wieczne zaplatanie i rozplątywanie – wszystkiego, zwłaszcza włosów. Chciała, żeby to trwało w nieskończoność. Każda taka pieszczota była wielką falą, w której się gubiłem. Wszystko tonęło we włosach, w ich mnogości, zapachu... A jednak w takim momencie zagubiony w fali, poza którą nie wiedziałem, jak wyjść - orientowałem się, że od początku chciała tylko jednego- żeby ją pochłonąć, mocno objąć, wpić się w nią i rozerwać na strzępy. Żeby z niej nie pozostał nawet środek i żebym ja tak samo się zatracił w tym wielkim pożeraniu. Z czasem poznałem dobrze te jej odwieczne podstępy, tę mieszaninę okrucieństwa i delikatności. Wydawało mi się, że potrafię w nią wnikać aż do końca – mówił tak sam do siebie, myśląc, że nikt tego nie słucha, że w ogóle nie mówi nic na głos, że sam siebie nawet nie słyszy. – Odgadnięcie, w którym momencie trzeba przejść od naskórka do wnętrza było dla mnie najtrudniejszą sprawą. To wymagało jakiegoś nadludzkiego, a jednocześnie mniej niż ludzkiego instynktu, ba mniej nawet niż zwierzęcego, roślinnego raczej. W końcu jednak chyba opano­wa­łem tę grę.

- I wnikałeś? - zadał ktoś pytanie.

- Wnikałem. Miałem wtedy wrażenie, że nic z siebie nie pozostawiam poza nią. A jedno­cze­śnie ona siebie traciła, tak jak tego chciała... Czułem, że nawzajem w sobie zanikamy, rozpły­wa­my się. A jednak potrafiła pozostać niedostępna, cała, poza mną…

Zamilkł na chwilę i znów pomyślał o Almie. O jej brzuchu. O jej brzuchu, z którego wypływała powódź kwiatów. O jej brzuchu, z którego wytryskiwały zwierzęta. O jej brzuchu, z którego wzbijały się w górę wulkaniczne źródła. O jej brzuchu, z którego wytryskiwały gwiazdy. O jej brzuchu, który miał zapach żyznej ziemi rozgrzanej zachodzącym już słońcem.  Ten brzuch (tylekroć wyżej powtórzony) wciąż mu majaczył przed oczami, jakby cały przesła­niał mu wszelką perspektywę, jakby był ekranem, na którym widzi głębszy, jedynie istotny obraz świata, w odróżnieniu od tych wszystkich obrazów dookoła, które wydawały się tak nieistotne, że aż śmieszne i błogie.

- W pewnym sensie jednak wszystko dąży do symetrii i równomiernej pulsacji – powiedział sam nie pytany przez swego towarzysza, którego właśnie spostrzegł. Największą trwałość zys­kują te obiekty, te organizmy, te układy rzeczy, którym udaje się zachować pewną wewnętrzną regularność, funkcjonujące w okresowym rytmie, który chroni je przed przypadkowością dro­b­nych, dowolnych oddziaływań. Nie da się ukryć, że serce jest ściślej zorganizowane niż zawie­siny kurzu unoszące się w wodzie. To samo prawo odnosi się do wszystkich żywych organi­z­mów, które dzięki w miarę określonej strukturze, dzięki logicznej architekturze swoich ciał, mogą jakoś działać. Biciem naszego serca, oddechem rządzą zupełnie inne prawa od czystej statystyki, do której się sprowadza uchwycenie np. ruchów Browna. A śmierć? Potwierdza to co mówię. Śmierć wiąże się z reguły z zakłóceniem symetrii organizmu (jak na przykład rak) czy z całkowitym zaburzeniem pulsacji (częstoskurcz komorowy) – widzisz, jestem tu bardzo ency­klo­pedyczny.

- To, że symetria istnieje i że jej brak w pewnym stopniu zakłóca egzystencję albo nawet esencję nie oznacza bynajmniej, że wszystko w kosmosie „dąży” do harmonii – zauważył Bruno, trzeźwo i z mocno ironicznym uśmiechem (zwłaszcza gdy wymawiał dwa wyrazy na E) – Oznacza to wyłącznie, że symetria jest pewnym stanem, który w nie większym i w nie mniej­szym stopniu niż pozostałe rządzi się jakimkolwiek celem. A ściślej rzecz ujmując – wszystko jest pozbawione „wewnętrznego” celu. To tylko egoistyczne, skoncentrowane na naszym życiu postrzeżenia, nakazują każdą regularność bardziej uwydatniać, wyłaniać ją z obrazu rzeczywis­to­ści, jakby rzeczywistość się formowała wokół niej. Być może symetria w jakimś stopniu jest potrzebna do przeżycia. Ale cóż po przeżyciu z punktu widzenia nieśmiertelnych?  I cóż więc po symetrii?

- Nie przeczę, że symetria jest być może tylko próbą organizacji żywej istoty na pierwszym etapie ewolucji. W każdym razie żadna żywa istota pozbawiona wyraźnych punktów chociażby przybliżonej symetrii, jak dotąd nie powstała. Nie ma pełnej symetrii między dwiema połów­ka­mi twarzy, lecz przyjmijmy, że ich asymetria jest innego gatunku a nie tylko stopnia niż asyme­tria ciała rozerwanego na strzępy przez wybuch samochodu-pułapki. Jeżeli przeczysz temu – przeczysz równocześnie temu, że stoisz tutaj, oddychasz, rozmawiasz, opierasz się dłonią o poręcz. Na pewno powiesz, że wolno ci zaprzeczyć. Ta cała twoja retoryka. Ale gdzie by się w takim razie podział ten twój słynny empiryzm, którym się tylu władzom naraziłeś? Nie śmiej się. Co w takim razie z następnymi etapami rzekomej „ewolucji”? Nowy wolny człowiek, ciało bez organów, twórczy chaos, fragmentaryzacja? To wszystko poezja i żeby było trudniej czasa­mi całkiem dobra, dużo większa, a przynajmniej wielekroć bardziej podniecająca dusze młode, niekoniecznie wiekiem, niż ma to miejsce w przypadku nawet takiego Paula Valery. Skąd się biorą jednak takie uroszczenia? Może wydawać się, że w odróżnieniu od na przykład ciał nie­bies­kich mamy przed sobą bardziej urozmaiconą drogę, choćby nawet krótszą. Być może w czło­wieku zajdą szybsze przemiany i to przemiany fizyczne, niż zachodziły w nieożywionej mate­rii przez miliony lat. To jednak wydaje się również nieprawdopodobne – tak fizycznie jak i metafizycznie rzecz ujmując. A wszelkie „wyzwolenia” ciała od dotychczasowego uwarunko­wa­nia, wymagają możliwości fizycznej ewolucji, poezja tu nic nie pomoże, ani też – na dłuższą metę – narkotyki. A na razie mamy tę prawdę, jaką mamy, a tą prawdą jest, że żywy obiekt zawsze potrzebuje pewnej organizacji; przypadkowość może pozostać na poziomie cząsteczek, które składają się na niego; z punktu widzenia świata cząstek różnica między człowiekiem a znienawidzoną przez niego kartką papieru, którą trzyma w dłoni, nie jest najistotniejsza. Tu i tam jest wewnętrzny ruch. A jednak z punktu widzenia człowieka jest różnica i to nie tylko różnica fizyczna czy chemiczna chociaż taka też, między człowiekiem a kartką, czy znakami na kartce oznajmiającymi mu odmowną albo podejrzanie obojętną odpowiedź od bliskiej mu oso­by. A żeby człowiek mógł tę różnicę postrzegać, żeby mógł ją tworzyć i powielać w swojej świa­domości, co ma przecież miejsce, potrzebna jest do tego jakaś organizacja, jakaś chociażby nieco więcej niż pozorna symetria wewnątrz jego ustroju. Ty uważasz chyba, że jeżeli miałby istnieć jakiś Bóg, całkowicie wolny od tych cech, które umysł ludzki sobie w Bogu przedstawia, a które go tylko ograniczają, byłby raczej miłośnikiem twórczego nieporządku (o którym zresztą nauczasz, podobnie jak inni specjaliści od przyrody, że daje się w nim wyróżnić nader ścisłe, przynajmniej statystycznie, prawa). Uważasz, że skojarzenie z Boga z miłośnikiem har­mo­nii, konsonansu, jest właśnie jednym z nakładanych na niego ograniczeń. Dlaczego jednak taki Bóg miałby bardziej kochać dysonanse? Równie niezasadna teza. Wiele bym postawił, że kochałby jednak odrobinę bardziej konsonans i harmonię, choćby jako miłość do rzadkich aberracji.

       - Ostatnio często wzruszałeś się nad listami?

- Nie inaczej – odpowiedział Podróżnik, szczerze i dziecinnie.

- Dlaczego jednak, gdy serce i oddech zamierają w agonii, albo jeżeli – przeciwnie, czy pozornie przeciwnie, żądza życia czy miłości silniej się uwydatnia i obejmuje całą istotę w posiadanie, owa regularna pulsacja ulega coraz to większemu zakłóceniu? – zapytał na głos z pewnym poczuciem cynicznego triumfu Bruno, któremu już wydawało się, że podróżnik popadł w jakiś dla niego niezwyczajny banał ocierający się o dosyć dziwną i skądinąd niezbyt konsek­wen­tną próbę platonizmu.

- Wierzysz w Todeslust? – odpowiedział Podróżnik i parsknął, co świadczyło, że nie stracił polemicznego animuszu, który nie zawsze musi przecież oznaczać ścisłą odpowiedź na pytanie.

Drobiny kurzu trwają dłużej niż serce – kurz jak i woda są niemal niezniszczalne. Sam to dobrze wiesz. Sam zresztą to kiedyś zauważyłeś. Nie uda ci się jednak przejść nad tym do porządku dziennego za pomocą tych wszystkich twoich sofizmatów. Drobiny kurzu w szklance nie tworzą układu w na tyle zorganizowanego, żeby współtworzył tę mechaniczną i zamkniętą żywotność, jaką jest ludzka istota. Tym nie mniej, to przyznaję, istota ludzka rozpada się docho­dząc do podobnego, jeżeli chodzi o powiedzmy w cudzysłowie „witalność”, stanu organizacji, czy dezorganizacji jak wolisz. Zgadzam się też, że z punktu widzenia całości,  z jakiejś boskiej perspektywy, człowiek może nie być czymś wyraźnie odróżnialnym od reszty, a różnica między życiem a śmiercią jest co najmniej względna. Wychodząc od tego stwierdzenia, można dojść do skrajności i uznać, że życie zwierzęce oraz życie psychiczne jawią się swego rodzaju dziwnymi wyjątkami, a może wręcz  „błędami” wobec tego zróżnicowanego, lecz w przeważającej części nieożywionego, co nie oznacza, że statycznego continuum, jakim jest rzeczywistość. Błędami, które być może jednak do czegoś są konieczne, choć do „czego”, tego żadna nauka ani żadna religia do końca nie potrafi odkryć. Ja też uważam, że wszelkie dowody przemawiają za tym, że powstanie życia a zwłaszcza świadomości było dziełem przypadku. I zgadzam się, że człowiek w stanie przeżyć najbardziej intensywnych dąży instynktownie do złączenia się z totalnym hory­zon­tem bytu, z prędkościami i intensywnościami nie tyle tego, co martwe, ale tego, wobec czego pojęcie życia wydaje się całkiem nieistotne. Odkryć w sobie ten odczłowieczony pęd! Bo jeżeli nawet uciekniemy od mrzonki osobowych bogów, od sądów ostatecznych i zaświatów, nie możemy zaprzeczyć, że twórcze życie można spędzić tylko na ciągłym przybliżaniu się tego co za nami, do tego, co nam obce, a co jednocześnie znosi nasze granice...

- A najśmieszniejsze, że jak zwykle mówimy pewnie o jednym – stwierdził Bruno.

- Czyli kapitulujesz? – dodał Bruno po dłuższej przerwie, mrużąc lekko oczy.

- Nie. Jeżeli w czymś się zgadzamy, to w tym, że obydwu nam chodzi o nową organizację świata, a przynajmniej o nową organizację naszych sposobów postrzegania go.  Zorganizować chaos! Oczywiście to bardzo mylne pojęcie, świadczące o braku precyzji językowej i niedos­ta­tku myślenia. W gruncie rzeczy mówienie o chaosie jest równie niedorzeczne, jak mówienie o platońskiej, idealnie symetrycznej harmonii. Chaos to jedynie pewne subiektywne wrażenie, które odczuwamy w momencie, w którym przekonanie o dawnym porządku, a przynajmniej o jego bezwarunkowości zostało obalone. Jeżeli jednak się różnimy, to w tym, że dla mnie to wra­żenie powinno być pretekstem do wyzwania, nieuchronnego wyzwania, by połączyć wszyst­kie rozproszone elementy, które składają się na poddaną w wątpliwość wizję świata w zupełnie nowy porządek. Porządek, który trzeba odkryć, bądź, jeśli wolisz, wymyślić. Niektórzy chcieli jed­nak stworzyć ten porządek w całkowitej niemal niezależności od motorycznych przyzwy­cza­jeń właściwych naszym organizmom. Przykładem tego może być system dwunastotonowy w muzyce, czy serializm jako jego logiczna konsekwencja. Muzyka bez melodii, bez harmonii, bez okresowości, a jednak niewiarygodnie precyzyjnie zorganizowana... Kiedyś się temu cały odda­wałem i bardzo kibicowałeś moim próbom.

- Również nie zaprzeczę, że symetria w szerokim sensie może przeczyć życiu, tak samo jak zaprzecza mu jej całkowity brak - dodał po przerwie, która była być może zamierzoną reakcją na pauzę, którą poprzednio zrobił Bruno (Pauzę, której przyczyną z pewnością nie była chwilowa niemożność dobrania odpowiednich słów; niemożność ta nie była z pewnością w tamtej chwili większa niż w każdym innym momencie tego przedziwnego wywodu.) Żywotność, a zwłaszcza indywidualność – a nikt nie przypisuje życia przedmiotom niepoliczalnym – wymaga pewnej dozy nieregularności. Jeżeli na świat spojrzałaby jakaś obdarzona porównywalną do naszej inte­li­gencją pozaziemska istota, jedyną różnicą, jaką by zauważyła między istotami ludzkimi a nieożywioną przyrodą, byłaby kwestia zdolności poruszania się. Jeżeli jednak ruchy te byłyby wyłącznie regularne, jeżeli rządziłyby nimi okresowe, arytmetyczne właściwości, nie dałoby się wykazać różnicy natury nie tylko między człowiekiem a zwierzęciem, lecz również, a być może zwłaszcza między człowiekiem a jakąkolwiek maszyną. Stąd właśnie ruch istoty żywej, a zwłasz­cza istoty inteligentnej, musi mieć w sobie coś niespokojnego i anarchicznego.

Dokładnie to wiedziałem, a więc też szukałem asymetrii, też szukałem wyjątków. I dlatego się oddałem tym czy innym badaniom.  Dysonansowy kontrapunkt. Jako muzyk nadal eksploruję serię, biały, szum, alikwoty, sekundy i undecymy. Wydaje ci się, że od jakiejś chwili zaprzeczam temu, co na początku powiedziałem. Nie, bo jako kochanek tańczę proste tańce, choćby w moim wykonaniu nieco połamane. I powiem ci jedno – to jest bardziej chaotyczne, szalone, nie­bez­pieczne. Jeszcze bardziej. Chodzi mi o to, by nie lekceważyć tego wyjątku, jakim jest har­mo­nia, regularność. Żeby ten wyjątek przyjąć teraz na nowo, nie jako wszechobecną regułę, lecz jako znak, który – dokądś nas prowadzi, choć – po odrzuceniu osobowego Boga i Idei nie bar­dzo wiemy już do czego. Wgłębić się w szaleństwo tego co symetryczne, utonąć w obłędzie czys­tego konsonansu. W tym sensie coraz bardziej jestem po stronie harmonii, przeciw dys­har­monii – zdaję sobie sprawę, że to bardzo umowne rozróżnienia, ale dużo lepiej wiesz, co mam na myśli niż udajesz – Gustaw przez krótką chwilę wybuchł śmiechem.

- Znowu więc dochodzimy do szaleństwa, a pośrednio może i do śmierci, skoro mowa już o niebezpieczeństwie – powiedział jeden z nich (Gustaw albo Bruno) i zaśmiali się jeden przez drugiego.

- A może po prostu do trochę innej muzyki – odpowiedział ten drugi (albo może ten sam).

Tak, od jakiegoś czasu słuchał zupełnie innej muzyki.

Podniósł się w końcu z tapczanu. Odwrócił się od Bruna. Stanął w oknie. Na zewnątrz widać było wieżę szybu kopalni i parę innych budynków też należących do jakichś zakładów przemysłowych. Kręciły się koła zębate. Gdzieś na horyzoncie po nasypie, wolno sunęła kolejka towarowa....

Un Di, Felice, eterea

Mi balenaste innante

E da quel di tremante

Vissi d’ignoto amor

Di quel amor ch’ e palpito

Del universo interno

Głośniki stały pośrodku pokoju, może nie dokładnie. A jednak w każdym razie ckliwy duet przemieszczał się jakby z centrum pomieszczenia ku środkowi okna, w którym stał, ogarniał jego głowę i całą resztę ciała – tak, miał złudzenie, że muzyka jest materialnym, cielesnym środkiem świata, który właśnie postrzega.

A Bruno tymczasem mówił o „Wariacjach na temat walca Diabellego”.  

- Na pewno utwór ten mówi o wiele więcej o temacie niż cała literatura. Czym jest temat – najbardziej zasadnicze pojęcie filozofii. Beethoven jawi się tu niechcący jako parodysta. Temat wariacji siłą rzeczy nie może się wyzwolić od swojego banału, niezależnie od dosyć „abstrak­cyj­nych” przetworzeń, którym jest poddawany ale jednak jak głęboko zmierza w tych waria­cjach! Nie odbiegając od tonalności, wszystko się zawiesza. W onirycznych wolnych, zatrzy­ma­nych w czasie 30 i 31 wariacji, zmierzając potem ku fudze. To mimo wszystko może ukłon ku twojej klasycystycznej rewolcie – Bruno zaśmiał się... Ale jednak jak wykręcają te wariacje klasyczne – czego by to słowo nie oznaczało – rozumienie piękna.

- Ale koniec wariacji jest zaskakujący swą łatwością, kuszący, odrobinę dowcipny, niesa­mo­­wicie haydnowski, rzec by można nawet sielankowy, chociaż oczywiście dwuznaczna to siela­nka... – mówił, chociaż bardziej w tym momencie myślał o finale kwartetu op. 135 i jego infantylnym Es must sein – lekkiej melodyjce kończącej przejście przez burzę – czy nie o to właśnie mu chodziło, gdy odwracał się od własnych poszukiwań z dawnych lat?

- Debilu, po tym wszystkim, co przeżyłem z tobą, mnie rozbrajasz. Po prostu zakochałeś się!

- Tak – odpowiedział lekko uśmiechnięty.

- Teraz w tym momencie, gdy tutaj przyjechałeś, zakochujesz się. Teraz gdy przyjeżdżasz tu wykonać taką rzecz! Nie możesz zapomnieć o swoich dawnych miłostkach. Być może jeszcze przyjdzie na to czas!

- Nie mogę – odpowiedział, a jednak przeniósł wzrok od okna w ciemny kąt przestronnego pokoju. Bruno nie znikł wprawdzie (byłoby to dosyć dziwne), jednak szczęśliwie przez chwilę przestał być jakimkolwiek (a zwłaszcza wizualnym) punktem odniesienia.

A w owym ciemnym kącie leżały zawinięte plandeką urządzenia, które zabrał ze sobą. Na razie jeszcze bezwładne, nie przydatne niemal do niczego, niemal nie rozróżnialne pod przy­kry­ciem.. W jednym miejscu pod rzeczoną plandeką tkwiło coś, co mogło być saksofonem albo nienaturalnie powiększoną fajką przeznaczoną dla jakiegoś Gargantui. Inne miejsce zajmowało coś, co wyglądało na olbrzymią skrzynię; mogło być pianolą.

Poszedł się wysikać, a gdy wrócił z łazienki (cudownie zielonkawej), usłyszał dźwięki for­te­pianu, tym razem drugą część sonaty op. 111 Beethovena i myślał, że znów zobaczy Bruna wy­ciągniętego na podłodze z jego dziwnym uśmiechem – umartwionym, bladym i zarazem nie­zmiernie sarkastycznym. Bruna jednak nie było. Nie dociekając za bardzo, gdzie się podział, podszedł do okna i wysłuchał sonaty do samego końca pozornie nie zwracając na nią uwagi.

Kiedy jeszcze rozbrzmiewała muzyka, na moment w kadrze podwórza pojawił się jakiś dzie­ciak, na oko trochę więcej niż dziesięcioletni; mimo zimna na dworze ubrany w gimnas­ty­cz­ne spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Przy prawej nodze toczył piłkę, którą odbił z im­pe­tem kilka razy o ścianę, popisując się, niewiadomo przed kim, znakomitym wolejem, a następ­nie znikł w jednej z bram. To kolejny dowód, oprócz anten satelitarnych i dywanów zwie­sza­ją­cych się z pootwieranych okien, że kamienica nie jest wyludniona, a przecież wcześniej nie zobaczył w niej ani żywej duszy, nie licząc swego towarzysza Bruna, którego dusza była dziwną rzeczą...

Wtedy, gdy przyszły mu do głowy pewne skojarzenia – ciągle płynęła druga część utworu, po powolnym narastaniu i gwałtownej eksplozji wybrzmiewała w cichych krystalicznych wariacjach arietty. Czuł, że ten cały utwór – w wielości rozmaitych temp, fraz i akordów zlewa się w jedną kosmiczną całość ze względną monotonią podwórza, którą kontemplował.

Podszedł znów do drzwi, jakby wydawało mu się, że zobaczył nowe inspiracje (ku cze­mu?), że coś się jednak z czasem odmieniło, że w bezładnie przyklejonych do ich powierzchni przedmiocikach zaszły jakieś zmiany. Być może jakieś nowe wiadomości od tych, których poszukiwał. Na nic takiego jednak nie natrafił, co można było przewidzieć.

Sonata op. 111 właśnie się skończyła, a on obszedł kilka razy pokój dookoła i znów pod­szedł do okna co i rusz jednak zaglądając za siebie – w tamten ciemny kąt. To wszystko do­okoła – naszła go wtedy taka myśl – mogłoby być wyłącznie (a może nawet jest) jego własnym dziełem. Myśl szalona – ale czy to całe miasto, te pozornie opustoszałe przemysłowe okolice, w które – przynajmniej tak sam przed sobą utrzymywał, być może w sposób oczywisty kłamiąc – trafił pół-przypadkiem, nie jest krajobrazem pozornie zupełnie nie pasującym, a jednak jakąś na w pół niewidzialną pępowiną doskonale połączonym z tym pejzażem zdarzeń, których był uczest­nikiem jeszcze tak niedawno? Ten krajobraz nosi niewątpliwie w sobie coś niedokoń­czo­nego.

Wszystkie wielkie uroszczenia racjonalnych idei upadają, zatrzymują się w połowie drogi- myślał – te dzieła szalonego, a jednak przecież niezwykle precyzyjnego arytmetycznie umysłu. Przy­chodzi jednak moment, w którym w te całe połowiczne rumowiska na nowo wkracza życie- przy­chodzi ono z zewnątrz, choć ktoś oczywiście mógłby powiedzieć, że jest pospolitą „zemstą natury”. Mech i pleśń na murach. Ten zapach późnej jesieni, w którego martwej anonimowości kryje się coś niepowtarzalnego i arcysubtelnego – oddech dawno spopielonych liści (kiedy?, w jak prastarej epoce?). Czy musi to świadczyć koniecznie o porażce? Czy to porastanie obu­mar­łych idei w procesie pozornie wątłej a jednak w ostatecznym rachunku bezlitosnej wegetacji nie może być właśnie odebrane jako triumf – dla tych najbardziej odważnych, najsilniejszych?... Odgłos piłki, tłumione kroki samotnego dziecka, szczęki jakichś maszyn w oddali. Jeszcze raz spojrzał za siebie na te dziwne przedmioty schowane pod plandeką. Jakby sam ich nie rozpoz­na­wał, a przecież przybyły razem z nim (o ile nie należało by powiedzieć – nieco mniej ostrożnie – że przywiózł je ze sobą). Jeden z przedmiotów wyłaniających spod plandeki swe dość zatarte kon­tury – mógł być saksofonem (albo wielka fajką), inny zaś pianolą – jak już chyba się rzekło; plandeka przykrywała też skrzynię, w której mogły się znajdować teatralne maski. Czy w takim razie – zakładając, że niektóre z tych przypuszczeń nie są z gruntu błędne – nie mógł by spró­bo­wać wydobyć tę całą przestrzeń dookoła niego, stworzyć ją od nowa, właśnie za pomocą po­sia­danych instrumentów? Przemienić dźwięk domniemanego saksofonu czy pianoli (dom­nie­ma­nej) w industrialny pejzaż dookoła, wraz z wszystkimi jego maszynami, mieszkańcami i nie­pow­­tarzalną w pozornej bezbarwności jesienną atmosferą. W taki sposób założyć maskę Ba­chu­sa, maskę Lwa, kostium Arlekina – żeby to co rozciąga się dookoła stało się jej lustrzanym odbiciem???

W oddali żuraw dźwigu fabrycznego wykonał kilka zdecydowanych ruchów przenosząc w tę i we w tę betonowe płyty – ruchem jakby beznadziejnym, jakby służyły już nie konstrukcji, ale samemu wiecznemu, bezustannemu przenoszeniu.

***

Całkiem inaczej rodzina przedstawiała sobie Józefa po dwóch latach jego pobytu w Szwaj­ca­rii. Kiedyś był przecież pewnym siebie, poważnym, dość przystojnym mężczyzną, nader opa­no­wanym, a jednak – jak sądzili – pełnym entuzjazmu wobec ludzi (zanim się nie rozczarował, nie ze swojej winy, co do własnej familii) i altruizmu (którego szlachetnego płomienia – jak wierzyli – być może całkiem słusznie, przenigdy w sobie nie wygasił). „Kłopot z nim jest taki, że on z nas wszystkich jest najbardziej dorosły” – raczył kiedyś zauważyć dziadek, gdy Józek, zaledwie osiemnastoletni, dopiero co wstąpił na uczelnię, zdawszy z wyróżnieniem wszystkie eg­za­miny. Zawsze przesadnie zadbany, schludny, przyzwoity, a przy tym – nie tylko jak na jego wiek – nieco usztywniony, z owym dziwnym odruchem poprawiania sobie co chwila kołnie­rzy­ka, jakby dookoła niego ukryte były kamery, dzięki którym ludzie w tej albo innej metropolii będą mieli okazję zobaczyć i zadziwić się, jak wbrew wszelkim mitom wyglądać może „prowin­cjusz” – syn trunkowego cwaniaka, wnuk i prawnuk (dużo bardziej niż względnie) pracowitych górników.

Zobaczyli jednak człowieka z rozognioną twarzą, nieobecnym spojrzeniem; zamiast krót­kiej, męskiej, eleganckiej fryzury, jego głowę zdobiła szopa włosów postawionych na sztorc, większość jakby z osobna, niektóre jednak zbite w litą masę, jakby wylał mu się na głowę klej albo inna substancja o podobnych do kleju właściwościach. Ubrany był tak, jak dawniej, czyli oficjalnie – w marynarce i wyjściowych spodniach, tyle że owe części garderoby – wcześniej zawsze w nienagannym porządku – sprawiały wrażenie skrajnie zmiętych, znoszonych – jakby całymi miesiącami poniewierał się po najbardziej ciemnych kątach tego świata a może wręcz i zgoła w samym piekle potańcując z czartami. Rodzina miała prawo nie wiedzieć, że garnitur ten jest kilkaset razy droższy od tych, które wcześniej nosił. Trzewiki, które miał na sobie (również o wiele droższe od jego dawnych lakierek, które pastował z taką pieczołowitością) były same w sobie bardzo eleganckie, ale nie widziały chyba od miesięcy pasty (albo innej substancji o po­dob­nej do pasty właściwościach), utytłane w jakimś dziwnym czerwonawym błocie. Z szyi zwie­­szał się ogromny krawat purpurowej barwy ozdobiony w jakieś chińskie znaczki. To było dla nich dosyć ekscentryczne. Nie krawat jednak (zwieszający się z szyi) wzbudził w nich naj­wię­ksze poruszenie, ale sama szyja, na której był ów krawat zawieszony. Bardzo sztywna, prze­gię­ta jednocześnie w prawą stronę i zatrzymana w dziwnym skurczu, sprawiała wrażenie, jakby tak miała zastygnąć i nigdy już się nie ruszyć, jakby owo napięcie miało przeżyć nawet jego ciało i trwać w jakiejś odosobnionej przestrzeni, aż do końca świata, nawet kiedy ciało po śmierci już dawno się rozłoży na drobniutkie cząstki. Usta miał szeroko rozdziawione, połys­ki­wały spomiędzy nich jego duże ostre zęby, które lśniły śnieżnobiałe bardzo przypominając te, któ­re wcześniej nosił (uspokajający dowód, że nie cały się zaniedbał). Patrząc po grymasie jego ust trudno było przewidzieć, czy za chwilę roześmieje się, czy też krzyknie porażony atakiem gwałtownego bólu. Póki co, ani jedno, ani drugie nie następowało.

Byli zaskoczeni i przejęci. Gdyby myśli Rica, Teresy i Mateczki, a poniekąd do pewnego stopnia (bardziej pragmatycznych) Honoraty i Franka złożyć w jedną myśl (w której wkład Rica zapewne dominowałby), myśl ta byłaby taka, że dziwne zachowanie Józka, jest klątwą, jaką ścią­gnął na dom i okolicę, za to, że wykazali się swego czasu biernością. Kara spadła na lud, który opuścił w niecnocie swego stwórcę (nie można jednak wykluczyć, że stwórca również został ukarany, jakby rykoszetem).

- Witam, witam – Szczęść Boże! – krzyknął Józef tonem serdecznym i radosnym, co mogło częściowo uspokoić, choć dziwny grymas ust i skurcz szyi wcale mu nie mijał.

Wszedł do przedpokoju i po kolei ucałował się ze wszystkimi w.w zebranymi. Nie mógł jednak doczekać się pradziadka. Co chwila wypytywał o niego.

- Jest, jest odpoczywa. Teraz zasnął. Spodziewaliśmy się, że przyjedziesz później.

- Tak też planowałem. Ale czas inaczej nieco chciał.

Nic na to odpowiedzieli, choć być może w ogóle do nich nie dobiegła względna niezwy­k­łość wypowiedzianego przez przybysza komunikatu. Tylko Rico uśmiechnął się do siebie, ale jakoś tak bardzo niewyraźnie, nawet jak na niego. Mimo wszystko przez chwilę wszyscy zamil­kli, co było lekkim dysonansem wobec konwenansów familijnego powitania, które uprawniają albo wręcz zmuszają uczestników takiej ceremonii do nieprzerwanego, radosnego używania apa­ra­tu mowy – owego daru danego im przez Boga (albo inną istotę o mniej bądź bardziej nie­określonych właściwościach).

- Syneczku – ty jesteś jakiś nieswój!? – zapytała wreszcie Mateczka, najwyraźniej uzna­w­szy, że nad wyglądem wnuka, o ile nawet nie nad jego zachowaniem, nie można ot tak przejść do porządku dziennego.

- E tam, nieswój  babciu. Może trochę zmęczony.

- Powiedz, co ci dolega? Może zrobię dla ciebie jakiś napar?

- Za napar pięknie dziękuję. Mam co prawda... pewne przypadłości, ale mniejsza z nimi. Nie trzeba się tym w ogóle denerwować… Trochę mnie zawiało – dodał po chwili, jakby dla uspokojenia, choć jednocześnie tonem odrobinę wykrętnym.

- Może przyłóż sobie coś gorącego na tę szyję?

- Nie trzeba, babciu – odpowiedział Józef i uśmiechnął się grzecznie, zupełnie jak za bardzo dawnych lat.

Rozlokował się, a mateczka hurmem ruszyła do pastowania butów, przeciw czemu niesku­te­cznie protestował.

- A dlaczego syneczku to błoto takie czerwonawe? – dopytywała mateczka, nie tylko po­chło­nięta czynnością pastowania, ale również – jak widać – pewną wolą wiedzy.

- Od słońca, słońce – dzisiaj jakoś krwawo świeciło – zauważył Józef od niechcenia.

- Od słońca – co ty mówisz syneczku?

- Nie przejmujcie się moim wyglądem – powiedział gromko Józek; użył liczby mnogiej, chociaż w tamtej chwili jedynie mateczka była w jego pobliżu. – To taka moda teraz panuje w tej Szwajcarii. Wszystko wróci do normy, jak pobędę w kraju parę dni.

***

Dobrze, że Józef raczył zmieścić się w czasie z dawno oczekiwanym przyjazdem. Bowiem uroczystość Święta Górniczego zbliżała się nieubłaganie.

A była to interesująca uroczystość, której zwyczajowy przebiegu warto przybliżyć w kilku słowach. Niechaj kursywa znów będzie ostrzeżeniem dla nieprzyjaznych poznawaniu różnych zagranicznych obyczajów, choć wolno sądzić, że tacy, przynajmniej w niniejszym przypadku, sporo tracą:

Zgodnie z obyczajem nagradzany górnik był wprowadzany na tron po czerwonym ko­bier­cu. Tron budził respekt – pozłacany, wysadzany prawdziwymi rubinami, zachował się ja­ko zabytek z końca osiemnastego stulecia. Ponoć kazał go wykonać w Wiedniu sam cesarz Jó­zef II, po tym jak został cudem wybawiony od śmierci podczas burzy, która zaskoczyła go w trakcie podróży w dalekie słowańskie posiadłości i z której obronną ręką wyszedł dzięki po­mo­cy jednego z górników, który rzucił się ofiarnie by wyłowić ciało monarchy z odmętów rwą­cego potoku, do którego wpadła karoca tej jakże znamienitej osoby, której jedynym chy­ba poważniejszym felerem była niemożliwość odbioru nadmiernej obfitości nut w operowych dziełach (chociaż Reich czy Glass za feler by tego zapewne nie uznali). Wraz z  nadesłaniem z Wiednia rzeczonego tronu, niewiele ustępującego bogactwem i przepychem największym skar­bom Hofburga, oświecony monarcha zarządził, by co roku najbardziej zapalony w pracy górnik, miał prawo do zasiadania na tym zdobnym tronie dzierżąc w dłoni berło, a na głowie koronę – wykonane w tymże mieście Wiedniu i dostarczone wraz z rzeczonym już drogo­cen­nym meblem Odtąd intronizacja szczególnie zasłużonych górników stała się zwyczajem. Ce­re­monii owej nie zakłóciły nawet rządy ludu, choć cesarz przecież nie był z ludu a i nie każdy górnik był (politycznie rzecz biorąc) ludem prawowitym.

Historycy mają wątpliwości w kwestii tej legendy. Po pierwsze podaje się, że za pano­wa­nia Józefa II w Słowanii nie wydobywano jeszcze węgla kamiennego. Po drugie mówi się, że cho­ro­wity nieborak nigdy nie zajeżdżał w owe strony. Zresztą położone na rubieżach Sło­wa­nii miasto przechodziło w tamtych latach burzliwe losy trafiając na przemian w ręce polskie, rosyjskie, pruskie, tureckie oraz szwedzkie, monarcha nie ryzykowałby chyba udania się na eskapadę w tak niespokojne rewiry, ryzykując, że zanim dotrze z Wiednia w owe strony – nie będzie już na tych ziemiach monarchą, przynajmniej przez czas jakiś. Mówi się też, że Józef II jako człowiek oświecony i raczej słabej wiary nie kierowałby się przesądami i nie poświę­cał­by tyle kosztowności z państwowego skarbca, żeby wynagrodzić jeden dobry uczynek. Na to jednak nie kto inny, jak tylko władza ludowa znalazł doskonałe wytłumaczenie tych wszystkich wątpliwości – Józef jako cesarz względnie postępowy pragnął podkreślić gestem, który niestety okazał się być wyizolowany i nie znalazł naśladowców wśród wyzyskiwaczy, że ciężka praca czyni panem w równym stopniu jak przywileje urodzenia, że robotnik może być równy najmocniejszym królom. Co prawda tylko przez jeden dzień – na większy gest nie mo­gła się zdobyć reakcyjna władza – lecz już sam ten gest był dowodem, że kruszyły się, jeszcze bardzo powoli, więzy dawnego zniewolenia, a władza nie mogła przejść mimochodem obok ambicji postępowych sił.

Twierdzi się jednak, że tron został ufundowany przez miejscowe gwarectwo dopiero w połowie następnego stulecia, co skłonni są potwierdzać również historycy sztuki – sam mebel i insygnia wraz z nim używane wykazują bardziej cechy dziewiętnastowiecznego eklektyzmu niż późnego rokoko. Pojawiają się też różne informacje, na temat materiałów, z których tron ów jest w rzeczywistości wykonany, ale mniejsza z nimi – socjalizm przekłamuje, kapitalizm uwielbia relatywizować.

Czy ów sławetny tron został wykonany z polecenia habsburskiego włodarza, czy też z polecenia jakichś innych podmiotów – fizycznych albo prawnych – to nie miało decy­du­ją­ce­go znaczenia dla Henryka Rudolfa, było to całkiem nieistotne wobec faktu, że miał być na ten tron wprowadzony z pełną pompą, jak kazały miejscowe obyczaje.

A obyczaje kazały czynić tak:

Najpierw wprowadzano jubilata do Sali Bankietowej ratusza, skąpanej w blasku świec, przy dźwiękach uwertury do „Zemsty Nietoperza” dziarsko wygrywanych przez orkiestrę dę­tą. Jubilat ubrany w piękny mundur, w zdobnym czako na głowie i ze szpadą przypiętą za pa­sem, był wiedziony przez parę wdzięcznych dziatek od stóp do głów ubranych na biało z przy­pię­tymi anielskim skrzydłami (białymi, jakże by inaczej), za nimi kroczył kapelan kopalniany niosąc ciężki krucyfiks, na temat którego krążyły historie barwniejsze od dotyczących tronu i sa­mej ceremonii, sięgające aż czasów wypraw krzyżowych a nawet Męki Pańskiej. Za kapela­nem kroczył rotmistrz kopalniany niosąc insygnia koronacyjne a jeszcze dalej para pięknych dziewoi (nieco starszych niż wdzięczne dziatki na przedzie) w strojach regionalnych, które dzier­żyły na ogromnej paterze tradycyjny razowiec, pięciokilogramowy, przypominający wy­glą­dem bryłę węgla.

Po obu stronach kobierca gromadził się szpaler kopalnianej starszyzny – wszyscy w mun­durach, jakże by inaczej, stali w całkowitym bezruchu i unosili w górę swoje szpady. Gdy jubilat zbliżał się ku tronowi, przez moment dym kadzidlany spowijał całą ceremonię, a gdy ów dym się rozwiewał, nagradzany górnik siedział już na tronie.

W przypadku najstarszego z Herców nie było jasne na ile będzie mógł podołać tej całej cere­monii, zwłaszcza, że odkąd skończył osiemdziesiąt pięć lat, z powodu artretyzmu i prob­le­mów z ukrwieniem kończyn dolnych, większość czasu spędzał na wózku inwalidzkim, będąc na ogół w stanie przejść samodzielnie nie więcej niż kilkadziesiąt kroków, w dodatku tylko wtedy, kiedy było mu dane podeprzeć się odpowiednią laską. Było więc wątpliwe, czy przejdzie wzdłuż sali po czerwonym kobiercu długości około dwudziestu pięciu metrów i czy zasiądzie samo­dziel­nie na rzeczonym tronie. Wprawdzie Honorata upierała się, że dziadek chodzi o wiele dziel­niej i dużo bardziej żwawo niż mu na to pozwala nadopiekuńcza rodzinka w szczególności w osobach Teresy i Mateczki i sam zainteresowany byłby skłonny się z tą tezą zgodzić – wyraził zgodę na przykucie do wózka w pewnej mierze dlatego, żeby kobiety dały mu na starość święty spokój i nie wmawiały mu, że o siebie nie dba; jednak nie rozwiewało to całkiem wątpliwości, czy podoła wysiłkom.

Tak czy inaczej, należało właściwie przysposobić jubilata.

Nestor został umyty (co chciał sam uczynić, na ile będzie w mocy, lecz nie do końca mu na to zezwolono), następnie dwie zatroskane kobiety przystąpiły do pielęgnacji jego twarzy, co zwłaszcza w przypadku Teresy szybko przerodziło się w obsesję. Przycięła nawet mu brwi, bo zauważyła, że niektóre z włosów odstają i całość jest dość niesymetryczna. Chciała mu także przyciąć rzęsy, ale Honorata wyraźnie zaprotestowała twierdząc, że to bezsens i że nie pozwoli, by ten bezsens robić jej szwedzkimi nożyczkami, a bez szwedzkich nożyczek Honoraty nie byłoby możliwe bezwzględnie zadowalające wykonanie tych koniecznie precyzyjnych czynności.

Teresa miała swoje wyobrażenie o świętości, tyleż bardzo prywatne, co jednocześnie wy­nie­sione z niektórych obrazów, jakie dane było jej zobaczyć w telewizji. I w ten sposób kształ­to­wała „dziadzia” (jak go nazywała) na swój własny (w jakiejś części zaczerpnięty ze szklanego ekranu) obraz (nie tyle może fizyczny, ile bardziej „duchowy” – odważmy się w tym momencie użyć tego słowa). Dlatego po odmowie Honoraty w przedmiocie nożyczek pochodzących ze Szwe­cji stała się urażona oraz smutna, z przewagą tego drugiego uczucia, lecz nie dała po sobie tego poznać, w każdym razie nie bardziej niż zwykle w tych niezbyt rzadkich momentach, w któ­rych rzeczony smutek ją nawiedzał.

- Co wy, moje dzieci, ze mną wyprawiacie? – podobnymi słowy reagował nestor na wszela­kie zabiegi wokół jego własnej fizjonomii.

- Musisz mieć wreszcie swoje święto, dziadku. Będzie telewizja. Pierwszy kanał. W całym kraju cię pokażą – mówiła Honorata z pewną satysfakcją, że choćby i pośrednio – przez czyn­no­ści charakteryzatorskie – będzie dane jej być współautorką publicznej ceremonii.

-  I bardzo dobrze – powiedziała Teresa zwracając się wyraźnie w stronę Stelli, która ci­chu­tko czytała jakieś pismo zawieszona pomiędzy pierwszym a kolejnym tego wieczora pójściem spać. Niech wszyscy zobaczą, że w naszych częściach kraju panują bardzo ciekawe obyczaje.

- Ale czy ci, tam w górze, w stolicy, wielkorządcy, którzy siedzą sobie w wielkiej wieży – rzucił na to Rico, który zaszył się w kącie obserwując całą scenę przygotowań nestora nieobe­c­nym wzrokiem o trudnych do odgadnięcia intencjach, widzą jeszcze cokolwiek? Czy oni To wi­dzieli? (trudno było odgadnąć, czym miało być owo „To” – które, przekładając intonację na papier, trzeba by było koniecznie napisać bardzo wielką literą; większość członków rodziny uznała tę wypowiedź za typowy przykład ekscentryzmu Ricarda, być może bardzo pochopnie, albowiem były poszlaki, że trapi go dodatkowo coś Bardzo Konkretnego).

Co do stolicy i innych regionów Republiki (np. górskich, nadmorskich etc.) bardzo trudno powiedzieć, czy mieszkańcy tych stron ze szczególną uwagą oczekiwali transmisji z obchodów święta górniczego. Parę osób na pewno by ją obejrzało (w praktyce tych parę to byłoby nawet całe kilkadziesiąt a może i sto-kilkadziesiąt tysięcy obywateli-dorosłych, jak również  być może w pewnej części młodocianych). Ktoś (co prawda mniej by było zapewne tego ktosia niż oglą­da­­jących w ogóle) może by z tego wyciągnął jakieś wnioski; na ogół zachowując je dla siebie bądź też wypowiadając parę słów zachwytu, niesmaku, troski czy obojętności do uszu współ­te­le­widza siedzącego w pokoju, bez największego z możliwych zainteresowania kwestią, czy ten ostatni go słyszy. Skądinąd charakter i skala zainteresowania ceremonią w samym Mieście Gór­ni­czym mogły się przedstawiać nie tak bardzo odmiennie.

Ale niewątpliwie konkurencją dla tej audycji stanie się „Cesarzowa Armenii”, którą będzie nadawał konkurencyjny kanał o tej samej porze. Nie był to jakiś policzek ze strony rzeczonej konkurencji, gdyż „Cesarzowa” miała stałą porę nadawania. Można by raczej dociekać, będąc podej­rzliwym, czy państwowa telewizja nie postanowiła zmarginalizować transmisji z obcho­dów rzeczonego święta, umyślnie przeciwstawiając ją tak poważnemu rywalowi. Jest to niewy­klu­czone, choć mimo wszystko byłoby to posądzenie stosunkowo daleko posunięte.

Co do rzeczonej „Cesarzowej…”, której zrąb intrygi już przedstawiliśmy, wolno zauważyć, że w szerokim świecie serial ten robił coraz większą furorę. Tu można by się pokusić o parę słów dygresji, które będą nie do końca od rzeczy, choćby dlatego, że rzeczonej ceremonii sposo­bie­nia nestora towarzyszył pewien dyskretnie odczuwalny i paradoksalny (przy takiej szcze­gó­ło­wo­ści i skrupulatności zastosowanej procedury) pośpiech, jako że niedługo (tzn. za jakieś trzy i pół godziny, lecz warto było przecież być przezornym i dobrze czas swój planować) miała się rozpocząć transmisja kolejnego odcinka.

Świat jest, jak wiadomo, pojęciem relatywnym i ściśle subiektywnym. Wprawdzie można powiedzieć, że Świat to ogół wszystkich faktów, jednak pojęcia takie jak świat „pierwszy czy trzeci”, a w pewnym sensie i Wszech-świat dowodzą, że nie koniecznie pojęcie „świata” utoż­sa­mia­my z całością kosmicznego bytu i niekoniecznie musi być jeden świat, co nie oznacza od razu wiary w różnego rodzaju dziwactwa, typu UFO wraz z przyległościami, do których to dzi­wactw odnosimy się względnie wstrzemięźliwie, jako że żadna władza nie uznała ich za zgodne z rzeczywistością, a pojęcie „rzeczywistości” w rozumieniu tej czy innej władzy bywa przecież pojemne.

W takim razie wolno zauważyć, że postrzegalna rzeczywistość dzielić się może na wiele odręb­nych światów, a każdy z nich można wyodrębnić z całości na podstawie dowolnych, by­leby od biedy spójnych kryteriów. Z pewnością zasadnicze byłoby kryterium jakiejś szczególnie in­tensywnej komunikacji, która musiałaby istnieć wewnątrz tego świata, odróżnialnej od innych możliwych obiegów zdarzeń oraz rzeczy, po to, żeby można było mówić o jego odrębności.

Na pewno można w jakiejś mierze mówić o takiej komunikacji, o wzajemnej organizacji i ujednoliceniu w przypadku telewidzów zasiadających przed monitorami codziennie o tej czy in­nej godzinie. Setki tysięcy różnej wielkości odbiorników, do których stacja nadaje ten sam (przy­najmniej w dużym przybliżeniu) obraz i dźwięk, podobne z grubsza pozycje jakie zajmują telewidzowie przed aparatami, z zastrzeżeniem drobnych modyfikacji (ten siedzi z nogami złą­czo­nymi ze sobą, ten w rozkroku, ta z nogą założoną na nogę, ten lub ta półleży, ten lub ta w danej chwili – krótszej albo dłuższej - drapie się po głowie), te same oczy rzeczonych telewi­dzów – wybałuszone z osłupienia, te same zdawkowe pełne przejęcia (rzadziej żartobliwe) komen­tarze. W ten sposób Miasto Górnicze i stolica, tudzież inne nawet bardziej oddalone re­giony trwają raz dziennie połączone ze sobą w niesłychanej komunii, w upodobnieniu trudnym być może do wyobrażenia w innych czasach. W tej komunii uczestniczą zresztą  przecież także i tele­widzowie z zagranicy, z najróżniejszych stron świata. W końcu „Cesarzowa” nie jest produ­k­tem słowańskim, lecz północnoamerykańskim. Komunię tę ewentualnie ogranicza tylko (czy raczej de-synchronizuje) różnica stref czasowych, to jednak odrębna (i złożona) kwestia

W ten sposób telewidzowie-pasjonaci serialu „Cesarzowa Armenii” (i nie tylko tej teleno­we­li) stają się ściślej zorganizowaną i bardziej jednorodną grupą niż na przykład obywatele Ar­gentyny, Australii czy Azerbejdżanu, między którymi (jak to w każdym społeczeństwie) wystę­pują przecież bardzo różne podziały, a czasem dochodzi do niesnasek.

W takim razie Ricardo, który od czasu do czasu spoglądał na cesarzową Armenii wzrokiem jakby nieobecnym, choć w pewien sposób pełnym admiracji (początkowo serial ignorował wo­ląc swym zwyczajem spędzać czas przy oknie, jednak zmienił zdanie – być może w oknie wypa­trzył coś takiego, co kazało mu porównać ujrzane wydarzenie, z oknem jakim jest odbiornik TV) był bratem i bliźnim mieszkańca Dąbrowy czy mieszkańca stolicy, tudzież mieszkańca ziem położonych w górach czy nad morzem, w dużo większym stopniu, rzec by można, niż ktoś mógłby to podejrzewać. On również w jakiś sposób podejrzewał to i cała ta sytuacja napawała go strachem. Być może zresztą wszelki jego bunt był właśnie buntem przeciw ukrytym, a jednak (najprawdopodobniej) rzeczywistym instancjom, które każą mu bez przerwy z kimś się łączyć, jed­noczyć ciało (i twarz), z kimś, kogo nie jest w stanie jednoznacznie zbadać, choćby powierz­cho­­wnie i wycenić, choćby szacunkowo (przecież już bliscy sprawiali mu tu problem), a już zwła­szcza świadomie wybrać na swojego brata. Być może jego bunt był pragnieniem całko­wi­te­go rozdzielenia. I w przeciwieństwie do innych ludzi, którzy zdają się wierzyć (a jeżeli nie wie­rzą – praktykują to), że człowiek pożąda raczej tego, by się łączyć z innymi – na bardzo róż­ne sposoby – on uważał rozłączenie za niejako naturalne, a jednak nader często zagrożone prawo.

Rico pozostawał zazwyczaj nieobecny słowem podczas transmisji rzeczonego serialu, tym­czasem inne osoby spośród hercowej familii wygłaszały raczej zwykłe komentarze w odnie­sie­niu do perypetii bohaterów telenoweli. Jak w przypadku każdego zwykłego komentarza ich enun­cjacje zawierały w sobie coś mniej albo bardziej odkrywczego.

 

- O boże, o boże – jak straszną rzecz jej zrobili – nie mogę na to patrzeć- powiedziała Tere­ska, kiedy zobaczyła jak biedna księżna Lichtenberg pożera fragmenty narządów swego uko­chanego.

- Ale jak ona mogła o tym w ogóle nie wiedzieć?- coś jest podejrzane – zauważyła dociekliwie, choć nie wiadomo czy słusznie, Honorata.

Doszło potem do bardzo długiej dysputy, czy z dwojga złego względnie mniej straszne jest pożreć mięso ludzkie (za czym optowała Honorata, argumentując, że jest to stworzenie mniej zewnętrznie szpetne – z wnętrznościami, czy też wewnętrznością wprawdzie różnie bywa – i nie przenosi aż tylu chorób, jeśli żyje w kraju o jakich takich standardach higienicznych – „Afrykań­czy­ka to bym rzeczywiście nie zjadła”) czy szczurze (ku czemu skłaniała się Teresa, uważając, że szczur, jakby nie był wizualnie wstrętny, jest wszelako stworem mniej ludzkim od czło­wie­ka). Mateczka miała zamiar wystąpić w roli Salomona, jednak szybko się ze swoich sędzio­w­skich aspiracji wycofała, uznając, że każda z ww. możliwości jest jednakowo koszmarna (być może zresztą nolens volens wydała tym sposobem orzeczenie i to jedno ze stosunkowo bardziej słusznych). Rico wybełkotał coś pod nosem, z czego mogło – jakkolwiek nie musiało – wyni­kać, iż również uważa ten dylemat za nierozwiązywalny.

- Ale pięknie wykonali tego robocika – zauważyła Mateczka myśląc z kolei o Michałku. Jakaż to zmyślna jest ta ludzkość! Jaki on sprytny! I jaki sympatyczny!

- A przede wszystkim – jaki on kochany! – zauważyła Teresa

- Kotuś – przecież on jest na prąd – zauważył Rico ironicznie, myśląc jednocześnie, że do końca może nie mieć racji. Jeżeli w ogóle człowiek może myśleć i czuć (przyjmijmy to – kon­for­­mistycznie albo nie – za oczywisty fakt), dlaczego przyrząd elektryczny miałby być takiej moż­liwości pozbawiony?

- Nieważne, na co jest, ważne co czuje w głębi duszy – odpowiedziała Teresa patetycznie. Wrażliwszy on jest niż my wszyscy. I to dlatego on, biedak, jest taki nieszczęśliwy.

Tak, Elektryczny Michałek był niewątpliwie nieszczęśliwą postacią. Głęboko zakochany w Księ­żnej Lichtenberg, z czasem, siłą jakiegoś wewnętrznego animusa, doszedł do bardzo boles­nego wniosku, że nie byłby w stanie tej miłości jej dać, jako że jest istotą, jak by na to nie pa­trzeć, nieludzkiego gatunku. Niesforny Frank zwrócił tu uwagę na dodatkowy szkopuł, że przed­miotowy Michałek nie jest wyposażony w pewien organ, którego ciała pań i panien są złak­nione (czasem mniej czasem bardziej wstydliwie), ilekroć już dojdzie do Prawdziwej mi­łości. Miał pewne podstawy, by ów brak podejrzewać, gdyż było na filmie kilka ujęć Michałka ubranego na plaży w spodenki kąpielowe i ślad żadnego podłużnego, a w niektórych momentach spiczastego organu nie wystawał. „Szkoda bo przecież jest na prąd – zauważył Frank, mógłby mieć w jajcach całkiem dużo pary, gdyby mu dobre napięcie ustawili i dali mocne bateryjki.” Wszyscy, a w szczególności Teresa głęboko obruszyli się słysząc sprośne dysertacje (dywa­ga­cje?), jak zwykle lekko wstawionego Franka. Przecież tu chodziło o inny rodzaj miłości, tu cho­dziło przecież o całkiem inną miłość! Więc puśćmy mimo uszu złośliwostki Franka i za­uważ­my, że powody cierpienia elektrycznej istotki były stricte duchowe. Uważał bowiem przed­miotowy Michałek, że o ile miłość międzyludzka udzieliła się jego elektryczno-mechanicznej postaci, to nie jest jednak mu pisane jej spełnienie, a może być tylko jej orędownikiem i kory­feuszem; może jedno, chronić ten trwoniony przez ludzką chciwość skarb niczym w pradawnej Romie westalki osłaniały swym dziewictwem Święty Ogień.

- Widzicie, że ta lalka, ta cudowna lalka może bardziej szczerze kochać od człowieka? Dla­cze­go maszyna ma być niezdolna do uczucia? – powiedziała Teresa cicho i wrażliwie.

- Może chce być aniołem – zauważył Ricardo Leon Herc. – Jak mnie kiedyś uczono na religii, anioł to takie coś, co pośredniczy między Bogiem a ludźmi. Czy anioł może działać na baterie? Nie wykluczam, nie wykluczam, prąd to naprawdę bardzo dziwna sprawa i prawie wszy­stko tutaj jest możliwe. Nie śmiejcie się więc (myślał tu o Franku, a także dziadku, który uśmiechał się powtarzając pod nosem „to już jakieś bujdy, film – nie powiem, może i ciekawy – ale za bardzo jak na mój gust fantazjują”). Być może tutaj chodzi o to, żeby płakać.

Był to jeden z takich (sporadycznych, choć nie bezwzględnie wyjątkowych) komentarzy Rica, po których Teresa pragnęła przytulić go, po raz pierwszy po długich miesiącach daleko posuniętego roz­łączenia. Przeszkadzało jej tylko, że Rico nie zgłasza wyraźnego zainteresowania w tym kie­run­ku, jak również fakt, że na dnie owych komentarzy kryło się coś wyraźnie sarkastycznego (być może nie tylko na dnie, być może nawet Teresa, tak jak inni, była zbyt podejrzliwa wobec Rica).

Szczęśliwe grono telewidzów o nazwisku Herc miało szanse zostać rozszerzone o dwie kolejne osoby – najmłodsze w ciągu pokoleń – które właśnie przybyły w odwiedziny z obcych stron, w jednym przypadku nawet zagranicznych. Szansa ta nie była w pełni wykorzystana, bo­wiem Stella znowu poszła wylegiwać się w przydzielonej sypialni. Józef owszem, przyszedł do salonu, jednak był jakby trochę wycofany. Szyję miał owiniętą ciepłym szalem włóczkowym, któ­ry narzucił na wyraźną prośbę Mateczki. Może zrobił to z przymusu, lecz o ile odczuwał po­trzebę wyobcowania – a są ku takiemu stwierdzeniu określone przesłanki – to okazało się to bardzo wygodnym rozwiązaniem. Dzięki ww. szalowi mógł przybrać pozę kuracjusza, co w po­łą­czeniu z faktem, że leciał właśnie serial (którego odbiór wymaga przecież skupienia) poz­wa­la­ło mu pozostać wyłączonym. Przez cały czas jakby patrzył w głąb siebie i nie udawało mu się w tej krainie nazbyt wiele odnaleźć, czego być może nie zamierzał, a w każdym razie nie wy­da­wał się być w sposób oczywisty nierad z tego braku. Wysyłał wszakże raz na jakiś czas lus­tru­ją­ce spojrzenia – jakby chciał wybadać, co też dzieje się na starych śmieciach (tego rodzaju prze­gląd sytuacji wydaje się w każdym razie w tych okolicznościach dość zwyczajny). Największą aten­cją obdarzył postać dziadka, reszcie domowników dostało się po dwóch czy trzech spoj­rze­niach. Spojrzenia wystosowane pod adresem Ricardo (który wykonał, czując ich światło na swej twarzy, takie ruchy, jakby nie wiedział czy spuścić głowę, czy bardziej wpić się wzrokiem w płaski obraz na ekranie) były pół-przypadkowe bądź raczej być-może-przypadkowe. Trudno było powiedzieć, czy jego oczy zwróciły się dwa bądź trzy razy w stronę Rica bezintencjonalnie, czy ta bezintencjonalność była z jego strony czystą symulacją. Być może nawet to drugie, gdyż Rico w pewnym momencie zdołał się poważyć na bardzo dyskretny gest pod adresem bratanka (być może był to rzeczywiście dowód znacznej odwagi) mrugając do niego lewym okiem i kładąc pa­lec na ustach, jakby chciał mu powiedzieć „Nie mów o Tym”.

Jakie by nie były te bardzo skąpe spojrzenia skierowane ku postaci Ricarda, nie były one tak do końca dziewicze (nawet jeżeli były naprawdę bezintencjonalne), bo naprawdę już wcześniej wy­da­rzyło się Coś, co w pewien sposób połączyło ich (bądź przynajmniej odosobniło od reszty zbli­żając jednocześnie w czasie oraz przestrzeni, o ile „połączenie” ktoś uznaje za słowo zbyt daleko idące).

***

Jeszcze przed wieczorem na osławionym Osiedlu imienia Edisona wydarzył się bardzo dzi­w­ny wypadek. Rico był na początku jedynym jego świadkiem, gdyż Stella spała w tym czasie, a reszta skupiła się wokół jubilata,  również przebywając w oddaleniu od okien.

- Co się stało? – spytał Józef Herc, który wślizgnął się niemal bezszelestnie do pokoju stry­ja (o tyle właśnie może być wątpliwa bezintencjonalność jego spojrzeń podczas transmisji se­rialu, zwłaszcza że nastąpiły one nieco później) – i zobaczył, że Rico, który najwyraźniej stał w swoim oknie od jakiegoś czasu, był lekko przerażony; wyraźnie drżały mu wargi. Jednocześnie jednak strach ten połączony był z doznaniem wyjątkowej ekscytacji; miał łzy w oczach, trudno było powiedzieć, czy to łzy rozpaczy, czy może łzy radości, pierwszej czystej radości od bardzo, bardzo dawna.

- Upadł, wszedł i upadł – powiedział Rico głosem jednocześnie bardzo silnym, choć jakby też złamanym, po czym mocniej przycisnął twarz do szyby, żeby być bliżej nie tylko wydarzenia, które obserwował, lecz być może także jakiejś niewidzialnej prawdy. – A może raczej weszło i upadło – dodał po chwili do sam do siebie.

Józef stanął obok Rica, jak on przywarł do szyby i zobaczył wśród szarej atmosfery pies­kiego późnojesiennego popołudnia widok tyleż nadzwyczajny, co w głębszym sensie zupełnie przy­padkowy, jeden z wielu: Już po stronie Dąbrowy, koło jednego z bloków stała karetka po­go­towia, a obok niej radiowóz policyjny. Paru sanitariuszy w czerwonych uniformach nachylało się nad jakąś figurą owiniętą białym prześcieradłem. Z dala widać było tylko nieforemny kształt, choć z uwagi na obecność odpowiednich służb, tudzież zwyczajowy sposób wykorzystania bia­łe­go prześcieradła przez sanitariuszy należało z dość dużą pewnością domniemywać, że pod prze­ścieradłem znajdowały się po prostu ludzkie zwłoki.

Oto jaki był wcześniejszy przebieg tego wydarzenia i dlaczego aż tak poraziło Ricarda:

Jeżeli chodzi o to drugie – zacznijmy nietypowo nie całkiem od początku – niebagatelną ro­lę w zdarzeniu grało to, co istniało także przed nim: scenografia. Ścianę jednego z budynków osie­dla Edisona pokrywała wielka „rozświetlona” żółtą farbą żarówka umieszczona na niebies­kim tle. Malowidło to zdobiło przedmiotową ścianę już od samego początku istnienia bloku. Kie­dyś był jeszcze napis, który głosił „Przyszłość = partia, praca, oświata, technologia” a barwy były dosyć stonowane; tło – mówiąc ściśle – nie tyle niebieskie, ile raczej szarogranatowe, żółć żarówki, która miała sugerować, że jest zapalona, ze swej strony raczyła być blado-mdława. Żarówka, jeżeli o tym nie wspomnieliśmy jeszcze – przepraszamy za błąd – była przedmiotem, w który Rico wpatrywał się godzinami podczas swoich wart (czy, jak kto woli, dociekań) spra­wo­wanych w oknie. Przez całe lata fascynowała go jej nieokreśloność – to, że trudno było po­wie­dzieć, czy naprawdę świeci – funkcjonowała dla niego w jakimś dziwnym stanie ni to zapa­lo­nym, ni to zgasłym. (Czy to z tego względu, czy może jednak niemal z automatu bądź za radą dziadka i rekomendacją wychowawcy ze szkoły podstawowej wybrał naukę zawodu elektryka? Czy może jeszcze wtedy liczył, że na jego potworne dylematy w kwestiach dotyczących światła ww. żarówki, jak również światła w ogóle, da się znaleźć prostą i techniczną odpowiedź?) A jeżeli była to tylko jedna sekwencja jakiegoś procesu, który może trwać miliony lat, tak jak powstawanie i zapadanie się gór, jak narodziny i śmierć dinozaurów, myślał nieraz Ricardo, to jaka będzie następna odsłona tej dziwacznej tragifarsy czasu – czy żarówka rozbłyśnie, zgaśnie, czy może rozbije się na części, co wydarzyłoby się zapewne również (jak na ludzkie poczucie czasu) w nie najszybszym tempie. W którą stronę rozegra się scenariusz? Rozpryśnięcie byłoby może najbardziej pożądane. Lecz kiedy ono nastąpi, myślał sobie Rico, szczypiąc się w policzki. Stanie się to być może kiedyś, kiedy nie będzie jego ani jego dzieci, gdy przeminą prawa, rządy i państwa, kiedy być może nawet zniknie cała Dąbrowa (a o osiedlu na Łabędziej nie będzie już pamiętać nawet dżungla, która wyrośnie na miejscu obecnie przez nie zajmowanym), zostanie tylko ta ściana, jedna ściana, jedyna i samotna. Rico, który – jak my wszyscy – tak naprawdę nie mógł nic przewidywać – patrzył na początku na ścianę taką, jaką była, starając się zrazu odgad­nąć na podstawie małych zmian zachodzących w obrębie malowidła dalsze jego losy. Potem stał się świadom dużej niepewności rozmaitych wyników swych odgadnięć; „jakże to śmieszne” – myślał, „sam jestem elektrykiem, lecz to ironia losu, że nikt w tym fachu nie uczy, jak obcować z PŁASKIMI żarówkami”. I po prostu zaczął delektować się wewnętrzną pulsacją obrazu – tym, jak zmieniał się w różnych porach roku, w różnych – prawdziwych, sztucznych, a może także czasem jedynie urojonych przez kogoś – światłach dnia i nocy.

Z czasem wydało mu się jednak, że wszystko zmierza w łatwiejszym do ustalenia kierunku, niż sam myślał w okresie największego zwątpienia. Żarówka powoli, ale konsekwentnie będzie bla­knąć, razem z tynkiem, razem z innymi inwestycjami wzniesionymi w pośpiechu i raczej nie­sta­rannie przez ludową władzę. Co prawda wyblakłe, zapuszczone, pokryte kurzem i brudem gma­chy dąbrowieckie do pewnego stopnia wprawiały Rica w jeszcze większą depresję niż wszy­st­kie nowe budowle – uosabiały kruchość, pustkę i powolne przemijanie Idei, którą to ideę bez­względnie jednak wpasowano w ludzki pejzaż i której nie będzie się dało już tak łatwo usunąć. Atoli uspokajało go przynajmniej, że żarówka starzeje się wraz z nim, o ile raczej na pewno nie przeżyje jej, to jest szansa, że – być może szybciej niż się może wydawać – utraci resztki swojej mo­cy, stanie się całkiem bezużyteczna, a jej światło – ambiwalentne, połowiczne u zarania – niemal całkiem zniknie. Na początku nowego ustroju wydawało się, że to wielkie „być może” już nadeszło. Barwy tynku starzejących się bloków nadspodziewanie szybko zblakły – szary gra­nat przeszedł w szarość, mdława żółć w niewyraźny beż. Sporo tynku odprysło zacierając kon­tu­ry malowidła. Żarówka, choć wciąż jeszcze istniała, wydawała się być już niemal nieobecna, powoli (lecz nie tak bardzo powoli) zanurzała się w przedśmiertnej medytacji. Rico patrzył na nią nawet z pewnym żalem i współczuciem, jakby żałował tych chwil bardziej ewidentnych niepokojów i lęków. Był niemal pewien, że (choćby względnie) niedługo niesławny obraz um­rze. Nie czerpał tego przekonania z wiedzy o elektryczności – ta, jak ustalił, na niewiele się zda­ła, ale raczej z mniej bądź bardziej naocznej wiedzy na temat właściwości materii, z której były stworzone osiedlowe bloki. Czy nie był to jeden z większych błędów, jaki popełnił w swoim życiu (choćby li tylko umysłowym) Ricardo Leon Herc? Jeżeli płaskiej żarówki nie można utoż­samiać ze „zwyczajną” (excusez le mot!) żarówką, to czy nie równie niebezpieczne było utoż­samiać ją z materią, która do jej obrazu przylega?

No i stało się. Pewnego dnia żarówkę pokryli rusztowaniem. Najpierw poszła plotka, że zdrapią cały tynk; rządząca miastem koalicja domagała się usunięcia jakichkolwiek śladów po działalności propagandowej dawniejszego ustroju. Rico gdzieś plotkę tę zasłyszał. Z jednej strony odczuwał ogromną satysfakcję, z drugiej jednak strony miał pretensję do losu, że nie da malowidłu obumrzeć całkiem spontanicznie, w ten sposób miałby paradoksalnie wrażenie, że zwyciężyła Natura, co do której mocy, o ile nie w ogóle istnienia, odzyskałby w ten sposób dawno utraconą wiarę (kiedy miał ją, w jakim to było okresie jego życia?). Jednak stało się ina­czej. Ścianę wykupił austriacki producent oświetlenia. Afisz propagandowy został przerobiony na reklamę. Zmieniono napis, który głosił po prostu: Przyszłość = (nasza) technologia. Więc zmniejszono przynajmniej ilość niepotrzebnych słów. Tej brzytwy Ockhama nie zastosowano jednak do obrazu, któremu nadano tak intensywnej tonacji, jakiej nigdy wcześniej mieć nie raczył – żarówkę pomalowano na wyrazisty, świeży, cytrynowy kolor, u jej szczytu domalo­wa­no promienie mające symbolizować rozchodzące się światło. Tło nabrało soczystej, ciemno­gra­na­towej barwy, domalowano na nim jaskrawo żółte gwiazdy. Odtąd wszystkie mistyczne niemal refleksje, jakie się rodziły w Ricu, zamieniły się w czysto mechaniczne obrzydzenie. Odwró­co­no naturalny porządek, a Wieczna Dziwka Natura jak zwykle nie zaprotestowała. Nie mógł nawet śledzić owych drobnych przemian, które kiedyś zauważał; oczywiście w różnych porach dnia widzialność obrazu nadal pozostała różna, było jednak już całkiem oczywiste, że zmienia się wyłącznie otoczenie, nie sam obraz od wewnątrz, jak kiedyś mu się (słusznie czy mniej słu­sz­nie) wydawało. Barwy stały się przerażająco świeże, w ogóle niewrażliwe na upływ czasu, ani na jakikolwiek z żywiołów. Obraz nie tyle zmartwychwstał z bezwzględnej niemal śmierci, ale powrócił na jego miejsce jakiś zwyrodniały mutant tryskający chorobą optymizmu. Aż tak na­wet mu nie przeszkadzało, że w tym samym okresie przystąpiono do „rewitalizacji” wszystkich budynków osiedla Edisona – ściany ocieplono, otynkowano na nowo, zadbano bardziej o zieleń, widać było z daleka nowe boiska i korty tenisowe. Każdy z budynków skądinąd zdobiła jakaś inna reklama – a to perfumy, a to pralka, a to hamburgery. Lecz żarówka wciąż pozostała dla Ri­ca jedyna, monstrualna, niepowtarzalna, cała reszta była tylko jej tandetną parodią, tak dalece żałosną, że mógł ją całkiem pominąć.

Około godziny szesnastej Rico zauważył, że po ścianie ozdobionej żarówką pełza jakaś nie­ty­powa istota. Szła po płaskiej ścianie, kompletnie bez żadnego wspomagania w postaci tego czy innego ekwipunku. Dwie kończyny dolne i dwie kończyny górne (znacznie krótsze od dol­nych) wskazywały, że mamy do czynienia z człowiekiem, tego samego dowodziłaby osadzona na krótkiej tyczce (która mogła być szyją) kula u nasady ciała (która mogła ze względnym przynajmniej prawdopodobieństwem być uznana za głowę), jak również rozmiary postaci, które widziane wprawdzie z pewnej odległości były tak na oko typowo ludzkimi rozmiarami. Jednak ruchy mogły wskazywać co innego: postać rozpostarła szeroko kończyny i pełzała po gładkiej ścianie bardzo szybko, chaotycznie, a jednocześnie całkiem pewnie siebie, jak wielki pająk bądź mucha. Postać była też utrzymana w jednolicie czarnej tonacji, co oczywiście mogło wska­zy­wać jedynie na specjalny kostium, również oko mogło się pomylić patrząc z odległości około stu metrów i nie dostrzec rozmaitych niuansów w ubarwieniu. Dziwna postać obiegła żarówkę po­stępując dokładnie po linii jej obwodu, wydając z siebie co chwila jakieś krótkie wycie (lecz mógł to być także odgłos klaksonu z jakiegoś samochodu – pojedyncze odjeżdżały i przy­jeż­dża­ły na pobliski parking, jakby kierowcy byli zupełnie obojętni, co poza nim się dzieje), po czym wstąpiła na jej grzbiet i zamarła na moment, jakby zasiadła tam, skąd wychodziły promienie. Następnie owa niby-musza postać zapuściła się w dół idąc w stronę środka żarówki, po czym zastygła na pręciku, który ledwie wyróżniał się wśród zalewu żółci naszkicowany dosyć cienką ciemną linią. Pełen jednoczesnego podziwu i zdumienia Rico miał wrażenie, że ta dziwna isto­ta, znajduje się już w samym wnętrzu żarówki a nie na jej powierzchni, że swoim pojawieniem się otworzyła na płaszczyźnie trzeci wymiar (trzeci wymiar mógł odesłać Rica ku wiedzy nt. tradycyjnych żarówek, zdawał sobie jednak sprawę, że ta wiedza, skądinąd niejednoznaczna, na wiele mu się nie przyda), a teraz błąka się tam i spija w bezczelnym, niczym nieposkromionym łaknieniu życiodajne światło i będzie spijać je, aż od niego umrze, aż wybuchnie od jego zdrad­li­wego nadmiaru – tak przecież musi się stać, myślał sobie Rico („wiem przecież, że nadmiar światła zabija, w bardzo różny sposób; każe skakać, przez może nie bezwzględnie wysokie, a jednak bardziej niż względnie niedosiężne płoty – wiem to doskonale; jestem Elektrykiem”).

Stało się. W międzyczasie zebrało się już pod budynkiem kilkunastu gapiów – dość niem­ra­wych jak na niecodzienność wydarzenia. W pobliskich blokach parę osób wychylało się przez okno, paru raczyło wstąpić na balkony. Rico otworzył okno na chwilę, wychylił przez nie swoją łepetynę (nie będąc pewnym do końca, czy jest nadal głową, czy może tylko jedną z niecałkiem doskonałych kul) i za pomocą rzeczonej łepetyny rozejrzał się na boki – niestety spomiędzy żadnej z ceglanych ścian osiedla na Łabędziej nie wychylała się ani jedna ludzka łepetyna poza jego własną, której siłą rzeczy dokładnie nie mógł obejrzeć. Wszyscy pozostali byli mieszkań­ca­mi osiedla Edisona… A więc oto rozgrywa się niesłychane wydarzenie – jakaś dziwna istota peł­za po ścianie budynku, a dookoła spomiędzy szarości jesiennego dnia wyłaniają się zaledwie spoj­rzenia kilkunastu osób, spośród których jego własne jest jedyne, samotne, skierowane przeciw­ko spojrzeniom ludzi obcych, tych spoza wielkiej granicy. Jest sam przeciw spojrze­niom, które (obawiał się tego, choć na pocieszenie mógł stwierdzić, że sam siebie nie widzi, a więc nie wie do końca) niczym się od jego własnego nie różniły. Nie zdołał jednak wyciągnąć z tej porażającej być może obserwacji żadnych podsumowujących refleksji (nie odniósł się rów­nież szczegółowo – na jego szczęście czy nieszczęście – do pytania, czy jego łepetyna nadal po­zo­staje głową), bo wydarzenia toczyły się zbyt szybko. Najpierw dobiegł go sygnał zbliżającej się karetki pogotowia i potem jeszcze jakaś syrena, o nieco innej amplitudzie dźwięku – policja, jeśli zdołał rozpoznać prawidłowo. Potem jeszcze jedna – to z kolei była straż pożarna. A więc ktoś z lojalnych i miłujących narzucone na obywateli prawo (z wyjątkiem przepisów doty­czą­cych przywłaszczania cudzej własności, w tym cudzego ciała, a zwłaszcza cudzej pamięci – za­uważył Ricardo) mieszkańców Osiedla Edisona zawiadomił już odpowiednie służby. „A więc za­pewne przyjadą i przerwą ten rytuał, jak zwykle zakłócą jakiś porządek, który co prawda, nie do końca jeszcze jest jasny, ale przynajmniej tu i teraz na moich oczach się rodzi. Sprowadzą delik­wenta na dół, zakłują w szary kaftan, zaciągną do karetki, przewiozą do zakładu dla szalo­nych. A jeśli jednak to nie człowiek?! Jakież wtedy będzie zaskoczenie – boskie zaskoczenie” – pomyślał Rico i aż ucieszył się na to rozwiązanie, które byłoby dla niego przynajmniej połowi­cz­nym sukcesem. „A jeżeli raczy to być małpa – czworo kończyn, czarne ubarwienie, to nie by­łoby nieprawdopodobne – jaki byłby wydźwięk tego stanu? Czyż nie taki, że trzeba się cofnąć w ewolucji do własnych prapoczątków (lub przynajmniej dobrze odegrać taki teatr, nie szczędząc własnego ciała), żeby móc się zbuntować przeciwko bezprawnemu porządkowi, który lata temu zagościł m.in. na pobliskiej ścianie” – taka myśl przemknęła przez chwilę przez zwoje mózgu Ri­ca, myśl zarazem otrzeźwiająca i przerażająca, myśl, która była jak małe, szybkie wyłado­wa­nie elektryczne. Małpa wprawdzie też nie pasowała do końca, jako że o ile człowiek nie posiada zdolności swobodnego pełzania po gładkiej (czy choćby względnie gładkiej) ścianie wysokiego budynku bez żadnego sprzętu alpinistycznego (a i z tym ostatnim nie wszyscy przecież są zdolni do takiego wyczynu), małpa, wydaje się być tutaj niewiele bardziej usposobiona. Czyżby jednak pająk (albo mucha)?

Tuż po tym, jak odpowiednie służby przybyły już na miejsce, ale jeszcze zanim zdążyły zapar­kować tudzież opuścić swe służbowe pojazdy, stwór, który kręcił się w miejscu obok prę­cika żarówki, z impetem wbiegł znów na górę, aż na jej sam szczyt, zakończeniem swej figury (głową???) dotknął rozchodzących się promieni i oderwał się. Runął w dół. Okrzyki przera­żonych gapiów nie zdołały stłumić jego własnego nieziemskiego krzyku, który przypominał nie­praw­dopodobnie nagłośniony wrzask wydarty z głębin organizmu spełniającego się właśnie w sek­sualnej ekstazie. (Dlaczego nikt w domu tego nie usłyszał, czy może wszyscy udają. Czy usły­szał to Józef, czy właśnie w związku z tym wtargnął do pokoju?) Wszystko wskazywało, że stwór rzucił się celowo i zrobił to, co więcej, być może bez żadnego strachu, a może wręcz z rozkoszą, podobnie jak wcześniej, bez zahamowania (ani moralnego, ani fizycznego) pełzał po powierzchni ślepej ściany piętnastopiętrowego mrówkowca. To wszystko wskazywałoby na to, że nie był on człowiekiem – „lecz czy rzeczywiście – zastanowił się Rico – zwierzę jest zdolne do samozagłady? Czy może zniszczyć się z premedytacją?” Być może więc musiał zrobić to czło­wiek, jakiś oszalały, a przy tym nieludzko dobry w sporcie, być może był to Po-człowiek, bo o nadczłowieku trudno raczej tu mówić. Ktoś, kto odkrył w sobie organiczną anarchię, by za cenę życia spełnić się występując w geście krwawej parodii przeciwko dąbrowskiemu (i zapew­ne nie tylko dąbrowskiemu) bezprawiu – bezprawiu władzy, bezprawiu form, być może bez­pra­wiu samego człowieczeństwa. W każdym razie upadek dowodził, że nie był On pająkiem (ani muchą, ani raczej nie zaliczał się w ogóle do królestwa owadów). Ta ostatnia kwestia może zostać wyjaśniona (wykluczona), choć może nie bezwzględnie.

Denata zawinięto w prześcieradło bez żadnej szczególnej ceremonii, być może więc był to (jeśli chodzi o samą przynależność do gatunku) najzwyklejszy człowiek. Być może też obojęt­nych dąbrowszczaków (tych odwiecznych cwaniaków i służbistów w jednym) nie poruszyłby owego jesiennego dnia nawet widok małpy, który powinien przecież bardziej poruszyć gapia niż śmierć człowieka, jako zdarzenie bardziej niezwyczajne, choć przecież dla każdego gapia życie ludzkie w teorii (a czasem i w praktyce, nie bądźmy bardzo cyniczni) jest daleko bardziej cenne od małpiego.

Czy jego samego, Rico Herca, widok małpy bardziej by poruszył?

Zastanawiające zagadnienie. Na dwoje babka wróżyła. Lecz te szczegółowe, techniczne rzec by można kwestie (choć niejeden by je nazwał moralnymi, choćby połowicznie) nie były naj­istotniejsze wobec czystego splendoru tego wydarzenia. Ricardo wiedział już, że porządek świata narzucony mu jest maszyną, taką jak te, którymi posługiwał się wykonując zawodową pracę; tylko bardziej przebiegłą. Nie potrafił co prawda tej maszyny nazwać (byłaby to raczej płaska maszyna, jak płaska była żarówka namalowana na ścianie). Trzeba by zatem dotrzeć wreszcie do miejsca, w którym bije domniemane serce tej maszyny, pozwolić, żeby wtargnęło w naszą pierś, zaczęło bić jednym rytmem z naszym i wybuchło, rozrywając w konwulsjach maszynę, jak i nas (więc czy „my” – nasze imiona, nasze figury, być może nasze życia – nie jes­teśmy ceną być może wręcz zbyt tanią, by wyzwolić się od tej płaskiej maszyny?). Rico miał wrażenie, że nic już nie pozostało takie same od tego skoku dziwacznego stwora. Czy stwór w ten sposób zniszczył maszynę, czy przynajmniej zgwałcił jej straszny wizerunek? Rico miał takie wrażenie, choć biło się ono z wrażeniem całkowicie przeciwnym opartym na najbardziej na­ocznej obserwacji, związanej z faktem, że człowiek (?) upadł i został już zwieziony a wstrę­tne malowidło naścienne lśniło sobie w najlepsze jak za dawnych czasów, zaś jeżeli nieco ściem­niało w trakcie jego obserwacji. to wyłącznie ze względu na zmianę pory dnia. Lecz czy i to przeciwne wrażenie oznaczałoby na pewno całkowitą klęskę? W każdym razie stwór poszedł aż do końca, zrobił to, co mógł – czy ktoś inny poszedł tak daleko, czy ktoś aż tak daleko się po­sunął, licząc nawet wszystkich, którzy bytowali od początku świata? Czy ktoś inny – nawet ze zwycięzców (jeżeli tacy byli) – zaszedł tak daleko jak ten – przyjmijmy to nawet przeciw niemu – beznadziejny przegrany? Czy zresztą były to istotnie całkowite przeciwieństwa? Choćby na­wet przekonanie o triumfie nad maszyną było całkowitą iluzją, to czy jednak ta iluzja nie jest większa od „prawdy” – tej prawdy/tych prawd, którą(e) mu wmawiano? Czy jedynym, co trzeba zro­bić, nie jest nie dopuścić, żeby złudzenie (?) tego triumfu kiedykolwiek pierzchło?

Rico poczuł wzruszenie, a jednocześnie żal – oto stoi, za zamkniętym oknem (już wcześniej trzeba było je przymknąć z uwagi na straszny ziąb i mżawkę), stoi sobie jak zwykle – względnie sztywno, otoczony miejscami i sprzętami, wśród których zawsze żył i wśród których, być może, dane będzie mu umrzeć. Co on może zrobić, żeby triumf szalonego stwora stał się, przynajmniej w jakiejś mierze, również jego triumfem?

Rico stwierdził, że te jego wewnętrzne spostrzeżenia są może zbyt intymne, więc odsunął się trochę od Józefa, który stał obok niego w milczeniu, trzymając swoją głowę niedaleko przy głowie swego stryja, pełen nieodgadnionych intencji, jakby chciał może pokazać, że (w jakimś sensie) są jednym, że być może jednym stali się przez te lata, które ich fizycznie rozdzieliły.

- Napisano gdzieś – zauważył Rico (gdzie to Rico wyczytał, czy może w swoich sporadycznych snach?), nawiązując do opisanego już wcześniej wydarzenia – że Bóg jest wielkim zegarmistrzem. To byłaby doprawdy straszna wizja! I co gorsza, może być prawdziwa. Wydaje mi się, że Bóg, jeżeli miałby być Bogiem sprawiedliwym, powinien być czymś w rodzaju chochlika, który psuje krew  wszystkim zawodowym i amatorskim zegarmistrzom.

Tak, Rico myślał o Bogu jako o psotniku, choć umiarkowanie tylko złośliwym, który od czasu do czasu (więcej my, ludzie, nie jesteśmy w stanie wymagać od Boga, a zważywszy siły, którymi ta istota, jeśli istnieje, rozporządza, to więcej mogłoby być dla nas niebezpieczne) potrafi popsuć, a raczej rozregulować czy przestawić na inny, mniej okresowy rytm, wszystkie mechanizmy, powstrzymać nieubłaganą zaciekłość, jaką przedstawia sobą każda racjonalna maszyna.

Pomyślał jednak wtedy o Zegarmistrzu z Baru „Malina”, którego tak polubił swego czasu a który na ten temat zdawał się mieć całkiem inny pogląd, broniąc (od strony moralnej) precyzji funkcjonowania wszystkich zegarowych mechanizmów. Jakże nieszczęśliwym i paradoksalnym był on buntownikiem, myślał sobie Ricardo. Bronił jako jedyny (czy w każdym razie jako jeden z niewielu) surowych praw domniemanych bogów, skazując się jednocześnie na przegraną właśnie przez ten bunt, niczym ów nieszczęsny hidalgo z La Mancha. Czy jednak w takim razie (jeżeli przyjąć, że bunt rzeczonego Zegarmistrza był tyleż rozpaczliwy, co niesłuszny) władza ludu, której zdarzało się prezentować co najmniej względny relatywizm w odniesieniu do zegarów i która zegarmistrzów nie zawsze traktowała łaskawie, nie miała choćby odrobiny racji? Szokujące pytanie i Rico nie miał dość śmiałości, by rozstrzygnąć je, zwłaszcza że – w związku z pojawieniem się nowych zdarzeń – jakże konkretnych, dramatycznych – musiał ograniczyć pole swych dociekań, żeby jako tako w zastanym świecie się połapać. Jakże chętnie spotkałby się z owym zegarmistrzem, zadał mu parę pytań, odważając się być może wydudlić trochę w jego towarzystwie tej czy innej nalewki. Wiedział jednak, że jest to (póki co przynajmniej) niemożliwe, zaś ww. pragnienie spotkania ze znajomym z dawnych lat ograniczała obcość, którą Rico nieodmiennie odczuwał wobec zjawiska egzystencji pośmiertnej, niezależnie od tego, czy miałaby się łączyć z zachowaniem przynajmniej szczątków świadomości i ciała (umożliwiających np. właśnie konwersację przy nalewce w lokalu przeciętnej kategorii), czy też nie.

***

Od dobrych kilku godzin znów mieszkali w jednym domu (Rico na stałe, Józef tymcza­so­wo), lecz po raz pierwszy wtedy się spotkali naprawdę twarzą w twarz.

A potem się spotkali jeszcze raz (naprawdę twarzą w twarz) po emisji serialu, kiedy cała rodzina się zaszyła w swoje sprawy. Frank i Honorata poszli już do teściów.

- Choć do dziadka – powiedział wtedy Józef i Rico za nim podążył (na palcach).

Dziadek siedział u siebie, w fotelu, owinięty kocem. Trochę dziwnie wyglądał, tak jakby te wszystkie przygotowania, w które go wmieszano, by na ceremonii, która miała się przecież odbyć następnego dnia, świecił godnym blaskiem, jak również i do pewnego stopnia sama ceremonia, spowodowały, że poczuł się wyraźnie odmieniony i czuł się z tym odrobinę sztucznie. Wczuwał się najwyraźniej w – być może niezbyt słusznie – przypisaną swej osobie rolę połowicznie sztucznego rekwizytu.

- Witam, co słychać? – odpowiedział mimo tego głosem bardzo przytomnym i całkowicie ludzkim.

- A… tak... chcieliśmy przyjść... zaczął Rico

- Dużo myślałem o tobie dziadku, kiedy mnie nie tu było – wtrącił Józef rzeczowo podając bardziej rzeczowy (co nie znaczy, że nie tajemniczy) powód swej wizyty.

- Miło mi. Ale co jest o mnie do myślenia? Kiedy ustawiłeś się w życiu za granicą... Cieszę się, że ci dobrze się powodzi. Teraz widzę, że to w sumie był dobry pomysł z tym wyjazdem. Trochę żeś nas zaskoczył, wiesz… ”co nagle, to po diable”… ale wyszło na dobrze. Mam nadzieję tylko, że nie chorujesz, bo coś Mateczka mówiła, ale może po prostu ona jak to baba...

- Myślałem o tobie, bo ty jako jedyny z nas byłeś przecież w kopalni, pod ziemią – odpowiedział Józef węzłowato, dając znać, że istotnie (przynajmniej pod pewnymi względami) dziadek go bardziej interesuje niż jego własna osoba, w tym jej – mniej albo bardziej domniemane – przypadłości zdrowotne.

- To akurat jakiś ważny powód? Swego czasu pamiętam, że zaprzątała cię historia okolicy, ale akurat o kopalnię za bardzo żeś się nie dopytywał.

- Dopiero później uświadomiłem sobie coś, co od dawna jakoś znałem z lekcji, ale czego nie doceniałem tak jak powinienem, coś, o czym ty chyba też nie wiedziałeś, dziadku, chociaż jakoś to musiało w tobie być. Widzisz ta twoja praca, dziadku, ta cholerna ciężka krecia praca jest... nie metaforą... to bardzo złe słowo, to potworne słowo… w ogóle powinno być urzędowo zakazane... jest po prostu istotą tego, co w ogóle robi człowiek, jest esencją jego syzyfowego trudu...

- Ale czy tego nie można powiedzieć o jakiejkolwiek robocie – spytał dziadek. Zwłaszcza jeżeli jest ciężka i robi się ją jako tako sumiennie? – Dziadek z pewnym zdziwieniem (choć skądinąd nie był zdania, że charakter ludzki jest nadzwyczaj zmienny) odnotował, że prawnuk – tak niby (w sposób różnie oceniany, czy raczej odbierany, bo nikt jak na razie nie oceniał, przez poszczególnych domowników) odmieniony po powrocie z zagranicy – powraca do dawnej retoryki. Z drugiej strony – dziadek takie miał wrażenie (i przynajmniej względnie było ono słuszne) – nie był to powrót do „tej samej rzeki”. Nastąpiła zmiana, jednak inna zmiana od tej, której można było się spodziewać i która miałaby polegać na porzuceniu idealizmu (chciałoby się powiedzieć młodzieńczego, jednak dziadek wiedział, że idealizm młodego prawnuka był młodzieńczy tylko metrykalnie i może przez ten brak typowej „młodzieńczości” właśnie onegdaj niepokoił go) na rzecz bardziej materialistycznych aspiracji popartych zdrową, chociaż obfitą (a więc nie dietetyczną) dawką pragmatyzmu. Nie, to była całkiem inna zmiana, której jeszcze nie potrafił sobie wytłumaczyć. Zdziwił tylko nestora przymiotnik „syzyfowy” – ze szkoły wiedział, że kojarzy on się raczej z trudem beznadziejnym i wiecznym, jego praca zaś przynosiła stosunkowo wymierne rezultaty i nie okazała się być wieczna, czego dowodem (bezwzględnym, jakby się mogło zdawać) było, iż od dziesięcioleci jest się emerytem.

- W jakimś stopniu tak, ale w znacznie mniejszym – odparł Józef Herc bardzo szybko (obyło się przy tym bez zjadania zgłosek), jakby chciał podkreślić, że zależy mu na tonie zwięzłym i rzeczowym. Bo tu chodzi o węgiel! Chodzi o minerał. Pomyślcie przecież, że kamienie bytują własnym trwaniem, a ich historia jest o wiele starsza i na pewno będzie trwać wiele wiele dłużej niż nasza ludzka historia. Jeżeli kiedyś popełniłem jakiś błąd – chociaż myślę, że już wtedy byłem tego świadom, tylko starałem się grać z własną hipokryzją – to taki, że chciałem pisać historię z punktu widzenia idiomów, masek i kostiumów, jakie my sami tworzyliśmy... a przecież historia przedmiotów martwych, historia niemej przyrody jest wielekroć ważniejsza. W Republice Słowanii, w okolicach Miasta Górniczego, czy gdziekolwiek indziej... historia jest przede wszystkim historią miejscowego klimatu, historią piasku i skał. Prawdziwa historia, to w gruncie rzeczy geologia… z domieszką zoologii, jeśli chodzi o te fusy, które na jej powierzchni się unoszą, czyli o nas – organizmy żywe. To wszystko się dzieje wokół nas, a przecież to wszystko ma nad nami władzę. Absolutną władzę. Węgiel jest podstawą życia organicznego, jest najistotniejszym z pierwiastków. Pokarm jest niezbędny do życia, natomiast węgiel i proces jego przemiany są samym życiem, czystym życiem. Martwy, podziemny minerał zawiera w sobie kwintesencję życia! I z tym życiem dziadek z nas wszystkich stykał się najbliżej schodząc w głębiny, w których – zawsze musi tak być – samo życie wydaje się niemal niemożliwe, a dłuższe przebywanie, dla nieprzyzwycza­jonego, staje się zgoła czymś piekielnym.

- Czyli wszyscy jesteśmy z węgla? – spytał Ricardo Leon Herc (chociaż dziadek mógł też zadać takie pytanie, mając na uwadze, mówiąc językiem profanów, coś może bardziej „konkretnego” niż miał na myśli Rico)

- Tak można powiedzieć, w dużym uproszczeniu.

- Za dużo w tym poezji, jak na moją głowę – rzekł Henryk Rudolf Herc. Ja na poezji się nie znam, chociaż za młodu lubiłem trochę posłuchać, gorzej szło z czytaniem. Nas w szkole uczyli poezji tradycyjnej, romantycznej... To tutaj nie pasuje... Ładnie mówisz, ciekawe rzeczy mówisz. Masz dużą wiedzę, nie na darmo tyle się uczyłeś, tęgi łeb... Ale nie ma co poetyzować, jeśli chodzi o ciężką, brudną robotę. Jest w niej coś pięknego... ale to nie poezja... moim zdaniem... to raczej dobra powieść czy nowelka, bo w gruncie rzeczy lata szybko mijają, a więc nie jest to jakaś długa historia… Nie obraź się, ale ja to po prostu znam z praktyki. Babrałem się w tym trzydzieści parę lat... Własnego syna w pewnym sensie sam osobiście pogrzebałem.

- Dziadku – doskonale wiem, o tyle przy tobie jestem mały pikuś w tych sprawach, chociaż powiem – niech będzie, że na swoją obronę – że też jestem kimś więcej niż teoretykiem... Jednak jeżeli mówisz o poezji… Jakiej poezji was uczono? Jakiej uczy się dziś? Albo inaczej – co do cholery nazywa się poezją a co nie. I wreszcie – jak się uczy poezji?

Tę odpowiedź Józefa zakłóciło wejście Teresy i Mateczki, które podsłuchały, że coś się dzieje u dziadka i z pewną nieśmiałością postanowiły to sprawdzić. Powstał mały harmider związany z poruszeniem kwestii (więcej niż jednej na raz) dotyczących spraw gospodarskich, szyi Józka, uroczystości, która miała nadejść następnego dnia, formy fizycznej dziadka (o psychiczną były względnie spokojne) itd. Twórcą tego harmidru okazała się mateczka, nadzwyczaj rozmowna, jak na wieczorową porę... Powstała więc mała polifonia (kakofonia byłaby przesadnym słowem, zresztą polifonia po rozkładzie harmoniki funkcyjnej stała się dość swobodna, oderwana od tradycyjnych reguł kontrapunktu i harmonii, a więc to pojęcie jest szerokie i można na nim poprzestać). Józef nie był jednak obrażony, ani też nie zamierzał milczeć. Do pewnego stopnia bardzo mu to odpowiadało. Chciał się najwyraźniej stać po prostu jednym z głosów owej zaimprowizowanej polifonii – wybrał do tego nawet odpowiednie (jego zdaniem ) tempo (moderato), jak również barwę głosu (średni rejestr). Jego postać umiejscowiła się/została umieszczona w dość ciekawym miejscu zbiegowiska: po lewej stronie miał Ricarda a po prawej Teresę, dzięki czemu mogli dobrze słyszeć to, co przybysz mówi. Słyszeli zapewne najlepiej, mimo że słowa Józka były nieodmiennie skierowane ku dziadziowi, ten jednak (dawszy się w wciągnąć w jej opiekuńcze wywody) konwersował z Mateczką.

Dla Ricarda owo ustawienie (którego nie śmiał zmienić poprzez przemieszczenie swej postaci np. w kąt, choć miał silną pokusę) stało się źródłem poważnych niepokojów. Czyżby bratanek stojąc między nim a żoną, dotykając niemal ich ciał pragnął ich pojednać swoją mową przyzywając dziadka na świadka tego być może niezwykle występnego pojednania? No właśnie – jakie by to było pojednanie – czy nie takie, w którym mieliby do reszty zatracić to, co kiedyś ich łączyło? Czy może, przeciwnie – ma to być symbol ostatecznego, czystego rozdzielenia (czego – jak Rico sobie uświadomił – jednak nie chciałby, mimo że obecność żony krępowała go silnie). Te dwie interpretacje powstałej choreografii, pulsowały w nim, niczym ying i yang u niektórych Azjatów. W tym czasie Józef przemawiał:

- Nie ma większego złudzenia niż sprzeczność pomiędzy uczuciem a maszyną. Zwróćmy uwagę na fakt, że początki romantyzmu miały miejsce w Anglii i zbiegły się właśnie z rewolucją przemysłową. Widać tu ścisły związek, którego niektórzy zaślepieńcy nie potrafili sobie w żaden sposób uświadomić, stawiając inżynierów i romantyków po przeciwnych stronach barykady. Tymczasem przemysł i sztuka jest identycznym dążeniem do zgłębienia istoty natury i wydarcia jej tych pierwotnych sił, których nigdy nie mamy za wiele, które gubią nas, choć w żaden sposób nie potrafimy bez nich żyć. Nie ma lepszego obrazu duszy, co więcej – nie ma niczego bardziej duchowego niż maszyna – to ostatnie zdanie poprzedził Józef pauzą i wypowiedział je tonem bardziej dobitnym, tak jak by służyć miało za podsumowanie, a może nawet za streszczenie całej jego wypowiedzi. Dlatego wojna z maszyną musi być zarazem walką z duchem – dodał po cichu, chyba tylko do siebie.

Dla Tereski to, co mówił, było zbyt złożone, choć w jakiś sposób skojarzyła tę wypowiedź ze swym przekonaniem o głębokich uczuciach żywionych przez telewizyjnego Michałka. Ponieważ jednak całość wywodu brzmiała dla niej zbyt mętnie, ugryzła się w język nie odważając się o nic zapytać, choć miała nadzieję, że odpowiedź Józka pomogłaby jej w utwierdzeniu się co do słuszności własnego przekonania na temat tego, co jej kuzyn mówi.

- Najśmieszniejsze jest, że każdy człowiek – perorował Józef cedząc słowa cicho, wyraźnie i powoli – absolutnie każdy, najwięcej życia traci w wysiłku, by zachować je. Po to, by zyskać światło, siłę, ciepło, które są nam niezbędne żeby przeżyć, zapadamy się w głąb, wkraczamy w nieomal całkowitą ciemność, na najniższe pokłady, zużywamy ciała aż do granicy możliwości, nasz oddech napełnia się śmiertelnym pyłem zatruwającym płuca, a więc skracającym życie, którego przecież w głębinach mamy poszukiwać. Lecz musimy tak brnąć, jesteśmy narkomanami światła i ciemności, z której dobywamy to światło. To prawdziwie pornograficzna, kryminalna, skandaliczna kwintesencja świata, w którym bytujemy. Trzeba natychmiast coś zrobić z tym kurestwem… – to ostatnie powiedział już jednak bardzo cicho.

Podszedł do fotela, w którym siedział pradziadek obejmując go, mówiąc bardzo cicho – „jak to robisz dziadku, że się nie załamałeś, jak to potrafi wytrzymać Twoje ciało”... Dziadek (który nie usłyszał słów józefowych, tak były cicho szeptane, poza tym mateczka coś w dalszym ciągu nadawała) był wzruszony, jakkolwiek mógł uznać takie objęcie za rodzinną powinność (zwłaszcza w pierwszym dniu wizyty), stąd może jego wzruszenie nie było nadmierne... Teresa była co najmniej równie wzruszona jak sam Henryk. Rico dość mocno przeżywał to objęcie (czy też to, że nie on był obejmowanym) i niejeden powstał znak zapytania w jego głowie. Ponieważ trząsł się jeszcze (wewnętrznie, rdzeniowo) wysłuchawszy wcześniejszych peror Józka, rzeczone znaki zapytania wirowały nie ułożywszy się nawet w pełną postać, lecz były pełne prostych, kropek, gwiazdek, wykrzykników.

Mateczka uśmiechała się. Józef jakby wyczuł ten uśmiech, bo pozostając nadal blisko dziadka zwrócił wzrok w jej stronę.

- Zaśpiewaj coś, Mateczko. Pamiętam, jak kiedyś pięknie nam śpiewałaś.

- Co ja tam śpiewałam, synku?! Ja piskałam tylko! Co my mamy śpiewać, możemy tylko piszczeć – to mogło być w intencji mateczki żartobliwe; a jednak było widać, iż mateczka była zawstydzona (rumieńce na policzkach, silniejsze niż zwyczajnie) oraz przerażona, tym że Józef-wnuk zarządzić może jakieś występy artystyczne, a podchodziła z dość bezwzględnym dystansem do swych śpiewaczych skłonności i zdolności.

Józef spojrzał dziadkowi w oczy, głębiej niż poprzednio (chociaż wcześniejsze spojrzenia nie były powierzchowne) jakby na względne pożegnanie – to znaczy tuż przed oddaleniem się od dziadka i dołączeniem do pozostałych (stojących wszakże niedaleko) domowników. I w tym momencie usłyszeli, że zza okien dobywa się muzyka a błyski reflektorów poraziły zgromadzonych pomimo zasuniętych firanek… Zbliżyli się do okien (poza dziadkiem, który obrócił swój fotel pozostając na siedząco) i spojrzeli – na polu oddzielającym osiedle Łabędzia od wysokich zabudowań Edisona, dokładnie w połowie odległości rozgościła się jakaś dziwna instalacja świetlna, sięgająca dziesięciu metrów wysokości i przypominająca kształtem drzewo o bardzo wiotkich, delikatnych gałęziach, tryskające jednak obficie bujnymi i błyszczącymi owocami. Dookoła niego jeździła furgonetka, na której był namalowany pstrokaty szyld jakiejś firmy handlowej (nic jednak nie dało się rozczytać); z głośników ustawionych na dachu furgonetki huczała pożegnalna muzyka:

Besa me, besa me mucho

Como si fuera esta noche la ultima vez...

Potężne błyski wielobarwnych świateł dobiegły też z oddali, zwłaszcza jakby z miejsca, w którym znajdowała się jedyna czynna kopalnia „Kniaź Radosław”. Kopalnia nie była położona dokładnie za oknem dziadkowego pokoju, jednakże gwałtowne rozbłyski reflektorów, których smugi rozchodziły się wszędzie, wkraczając także w przestrzeń hercowego domostwa, doprowadziły rodzinę ku przypuszczeniu (słusznym, bezwzględnie słusznym – powiedzmy bez ogródek), że tylko od strony przedmiotowej kopalni dochodzić może tak mocna iluminacja.

- Patrz dziadku – kopalnia chyba świeci się! – zakrzyknęła mateczka!

- O boże, tak się rozpromienia, jakby się paliła – zakrzyknęła Teresa (na tyle, na ile jej gardło było w stanie krzyczeć, a może nawet trochę bardziej)

- Spokojnie – to tylko fajerwerki! – powiedział na to Józef – mówiąc (nieznanym wcześniej domownikom) tonem turysty, który niemało podróżował po świecie i wiele rzeczy widział.

- Hę, czy oni nie za wcześnie zaczynają naszą uroczystość – spytał dziadek kompletnie zdezorientowany, co stosunkowo rzadko mu się przydarzało.

Wewnątrz Rica też coś się zaświeciło i zabłysło. Przez jego ciało (które na tyle utraciło swe subiektywnie odczuwane granice, iż trudno było mu się rozeznać, co jeszcze z niego jest ciałem a co nie) przepływały szmery, szumy, migotania. Tak gwałtowne, że siłą paradoksu utrzymywały jego postać w zewnętrznej inercji, tak bezwzględnej, że wcześniej niespotykanej, mimo że przecież owe ciało zazwyczaj zachowywało się (pozornie, jak to już wyjaśniono!) w sposób dość powściągliwy. Stał pod ścianą, (połowicznie) ku niej odwrócony; nie był już w stanie zbliżyć się do okna, miał wrażenie, że te błyski, które dobiegają z zewnątrz (przez szybę, nie da się inaczej!; ceglane ściany przecież nie przepuszczają światła aż tak bardzo), są udzieloną mu po latach przez jakieś możne instancje odpowiedzią na wszystkie milczące dociekania, do których się uciekał wyglądając przez okna, jakby sam je wywołał. „Doigrałem się” – wyszeptał, sam nie będąc pewien, czy temu wyszeptaniu towarzyszył śmiech.

Gdyby wyszli do centrum, zobaczyliby, że (niemal) wszystko w całym mieście rozjaśniło się.

Rozjarzyły się wszystkie obiekty w lunaparku, który niedawno postawiono na peryferiach centrum, żeby stanowił jakiś rozrywkowy kontrast w niszczejącej dzielnicy. Diabelski młyn kręcił się jak oszalały, mimo że żaden człowiek nim nie jechał, a każde z krzesełek rozświetlone było wielobarwnymi żarówkami, migającymi szybkim regularnym rytmem...

***

Stella wstała i podeszła do okna przyglądając się z zaciekawieniu tej powodzi świateł, której miała prawa nie spodziewać się w rodzinnej miejscowości. Wcześniej, odkąd powiedziała, że musi się położyć, na ogół odpoczywała, choć nie mogła zasnąć. W odrębnym pokoju, który przydzielono jej do spania (w dawnym jej pokoju, a jeszcze wcześniej, przed jej narodzinami, pustym, zbyt przestronnym składziku) pozwoliła sobie na trochę więcej swobody, z którą starała się maskować przed starszymi członkami rodziny. Po tym jak wzięła prysznic (tuż przed dwudziestą pierwszą) i wróciła do siebie, rozebrała się i położywszy na twarz nocny krem rozłożyła się naga na tapczanie; leżała tak na wznak powolnymi ruchami dłoni gładząc się po ciele, jakby to miało pomóc jej w zaśnięciu. W końcu stwierdziła, że na wszelki wypadek (czyli na jaki?) założy coś do spania. Włożyła błękitną koszulę nocną na ramiączkach, która jednak wyglądała raczej jak plażowa sukienka. Znów leżała na wznak… Nie gasiła światła, jakby bała się spać po ciemku, a może tak naprawdę nie chciała wcale zasnąć. Na górze nie było jednak klosza, który spadł i stłukł się przed kilkoma tygodniami, tylko żarówka, mocna, stuwatowa, której blask ją raził, a najwyraźniej z jakichś dziwnych względów chciała leżeć na wznak; tak jak leżała już (z przerwami np. na założenie koszuli) od dłuższego czasu. Podniosła się zniechęcona i przez moment włożyła dłonie za wezgłowie łóżka, macając chwilę po ścianie żeby odnaleźć ukryty gdzieś w tamtych okolicach włącznik od kinkietu, co umożliwiałoby jej zmianę oświetlenia na nieco mniej wyraziste. Okazało się jednak, że żarówka w kinkiecie przepaliła się, Stella zaś nie miała jakoś ochoty, żeby wrócić do rodziny próbując zgłosić w tej kwestii reklamację. Mają tam swoje sprawy, w które nie ma ochoty ingerować, a teraz po podróży ma ochotę na chill-out. Zresztą jeżeli by się okazało, że nie dysponują zapasową żarówką odpowiednich rozmiarów, byłoby im przykro. Toteż pozostała przy mało komfortowym centralnym oświetleniu, a ponieważ dziwnym kaprysem czy też dziwnym obyczajem jej młodego ciała chciała leżeć na wznak (uparcie, nieodmiennie), sięgnęła do torebki po przeciwsłoneczne okulary. Były to wielkie okulary o dużej sile przyciemniania, które kupiła na okazję wypadu na hiszpańską wyspę Ibizę z jednym z byłych narzeczonych z branży. Zawsze miała słabe oczy i słabą głowę do słońca, co przeszkadzało jej w bezgranicznej miłości, którą względem słońca i światła żywiła, zwłaszcza odkąd poznała te krainy świata, w których słońce bywa najwyższego gatunku. Wyjęła też jakiś kolorowy magazyn, który zabrała na okoliczność podróży pociągiem i zaczęła go kartkować – rozłożona (na wznak), trzymając pismo bezpośrednio nad głową. Przez moment tylko uchyliła okularów, by przyjrzeć się dokładniej zdjęciu jakiejś rozreklamowanej latynoskiej piękności.

Całe szczęście, że w pokoju odnalazła radio, postawione tuż obok łóżka na podłodze. Po dłuższym przebijaniu się przez falę trzasków udało jej się wreszcie odnaleźć w miarę fajną stację. Puszczali tam muzykę taneczną, najbardziej konwencjonalną, na ogół już sprzed paru dobrych lat: Saint Germain, Moloko, Jamiroquai, Basement Jaxx… słuchała tego dawno temu, a przeboje mają to do siebie, że je trzeba zmieniać, inaczej łatwo można dostać mdłości. Jednak w tej scenerii znowu podobały jej się, uspokajały ją, nie przeszkadzało jej, że są całkowicie ograne, że tyle razy słyszała je w różnych mieszkaniach, w różnych klubach, na różnych catwalkach, w przeróżnych samochodach osobowych… Puściła cicho muzykę, tak jak miała w zwyczaju robić przed zaśnięciem i leżała tak dłuższą chwilę (na wznak, wciąż na wznak), coraz bardziej przyjemnie odczuwając ciężar skąpo ubranego ciała. Leżała nieruchomo, nie licząc prawej nogi, którą naprężyła, podniosła trochę w górę i zaczęła poruszać nią rytmicznie.

Myśląc niewiele – do czego w tamtej chwili myślenie było jej potrzebne? – wszelako przypomniała sobie, jak przez moment jej wzrok przeciął się ze spojrzeniem Józefa, gdy wychodziła spod prysznica owinięta ręcznikiem kąpielowym. Na początku przyjęła go przyjaźnie – wymieniła zwyczajowe pocałunki w policzek, uśmiechnęła się, zapytała co u niego słychać. Widzieli się jednak tylko przelotnie, bo przecież (niemal) cały czas leżała. Poza tym uczucie sympatii z jej strony było powierzchowne, nie tyle może w tym sensie, żeby „w głębi” odczuwała wobec niego nienawiść, na pewno jednak można było mówić o niepokoju związa­nym z pryncypialnym stosunkiem brata stryjecznego do bardzo różnych spraw, w każdym razie tego brata, którego zapamiętała. Wiązał się z tym niepokój, że będzie moralizował, pouczał, miał jej wiele rzeczy za złe, przede wszystkim jej rejteradę do stolicy (która, jak wiadomo, uprze­dziła jego własny wyjazd), podczas gdy wspólnymi siłami młodości mogliby jeszcze usiło­wać coś zdziałać, wyrwać rodzinę z inercji. Nie, o nienawiści na pewno nie było mowy, nie było też mowy o lekceważeniu, które wobec niego odczuwała w młodych latach. Doszła w między­cza­sie do wniosku (jakkolwiek myślała o nim bardzo sporadycznie), że to silna, pewna siebie osobowość, że jest kimś i ma swoje zasady, które z wiekiem nauczyła się szanować – do pew­nego stopnia. Jednak nadal powiedziałaby (w tamtej chwili, w której po raz pierwszy znów zo­baczyli się), że „brat nie zna życia”, podobnie jak mówiła dawniej, w bardzo młodych latach. Teraz tak samo powiedziałaby o bracie, chociaż różne doświadczenia, które miała od wyjazdu do stolicy, sprawiły, że nieco inaczej pojmuje, czym jest życie i nieco inne ma wyobrażenia na temat jego znajomości.

To jednak były wrażenia z pierwszych minut spotkania, wtedy jeszcze przykładała do jego postaci miarę wspomnień z przeszłości, choćby sama interpretacja tej przeszłości zdążyła nieco się zmienić, jak zauważono. Musiała jednak zorientować się, że w bracie zaszła przemiana, cho­ciaż, co najdziwniejsze, nie odebrała jej od razu w pierwszej chwili, tak jak reszta rodziny, ale do­piero wtedy, gdy zetknęli się w okolicach łazienki. Może po prostu wolała na niego spec­jal­nie nie patrzeć (czy dlatego udała się na stronę?), nie chcąc być wciągnięta w żadną grę. Jeśli zde­cydowała się przyjechać na rodzinne święto – po paru latach, w zasadzie (choć może nie wy­łą­cznie) z czystego obowiązku – niech chociaż czas ten upłynie spokojnie, bez żadnych fami­lij­nych animozji. Kiedy jednak zauważyła pewne różnice, zinterpretowała je w zupełnie inny spo­sób niż reszta rodziny, a zwłaszcza żeńska część tej reszty, która była zdecydowanie zanie­poko­jona (może poza z natury bardziej lekkoduszną Honoratą). Zauważyła oczywiście markowe ubra­nia, o czym reszta nie miała pojęcia i to już jej częściowo wystarczyło za rekomendację. Usły­szała też, że jeździ nowym volvo; samochód może raczej dla starszego mężczyzny, jednak samo wejście w jego posiadanie o czymś mogło świadczyć; poza tym Stella coraz bardziej ce­ni­ła styl dojrzałego samca, zwłaszcza w przypadku mężczyzn, u których taki styl zdradza pewnego rodzaju drugie dno. Jeżeli nie te fakty same w sobie (Stella nie była tak bardzo powierzchowna, a już na pewno nie chciała za taką się uważać) wpłynęły na zmianę jej obrazu stryjecznego bra­ta, to w każdym razie odegrał dużą rolę ich ogólny kontekst, który wskazywał, że Józef zmienił się i pozwolił podciąć sobie korzenie, co wychodzi na zdrowie każdemu spragnionemu życia człowiekowi.

„Ja wyjechałam do stolicy – on w końcu wyjechał do Szwajcarii – warto byłoby się poznać. Ciekawe, co się u niego w tym czasie wydarzyło?”– pomyślała. O wyjeździe brata dowiedziała się przecież, gdy w Mieście Górniczym nie mieszkała już, i wieści, które miała na ten temat, były bardzo mętne. „Przecież on wyjechał, chociaż zarzekał się, że jego obowiązkiem jest pozo­stać po wsze czasy tam, gdzie się urodził, nie zmieniać nawet ulicy. Wyjechał i podobno niemal zer­wał jakikolwiek kontakt! Ani pocztówki, ani widokówki, nie licząc okazji najbardziej uro­czy­stych świąt!” Oczywiście rozżalona i zmartwiona Mateczka zapewne przesadzała w listach pi­sząc o jego (prawie) całkowitym zerwaniu, a jednak mimo wszystko musiało coś być na rze­czy. Dziwne, jak przez całe lata, a nawet na początku swej wizyty, nie doceniła tego najbardziej banalnego faktu, a co więcej, pomijając go prawie w ogóle, nadal utrzymywała w sobie obraz Józka „przed” – fakt, że w tamtym okresie widziała go po raz ostatni na żywo przez dłuższy ok­res, nie może być tu wystarczająco dobrym usprawiedliwieniem. „Tak, często człowiek nie bie­rze pod uwagę najbardziej podstawowych i najważniejszych faktów i to nie dlatego, żeby był wyjątkowo roztargniony albo głupi, ale dlatego, że po prostu często taki jest.”

„Pamiętam, jak zaskoczyło mnie, kiedy napisali mi, że wyjechał. Zastanawiałam się nad tym, ale miałam wtedy dużo spraw, byłam bardzo zajęta i jakoś to tak przeszło wokół mnie cał­kiem obojętnie”. I ledwie to sobie powiedziała, wychodząc z łazienki owinięta ręcznikiem, zas­ko­czył ją swym spojrzeniem. Patrzył się na nią w ten sposób, w jaki patrzy wielu mężczyzn w klubach albo na branżowych imprezach. Nie do końca wprost uwodzicielski, ale na pewno lus­tru­jący i pragnący przy tym podkreślić swoją męskość. Tylko że jednak w tym spojrzeniu pozo­s­ta­ło jednocześnie coś z dawnego Józefa, zimnego, niedostępnego, zasadniczego i w całej swojej twardości jakby bezpłciowego. Lecz to właśnie sprawiło, że odczuła wobec niego jeszcze wię­kszy szacunek. Dziwne miny na twarzy i chorobliwe przegięcie całej głowy tym bardziej uwy­dat­niały jego figurę, tym bardziej siłą kontrastu sprawiały, że ukazywał się jej spojrzeniu jako mężczyzna wyjątkowo przystojny.

„Czy on przypadkiem nie ma doświadczeń podobnych do moich?” – pomyślała. „Czy on też przez To przeszedł?”

Uśmiechnęła się. A on spojrzał przez moment, jak poruszają się jej długie opalone nogi, zupełnie jakby same szły, jakby lepiej od ich właścicielki wiedziały, dokąd mają pójść.

Leżała tak (wciąż na wznak) cały czas wymachując (prawą) nogą i jej wszystkie myśli w sposób bardzo przyjemny uleciały. Przez moment tylko wypłynęły znów ponad powierzchnię bło­go-bezrefleksyjnego odprężenia i skoncentrowały się ponownie na osobie Józefa. Czy przy­pad­kiem jej wyjazd do stolicy nie był spowodowany strachem przed nim, przed jego niezwy­czaj­ną charyzmą? Oczywiście ta myśl wydała jej się śmieszna, gdyż powody wyjazdu były bardzo prozaiczne i w jej przemyśleniach z tamtego okresu brat stryjeczny nie odgrywał szczególnie dużej roli. W związku z tym skojarzenie to wydało jej się w sposób oczywisty przeciwnym do poprzednich złudzeniem spowodowanym faktem, że tym razem zestawiła silnego mężczyznę, jakim teraz się wydał, z nią sprzed lat – z tą nastoletnią nieopierzoną Stellą marzącą o karierze księgowej i nowym volkswagenie (co za mierne w gruncie rzeczy aspiracje; teraz dopiero wie naprawdę, czego może i czego powinna oczekiwać kobieta!), którą później uznała za bardzo sła­bą duchem i na którą on – taki, jakim się w międzyczasie stał – rzeczywiście mógłby mieć krę­pujący, może wręcz nawet demoniczny wpływ.

W końcu stwierdziła, że najwyższa pora na zażycie wieczornej dawki Preparatu. W tym celu sięgnęła do torebki, znalazła opakowanie i wykonała wszystkie czynności niezbędne do tego, by preparat znalazł się, najszybciej jak się da, we wnętrzu organizmu. Po ich wykonaniu ostatecznie rozluźniła się.

***

A w tym czasie na Majdanie Radosława rozpoczęły się tańce w stylu brazylijskim, oficjal­nie niezapowiedziane przez żadną, przynajmniej wąsko rozumianą władzę. Przechodniom, któ­rzy mimo późnej pory wyszli z tych czy innych pobudek na ulice (pobudką taką mógł być ów nie­słychany przypływ świateł, mogły też jednak wchodzić w grę jakieś inne względy), ku ich zaskoczeniu ukazała się wielka platforma, ustawiona tam, gdzie niedługo miała stanąć choinka pobłogosławiona przez Jego Eminencję Prymasa. Na niej kilka skąpo odzianych tancerek wiło się tańcząc frenetyczną sambę, zaś kilkanaście innych pań zgromadzonych na placu przyłączyło się do zabawy, również zaskakując pozostałych gapiów strojem, mimo niesprzyjającej aury na­der skąpym: w Mieście i jego okolicach od środka jesieni aż do wczesnej wiosny pogoda przed­sta­wiała się podobnie – rzadko bywał bardzo ostry mróz (choć zwykle go oczekiwano, tyleż z obawą, co z pewną osobliwą ekscytacją, którą można wytłumaczyć faktem, że większość z nas zalicza się do miłośników rekordów), lecz zazwyczaj wśród ogólnej szarugi słupek rtęci wznosił się o pół do półtora stopnia ponad zero, zależnie od tego, jaka była w danym momencie pora dnia. Przeto nie tylko stosunkowo zasadnicza moralność okolicznej ludności i skromność miejscowych obyczajów, ale również, a może zwłaszcza, aura nie nastrajały do tak wyuzdanej zabawy. Skąd więc się to swobodne zbiegowisko wzięło się – i to akurat na noc przed obchodami święta robotniczego – święta poważnego, tradycyjnego (a wśród różnych nacji, które – z różnym skutkiem – zaszczepiały swe tradycje na słowańskiej ziemii, Brazylijczyków – przynajmniej względnie – nie było) i oficjalnego? Nie było żadnych śladów, które mogłyby wskazywać, że za imprezą stoją władze komunalne, chociaż wśród bardziej zasadniczych przechodniów starszych wiekiem – zarówno tych, którzy najlepiej wspominają władzę ludu, jak i tych, którzy najlepiej wspominają lata przedwojenne – znaleźli się tacy, którzy uznali, że jest to oczywista prowokacja wierchuszki, być może nawet z rozkazu albo przynajmniej poduszczenia stolicy, która dąży do tego, by skompromitować i ośmieszyć tradycyjne święto tak bliskie okolicznym mieszkańcom, a jednocześnie zdeprawować stroniącą od tradycji młodzież kusząc ją niemoralną rozrywką i zamydlając tym spojrzenie na nieróżową przyszłość, jaka czeka ją, jeżeli się gdzie indziej nie zabierze, tudzież jeśli nie zrobi ludowej rewolucji. Identyfikacji uczestników zabawy – czy też prowodyrów – jak kto woli – nie ułatwiał też fakt, że na ogół byli nieźle zamaskowani. Większość nosiła maski karnawałowe, zaś półnagie tancerki i nie­któ­rzy tancerze (zjawili też się mężczyźni, chociaż w mniejszej liczbie) pomalowali ciała tak, żeby przypominać mulatów, choć uważny widz łacno mógł zorientować się, że to biali, do tego z natury o dosyć jasnej karnacji. Z uwagi na swoje niezwyczajne zachowanie mogli być to przyjezdni z dość odległych krain; po pojedynczych okrzykach, które wydawali, należało z drugiej strony przyjąć, że przynajmniej niektórzy pochodzą z ojczystego kraju, a w każdym razie bardzo dobrze wrzeszczeli i wyli po słowańsku. Mogły być to również kurewki sprowadzone z okolicznych zamtuzów, ten czy ów z gapiów męskiej płci zdawał się nawet rozpoznawać tę czy ową Elwirę, Samantę czy Oksanę, lecz – jeśli było tak – wstydził się puścić parę z ust, stąd nie możemy tu stwierdzić nic pewnego. Z pewnością niektórzy zdawali się rozpoznawać w poje­dyn­czym tancerzu sąsiada, a może nawet i dalekiego krewnego (tego, którego obawiałoby się, bądź tego, którego by się chciało zobaczyć w takiej roli), ale tancerz poruszał się na tyle szybko i na tyle dobrze był zamaskowany, że trudno jest nam ustalić, czy owe domniemane podobieństwa nie były jedynie wynikiem przywidzenia.

Przybyłe na miejsce jednostki prewencyjne policji w liczbie dwunastu funkcjonariuszy oraz trzech furgonetek zachowały się zrazu raczej osobliwie. Najpierw zgarnęły kilku tańcujących i to dość brutalnie; szarpiąc gwałtownie za rękawy bez wcześniejszego ostrzeżenia czy też prośby o dobrowolne wykonanie określonych poleceń wciągali ich do wnętrza jednej z furgonetek. Jakiś facet został nawet przy okazji solidnie spałowany. Kobiet też nie oszczędzano – jeden z funkcjonariuszy ciągnął mocno za włosy jakąś pulchną panią silnie farbowaną na czarno. Sami zatrzymani również zachowywali się w dość nieludzki sposób – wydawali piski połączone ze sprośnymi pojękiwaniami niosącymi jednocześnie ze sobą treści dość niecenzuralne – wszystko to sprawiało jednak wrażenie, jakby szczególnie nie cierpieli, a nawet nie przejmowali się faktem zatrzymania, mimo że z uszu i ust jednego czy drugiego spływały strużki krwi, co dziwiło z kolei o tyle, że w żadne z tych miejsc zatrzymani nie zostali wcześniej uderzeni.

Po tym, jak policja dokonała wspomnianej interwencji, a furgonetka z zatrzymanymi oddaliła się, funkcjonariusze o dziwo wycofali się i tylko ustawili się w szpalerze po stosunkowo najbardziej ciemnej i spokojnej stronie placu, rezygnując (przynajmniej tymczasowo) ze wszelkich dalszych kroków. Ta reakcja, podobnie jak wcześniejsza interwencja, została przyjęta przez gapiów pojedynczymi gwizdami tudzież oklaskami, przy czym wydawało się, że te same osoby biły brawo najpierw z powodu zatrzymania tancerzy, a następnie z powodu późniejszej bierności wobec pozostałych aktywnych uczestników zabawy; tak samo przedstawiała się sprawa z gwiżdżącymi, a przecież – tak na zdrowy rozum – zadowoleni z początkowej aktywności policji powinni być oburzeni biernością, która po niej nastąpiła, tudzież vice versa. Należy jednak nadmienić, że większość gapiów nie zareagowała w żaden sposób – stojąc nieruchomo w osłupieniu i obserwując dalszy rozwój zdarzeń, za bardzo nie orientowali się, czego u diabła można się spodziewać.

Po pół godzinie bierności, która nastąpiła po zatrzymaniu małej grupki swawolników dało się jednak zauważyć, że policjanci wykonują palcami jakieś ruchy, jakby liczyli uczestników zabawy i mieli zamiar przejść do kolejnej fazy operacji. Wkrótce po tym, jak dokonano domniemanych obliczeń, jeden z policjantów podniósł w górę ręce i klasnął kilka razy w dłonie, po czym jego kolega dobył gwizdka i wydał krótki przeraźliwy (choć być może nie miał taki być w intencji mundurowego oficjela) gwizd, któremu doskonale udało się przebić przez ścianę głośnej muzyki. W tym momencie zmienił się repertuar – wiązkę melodii brazylijskich, ze szczególnym uwzględnieniem disco-samby i forro oraz innych tańców latynoskich, jak salsa czy merengue – bez wyjątku szybkich, żywiołowych – zastąpiła muzyka równie gorąca, lecz znacznie wolniejsza, skupiająca się wokół jakiejś południowoamerykańskiej odmiany drum ‘n bassu. Przez to hałas nieco ucichł, chociaż tańce były nie mniej wyuzdane.

Te działania w jakiś sposób mogły uzasadniać zachowanie policji: Najpierw policzyli, czy liczba aktywnych uczestników zgromadzenia nie przekracza ustawowej normy, ponad którą staje się niezbędne stosowne pozwolenie władz. Następnie gwizdem dali znać, by przyciszono muzykę do poziomu dozwolonego dla ulicznych muzykantów. Gdy tak się stało, uznali, że nie mają podstaw prawnych, by interweniować. Taka wersja wydarzeń pojawiła się na ustach kilku gapiów i została przekazana przez ich usta do uszu innych patrzących, przynajmniej przekazana w takim stopniu, na który pozwalały warunki akustyczne – bezwzględna cisza w końcu nie zapanowała. Jeśli tak, to zważywszy, że na scenie oraz wokół niej tańczyło w najbardziej spokojnym momencie około dwudziestu przebierańców, a muzyka nadal była względnie głośnia, trzeba zauważyć, że w Słowanii przepisy dotyczące organizowania zabaw masowych w porze wieczornej i nocnej są dość liberalne. Tak czy inaczej, gapie nie mieli szczególnego wyobrażenia, jakie liczby znajdują się w odpowiednich ustawach, a jeżeli wśród gapiów był ktoś z wykształceniem prawniczym, to albo specjalizował się w innej działce prawa, albo też zachował dla siebie swoją wiedzę.

A jednak ta hipoteza – jedyna, która została wypowiedziana na głos przez więcej niż jednego spośród gapiów – szybko padła, w miarę jak wszyscy coraz bardziej odnosili wrażenie, że liczba tancerzy ciągle rośnie, a władze wciąż nie reagują, mimo ww. domniemanych obliczeń oraz mimo jednego donośnego gwizdu. Było to o tyle dziwne, że nikt przebrany z zewnątrz nie przybywał. Każdy więc miał wrażenie, że to jego sąsiad – człowiek spokojny i uczciwy, który tylko całkiem przypadkowo znalazł się na placu albo wręcz zatroskany o los obyczajności przybył, by zobaczyć, skąd pochodzi hałas i iluminacja – przebrał się w okamgnieniu i przyłączył do występnego korowodu w czasie, w którym on akurat patrzył w inną stronę. Nikt co prawda (poza być może funkcjonariuszami) nie liczył na bieżąco liczby uczestników tanecznego transu, a jeżeli liczył, to nie podzielił się na głos wynikami swoich kalkulacji. Wolno sądzić jednak, że wrażenie przyrostu tańczących było ze strony gapiów dość powszechne, mimo braku obliczeń, pozwalających na weryfikację ww. przypuszczenia.

W końcu niektórzy z funkcjonariuszy (jednak jakby nie byli co do tego pewni między sobą, bezgłośnie wykonując między sobą gesty świadczące o zażartej polemice, co może jest niewłaściwym sformułowaniem, bowiem służba mundurowa nie służy raczej do tego, by prowadzić między swymi częściami zażarte polemiki) wystąpili przeciwko niektórym z tańczących dookoła sceny, ci jednak dosyć łatwo pierzchali i policji najwyraźniej nie chciało się ich gonić, nie mówiąc o użyciu mocnych środków przymusu – funkcjonariusze w pewnym momencie się zatrzymywali. Czasem nawet działy się dziwniejsze rzeczy – policjant doganiał grupkę tancerzy, lecz – zamiast kontynuować proceder interwencji – obiegał ją tylko dookoła, grożąc pałką – to ostatnie jakby dla zabawy. Przypominało to jakąś dziwaczną wersję berka. Cóż, wielu skarży się, że republikańskiej policji pomieszało się trochę, odkąd nastał kapitał i odkąd przestała być „milicją”, czyli, mówiąc ściślej, Ludową Strażą Bezpieczeństwa. Z jednej strony czasem odnajdywała w sobie – nawet jeśli chodzi o zachowania młodych funkcjonariuszy, którzy z czasów ludu pamiętali zabawy w piaskownicy – coś z dawniejszej stanowczości, która czasem ocierała się wręcz o prewencyjną agresję – w innych jednak momentach dawała przykłady jeżeli nie strachliwości, to w każdym razie dziecinnej ostrożności, nie chcąc być posądzona o łamanie praw obywatelskich. Być może zachowanie policji podczas owych hałaśliwych ekscesów na Majdanie Radosława było wyjątkowym przypadkiem, w którym te paradoksy związane z działalnością mundurowych służb młodo-demokratycznej Republiki zebrały się w całej okazałości w jednym miejscu i w czasie. To w każdym razie dobre wytłumaczenie dla leniwej części osób racjonalnych.

W innych punktach miasta też działo się ciekawie, jakkolwiek na ogół bez udziału Policji:

W jednym pustym zaułku ciekawy koncert dała młoda wokalistka, która zaczęła wykony­wać jakieś obrzędowe pieśni wykorzystując technikę śpiewu alikwotowego. Stylizowana była na Azjatkę, przy czym bardziej przypominała Japonkę (strój a la kimono, włosy spięte w  charakterystyczny warkocz, w dłoni wachlarz, na którym wypisano fragmenty haiku Basho) niż przedstawicielkę jednej z nacji środkowo-azjatyckich, z których to regionów owa technika wokalna się wywodzi. W istocie była białą kobietą, blondynką farbowaną na czarno, z upudrowaną twarzą i makijażem, który miał dodać jej ciemnym oczom (być może barwionym przez szkła kontaktowe) względnie bardziej japońskiego klimatu. Niewielu ludzi podziwiało piękne alikwoty, które wydobywały się z jej gardła i rozchodziły dookoła wstrząsając opustoszałą przestrzenią zamkniętą w kilku krzywych, obdrapanych ścianach. Pojawiło się tylko kilku starszych robotników, w szarogranatowych drelichach, o twarzach ciemnych od sadzy; mogli być to palacze w jednej z okolicznych kotłowni. Stali przed nią – każdy unosząc do górę jedną ze swych dłoni i wodząc nią dookoła, jakby wokalistka ukryta była za zaparowaną szybą, którą chcieli przetrzeć, albo żeby w ten sposób odegnać jakiś sen, który może śnili (albo ktoś śnił go za nich) albo też – przeciwnie – żeby dostać się do wnętrza tego snu (którego może nie śnili oni sami) i przenieść go do rzeczywistości.  

W różnych miejscach wściekle błyskały jupitery. Zwłaszcza dotyczyło to kopalni, która była zamknięta i zdawało się, że na jej terenie nie ma żywej duszy, wliczając w to strażników przemysłowych, którzy powinni byli stać na warcie. Z jednego z budynków administracyjnych dobiegała muzyka. Ktoś grał na fortepianie „Fantazję Chromatyczną” Bacha przechodząc następnie do cyklu sonat Skriabina. Na jednej z zaimprowizowanych scen zagościł zespół flamenco…

- Ognia! Ognia! – krzyczały gdzieś w oddali pojedyncze głosy, ale tych głosów raczej nikt nie słuchał.

Przynajmniej u Herców. Bowiem mimo dobiegającego z zewnątrz zgiełku (na peryferiach miasta mimo wszystko mniejszego niż w niektórych okolicach centralnych) i zadziwienia towarzyszącego percepcji tego zgiełku cała rodzina poszła spać. Trzeba było przecież wcześniej wstać na obchody święta. Na tę uroczystość dziadek, a może także inni domownicy (może właśnie zwłaszcza inni, np. mateczka i Teresa) czekali całe życie.

Mimo harmidru udało im się zasnąć. Tylko Rico raczej kiepsko spał, ale jemu to ciągle się zdarzało. Leżał i bębnił w jakąś deskę, lecz tego nikt inny chyba nie usłyszał.

- Ognia! Ognia! Pojedyncze głosy krzyczały gdzieś w oddali.

KONIEC CZĘŚĆI PIERWSZEJ