Węgla! - Cz. 1 - Rozdział 2

Rozdział 2

 

Ricardo Leon Herc otworzył okno i wychylił głowę, zapaliwszy wcześniej papierosa. Przed jego oczami ukazało się od lat wprawiające go w trwogę osiedle im. Thomasa Edisona. Trwoga jego by­ła niemal równie niezmienna jak samo osiedle, w którego obrębie zachodziły przemiany, jed­nak bardzo powolne, tak samo powoli jego trwoga przechodziła w coraz to inne modulacje u­kry­­tych jęków, drżeń i osłupień, nie oddalając się jednak od swojego rdzenia, tak jak osiedle nie oddalało się od nagiego pola, na którym je umieścił ludzki czyn. Patrzył, po raz en-ty w swym ży­ciu na trzynastopiętrowe blokowisko, a szczyty wieżowców spowite kłębami późno-jesiennej mgły rozmywały się aż tak, że miało się wrażenie, iż ta babilońska ohyda, jak nieraz co bardziej wykształceni ziomkowie Rica określali ją, wzbija się aż po same niebo, a chmury tylko zakry­wa­ją obraz piętrzących się po niebiosa krzywd, jakich doznali, jakie zadali bądź o jakich tylko my­śleli (że mogą je zadać albo doznać ich) okoliczni mieszkańcy. Dla Rica było w tym coś po­ra­żającego – pamięta jeszcze z wczesnego dzieciństwa, jak za oknem rozciągało się tylko puste pole, za którym z daleka przebłyskiwały niskie budynki prowincjonalnej jeszcze wtedy Dąbrowy Ro­botniczej. Któregoś dnia zjechali tu z dźwigami i w podejrzanie szybkim, jak na owe czasy tempie, postawili kilkadziesiąt mrówkowców. Ktoś, kto znał pewne uwarunkowania polityczne, nie mógł być szczególnie zszokowany tą zmianą. Miasto Górnicze – nigdy nie dosłużyło się bar­dziej oryginalnej nazwy, chociaż ta przynajmniej na przeciągu burzliwych stuleci była wy­ma­wia­na w różnych językach urzędowych panujących władz – założono pod koniec osiemnastego wieku na niemal bezludnych rubieżach krainy, która obecnie wchodzi w całości w skład pań­st­wa nazwanego Republiką Słowanii. Przyczyną lokacji miasta w tej niemal bezludnej okolicy (ta „niemal-bezludność” wszakże nie zapobiegła licznym wojnom, które toczyły się o ten skrawek zie­mi między pobliskimi, a czasem i dalszymi mocarstwami) było odkrycie węgla kamiennego. Zło­ża jednak nie były tak rozległe, jak się spodziewano i z planowanej rozbudowy miejskiej tka­n­ki w tej prowincji pozostało tylko jedno Miasto Górnicze – jedno jedyne, to, którego nazwa by­ła tak nijaka, że aż przez to nabrała oryginalności. Na przestrzeni dziewiętnastego stulecia i w po­czątku dwudziestego wieku miasto przędło stosunkowo nieźle (różne na ten temat są opinie his­toryków, przeróżne powołuje się punkty odniesienia, jednak słowo „stosunkowo” jest sło­wem zawsze bezpiecznym), przyciągając robotników z okolicznych krain, pozostając przy tym cały czas osamotnionym ośrodkiem bez żadnej regionalnej konkurencji, nie licząc niewielkich sa­te­lickich ośrodków, z których jeden nazwano pospolitym w kraju mianem Dąbrowy, być mo­że po to, żeby dopasować się do anonimowej nazwy metropolii. Kiedy jednak wskutek za­wie­ru­chy, którą się zwieńczyła pierwsza połowa dwudziestego stulecia, Królestwo Słowanii zamie­nio­no na Ludową Republikę (przydawka ”Sło­wanii” ocalała), nowa władza pod prze­wod­nic­twem Sekretarza Robotniczo-Ludowej Wyzwoleńczej Partii Słowanii, dr Hilarego Hunca, przy­s­tąpiła do realizacji „Planu Siedmiu Miast”. W kraju, uznanym przez ludową władzę za nazbyt rol­niczy, postanowiono wybudować siedem miejskich ośrodków, o których rozmieszczeniu za­de­­cy­dowano uciekając się do platońskiego niemal kryterium doskonałości układu geo­metry­cz­ne­go, jaki stworzy owe siedem miast na mapie Ludowej Republiki. Wszystkie miały łączyć się w elegancki siedmiokąt, którego punkt centralny zajmować miała stolica. Gród Hunca – taką na­zwę miało nosić jedno z planowanych miast. Jednak sprawa nieco się skomplikowała. W 1954 roku podczas wizyty przyjacielskiej w Moskwie, towarzysz Hunc zjadł za dużo blinów po­la­nych specjalnymi sosami, po czym zapadł na przypadłości jelitowe, które okazały się być bar­­dziej poważne niż sądzono. Mimo że towarzysz Hunc miał względne szczęście zachorzeć w kra­ju postępu i nauki, zmarł po dwóch dniach w jednej z klinik kremlowskich. Historia, która wy­­ją­tkowo pospieszyła się ze zwykłym dla niej brakiem wyrozumiałości, zawitała bowiem już na  nadzwyczajny plenarny zjazd RLWPS, jaki odbył się zaledwie w tydzień po zakończeniu mie­­się­cznego okresu opłakiwań towarzyszących śmierci towarzysza, oceniła dorobek jego rzą­dów nie w pełni jednoznacznie. Uznano mianowicie, że jakkolwiek towarzysz dr Hunc odegrał zna­mienitą rolę w zastępowaniu władzy burżuazyjnej władzą ludu, to jednak popełnił też pewne wy­paczenia, „po części usprawiedliwione wyjątkowo trudnymi warunkami budowy socjalizmu, po części jednak wynikające również z niektórych cech jego charakteru” – jak głosił oficjalny ko­mu­nikat rzeczonego plenum (władza ludowa dała przy okazji wyraz temu, że wierzy w ist­nienie „charakteru człowieka” odrębnego od społecznych i klasowych uwarunkowań co nie za­w­sze jej się przydarzało, a nam trudno rozsądzić, w którym momencie miała rację). Również pla­ny urbanizacji uległy pewnym modyfikacjom. Po pierwsze idea nazwania jednego z siedmiu miast Grodem Hunca została po mniej albo bardziej burzliwych dyskusjach zarzucona. Po dru­gie w przypadku tego grodu odstąpiono od względów geometryczno-estetycznych. Uznano, że nie ma zbyt wielkiego sensu budować miasta na odludziu, skoro stosunkowo niedaleko leży Mia­sto Górnicze z zasobami węgla. Postanowiono więc rozbudować Dąbrowę, przydając jej jed­no­cześnie miano „Robotniczej”, być może po prostu po to, żeby z Miastem Górniczym, po­czy­nając od dwuczłonowej nazwy, pod każdym względem mogła konkurować. W międzyczasie skądinąd, z przyczyn ekonomicznych, odstąpiono od budowy pozostałych miast, przy czym nie ogło­szono tego oficjalnie, a tylko przesunięto ambitne przedsięwzięcie na następne plany wielo­le­tnie. I przez wiele lat specjalnie powołane zespoły urbanistów ślęczały nad ich projektami, aż w końcu skończył się Lud, po którym nastał Kapitał i wszystkie plany wieloletnie zmiótł, po­zwa­lając niektórym ze ślęczących zrobić fortunę w innych branżach – innym z kolei pozwolił zban­krutować, innych – na ogół starszych wiekiem, choć było wśród nich również i kilku młod­szych, na ogół tłustych nieszczęśników, Przyroda przejęła w swe władanie, a Kapitał zachował się jak rasowy Piłat pozwalając Przyrodzie robić swoje.

Tak więc Dąbrowa Robotnicza pozostała jedynym ze (względnie) ukończonych projektów sied­miu miast nie licząc jeszcze doprowadzonego do połowy ośrodka na Południu.

 

Ricowi, który pobrał w końcu jakieś wykształcenie, nie była zapewne obca wiedza na wspom­nia­ne tematy – wiedział zapewne, że te wszystkie budowle wznoszone tuż za oknem rodzinnej ka­­mienicy położonej na obrzeżach Miasta Górniczego, to właśnie budowa jednego z członów Sło­­wańskiego Siedmiogrodu, jak czasem nazywano założenie. Cóż mu jednak było po tych wia­do­mościach?

Ano nic. Był nieprzyzwyczajony do tego, że coś się w życiu zmienia, urodził się już po wojnie, kiedy sporo się działo, ale niekoniecznie z jego perspektywy nieletniego mieszkańca kamienicy na peryferiach Miasta Górniczego, a tu zmiana nastąpiła, przyszła z zewnątrz, kierowały nią jakieś możne instancje (nazwa partii, konkretne nazwiska towarzyszy stojące za tą sprawą – kwestie, przynajmniej z wierzchu znane opinii publicznej, nie wykluczały w ustach Rica użycia słowa „jakieś”). I to jaka zmiana – pełna żelaza, betonu, szkła i tysięcy zakazanych gęb, które –Ricardo wierzył w to – na domiar złego sprawiają wrażenie całkowicie szczęśliwych albo raczej bez­trosko nasyconych, żeby nie używać słów zbyt pretensjonalnych takich jak „szczęście” i po­cho­dne od niego. Rico nie miał natury permanentnego samotnika. Z tymi czy owymi kumplował się w szkolnych czasach, choć może z nikim nie doszedł do etapu bliskiej zażyłości, cokolwiek by to mogło oznaczać. Nie miał też żadnego sentymentu do pustego pola – i tak na nie rzadko wy­chodził – z reguły zapuszczał się raczej w swoją stronę – w głąb niewielkiego osiedla na Ła­będziej. Ale czuł coś głęboko przerażającego w tym, jak dalece ta zmiana jest gwałtowna i jak za­sadnicza – kiedy tam, gdzie wcześniej była pustka skąpana we mgle, przykryta śniegiem czy roz­­świetlona jałowymi promieniami słońca – zależnie od pór roku, które w Republice zmie­nia­ją się cyklicznie, choć każdego roku z pewną nieregularnością, która – co chyba dziwić nie mo­że – była i pozostała jednym z głównych tematów towarzyskich rozmów, pojawiła się nieświęta trójca: Ludzie, Domy, Maszyny… Stąd miał te wszystkie skojarzenia z wieżą Babel, tudzież z Babilonem i innymi nazwami, którymi po kryjomu szermowano w kościele, nazwami których znaczenia może nie znał, lecz bywało, że instynktownie trafnie je odgadywał.

Wolałby już, żeby zamiast osiedla zasadzono las. Choćby skąpy brzeźniak, taki, jakich trochę da się znaleźć w okolicy. Nie to, żeby chodził do lasu, rzadko w ogóle chadzał na piechotę, naj­pierw nie miał czasu, kiedy czas się znalazł, już nie miał wiele sił. Ale widok lasu z okna i z pod­wórza nastrajałby go bardziej optymistycznie niż widok nowo zbudowanego dąbrowskiego osiedla.

 

– Znów coś ogrodzili – powiedział przez zacięte zęby i zapalił od razu drugiego papierosa. Cho­dziło o parking strzeżony. Trawnik, na którym przez lata stały w bezładzie samochody, zabeto­no­wano, wydzielono miejsca parkingowe, ogrodzono płotem, umieszczono stróżówkę. Stróż właśnie przechadzał się dokoła, paląc papierosa (lecz między papierosem Ricarda a papierosem stróża nie było żadnej zbieżności poza stycznością w czasie i przestrzeni – były to obce, żeby nie po­wiedzieć wrogie papierosy) i wlokąc za sobą ospałego owczarka kaukaskiego. „Tak się gro­dzą” – powiedział z nienawiścią – a przecież sami kradną…

 

Z tym większym przerażeniem spojrzał na budynek (kolejna nieświęta trójca współczesności – Szkło, Aluminium i Beton maczały w nim swe pozornie szczupłe palce), wstawiony między bloki. Nowa rzecz. Niedawno (Rico wprawdzie jest z tych, dla których wyraz „niedawno” ozna­czać może „pół życia”, ale w tym wypadku oznaczał chyba mniej) nic jeszcze tam nie było, nie licząc kilku rabatek, na których uprawiali warzywa jacyś Dąbrowianie świeżo przeniesieni ze wsi, potem postawili sklep spożywczy, który rychło zbankrutował, odkąd na przedmieściach Dą­b­rowy postawiono wielki supermarket należący do pewnej francuskiej multi-korporacji. Pa­wi­lon rozebrano, acz najpierw nie do końca konsekwentnie – z podłoża wciąż wyrastała bla­sza­na ściana pozbawiona okien – widok ten sprawiał Ricowi satysfakcję i zafrasował się, kiedy ścianę zdjęto – mówi się zresztą, że została rozkradziona, podobno ukradło ja towarzystwo z Łabędziej – sprawa do dziś jest nie wyjaśniona, postępowanie karne umorzono z powodu nie­wy­krycia sprawców. W każdym razie Rico skonstatował, na wypadek, gdyby byli to „swoi”, że „wzięli zadatek za wszystkie szkody, które im wyrządzono”. Tak, Rico solidaryzował się ze „swo­imi”, choć była to kategoria dość nieokreślona, nie sprowadzająca się do sumy osób z są­sie­dztwa, które znał osobiście albo choćby z widzenia. Nie wiedział i nie badał, na ile ci swoi czuli się skrzywdzeni i na ile ci spośród nich, którzy być może dokonali kradzieży, traktowali przedmiot tej kradzieży (jeśli miała miejsce) w kategorii zadatku.

W niespełna rok po kradzieży czy też demontażu ściany pozostałej z pawilonu handlowego bez­sze­lestne ekipy, ubrane w sterylnie czyste kombinezony – pracownicy jakiejś firmy przybyłej z sa­mej stolicy, postawili wielki szklany (z dodatkiem aluminium i betonu, żeby nikt spośród Trój­cy nie był pokrzywdzony) kloc, o lekko dziwacznych dekoracjach, sięgający do wysokości ós­me­go piętra okolicznych bloków. „Rządowe świnie” pomyślał Ricardo wypuszczając dym z ko­lejnego już z rzędu papierosa. W istocie umieszczone w ľ wysokości budynku godło Repub­li­ki Słowanii oraz herb Dąbrowy Robotniczej (dwa czerwone młoty na tle lazurowego nieba) wskazywały, że budynek pełnił jakieś funkcje publiczne. 

 

Gdzieś na pozostawionym skrawku łąki dzielącym jego kamienicę na Łabędziej od nowo­cze­snych zabudowań Osiedla im. Edisona przebiegała granica między jego miastem a Dąbrową, która była też granicą jego światów.

 

Ale świat Dąbrowy przenikał do jego świadomości coraz bardziej, jego podstępne sobowtóry pojawiły się również po jego stronie granicy. Budynek administracyjny wyrósł co prawda jesz­cze na skraju osiedla Edisona (za granicę miedzy Dąbrową a jego własnym miastem uważał Ri­co ścieżkę, która przebiegała przez kawałek wciąż niezabudowanego pola, nie było to co pra­w­da zgodne z podziałem administracyjnym, ale mniejsza z tym, zwłaszcza że linia tego ostatniego podziału przebiegała w jakimś całkiem przypadkowym miejscu), jednak mu przypomniał, że skończył się czas względnego (jakże przecież względnego!) przewleczenia, skończył się okres zawieszenia kary, że przyjdą w końcu po niego, teraz zakończą swoje postępowanie przeciw nie­mu, które ku jego, przynoszącemu wątpliwą ulgę zaskoczeniu, onegdaj zawiesili. Ten budy­nek był oczywistym przywołaniem pewnego traumatycznego wydarzenia z okresu wczesnej mło­dości, o którym zaraz wspomnimy.

Po dokładniejszym przyjrzeniu się było widać, że jedna ze ścian pozornie sześciennej kon­stru­kcji jest lekko przekrzywiona. Nie zdjęli też okalających inną ścianę metalowych konstrukcji, które Ricardo wziął za rusztowania. Inną ze ścian okalały krzywe rury z aluminium, w kolorach na przemian błękitnym i czerwonym. Ktoś pretendujący do miana wykształconego, określiłby tę budowlę mianem prowincjonalnej nieudolnej podróbki stylu Piano, Rogersa czy Gehryego. Ri­co mówił w sposób bardziej dosadny „o placu zabaw”, „cyrku”, czy „pływalni”. Kiedy mówił to przez chwilę robił się pogodny w swej ironii i ze stoickim uśmiechem rozmyślał nad błahością świata, nad tym, jak infantylne jest zło, to całe potężne zło, od tylu lat w niego wymierzone.

 

Rico był krewki chłop, jak niektórzy mówili, co pozornie przynajmniej może przeczyć jego u­spo­sobieniu, które było raczej powściągliwe, małomówne. Powiedzmy, że użycie słowa „za­wzię­ty” zamiast „krewki” może w jakimś stopniu zniwelować tę sprzeczność. Na pewno był za­wzię­ty, o ile pamiętliwość nieodłącznie wiąże się z zawziętością (nie mamy śmiałości by roz­strzy­gnąć tę ostatnią kwestię tu i teraz). A Rico był cholernie pamiętliwy. Widok urzędu, czy cze­goś, co przynajmniej do pewnego stopnia urząd przypominało, mógł mu przywołać w pa­mię­ci chmurne lata młodości oraz pewien incydent, za który odpokutował, choć nie tak boleśnie (w tym może cały wic!), żeby wskutek rzeczonej pokuty utracić życie albo zdrowie.

                   

***

 

Młodzi uczniowie szkół zawodowych i technicznych, jak również niektórzy inni obywatele mło­dzi wiekiem, spotykali się zazwyczaj na jednym z placów miasta, położonym na granicy  Śród­mieścia. „Plac niepodległości”, bo tak się zwał ten plac, był w istocie rondem zabudo­wa­nym dwupiętrowymi kamienicami, w większości utrzymanymi w stylu neogotyckim, o dość pod­rzędnym wykonaniu– z konwencjonalnymi, dosyć tandetnymi wieżyczkami, które chyba by­wal­com wiodących miast niderlandzkich czy niemieckich nie mogły imponować w latach swej świe­tności, a starość obeszła się z nimi jeszcze gorzej, pozwalając by w większej części orna­men­ty ukruszyły się. Pośrodku ronda stał „Pomnik bohatera” przedstawiający żołnierza w dłu­gim szynelu i żelaznym hełmie, unoszącego w prawej ręce karabin, którym wymachiwał ku za­cho­dniej stronie. Jedna z parceli po wschodniej stronie placu przez dziesięciolecia ziała pustką, po tym jak podczas ostatniej wojny na jedną z kamienic spadła bomba, do dziś nie jest jasne, czy zrzucili ją Niemcy, czy Rosjanie, w każdym razie na pewno jedni z nich, bo inni na ogół („na ogół” to znakomite i wcale nie najbardziej mętne wyrażenie, które pasuje doskonale, ilekroć mo­wa o Słowanii), w okolicy nie zrzucali bomb. Za czasów, kiedy Rico był mały o zburzonym bu­dyn­ku chodziły różne legendy… Panowie i Panie spotykali się tam i robili swoje... Oprócz ży­wego towaru handlowano martwym – papierosami, częściami radiowymi i samochodowymi. Tu­dzież samogonem. Wieść gminna przekazywała coś o całych zwłokach, tudzież po­szcze­gól­nych partiach korpusów, odnajdowanych w tym niezgłębionym królestwie ułamanych murów, roz­rzuconych cegieł, ekskrementów i chwastów. Mówiono nawet, że jednego dnia w worku na ziem­niaki znaleziono dwie głowy, trudne do zidentyfikowania, a to z racji rozkładu, który je ogar­nął. Miedzy tymi zwłokami grasowała dzieciarnia z trudnych rodzin, odtwarzając głośnymi zaba­wami jesz­cze niedawno zakończoną wojnę, podpatrywała przy sposobności rzeczy, których malcy raczej oglądać nie powinni – przynajmniej tak uważaliby pedagogowie czasów burżuazji, a i lud w kwestiach cielesnej moralności bronił zawzięcie pewnych starych zasad. Tak mó­wio­no. Zapewne większość można złożyć na karb miejskich mitów. Dwie głowy ludzkie okazały się jedną głową świni, co skądinąd samo w sobie było też  względnie tajemnicze. Ale jedna ma­ka­bra zdarzyła się naprawdę. Jeden z kapitanów ludowej milicji zwabiony w ruiny przez kobietę lek­kich obyczajów, utracił w zakamarkach rudery swoją męskość. Wtedy to ruinę wyburzono do­szczę­tnie, na miejscu pustej parceli urządzono trawnik, który większość mieszkańców przez jakiś czas obchodziła z daleka, gdyż utarła się fama, że za samo pojawienie się w tym miejscu, ktoś o lekko tylko podejrzanym wyglądzie (a o ile mało kto, poza złymi ludźmi, ma zde­cy­do­wa­nie podejrzany wygląd, to niemal każdy może od czasu do czasu miewać lekko podejrzany) mo­że zostać zatrzymany przez ludową milicję i odstawiony w miejsce, gdzie słońce rzadko świeci.

 

Kiedy Ricowi stuknęła osiemnastka, feralna fama miejsca zdążyła już przeminąć i trawnik oku­po­wała młodzież, w której ślady sam się rychło skierował, za namową paru kompanów z Tech­ni­kum Elektrycznego. Przychodzili na ogół z własną gorzałką, czasem zachodząc na piwo bądź kie­liszek ziołowej naleweczki do Baru Malina, który się znajdował na parterze jednej z ka­mie­niczek.

W pewnym okresie – było to mniej więcej dwa lata przed małżeństwem Rica – w mieście za­czę­to więcej inwestować. Budowano co prawda na ogół w ścisłym centrum, koło Dworca Głów­nego oraz – jakby dla kontrastu – na dalekich obrzeżach, w szczególności w kierunku zjazdów na Dąbrowę. Stare kamienice tymczasem pozostawiono nie remontowane, wręcz jakby komuś zależało na tym, żeby dalej niszczały, choć taka interpretacja jest oczywiście jedną z wielu i dla tego Kogoś może być krzywdząca. Z kilku budynków przy Placu Niepodległości wykwa­te­ro­wa­no zakłady rzemieślnicze, działające w tym samym miejscu od pokoleń. Ich okna zabito des­kami, tylko u zegarmistrza urządzono jakiś skład rupieci. Wraz z tym posunięciem magistratu, znikły resztki drobnomieszczańskiej atmosfery dzielnicy i grupki młodzieży, trudno powiedzieć – buntowniczej czy oportunistycznej – w każdym razie młodzieży, do której Rico Herc się za­li­czał, przynajmniej metrykalnie, jeśli nie z charakteru (chociaż i to o krótkim okresie jego życia obejmującym ułamek tego, co u człowieka uważa się za młodość, dałoby się powiedzieć) za­czę­ły niepodzielnie nadawać ton całej okolicy.

Bar Malina, w odróżnieniu od zamkniętych zakładów, wciąż jeszcze prosperował. Często, zwła­sz­cza przy złej pogodzie gromadzono się w środku. Puszczano tam na głos rozmaite hity „big­bi­to­we” – jak to wtedy tę muzykę nazywano, jednak młodzieńcza przecież energia tych utworów nie do końca ich przekonywała. Owszem – hałaśliwa muzyka była jakoś potrzebna, żeby się przy­mulić, przytupać do rytmu kilka razy nogą i znaleźć tym samym rozwiązanie na kilka, kilka­na­ście minut, a czasem – jeśli dobrze poszło, jeśli ciało właściwie ułożyło się w kolejnym mo­dus względnej bezczynności – nawet na minut kilkadziesiąt kilka. Tekstów piosenek nie słu­cha­no, choć być może jakoś pośrednio dawała się we znaki ich atmosfera – zarazem wzniosła i me­lan­cho­lijna mimo szybkich rytmów i wyrazistego, synkopowanego akompaniamentu. Jazzowo-rocko­we szlagiery takie jak „Zapomnij, żeglarzu, swe rodzinne strony”, „W stadninie koni o za­cho­dzie ostatni uścisk nasz”, „Poniedziałkowy deszcz”, czy „Już przenigdy, miły, żurawie nie powrócą”, płynęły jeden za drugim przerywane przez dozwolone po latach kulturalnego em­bar­go hity anglosaskie, których tekstów młodzież również nie słuchała, choćby z powodu nie­zna­jo­mo­ści języka, lecz ich przesłanie udzielało się jej w identyczny sposób, jak to miało miejsce w przypadku utworów rodzimego pochodzenia. Właściciel, człowiek już starszawy, najbardziej upo­dobał sobie „Suzanne” Cohena, którą puszczał na okrągło.

 

Suzanna takes you down

To the place near the river

You can hear the boats go by,

You can spend the night beside her...

 

Jeszcze bardziej od właściciela Maliny – “Baru restauracyjnego kategorii IV” jak głosiła tek­tu­ro­wa wywieszka umieszczona na drzwiach – rzeczoną „Suzannę” upodobał sobie zegarmistrz, który wywłaszczony z zakładu, w tym samym miejscu prowadzonego przez swoją rodzinę od pokoleń, spędzał całe dnie w środku baru przy kieliszku nalewki owocowej z nieodłącznym pa­pie­rosem „Senior” w prawej dłoni przepijając w ten sposób skromną rentę wypłacaną co mie­siąc przez ludową władzę. Czynił to z godnością, pił ciągle, lecz powoli, nigdy nie widziano go zataczającego się na nogach bądź zachowującego się w inny niestosowny sposób. Czasem tylko czy­nił gorzkie uwagi, chcąc wyraźnie podzielić się z młodzieżą swoimi spostrzeżeniami (na właś­ciciela nie liczył, choć byli kolegami i to raczej dobrymi), ale na wszelki wypadek, gdyby nikt nie chciał go wysłuchać, patrzył się nie w oczy rozmówcy lecz w sufit albo przed siebie, tak żeby wyszło, jakby co, że mówi sam do siebie i nic nie robi sobie z tego, że jakiś młodociany profan puszcza mimo uszu jego jakże cenne przemyślenia.

 

– Widzicie, czym się różni władza ludu od poprzedniej władzy? Tamta władza stawiała czasem  ciężkie warunki, ale dla każdego prostaka była jako tako zrozumiała. Co najwyżej po prostu wie­dział, że ma służyć, no i komu ma służyć. Lud, wbrew temu, co możecie myśleć o tak krót­kim słowie, rozumuje w sposób dość skomplikowany. Tu wszystko jest wielką łamigłówką. Na py­tanie, do czego służył zegarek, za czasów dawnej władzy można było łatwo odpowiedzieć – do mierzenia czasu. A to oznaczało, że skoro zegarek został ustawiony na godzinę dwunastą w chwili, w której słońce stoi w zenicie, to gdy za dobę słońce powróci do poprzedniego stanu, na cyferblacie będzie również dwunasta. Oczywiście, czasem zdarzały się usterki, inaczej ja, mój ojciec i mój dziad bylibyśmy bez fachu. Jednak samych reguł nikt nie kwestionował, a już z fi­zyki wiadomo, że nie ma reguł w stu procentach sprawdzalnych, co nie znaczy, że człowiekowi ro­­zum­nemu wolno kwestionować te, których spójność i użyteczność została względnie po­twier­dzona. Zaś za rządów przemysłu ludowego zegary bardzo polubiły zmieniać tempo. Na ogół, choć pory dnia wędrują, kolejno jedna nadchodzi po drugiej, jak było i za dawnych cza­sów, zegary stają w miejscu, ledwie ktoś zdążył je nakręcić i wymienić baterię. Czasem z kolei, jak­by nadmiar monotonii niekiedy bywał błędem, zdarza się, że maszerują jak szalone, nie pod­że­gane do tego przez nikogo, przynajmniej nie słowami, które może wyłapać ludzkie ucho. Na początku nie mogłem na nic narzekać, nigdy wcześniej nie miałem tyle klienteli, tym bardziej, że niewiele zakładów zostało tu po wojnie. Pamiętajcie jednak, ze mierzenie czasu jest rzeczą cał­ko­wicie względną. W końcu wszystkie miary wymyślił ludzki umysł. Być może więc lud uz­nał, że albo zegarki mają inne, bardziej wzniosłe zadania albo też, że czas ma być mierzony w ta­ki właśnie sposób, w jaki odbywa się to w przypadku tych produktów przemysłu ludowego, któ­re rzadko widzą wykształconego w epoce burżuazji zegarmistrza. No i dostałem ładną de­cy­zję, na podstawie której wywłaszczono mój lokal.

 

Czasem wyciągał jakąś utajoną saszetkę, która znajdowała się w wewnętrznej kieszeni spodni, specjalnie chyba uszytej na tę okoliczność i której nie demonstrował nigdy przy płaceniu za na­pi­tki, a to po to, żeby wręczyć parę banknotów któremuś z młodzieńców, niekoniecznie z tych, którzy byli na tyle uprzejmi, żeby go wysłuchać. Tak oto wyzbywał się resztek całkiem niezłej for­tuny zgromadzonej w latach, w których mógł w miarę normalnie funkcjonować i dzięki którym mógł wciąż pić nie polegając wyłącznie na państwowej rencie.

 

Ricardo był bardzo zainteresowany tym człowiekiem, choć nie dawał po sobie tego poznać. Kilka razy później myślał o nim, wtedy, kiedy zegarmistrza nie było już pośród żywych, a i on sam od lat nie przychodził na plac. Nie wiedział, czy był on dla niego uosobieniem złego fatum, które nad nim zawisło i za nic nie chciało go opuścić, czy też bratnią duszą, w której mógł od­na­leźć jedynego prawdziwego przyjaciela.

 

W pewnym okresie zaczęto w Mieście Górniczym naprawdę sporo inwestować.  Również i Placu Niepodległości nie ominęły koparki, buldożery, dźwigi, tudzież inne tego typu sprzęty. Okres budowy był zresztą dla naszej gromadki bardzo niewygodny, jako że koło bu­do­wy cały czas gromadziła się milicja. Podobno żeby pilnować, aby nikt nie ukradł materiałów, ty­le że kradzieże, przynajmniej raz na jakiś czas, zdarzały się regularnie na każdej państwowej bu­dowie, a nikt jakoś specjalnie nie wysyłał funkcjonariuszy. Może więc boją się jakiegoś aktu dy­wersji. Co tu, do jasnej ciasnej, się buduje – myśleli sobie bywalcy?

 

Budynek, który wzniesiono w niecałe osiem miesięcy, co było na warunki panujące w Repub­li­ce (płaca od godziny, a nie od zadania – jak umyślił sobie Wielki Humanista Karol Marks) re­kor­dowym tempem, nazwano „Domem Powiatowym”. Jego sylwetka przedstawiała się w nastę­pu­jąco: prostopadłościan o wymiarach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt na piętnaście metrów ustawiono na jednej z dwóch szerszych jego podstaw. Kloc przykryto dachem z blachy wystającym z każdej strony na dwa metry poza krawędź budynku, z wyjątkiem strony frontowej, gdzie wystawał na pięć. Dach wsparto na łukowych podporach ze stali, tak że wyniesiony był o dwa metry ponad główną część konstrukcji, całość budowli liczyła sobie zatem siedemnaście metrów wysokości. Było w tym dachu, czego architekci nie mieli być może świadomości, coś z na­wiązania do architektury Dalekiego Wschodu, choć inspirację bezpośrednie brano raczej z mos­kiewskiego kina „Rossija”, warszawskiego Dworca Centralnego czy, nie wybiegając za gra­ni­cę, z wielu budynków wzniesionych na terytorium Republiki w okresie, w którym uznano, że lud musi, a w każdym razie ma prawo się zmodernizować, jeżeli chodzi o zewnętrzną prezencję i odstąpiono od nawiązań do rozmaitych estetyk historycznych.

Ścia­ny budowli pokryte były rudym tynkiem i niemal pozbawione okien, odmiennie tylko przed­sta­wiał się front pokryty cały przyciemnianym szkłem, nad automatycznymi drzwiami, które wolno było uznać za techniczną innowację, umieszczono godło narodowe i biały napis „DOM POWIATOWY”. 

 

– Ciekawe, co tam jest naprawdę? – spytał jeden z chłopaków patrząc na masywnego intruza, który w dziwny sposób krępował ich relatywnie beztroskie spotkania.

– Pewnie kabaret – odparował ktoś, być może nawet sam Rico.

– Ha, ha.

– Albo zoo?

– Hi hi hi.

 

Miejsce nie pasowało jednak do tradycyjnego wyobrażenia na temat kabaretu, w szczególności od kabaretu różniło się pewną wyniosłością (sądząc po samej architekturze), tudzież pustką, któ­ra otaczała je. Co do ogrodu zoologicznego, jeszcze więcej różnic dałoby się wyliczyć. A po tym, jak zbudowano „Dom powiatowy”, „Plac Niepodległości” wydał się wszystkim jego by­wal­­com jeszcze bardziej opustoszały niż przedtem, chociaż niby zagęścił zabudowę. Kabaret i zoo to zaś instytucje, które raczej zapełniają przestrzeń.

 

Paru odważnych wślizgnęło się na parter. Ogromna wystawa poświęcona była losom księcia Ra­do­sława, mitycznego założyciela Słowanii i pierwszego budowniczego jej potęgi, co miało miejsce w zamierzchłych historycznych czasach, mniej więcej na lat tysiąc przed opisywanymi zdarzeniami. Do tego wystawa mundurów wojsk słowańskich i radzieckich z okresu II Wojny. Pa­nowała cisza, czasem tylko po korytarzu przemykała sprzątaczka, ubrana w jakiś szary kos­tium, całkiem schludny, tak że można ją było pomylić z niskiego szczebla urzędniczką. Ci od­wa­żni kręcili się po wielkim hallu, z poczuciem pewnego zagrożenia, jakby sama obecność w tym miejscu miała być ryzykowna, chociaż nic nie wskazywało, żeby miało być zakazane dla po­stron­nych. Wręcz przeciwnie. Chociaż nie było też zapraszających gestów, żadnej szczególnej ser­deczności. Był tylko – już w środku – wielki napis „Witamy w Domu Powiatowym” i potem na czymś, co nazwano „Tablicą informacyjną”, jakiś tekst maczkiem, pisany patetycznym, a za­ra­zem inżynierskim językiem, którego nikt chyba nigdy nie przeczytał, być może wyłączając autorów. Obok wspomnianych eksponatów historyczno-wojskowych przy bocznych ścianach wy­sta­wiono też modele różnych maszyn, które jeszcze dwadzieścia lat wcześniej, w każdym kra­ju znajdowałyby się w awangardzie techniki, w owych czasach stały od samego początku za­ku­rzone i nie zrobiłyby wrażenia na kimś, kto słyszał o nowinkach z Zachodu, zważywszy zwła­sz­­cza, że ci, którzy słyszeli o nowinkach zachodniego przemysłu, byli tak nimi odurzeni, że wsze­lkie porównania przybierały tendencyjny charakter. Były też modele szybowców, dość po­kaź­nych rozmiarów, były galeony skąpane w wąskich butelkach po tradycyjnym żurze, co do­wo­dziło sporej wirtuozerii manualnej ze strony wykonawców tych projektów. Jeden z chłopców zaj­­rzał we wnętrze jednej z takich butli… Na pokładzie stało siedmiu wyprostowanych błę­ki­tno­okich marynarzy w czapkach z czerwonymi gwiazdami.

Nad rzędem, w którym wystawiono modele, wielki napis głosił „I ty zostań modelarzem! Sekcja nr 2 zaprasza”.

 

Inny napis umieszczony w głównej hali budynku: „Przyszłość oznacza nową wdrożeniowość według planu racjonalizacji nr 22”.

 

Ktoś raz nawet, przynajmniej tak powtarzano (bo chyba ten ktoś w szerszym gremium nie po­chwa­lił się na głos, prędzej już na ucho jednemu z bardziej zaufanych kumpli, który z kolei in­nym zaufanym rozpowiedział historię), zaszedł na zaplecze, gdzie jego oczom ukazała się cał­kiem spora sala wypełniona nowiutkimi stołami do ping-ponga. Nie było żywej duszy. Aż w pew­nej chwili, od przeciwnej strony względem placu weszło do sali dwóch rosłych mło­dzień­ców. Znakomicie zbudowani, grzecznie przystrzyżeni blondyni, który wyglądali na bliźniaków, choć być może byli po prostu z całkiem innych powodów niemal identyczni. Uśmiechnięci, pe­wni siebie chwycili za rakiety i rozpoczęli emocjonującą grę, po której znać było, że są pro­fe­sjo­nalistami, przynajmniej w oczach pingpongowego amatora tak by to wyglądało. Jeden z mło­dzi­ków zachęcił tego kogoś, kto tu się wemknął dyskretnie, żeby może przyłączył się do gry (we trójkę można zagrać w wariata ganiając dookoła stołu). Ten ktoś (nie był to oczywiście Rico, który do wnętrza Domu nie śmiał w ogóle zachodzić) pierzchł jednak czym prędzej, nie wiem, czy z obrzydzenia czy ze strachu. Wcześniej przypatrując się im, miał wrażenie, że chłopa­cz­ko­wie miedzy sobą mówią po rosyjsku, choć w istocie wiedział, że to najczystszy słowański, tak czysty i sztuczny, że aż niewyobrażalny – a jedyne przekręcenia wyrazów i idiomy wynikały z tego, że chwilami wpadali w młodzieżowy slang, którego jednak nikt nie słyszał ani w Mieście Górniczym, ani nawet w Dąbrowie (w odróżnieniu od Rica inni kumple jeździli od czasu do cza­su do Dąbrowy i z grubsza wiedzieli jak się tam mają stosunki), ale który państwowa tele­wi­zja lansowała jako „żargon młodej generacji” w serialach przeznaczonych dla widowni we wczes­nym wieku nastoletnim.

 

„Jak wygram meczyk, wapniak kupi mi klawą gałę do nogi”.

„Chodź nowicjuszu. Weź paletę i sobie w szaleńca popykamy”.

 

Czasem podjeżdżali pod budynek jacyś smutni panowie. Na ogół w czarnych radzieckich limu­zy­nach, czasem w zachodnioniemieckich samochodach. W tym drugim przypadku byli trochę mniej oficjalni. Powolnym krokiem wchodzili do budynku i przepadali w nim na bardzo wiele godzin. Dom powiatowy, jak widać, niektórych zapraszał i ociągał się z zakończeniem gościny, dlaczego jednak zapraszał, tego dokładnie nikt nie wiedział.

 

Każdy wiedział jednak, że odkąd wybudowano Dom Powiatowy, odtąd jeszcze częściej, niż pod­czas budowy, na Placu Niepodległości zaczęła się pojawiać milicja. Co prawda w tamtych cza­sach rzeczona milicja nie była już tak zasadnicza, jak w opowieściach starszego pokolenia. Ale zawsze potrafiła wylegitymować. Sprawdzić, czy ktoś aby nie powinien w tym czasie prze­by­wać w szkole albo w warsztacie i wystosować pismo do stosownych instytucji w sprawie bu­me­­lanctwa wylegitymowanych. Pismo takie, choć koniec końców, mimo gróźb ze strony fun­k­cjo­­nariuszy, nie zawsze było nadawane, mogło sporo zaszkodzić, choć na ogół, jeżeli ktoś czymś innym wcześniej nie podpadł, kończyło się ze strony instytucji na zwykłej reprymendzie, a czasem też mogło bez niej się obyć.

 

Niektórzy obywatele miłujący prawo i porządek, a obywatele ci byli męskiej płci, na oko mniej wię­cej pięćdziesięcioletni, ostrzyżeni na długiego jeża z zakolami, któremu to jeżowi, z przy­czyn dotyczących właściwości materii, na ogół udawało się rozpocząć a nawet czasem zakoń­czyć proceder nabierania barwy siwej, zawsze pod krawatem, z czarną teczką pod pachą, bądź wa­lizą w dłoni – również czarnej maści (Rico zawsze dociekał, z pasją, jakkolwiek nie do­cho­dząc do konkluzji, jaka może być ich zawartość i czy zawartość owa rzeczywiście występuje we­wnątrz rzeczonych utensyliów) uważali jednak, że ludowa milicja wykazuje zbyt mało pob­ła­żli­wości.

– Powinna już milicja zabrać się za włóczęgów. To ma być młodzież. Kopcą i piją pod chmurką albo w brudnym barze, a w Domu Powiatowym są baseny, boiska do koszykówki, jest tyle świe­t­nych miejsc, gdzie owa młodzież może się kulturalnie zabawić. A ci zbijają bąki. I gdzie są ich rodziny? Ile jeszcze państwo będzie walczyć z patologią, która się na tym terenie nagro­ma­dziła od czasów króla ćwieczka.

 

Nasza gromadka słysząc takie dictum śmiała się do siebie, choć byli jednak trochę wystraszeni. Baseny? Koszykówka? Może jednak opowieść o stołach ping-pongowych nie była tak do końca mitem. Być może ich kolega nie doznał halucynacji, jak niektórzy (do których niewykluczone, że Rico się zaliczał) uważali.

 

W końcu zamknięto Bar „Malina”, a właściciela aresztowano pod zarzutem pędzenia samo­go­nu. Poza tym lokal nie spełniał „podstawowych standardów higienicznych” wymaganych prze­pi­sa­mi nowego ukazu o restauracjach i to nie spełniał ich „w sposób trwały i nieusuwalny”, jak okre­ślono we względnie obszernym protokole. Prawo jest prawem, na nic się nie zdały wyjaś­nienia, że usług gastronomicznych w ścisłym sensie od lat nie prowadzi się i że nie było na nie żad­nego zainteresowania, że tu  od zawsze przychodziło się pić, zaś zakąskę, jeśli była nie­zbę­dna, goście za przyzwoleniem właściciela przynosili sami. W końcu bar nazywał się „res­tau­ra­cyj­nym” i taką nazwę wpisano do rejestru działalności. W żadnym zresztą rejestrze nie było ka­te­gorii baru „pijackiego”, więc nawet jeżeli władza poszłaby na rękę i umożliwiła właścicielowi „Ma­liny” możliwość przekwalifikowania się, sprawa natrafiłaby na problemy formalne i jej roz­wią­zanie wymagałoby może zmiany określonych ustaw, a żadna władza nie robi aż tak wiele w interesie jednostki, zwłaszcza jednostki nie do końca uczciwej. Inna rzecz, że w owych latach przy­jęto znowu pewne zaostrzenia, które miały wyeliminować ze śródmieścia działalność nie­uspo­łecznioną. Właściciel – bimbrownik odsłużył trzy lata pozbawienia wolności, po nas­tę­p­nych trzech latach, zmarło się biedakowi na marskość wątroby, w całkowitym zapomnieniu ze strony dawnych bywalców, wliczając w to zegarmistrza, któremu również przydarzyło się w międzyczasie dołączyć do nieżywych.

 

A więc pozostał tylko plac. Nagi plac. Jeszcze bardziej pusty. Tym bardziej pusty, im bardziej w oczy rzucał się budynek. A przecież budynek swą masywną na tle okolicznych kamieniczek syl­we­tką niemal pchał się na głowę; jak widać specyficzne poczucie pustki miała młodzież tam­tego pokolenia, tym niemniej to poczucie ich nie opuszczało.

 

Stali tak któregoś dnia po nauce, popijali ukradkiem wina owocowe i jak zwykle nie czekali na nic. Dzień był jasny, spokojny. Nie było milicjantów. Nie wiadomo, kto w końcu po raz pier­w­szy pokazał wała w kierunku nowego przybytku. Gabor? Alojzy? Wania? W każdym razie na pew­no nie sam Rico. Kilku rozejrzało się niepewnie dokoła, milicji wciąż nie było, ani nawet prze­chodniów, choć zwykle jacyś dwaj-trzej przemykali się na horyzoncie, ktoś jeszcze w końcu to podchwycił, aż wreszcie kilku chłopa, w tym sam Rico, skierowali unisono ten sam obraź­liwy gest w stronę nowego budynku.

– Parówiarze – wypierdalać! – krzyknął wtedy ktoś – nie wiadomo kto – Gabor? Alojzy? Wania? Peter? – na pewno nie sam Rico.

I zaraz rozpętała się lawina.

– Parówiarze – wypierdalać! – skandowała gromko grupka kumpli, coraz donośniej, z coraz wię­kszym przejęciem. Wśród gardłujących ten niecenzuralny okrzyk był sam Rico i to on z bie­giem czasu zaczął wykazywać największą zapalczywość spośród zgromadzonych. Wybijał się, być może po raz pierwszy, wcześniej jeżeli czymkolwiek się wyróżniał, to być może jedynie samotnością doskwierającą mu częściej niż w przypadku innych, o ile to nie za duże słowa. Teraz krzyczał i jednoczył się ze wszystkimi w skandowanym haśle, a być może przede wszy­st­kim jednoczył się po raz pierwszy sam ze sobą, zlewał w jedno swoją treść i formę, albo – jak kto woli – oblekał w formę jakiś brak. Nie wiedział, kim dokładnie są ci, którzy mają wypier­da­lać, jednak właśnie dlatego hasło mu się podobało – oni tu byli od dawna, a jednak nie znał ich, nie chcieli się ujawnić. To przede wszystkim miał im za złe. Niech wreszcie mają za swoje.

 

Krzykacze szybko jednak zorientowali się, że Dom Powiatowy wcale a wcale nie reaguje na ich zawołania. Tylko jakaś sprzątaczka, która wyszła na zewnątrz wyrzucić coś do kubła (jakby we­w­nątrz nie było ich po dostatkiem) była jakaś nerwowa i raz ich przycięła spode łba. Kilku prze­cho­dniów, którzy wreszcie pojawili się, widząc zbiegowisko, wyminęli je ze sporą nie­pew­no­ścią, jednocześnie starając się przy tym nawet ze sobą nie zamienić słowa. Przez moment wy­da­wa­ło się, że trzej pijaczkowie, którzy ustawili się w cieniu po przeciwnej stronie placu, przy­łą­czyli się do manifestacji. Tak, czasem pojawiali się dawni bywalcy „Maliny”. Jakby nie prze­szka­dzało im w ogóle, że lokal już nie działa, jakby zapomnieli (o tym, że lokal zamknięto, albo o tym, że istniał kiedykolwiek). Stali przed zaplombowanymi drzwiami, za którymi królowały szczury + różne kurze i pleśni, tak jakby mieli na chwilę tylko wyjść z czynnej wciąż spelunki (albo z innej spelunki), aby się przewietrzyć. Z tą różnicą tylko, że na ogół pili denaturat, któ­re­go w „Malinie” nie podawano zza lady, ani nawet spod lady, bo właściciel, cokolwiek o nim nie myślała władza (a w niektórych, być może licznych aspektach, mogła się nie mylić) trzymał pewien fason. Wydawało się, że pijaczkowie wznoszą dłonie w geście solidaryzującym się z „demonstrującymi”, lecz trudno było rozpoznać, czy ten gest rzeczywiście do kogokolwiek się odnosi.

 

Po jakichś piętnastu minutach zaprzestali krzyków i rozeszli się. Rico był dość rozczarowany, ale podporządkował się spontanicznej decyzji o samorozwiązaniu tego jakże dziwnego zgro­ma­dze­nia.

 

***

 

             Kiedy rano przyszedł do szkolnego warsztatu w celu odbycia praktyk zawodowych, przed bramą już czekali. Dwóch cywili i jeden mundurowy, który okazał się kierowcą. Ci w cywilnych strojach wykręcili mu ręce i zawlekli do ciasnej furgonetki.

 

Po piętnastu minutach dojechali na komendę. Kazano mu wysiadać. Tajniacy nie skuli go, co wię­cej nie przytrzymali, a tylko szli blisko przy nim, na pozór nawet nie bardzo zwracając nań uwa­gę, jakby znaleźli się obok niego przypadkiem na jakiejś zatłoczonej ulicy, co było o tyle ma­ło prawdopodobne, że za czasów ludu tłok się zwykle nie zbierał na ulicach miasta, nie li­cząc defilad, pochodów, kiermaszów urządzanych dla uczczenia chwalebnych rocznic, podczas któ­rych sprzedawano asortyment zazwyczaj niedostępny w sklepach, i innych uroczystości or­ga­nizo­wanych przez ludowe władze. Tłok jednak zebrał się na korytarzu komendy milicji, czyli mó­wiąc ściślej: Powiatowej Delegatury Ludowej Straży Bezpieczeństwa Publicznego. Szybko szli przez korytarze i tłok tam się zrobił niemal jak na defiladzie albo nawet kiermaszu, chociaż nie było widać nikogo, kto by się trudnił sprzedażą jakichś rarytasów. Tylko zwykli stójkowi prowadzili skutych w kajdanki złodziejaszków, pijaczków, zbiegłych z domu małoletnich wą­cha­czy terpentyny oraz innych (przynajmniej względnie) pospolitych wymoczków. Prowadzono ich w kierunku schodów biegnących w dół do sutereny. Już z daleka schody te biły mrokiem i stę­ch­lizną, podczas gdy sam wystrój głównego korytarza pod względem stopnia zadbania mie­ścił się w umiarkowanie dolnych strefach względnej przyzwoitości, co typowe było podówczas dla większości publicznych gmachów ludowego państwa. Oni jednak nie sprowadzili go w dół, lecz wskazali mu przeciwny kierunek. A więc w górę, najpierw jedno piętro, potem jeszcze dru­gie. Wtedy przypomniał sobie pewną rzecz. Często mówiono o „drugim piętrze” właśnie tego bu­dynku, a mówiono o tym zwykle szeptem albo też z wisielczą ironią na ustach; ten ostatni spo­sób enuncjacji miał na ogół miejsce podczas mocno zakrapianych spotkań w zaufanym to­wa­rzystwie. „Znaleźć się na drugim piętrze” – to stało się z czasem w całym mieście obie­go­wym określeniem na wpadkę, zwłaszcza odkąd drugie piętro przestało być aż tak straszne, żeby pa­niczną trwogę wywoływała sama myśl o możliwości (choćby gorzkiego) żartowania zeń. Ca­ły czas jednak było miejscem uchodzącym za najgorsze w całym Mieście Górniczym, a Rico wła­śnie znalazł się tam i musiał sobie jakoś radzić z tym faktem, choć niewiele mógł zrobić. Za­sko­czyło go jednak, że w odróżnieniu od parteru, nie mówiąc już o tym, co zapowiadały schody do podziemi, było przestronnie, spokojnie i pustawo. Korytarze tego klasycystycznego budynku, nie­gdyś pałacyku jakiegoś judeo-austriackiego przemysłowca, były na wysokości drugiego piętra świeżo pomalowane, zachowano stiuki, zdobne żyrandole i inne elementy wystroju cha­rak­terystycznego dla czasów burżuazyjnych, wystroju, który skądinąd aż tak daleko nie odbiegał od poczucia estetyki bardziej oficjalnych warstw rządzącego ludu. Polecono mu zatrzymać się przed jednymi z drzwi, pozbawionymi, podobnie jak w przypadku innych drzwi na korytarzu,  wy­wieszki identyfikującej zasiadającą w środku osobistość czy choćby wskazującej charakter i fun­kcję samego pomieszczenia. Naprzeciw drzwi, pod ścianą, znajdowała się ława, na której spoczął jeden z pary tajniaków, wyraźnie jednak odmawiając Ricowi przyzwolenia na podobne po­sunięcie ze strony jego ciała. „Stój tu” wykrzyknął i wskazał  jakąś linię, którą naznaczył pal­cem w powietrzu, dokładnie pomiędzy ławą a drzwiami do pokoju. „Baczność i ani mi się ru­szać!” – oznajmił surowym tonem. Rico usłuchał, przez moment tylko drobił stopami niemal nie­widoczne kroczki w przód i w tył, żeby upewnić się, czy stoi dokładnie na linii, którą według inter­pretacji, jaką mu podsunął jego narząd wzroku, wyznaczył mu urzędnik Straży Bez­pie­czeń­stwa. I tylko lęk go ogarniał, czy miejsce, które wyznaczył za pomocą własnego wzrokowego odczy­tania gestu tajniaka, nie było przypadkiem o kilka czy kilkanaście centymetrów oddalone od miejsca, w którym rozkazujący służbista pragnął zobaczyć jego postać. Jednak służbista u­znał, że polecenie zostało należycie wypełnione, albo po prostu nie był szczególnie pedantyczny. W międzyczasie drugi z tajniaków wślizgnął się do pokoju po uprzednim cichym trzykrotnym zapu­kaniu, na które nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Rico nie dojrzał nic, co by miało znajdować się w tej sali; wchodząc tajniak uchylił drzwi bardzo lekko, więc Rico musiałby bardziej wychylić się i zerknąć, co z pewnością było zakazane. Poza tym wolał nie wiedzieć. A więc trwał tak, wyprostowany na baczność, zesztywniały. Za jego plecami coś lekko szeleściło, wyda­wa­ło mu się, że pilnujący go tajniak przegląda gazetę albo też rozwiązuje krzyżówkę, które to przy­bory (podówczas krzyżówki wydawano na ogół w odrębnych magazynach, wolno więc chyba użyć liczby mnogiej) pewnie wcześniej miał schowane za pazuchą płaszcza (ciekawe, czy w tej samej kieszeni, w której być może trzymał broń?). Istotnie służbista, lekko znużony całą sytuacją, rozwiązywał krzyżówkę, jednak Rico nie miał śmiałości odwrócić się, by się o tym przekonać. Miał przecież stać na baczność i obawiał się, że jakakolwiek niesubordynacja na drugim piętrze komendy musi wiązać się z bardzo ciężkim obiciem, podwyższeniem wyroku a może nawet zastrzeleniem na miejscu (nie widział co prawda, żeby tajniacy mieli broń ze sobą, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa gdzieś ją pochowali).  Wybrał więc pozycję nieru­cho­mą, w jakimś stopniu (w takim, w jakim można było mówić o zadowoleniu będąc na dru­gim piętrze Delegatury Powiatowej) był zadowolony z faktu, że ścisłe wykonanie rozkazu jest jed­nocześnie dla niego, choćby czysto fizycznie, najwygodniejszym rozwiązaniem. Bezruch mu zby­tnio nie przeszkadzał, a myśli o tym, by przypadkiem się nie poruszyć, uwalniały go od wię­kszej grozy myślenia o tym, co czekać go może za chwilę. Niepokojem powiało, kiedy drugi z tajnia­ków wymknął się z tajemniczej sali; wcześniej nie było słychać na zewnątrz, żeby z kim­kolwiek w środku zamienił jakiekolwiek słowa. Wyślizgnął się z pokoju w taki sam sposób, w jaki wślizgnął się do niego – nie otwierając drzwi na oścież. Wyminął Rica mówiąc mu tylko bur­kliwie „czekać tu” i zasiadł na ławce obok towarzysza. A więc Rico czekał, jak kazano.

Sytu­acja zaczęła się poważnie komplikować, kiedy kątem oka dojrzał dwóch tajniaków nadcho­dzą­cych z prawej strony korytarza. Ciekawe osobistości, jednak niebezpieczne. O ile tajniacy, któ­rzy zatrzymali go, byli bardzo wysocy, a przy tym raczej szczupli, to tajniacy zmierzający korytarzem byli niscy, a przy tym bardzo otyli i zwaliści, te dwie ostatnie przypadłości ich ciała mia­ły w tej sprawie zasadnicze znaczenie. Ricardo bowiem stał sobie pośrodku i nie ruszał się. No może nie „sobie”, lecz na wyraźny rozkaz pracownika Straży, jednak to nie usuwało do koń­ca jego obaw. Panowie, zwłaszcza tężsi, mogli nie życzyć sobie jakichkolwiek przeszkód na swej drodze, zwłaszcza, że jak widział, idą środkiem, a zatem na pewno nie będą się zniżać do te­go, żeby rozstępować się na widok podsądnego, czy też zbaczać w jedną z jego stron, w tym dru­gim przypadku w dodatku musieli minąć go gęsiego, gdyż nie było na korytarzu tyle miejsca, żeby dwaj tędzy osobnicy mogli przejść obok siebie idąc tylko jedną jego stroną, co byłoby dla nich zresztą z innych względów nie do końca komfortową sytuacją, zwłaszcza dla tego, który szedł­by z tyłu – zapewne chciałby powetować sobie na Ricu doznane poniżenie. Być może ci, któ­rzy go zatrzymali, wydadzą rozkaz, by usunął się z drogi w stronę jednej ze ścian (pytanie tyl­ko której), być może jednak nie wydadzą rozkazu a obiją go (oni bądź ci grubsi strażnicy, albo wspólnie we czterech) pod pretekstem, że sam – nieokrzesany młokos bez śladu kin­der­sztuby – z własnej inicjatywy nie ustąpił przejścia starszym i ważniejszym. A jednak – jeśli sam prze­puści – bez wcześniejszego zwolnienia z rozkazu, aby stał na baczność w nieruchomej po­zy­cji – czyż nie zostanie skarcony za niesubordynację? Ci, którzy go aresztowali, wciąż siedzieli na ławce, papiery za jego plecami jakby podwójnie szeleściły, a on tymczasem nie otrzymał żad­nego polecenia usunięcia się z drogi, choć grubawi szpicle byli już tuż przy nim; niemalże czuł na sobie ich oddech. „A więc ustąpię czy nie ustąpię – i tak będzie tragicznie. Skatują mnie za brak szacunku albo za samowolne zwolnienie się z dalszego wykonywania wydanego rozkazu. Rze­czywiście, to Drugie Piętro, ziomkowie mieli rację. Na pozór wygląda ono dużo bardziej nie­winnie, niż by się mogło wydawać, ale jednak nie ma wyjścia z tej matni”. Przez ułamek se­kun­dy przyszło mu do głowy, że być może poza ustąpieniem z drogi i pozostaniem w nakazanej po­zycji istnieje jeszcze jakieś inne wyjście, jakiś gest, który powinien wykonać, aby umknąć przed karą – być może właśnie takiego gestu odeń oczekują. Lecz nie był w stanie wpaść na ża­den trop; serce, wcześniej stosunkowo spokojne, doznało ataku palpitacji, kiedy dwaj grubi urzędnicy byli już tuż przy nim, muskając go ramionami.

 

A jednak dwaj urzędnicy rozstąpili się. Niesamowite, a jednak to się stało! Jeden z nich, ten po le­wej, jeżeli ma to znaczenie, wydał z siebie jakieś ciche sapnięcie przechodzące w jeszcze ci­chsze fuknięcie, jakby skarżył się, lecz raczej sam przed sobą, że oprócz ciężkiej pracy, jego nie­młode i nie najsprawniejsze już ciało raz na jakiś czas musi omijać jakieś przeszkody. I to w do­datku przeszkody najniższej kategorii, przeszkody ulepione ze zwykłego guana (można by po­wiedzieć z „duchowego guana”, bo jednak podsądny obywatel w sensie materialnym nie był u­tworzony z kału, co chętni mogliby potwierdzić empirycznie bez większych szkód na osobie; jed­nak lud zwątpił w ducha, a skoro z materią nie było także w tym przypadku do końca jed­no­zna­cznie, zamiast jednego ze słów „materialne”/”duchowe” bądź ich obu na raz należałoby użyć wła­śnie słowa „zwykłe”; w dobie kapitału, który w ducha tak nie do końca nie dowierza słowo „zwy­kłe” powinno być zastąpione określeniem „masowe”).

Drugi z funkcjonariuszy ze swej strony przez chwilę przyjrzał się Ricowi i to nawet z pewnym to­nem wyrozumiałości, tak jakby tonem dobrotliwego, choć po mieszczańsku surowego peda­go­ga starej daty chciał do niego powiedzieć „A cóżeś ty przeskrobał, mój młodzieńcze? I co te­raz z tobą mamy zrobić? I na co ci to było?”.

 

Jak się okazało, nie było aż tak strasznie. Ale to go nie uspokoiło. Być może przesadą byłoby stwierdzenie, że uniknięcie skarcenia było dlań bardziej przerażające niż samo skarcenie, jed­nakże obawiał się trochę w głębi (…) – miało być w głębi ducha, lecz po dłuższym namyśle po­sta­nowiono ten ostatni wyraz wykropkować – że brak jakiegoś bezpośredniego okrucieństwa ze stro­ny zatrzymujących niekoniecznie musi być pomyślnym znakiem. Być może na razie udając, że pewne rzeczy puścili mimo oczu i uszu, skrzętnie notują wszystkie jego występki, aby póź­niej wystawić rachunek z odsetkami.

 

– Proszę wprowadzić – wreszcie zza tajemniczych drzwi (dodajmy, jeśli kogoś to zainteresuje, że były to dość zwyczajne drzwi z drewna, pomalowane na kolor gorzkiej czekolady) odezwał się głos, tyleż stanowczy i donośny, co pozbawiony jakiegokolwiek surowego uniesienia, rzec by można pozbawiony wręcz cienia brutalności, a nawet przy odrobinie odwagi można by po­wiedzieć, że był on stosunkowo uprzejmy.

 

Sala przesłuchań była średnim, niezbyt małym, lecz niezbyt też dużym pokojem zastawionym, nie licząc jednej z czterech ścian, o której więcej za chwilę, sięgającymi sufitu regałami; wię­kszość półek była jednak pusta, na niektórych tylko stały segregatory z aktami, na ogół zaku­rzo­ne, tudzież książki prawnicze i jakieś almanachy dotyczące wojskowości – większość w języku naro­dowym, parę po radziecku. Dominował wszędzie jasny brąz, nie licząc barw narodowych – błę­kitu i czerwieni, które zgromadziły się w dwóch miejscach, z których jednym (o drugim w swoim czasie) była podłoga, na której wyłożono dywan, barwiony właśnie w narodowe kolory. Ri­co, popchnięty przez służbistów został postawiony pośrodku tego dywanu, co wprawiło go w pewne przerażenie – kara za profanowanie barw narodowych wydawała się być prawdopodobna. Lecz ten strach nie pozbawił go całkiem ciekawości zlustrowania pokoju. W końcu po raz pier­wszy w życiu poznaje się z autopsji coś, co dla wielu w mieście było symbolem otchłani – salę prze­słuchań na Drugim Piętrze Delegatury Powiatowej Ludowej Straży Bezpieczeństwa Publi­cz­nego. Tu pozwólmy sobie zaznaczyć, że nie ma całkowitej pewności, czy rzeczony pokój peł­nił oficjalnie funkcję sali przesłuchań, zwłaszcza że nie został w ten sposób wyraźnie określony, jed­nak przyjmijmy upraszczające założenie, że tak było.

Rico cenił w sobie, jak widać, jakieś obłąkańcze pragnienie, by poznawać, by zdobywać wiedzę, choćby w najbardziej niesprzyjających ku temu okolicznościach. Cóż mu po tym będzie, że do­wie się czegoś na temat przedsionka jego kaźni, jeżeli być może niedługo w ogóle zginie, nie bę­dąc w stanie z nikim podzielić się tą wiedzą, nie licząc może jakichś kilku innych zszarzałych z męki aresztantów, dla których te wszystkie szczegóły będą tyleż oczywiste, co jednak już cał­ko­­wicie nieistotne? A jeżeli nawet przetrwa, czy komukolwiek o tym powie w sposób wystar­cza­jąco elokwentny? Wątpliwe! Tym większa jednak przejawiała się u niego wola desperackiej wiedzy, chociaż wiedział, że niestety inna potężna siła – lęk – głęboko go paraliżowała.

Cztery strony sali albo sześć, jeżeli uwzględnić sufit i podłogę – ileż tu było do poznania!

Te strony, które mogły być potencjalnym przedmiotem mniej albo bardziej desperackich ekspe­rien­cji, dzieliły się na strefę względnie zakazaną i strefę całkowicie zakazaną. Do strefy wzglę­dnie zakazanej należało zaliczyć podłogę, sufit oraz ściany, które znajdowały się po jego boku, tu­dzież za nim. Nie tak wiele mógł powiedzieć o tych okolicach, gdyż względny zakaz, na tym polegający, że nie powinien raczej oglądać się za siebie i rozglądać na boki, tudzież zadzierać nosa do góry i spuszczać go na kwintę, uniemożliwiał mu swobodną eksplorację. Udało mu się wszakże odnotować, że pokój generalnie jest dość schludny, kolorystyka jasnobrązowa (nie licząc wtrętów narodowych), głównie za sprawą regałów oraz boazerii; po przeciwnej stronie do drzwi było okno, pojedyncze, nie zakratowane, choć na tyle małe, że nikt nie zdołałby przez nie wyskoczyć. Okno wychodziło na podwórze, z którego wiele nie zobaczył, zmuszony ogra­ni­czyć przesunięcia swego ciała do niemal niewidocznych, lekko drżących ruchów głowy. Po­cząt­kowo było dlań nader zadziwiające, że mimo tak skąpego dostawcy słonecznego światła, jakim by­ło okienko wychodzące na podwórze, w sali przesłuchań jest dość jasno; wkrótce jednak zagad­ka wyjaśniła się: tuż nad nim wisiała lampa, której nie wszystkie żarówki były zapalone, jed­nak te dwie trzy, które pozostały, dawały nienajgorsze oświetlenie.

Hie­rarchia tych zakazów była osobliwa i był to kolejny z pozornie niegroźnych i niemal nie­za­uważalnych tricków, które stosowała Ludowa Straż Bezpieczeństwa, a które jednak zamykały deli­kwenta w beznadziejnym potrzasku: Otóż wszystkie strony, na które – z uwagi na to, co się tam znajduje – dałoby się spojrzeć relatywnie spokojnie, były objęte owym względnym zakazem – aresztant miał obowiązek zwrócić wzrok w inną stronę, a widoczne naruszenie rzeczonego obo­wiązku mogłoby zostać uznane za bardzo groźny występek, być może grożący natych­mia­sto­wą, bolesną dla ciała reprymendą. A ta strona, w którą spoglądać nakazano, była strefą abso­lu­tnie zabronioną, była strefą śmierci.

 

A po tej właśnie zakazanej stronie biło w oczy ogromne godło Ludowo-Socjalistycznej Re­pu­bliki Słowanii. Przedstawiało białą kurę na tle niebiesko-czerwonym. Owa kura była od pra­po­cząt­ków symbolem słowańskiej państwowości. Legenda mówi, że właśnie biała kura wska­zując ru­chem dzioba właściwą drogę odwodu wybawiła księcia Radosława z zasadzki nieprzyjaciół, a nastę­pnie zawiodła go na Błękitną Polanę, gdzie założył swój mocarny gród. Co ciekawe, o ile le­genda o kurze (a nie innym ptaku) opowiadana jest słowańskiej dziatwie od przedszkolnych czasów i tak było zawsze, czy to rządziła burżuazja, czy to lud czy kapitał, to jednak oficjalnie pta­ka na godle określa się mianem orła, choć sam wygląd wskazywałby właśnie raczej na kurę, któ­rej jednak dodano trochę patosu, przydając jej nieco cech orłopodobnych – jak to dorodny dziób, takież szpony i względnie mocarne rozłożyste skrzydła. Również godło za czasów sło­wań­skiej niepodległości nie przeżywało nadzwyczajnych zmian, chociaż niektórzy zwolennicy róż­nych frakcji politycznych nie zgodziliby się z tym stwierdzeniem, uważając tę czy inną mo­dy­fi­kację za hańbiącą, choćby wydawała się drobna – podchodząc do rzeczy czysto wizualnie. I tak wła­dza ludu odebrała kurze czy też orłowi (pozostawmy tę sprawę do rozstrzygnięcia bardziej uczo­nym egzegetom) berło i koronę, umieściła zaś nad jego głową czerwoną gwiazdę. Był to, moż­na powiedzieć, istotnie jakiś przebłysk myślenia materialistycznego – popełniono wpraw­dzie oczywisty błąd, sugerując że ciało niebieskie może być pięcioramienne i czerwone, zwal­czo­no natomiast jeszcze większy przesąd, który sugerował, jakoby ptak (czy to kura, czy orzeł) wła­dny dzierżyć jest koronę oraz berło.

Lecz nie godło, choć ogromnych rozmiarów, spowodowało, że Rico bał się patrzeć w tę stronę, choć jednocześnie czuł, że jest to nakazane, ale biurko znajdujące się poniżej tego godła, a bę­dąc jeszcze bardziej precyzyjnym – mundurowy, który siedział za rzeczonym biurkiem. Dość zwa­listy, z pagonami majora, co świadczyło o wysokiej randze, Ricardo nie był jednak aż tak prze­czulony na swym punkcie, by pomyśleć, że skoro wyznaczono majora, to władze jego spra­wę uznały za poważną. Myśl, że najpewniej nie jest tak, nie była jednak dla niego szczególnym wybawieniem.

Powiedział na początku „dzień dobry” tej postaci, tak przynajmniej mu się wydawało, bo gardło stało się napięte i coś w nim bulgotało, kiedy miał te słowa wypowiedzieć, a co gorsza  w gło­wie coś tak zawirowało, że cudem okazało się utrzymanie pionu, a już obserwacje, których roz­pacz­liwie dokonywał w granicach możliwości, na moment zupełnie trafił szlag. Tak więc nie jest pewny, czy w ogóle bąknął cokolwiek, tym bardziej, że postać w mundurze nie odpo­wie­działa werbalnie, choć skinęła głową. „Salutować” – krzyknął wtedy jeden ze strażników, co też Rico mechanicznie uczynił. „Spocznij” – rzucił jakby do siebie, od niechcenia, mniej więcej po mi­nucie od wykonania rozkazu przez zatrzymanego, mundurowy, którego od tej chwili mamy wszel­kie podstawy tytułować majorem. Rico zastanawiał się, jak wykonać komendę. Oczy­wi­ście zdjął dwa palce ze skroni i pozwolił dłoniom zwisać w miarę swobodnie, choć na szczęście bez zdrożnego rozgardiaszu ruchów. Gorzej było z nogami, domyślał się, że musi rozluźnić trochę pozycję, lecz wcale nie było to wygodne. „Mało prawdopodobne, żeby major, siedząc za biurkiem, z lekką pochyloną głową, zwrócił uwagę na sposób rozstawienia stóp zatrzymanego, być może jednak zna jakieś dobre metody, poza tym mogą to łatwo zauważyć dwaj tajniacy, którzy stoją tuż za jego plecami, wyglądają na ostro nadgorliwych” – myślał sobie Rico; na szczęście udało mu się przypomnieć, jak wykonywał komendę „spocznij” w szkole pod­sta­wo­wej podczas akademii i zajęć kultury fizycznej, co prawda nie wykonywał jej wówczas w spo­sób absolutnie wzorowy, (jak to zwykle w życiu) byli lepsi, ale zapamiętał samą zasadę – nale­ża­ło rozluźnić mięśnie nóg i wysunąć lekko prawą nogę do przodu – tak uczynił, chociaż z tym rozluźnieniem nie do końca sprawa się udała. 

 

– Więc jak się nazywa nasz dywersant? – zapytał major, po dłuższej chwili milczenia niby w trzeciej osobie, a jednak w taki sposób, ze oczywistym adresatem był nieszczęsny Rico.

– Odpowiadaj, gnoju – odrzekł na to jeden z eskortujących go tajniaków, kiedy rozstrzęsiony Rico nie mógł się zebrać do jakiejkolwiek składnej odpowiedzi.

– Hm, Ricardo Leon Herc – udając, że nie zauważa ponaglenia, jakie strażnik rzucił pod adre­sem więźnia, bardzo spokojnym tonem, sam sobie odpowiedział major zaglądając w papiery, jed­nak w sposób tak bardzo mechaniczny, iż było niemal pewne, że przeczytał je wcześniej. – A więc cóż to za działalność wywrotową wyprawiałeś Herc wczoraj pod siedzibą Domu Powia­to­wego?

Łatwo byłoby napisać, że Rico nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek komunikatu. Jed­nak o ile strach, który w sobie nosił niestrudzenie, na początku zwyczajnie go sparaliżował, to dodat­kowa porcja strachu, którą wzbudziła myśl, że w przypadku braku odpowiedzi może zo­stać to potraktowane jako brak szacunku dla przesłuchującego (co zapewne skończy się bardzo cię­żkim obiciem) albo – co gorsza – jako przyznanie się do winy, co może pociągnąć za sobą jesz­cze gorsze, a w każdym razie dużo bardziej długoterminowe (o ile nie zostanie wymierzona ka­ra śmierci) konsekwencje, zadziałała w tym przypadku (sam nie wiedział, jak to się udało) jako „motywator”, posługując się żargonem psychologii, który nie był jeszcze modny w czasach lu­du, ale rozplenił się w czasach kapitału i każdy chyba, nawet niechętny nowomowie, powinien wiedzieć, o co chodzi.

Co zatem zmotywowany tym motywatorem nieszczęsny Rico odpowiedział majorowi?

 

– Przepraszam, zupełnie bez powodu wygłupiłem się jak kompletny gnojek.

– Naprawdę nie jestem żadnym dywersantem! Przysięgam, towarzyszu majorze, nie miałem żadnych zdrożnych myśli!

 

Są to dwie z możliwych odpowiedzi. Gdyby byli obecni na Sali Przesłuchań jacyś uczeni egze­ge­ci, wiele godzin na pewno by spierano się, która z nich padła z ust zatrzymanego. Rico na­to­miast oznajmił majorowi coś, co zawierało w sobie treść obydwu tych wyjaśnień, a może nawet coś więcej, jednak to wszystko z powodu znacznej mimo wszystko presji zarówno całej sytu­a­cji, jak i jego własnego organizmu sprowadziło się do nieskładnych, drżących strzępów zdań.

– I to syn robotnika – wykrzyknął major z emfazą; nie wysłuchawszy zbyt dokładnie beł­kotli­wych wyjaśnień przesłuchiwanego. I w dodatku wnuk robotnika – dodał to już tonem bardziej obo­jętnym. Wiesz, że twój ojciec i twój dziadek byli Bohaterami Pracy Socjalistycznej, a ojciec twój poległ na roboczym posterunku.

To ostatnie major, jakże opanowany na początku, powiedział szybko i wyraźnie, a przy tym cał­kiem beznamiętnie, w sposób pozbawiony emocji. Niczym katarynka. W szczególności wyra­że­nie „bohater pracy socjalistycznej” zlało się w jego ustach w jedną wielką zbitkę, choć z natury ma­jor dykcję miał wyraźną. Brzmiało to wszystko, jakby wygłaszał oklepane pojęcia w sposób dość swobodny, a może nawet skrycie ironiczny. Co Rica przez moment zainteresowało, nie mó­wił do niego „wy”, jak ponoć mawiało się w najbardziej poważanych urzędach Ludowo-Soc­ja­listycznej Republiki. „Czy to dlatego, że miano „wy” było wyróżnieniem, na jakie może zas­łu­giwać tylko uczciwy obywatel – a byłby to zły znak – czy też znaczy to, że major pod­cho­dzi mało rygorystycznie do swych obowiązków – mógłby to być dobry znak, chociaż wcale nie mu­siał – czy też – trzecia opcja – po prostu praktyka językowa w urzędach Ludowo-Socja­li­s­ty­cznej Republiki nie jest tak sformalizowana, jak mogłoby się wydawać – co nie byłoby wyj­ścio­wo ani dobrym, ani też złym znakiem”. Nie potrafił wybrać najbardziej przekonującej spośród wyżej wymienionych alternatyw i tym bardziej był niepewny co do swego losu.

– No więc jak, Panie Herc (hm, teraz przeszedł na Pan, burżuazyjne Pan, co było ewidentnie ar­cy-ironiczne, choć jednocześnie sam ton głosu był w sposób wystudiowany poważny i uprzej­my). Mówiliście coś (a więc teraz z kolei pojawiło się „wy” – czy w tym jest w ogóle jakiś sens?), o ile górnolotnie można to nazwać ludzką mową, że to, co wygłaszaliście podczas nie­le­gal­nego zgromadzenia, było tylko wybrykiem. Ale wybryk ma, a co najmniej rzadziej albo czę­ś­ciej, ale raczej częściej, przynajmniej według urzędowych statystyk, miewa  swoich prowo­dy­rów. Gdybym więc zapytał się, który z kompanów was do tego wszystkiego sprowokował, prę­dzej czy później, być może zaraz, a może dzisiaj w nocy, w każdym razie nie później niż ju­trzej­sze­­go ranka, wyszczekalibyście jakieś imię i nazwisko. A jeżeli okazałoby się, że zbyt dobrze nie znaliście swych kompanów i przekręcilibyście dajmy na to nazwisko, a ja wymieniłbym naz­wi­sko prawidłowe i zapytał, czy o tego chodzi, na pewno byście potwierdzili, usprawiedliwiając się zwykłym przejęzyczeniem. A inni Herc, zachowają się dokładnie tak jak wy. Phe, zachowają się. Niektórzy już zdążyli się zachować. Jeden z nich oświadczył, że prowokatorem był niejaki Ri­co Hun. Znacie może go? Na razie nie znaleźliśmy takiego nazwiska w kartotece, a młodsi oficerowie są w trakcie czynności sprawdzających. Trzeba oficjalnie zbadać każdą z opcji. I nie żą­daj Herc ode mnie, do kapralskiej kurwy!, żebym ci powiedział, kim jest Rico Hun, albo że­bym ci potwierdził, że zeznania jego dotyczące uważam za niewarte funta kłaków. Objęte jest to wszy­stko tajemnicą śledztwa. Nie pamiętam już też, czy ja użyłem, albo czy może wy użyliście w swojej gadaninie słowa „zgromadzenie”. Zgromadzenia powyżej osób dwunastu, jak również wszy­stkie zgromadzenia polityczne, są zgodnie z obowiązującym prawem nielegalne, o ile właś­ciwy urząd nie wyda na to zgody na wniosek organizacji społeczno-kulturalnej. No a wy nie by­liście organizacją, a w każdym razie nie organizacją kulturalną ani też społeczną. Wiem, nie by­ło was dwunastu, i tu mogę was uspokoić, że Straż Bezpieczeństwa umie liczyć poprawnie. A więc czy z kolei to było zgromadzenie polityczne? Zapytajcie mnie jeszcze, a zezłoszczę się! Róż­nie to można widzieć Herc. Naprawdę bardzo różnie. Mogło to być spontaniczne spotkanie grupy obszczymurków, którzy słowo „polityka” ledwie znają, a w każdym razie na pewno go nie rozumieją. Nie pytajcie mnie tylko, czy stwierdzę, że tak było. Jeżeli jednak pojawiają się naz­wiska prowokatorów, to już trudno jest o zebranie grupy prowokatorów, przed publicznym bu­dynkiem, bez zamiaru dokonania prowokacji o charakterze politycznym. Zwłaszcza jeżeli w ma­teriałach znajdą się zeznania, z których może wynikać, że każdy jest współwinny sprawstwa kie­rowniczego. Rozumiecie mnie? W każdym razie w ten sposób z byle gówna może skroić się sprawa bardzo poważna. Rozumiecie?

– Tak jest, Panie majorze – odpowiedział cicho i pokornie.

– Że co? – odpowiedział major – tym razem tonem dość krzykliwym.

 

Oficer wstał i zrobił parę kroków w jego stronę. Wtedy właśnie ukazał mu się w całej swojej postaci. Był to mężczyzna dość wysoki, rozłożysty w ramionach, z lekkim brzuchem, lecz nie bar­dzo otyły, większość objętości jego ciała nie poszło w tłuszcz, ani nawet w mięśnie, ale ra­czej w kości – wielkie, twarde, potężne. Taka też była według wszelkich oznak prawdo­po­do­bień­stwa jego czaszka, która zgodnie z prawami anatomii stanowiła rdzeń głowy – okrągłej, cięż­kiej i masywnej. Tak właśnie wyglądało wielu możnych, których wcześniej widywał gdzieś w przelocie, zwłaszcza na ekranie. Pięści miał dorodne, a bujne owłosienie sięgało niemal do na­sady palców. Wszystko to doskonale pasowało do sztandarowego wizerunku oprawcy ze Stra­ży Bezpieczeństwa. A jednak wyraz twarzy był dosyć specyficzny – zwłaszcza te duże błękit­na­we oczy…ich specyficzne spojrzenie – tak naprawdę zresztą spojrzenie nie wynika ze świa­domych bądź nieuświadomionych intencji posiadacza oczu, w takim stopniu, w jakim wielu jest skłon­nych w to uwierzyć. Czasem już sama wielkość, sama barwa oczu wywierają wrażenie, na podstawie którego wdajemy się w interpretacje na temat charakteru spoglądającego, podczas gdy taki a nie inny wyraz oczu ów spoglądający zawdzięcza jedynie prawom dziedziczenia. Major miał, jak się rzekło, oczy duże i błękitne (albo błękitnawe), przypominały trochę oczy dziecka, w sposób inteligentny a jednocześnie z pewną dozą oczywistej bezradności wpa­trzo­nego w świat. Czy te oczy mogły kłamać? Mógł to być jeden ogromny psikus, jaki natura wy­rzą­dziła majorowi, gdyż, przynajmniej jak może wydawać się na pozór, nic z niewinnego dzie­cka mieć nie mógł oficer polityczny Ludowej Straży Bezpieczeństwa.

Specyficzny był również wyraz jego twarzy, nie mający w sobie nic z klasycznej wyniosłości rzą­dowego baszy. Był bardzo skupiony, powściągliwy, chłodny, lecz nie lodowaty. Przypominał ra­czej oblicze dżentelmena zasiadającego w dziewiętnastowiecznym ministerstwie spraw zagra­nicz­nych. Rico widział jakoś przelotnie serial kostiumowy o perypetiach uczuciowych brytyj­skiego urzędnika kolonialnego i wyraźnie w twarzy majora odnalazł coś z majestatu głównego bo­hatera filmu. Atletyczna postura, dziecięce oczy i oblicze, dziwnie jest to przyznać, oficjela z epo­ki, w której rządy sprawowała burżuazja albo wręcz głowy koronowane... To wszystko było sprze­czne ze sobą, a dodatkowo fakt, że te trzy cechy wyglądu skupiały się w osobie pełniącej funk­cję majora Ludowej Straży Bezpieczeństwa wzmagał jeszcze wrażenie dziwnego dyso­nan­su. A jednak głębsze przyjrzenie się odkrywało subtelną i zarazem niewytłumaczalną harmonię, któ­ra wprawiła Rica w lekkie oszołomienie.

 

Major stał naprzeciwko niego, spoglądał na niego nieco z góry (był jakieś siedem centymetrów wyższy). Mimo całej admiracji, którą Rico właśnie zdążył nabyć, nic nie mogło do końca prze­sło­nić jego świadomości, że skoro major się podniósł, zaraz dojdzie do kaźni, której będzie ofia­rą, a przynajmniej przedmiotem – jeżeli chcemy unikać nadmiernie patetycznych słów, ta­kich jak „ofiara”.

Świadomość ta spotęgowała się zwłaszcza w momencie, w którym major uniósł do góry swoją dłoń.

 

„Będzie lanie w mordę” – pomyślał Rico, wszyscy przecież wiedzieli, że milicja leje, a zwła­sz­cza milicja polityczna. Pytanie tylko, jak mocno dostanie.

Czy wytrzyma?

 

Jednak major nie uderzył go, a tylko dosyć mocno, ale nie tak żeby to było samo w sobie nie do wytrzymania, uścisnął dłonią jego prawe ramię.

Major zauważył, że pod powierzchnią spodu jego dłoni tkwi jakaś masa skóry, kości i – w mniejszym stopniu – mięśni, stwardniała niczym kamień. A jednocześnie ta masa lekko drży, a jeżeli by się przyjrzeć dokładnie drżenie to jest jeszcze silniejsze, jeśli przejdzie się aż do krańców ręki wyrastającej z rejonu, na którym major położył swoją grabę .

– Co jesteś taki spięty? Zesztywniałeś. I po co ci się wszystko tak rusza. Na co ci to? Chcesz się mocować?

– Mięso jesz? – spytał major w chwili, kiedy Rico zaczął powoli wydobywać z drżących (nie wiedział już, czy ze strachu, czy też z uwielbienia) warg jakiś cichy brzdęk, który być może mógł się dalej przerodzić w merytoryczne wyjaśnienia; major jednakże najwyraźniej nie chciał na to czekać.

– Zdarza się, towarzyszu majorze.

– A chałkę z marmoladą zajadasz? Zdarza się od przypadku?

– Nie przepadam, towarzyszu majorze.

O rany! Zdołał odpowiedzieć już na dwa pytania i major nie zareagował jak na razie! Być może jakoś idzie. Oby jeszcze nie było ich tak dużo.

– W piłę grasz?

Rico chciał coś powiedzieć, ale znów nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Wiedział co pra­w­da, że być może w ten sposób kręci sobie pętle na szyję. Sam nie miał pojęcia, w jaki sposób u­da­ło mu się wydać z gardła dwie jako tako składne odpowiedzi i brak szczególnej reakcji ze stro­ny „towarzysza majora” wydał mu się raczej pozytywną oznaką, chociaż oczywiście zdawał so­bie doskonale sprawę, że może się mylić i to grubo. Przez moment zastanowił się jednak, która odpowiedź może być właściwa i w ten sposób popadł w dylemat nie do rozstrzygnięcia, co odebrało mu kompletnie mowę. Z jednej strony, odpowiedź pozytywna mogłaby postawić go w korzystnym świetle – przypomniał sobie zeznania naocznych świadków na temat optymis­ty­cz­nej, wysportowanej młodzieży hasającej po przestronnych salach Domu Powiatowego. Lecz mu­siał­by to jakoś udowodnić, a w rzeczywistości w piłkę raczej nie grywał – w szkole pod­sta­wowej robił czasem za bramkarza, ale puszczał nawet najbardziej szmaciane uderzenia, a na innych pozycjach radził sobie jeszcze gorzej. Poza tym kto zaręczy, że zeznania świadków nie były żartem bądź fatamorganą. Poza tym „gra w piłkę” w ustach „towarzysza majora” mogła być pod­stępną aluzją do jakiejś działalności spiskowej; być może przebiegły oficer chciał go wpu­ścić w maliny. Poza tym „towarzysza majora” – no właśnie – użył tego zwrotu machinalnie, cał­kiem bezrefleksyjnie, kiedy jednak to przemyślał chwilę dłużej, w jego głowie powstały dal­sze wątpliwości, przed którymi w żaden sposób nie był w stanie się opędzić. Czy „towarzysz” nie jest zwrotem, którego używać mogą tylko partyjni? Trzeba przyznać, że w życiu codziennym zwrot ten był w jego czasach dość rzadko używany i wbrew temu, że w państwie od lat ludo­wym i socjalistycznym kwestia ta powinna być całkiem oczywista, nie był pewien, jaki jest za­kres jego właściwego używania, a zwłaszcza w czyich ustach jest on właściwy. Być może więc le­psze byłoby wciąż powszechne w Słowanii, neutralne i uprzejme „Pan”? Lecz czy to nie było zbyt burżuazyjne? Co prawda sam major nazwał go w ten sposób, a więc skoro Panem został na­zwany człowiek niższy to tym bardziej winna jest tego typu uprzejmość człowiekowi wyż­sze­mu. Jednak major zrobił to w wyraźnie ironiczny sposób, być może zresztą przy okazji pod­chwyt­liwy albo wręcz pogardliwy. Pozostawał jeszcze bardzo neutralny i całkiem ładny „oby­watel”. „Obywatelu majorze” – to byłoby może najwłaściwsze. Jednak ani razu nie usłyszał wy­ra­zu obywatel z ust majora, być może zatem nie było to właściwe, być może jakiś czas temu „oby­watel” (w liczbie pojedynczej albo innej) popadł w urzędową niełaskę. Mimo tych oporów pra­wie przekonał się do obywatela, jednak zaczął już od towarzysza i bał się, że nagła zmiana przy­jętej formuły może sprawić wrażenie, że usiłuje kluczyć, kalkulować i ma nieszczere za­mie­rzenia względem władzy. Co prawda władza udowodniła mu, że stosuje sporą dowolność w stosowaniu zwrotów, jednak – jak mawiało popularne w okolicach porzekadło – „co wolno szeryfowi, to nie byle kmiotkowi”. Można było mieć wątpliwości, czy to porzekadło nie straciło na aktualności wraz ze zmierzchem epoki burżuazji, jednak o ile od czasów ludu „byle kmio­tek” uzyskał (niemal) pełne prawa, to jednak nie każdy z „byle kmiotków” tak po prostu mógł się stać szeryfem.

– Kajakarstwo uprawiasz? – pytał dalej towarzysz/Pan/obywatel, w każdym razie „nie byle kmio­tek” major, nic nie robiąc sobie z niemoty, która po raz kolejny ogarnęła przesłu­chiwa­nego.

– A w szachy chociaż umiesz grać?

– Nie… Panie… towarzyszu majorze… nie potrafię, zapiszę się do szkółki… słyszałem, że są ciekawe zajęcia dla młodzieży... takie... ładne...

– Nic nie uprawiasz, mięso jesz tylko od przypadku, a mocować się chcesz. Pękniesz!

 

– Pękniesz – powtórzył major po raz wtóry – tym razem bardziej dobrotliwie.

„Pękniesz, pękniesz” – to tylko rozbrzmiewało w głowie Rica. Ta cała sportowa, a do pewnego stop­nia i wojskowa retoryka. Wszystko to, chociaż w sposób nie do końca jasny, zmierzało do jed­nego. Czyli co? „Czyli pęknę. Czyli teraz...” – oczekiwał na cios, a całość enuncjacji majora by­ła tak bardzo tajemnicza, że w głowie Rica zagościła beznadziejna rozterka. Z jednej strony uwa­żał, że niemal lepiej by było, gdyby dostał w mordę, byle nie za mocno, bo byłby to przy­naj­mniej jasny układ zdarzeń, a tak nie wie, czego się spodziewać po całej sytuacji. Z drugiej jed­nak strony ciało bało się. Kilka kwestii było też do wyjaśnienia, od nich zależało jego sta­no­wi­sko w sprawie tego, na ile straszne byłoby zostać obitym. Jeżeli by dostał po prostu kilka razy po twarzy, mógłby przyznać, że w pewnym sensie na to zasłużył, udzielając pokrętnych wy­jaś­nień majorowi. Zresztą w dzieciństwie, choć był dzieckiem spokojnym, introwertycznym i nie pro­wokował konfliktów, jak też na ogół udawało mu się nie być prowokowanym przez nikogo, parę razy mniej albo bardziej przypadkowo oberwał, więc doświadczenie takie nie było mu cał­ko­wicie nieznane. Jeżeli biłby tylko major, jakoś by to przebolał. Co jednak z dwoma taj­nia­kami? Stojąc naprzeciw majora, ani przez chwilę nie śmiał się odwrócić, nie uczyniłby tego, na­wet gdyby mu oznajmiono wiarygodnym tonem, że sporadyczne odwrócenia się w kierunku prze­ciwnym do przesłuchującego nie są zabronione. Zza pleców biła jedynie głucha cisza. Na  pe­wno nie mogą przecież rozwiązywać krzyżówek, zresztą nie słyszał żadnego szelestu towa­rzy­szącego zwyczajowo przewracaniu kartek. A jeżeli obiją go za pomocą jakichś metalowych przed­miotów? Łomu, łańcucha, kolczatki, tłuczka na mięso, kawałka drutu kolczastego, piły do że­laza? Jak to zniesie? Co prawda nie zauważył żadnych znaków wskazujących na to, aby dwaj pano­wie dysponowali takimi przyrządami, jeżeli jednak nawet nie mieli ich ukrytych za pazuchą – jaki był problem wyczarować je dla urzędników Straży Bezpieczeństwa – tych smutnych, mało­mównych, a jakże przecież cudownych prestidigitatorów?

 

– Pękniesz – powtórzył major jeszcze raz, po raz wtóry kładąc mu dłoń na ramieniu w niezbyt mo­c­nym uścisku, oczywiście trudno było go nazwać delikatnym, lecz w każdym razie nie był nie do wytrzymania.

 

– Wyprowadzić! – zakomenderował.

 

Drżał. Nie tak jak ktoś mógłby pomyśleć, nie tak jak on sam mógłby pomyśleć, nie tak nawet jak w tamtej chwili jemu samemu wydawało się; ale drżał. Do dziś jeszcze coś niecoś pamięta z te­go drżenia. Lecz nie jest to w jego wspomnieniach najważniejsze. Czym w takim razie było to, co najbardziej szokuje teraz Rica, co najbardziej obciążyło jego pamięć i spowodowało, że epi­zod ten urósł do miana najbardziej traumatycznego wydarzenia w jego życiu?

 

Chodziło o to, że Rico po jakimś czasie uświadomił sobie, że major był jedynym człowiekiem w jego życiu, wobec którego czuł niezaprzeczalny szacunek, jedynym, który był piękny pięknem pełnym i skończonym.

 

A dokładniej po raz pierwszy uświadomił to sobie (choć jeszcze niewyraźnie, zbyt dużo było bez­pośrednich wrażeń), kiedy trafił już do sutereny, gdzie znajdował się areszt. Co nadzwyczaj cie­kawe, bardzo szybko minęła mu ta droga w dół, za bardzo był jeszcze pod wrażeniem majora i miał całkowity mętlik w głowie, ale co w ogóle najdziwniejsze i do czego zapewne niechętnie by się przyznał ani przed samym sobą ani przed kimkolwiek, w jego odczuciach była niemała do­za ekstazy – choć być może ze wstydu przed faktem tego doznania, zwłaszcza w tamtym mo­men­cie, a nie tylko przed pretensjonalnością słowa, którym to doznanie jest nazwane, nigdy w ży­ciu wyrazu „ekstaza” nie używał.  A więc ta wielka, straszna Odyseja minęła we względnym oka­m­gnieniu, czym się zarówno martwił, jak i cieszył.

Bardzo dziwne też, ale w celi poczuł się nienajgorzej, przynajmniej na początku. Być może przez relatywną ciemność i ciasnotę, która powodowała, że za bardzo nie mógł się rozglądać do­okoła, czuł się dość swobodnie, jakby w jakimś schronieniu, niby w łonie.

Cela miała cztery metry kwadratowe powierzchni, poza ścianami, sufitem i podłogą, które to części składowe wydają się względnie oczywiste (względnie, bo w niektórych miejscach nie­któ­re gatunki osobników przetrzymywane są w klatkach albo skrzyniach), składała się z wąskiego łó­żka o metalowej ramie, na sprężynach – niezbyt wygodnego, zwłaszcza że niektóre ze sprężyn ra­czyły sobie najzwyczajniej w świecie powyłazić, a materac był cienki, wypchany nierów­no­mier­nie rozłożonymi pakułami – przez co w jednym miejscu był bardziej miękki, w innym twar­dszy. Naprzeciwko łóżka stał wąski zydel i stolik – niewiele większy rozmiarami od taboretów, któ­re znał z  rodzinnej kuchni. Tuż obok stolika znajdowała się z kolei mała umywalka. To osta­tnie urządzenie poddał zrazu ostrożnej eksploracji. Kurek z ciepłą wodą był zamknięty na do­bre, z tego z zimną woda kapała dość niespiesznie, z braku zatyczki niemożliwe było zebranie do­statecznej ilości cieczy, by jako tako się obmyć, zresztą trwałoby to niezmiernie długo, w tym cza­sie do celi mógłby wejść na przykład jakiś siepacz albo strażnik, zaś Rico uznał za wysoce niewskazane, by ktoś taki ujrzał go przy ablucji – nie miał pewności czy była dozwolona. Zdołał jednak nabrać trochę wody w dłoń, dzięki temu mógł przynajmniej zwilżyć usta oraz przetrzeć czoło. O ile z kranu ciecz kapała bardzo powoli, to w sposób trudny do pojęcia, na wysokości kolanka, tuż pod umywalką pozwoliła sobie na całkiem szybkie tempo, kapiąc i kapiąc na podłogę, niezależnie od tego – jak zdążył zauważyć – czy kurek był odkręcony czy też nie. „Cie­ka­we, czy obciążą mnie w ten czy inny sposób za to marnotrawstwo...”. W kącie celi stał sedes po­zbawiony klapy, ział z niego, nie dziwota, swąd fekaliów, na szczęście względnie mało inten­sywny, zlany z mdłym odorem jakichś środków czyszczących.

– Jak w pałacu – powiedział Rico pod nosem. Trudno nam stwierdzić, co tutaj miał na myśli. Mo­żna jedynie wskazać pewne tropy natury historycznej: Kiedy instalowała się ludowa władza, w całym mieście poszła plotka, że we wszystkich dzielnicach, nie tylko burżuazyjnych, lecz ró­w­nież w co lepszych osiedlach robotniczych, będą demontować klozety jako reakcyjny, mie­sz­cza­ński wynalazek. Nikt co prawda nie doświadczył osobiście tego, żeby komuniści wy­mon­to­wa­li klozet z jego domu, ale każdy słyszał, że komuś to się przytrafiło. Poszła również fama, trudno mówić, na ile było w niej prawdy albo chociaż sensu, że skonfiskowane kible trafiły do „mo­żno­władców” i obiektów przeznaczonych dla „specjalnych gości”. Raz na jakiś czas powta­rza­no jeszcze te plotki przy różnych towarzyskich okazjach, chociaż, jako że kibli w miesz­ka­niach nie ubywało, wydawało się, że ojczulek czas odsądził od czci i wiary te reakcyjne po­gło­ski. Być może jednak Ricardo coś takiego zasłyszał i uznał się z głęboką autoironią za „spec­jal­nego gościa”, o ile wręcz nie za „możnowładcę”.

 

A jednak mimo wisielczego humoru i początkowo w ogóle nienajgorszego samopoczucia, do­pa­dła go trzęsawka, kiedy usiadł na krawędzi pryczy tuż pod trzydziesto-watową żarówką, która cał­kiem naga zwieszała się z sufitu, dając mu w skąpej ofierze jedyne źródło światła. Zdjął z sie­bie robotniczą bluzę, w której był na warsztatach, i został w samym podkoszulku. W celi pa­no­wała duchota. O ile jednak zzucie z siebie przedmiotowej bluzy uchroniło go nieco przed rze­czoną duchotą, to siedząc w samym podkoszulku (szarej barwy), patrząc na swoje szczupłe, ską­po owłosione przedramiona, a następnie na swoje szczupłe kolana – (spodni nie zdjął, a jed­nak kolana, widziane przez drelichowy materiał, wydały mu się jakby bardziej nagie niż za­zwy­czaj), miał pełne przerażenia poczucie doskonałego przystosowania się do więziennej prze­strze­ni, wrażenie pełnej symbiozy swego ciała z betonowymi ścianami, tudzież niewygodnym meta­lo­wym leżem. Czyżby miał stąd nie wyjść?

Usłyszał jednak niewyraźny szelest i zaczął się zastanawiać, czy to odgłos tarcia, które wywołał jeden z jego butów w zetknięciu z betonową posadzką, czy też dźwięk ten wywołał jakiś gryzoń bu­szujący w ciemnych rewirach pomieszczenia. Schylił się i zaczął pełzać po posadzce nasłu­chu­jąc, czy na terenie celi nie znajduje się przypadkiem jakieś zwierzę bądź też jego gniazdo. To po­szukiwanie mające jakiś celu trochę zmniejszyło jego lęk, chociaż też niosło ze sobą pewne zapy­tania, na które nie sposób było udzielić w pełni jednoznacznej odpowiedzi (np. jaki sto­su­nek zająć do zwierzęcia, jeżeli rzeczywiście pojawi się na terenie celi; zadał też sobie jeszcze cięż­sze pytanie, czy i jak zmodyfikować ten stosunek, w zależności od tego, jakie będzie to zwie­rzę, najbardziej prawdopodobne były szczur bądź mysz, lecz nie mógł przecież wykluczyć, że na przykład będzie to zając albo jakieś inne stworzenie; na szczęście jego głowie udało się zawiesić te bardziej szczegółowe dociekania). Dodatkowo pojawiły się problemy związane ze sła­bym oświetleniem, które utrudniało mu eksplorację rejonów przypodłogowych, w szcze­gól­no­ści pod łóżkiem. Błąkał się między plamami ciemności, nie będąc pewnym, czy dodatkowe szur­nięcia, które cały czas dobiegały jego uszu, to szczur albo mysz (albo zając), czy też cały czas nieszczęsne jego obuwie. Z ubraniem była w ogóle nienajlepsza sprawa; wprowadzając do celi, służbista zabrał mu pasek i sznurówki. Co jakiś czas gacie opadały.

 

Właśnie wstał, żeby je poprawić, i to było być może dobre rozwiązanie, bo właśnie w tym mo­men­cie otworzyły się drzwi i stanął w ich świetle mundurowy.

„Będzie strzelał?” – pomyślał Rico i chciał wznieść do góry ręce, lecz jego ręce nie śmiały tego ru­chu uczynić, trzymając się kurczowo zbyt luźnych pantalonów.

Strażnik, dosyć szczupły, lekko łysiejący blondyn ze starannie wypielęgnowanym wąsikiem i nie­mal całkowicie nieruchomą, maskowatą twarzą, która mogłaby dostać drugoplanową rolę w ja­kiejś średniej jakości pantomimie, niósł na tacy rondel oraz kubek.

– Prowiant obiadowy! – zakomenderował.

Rico zdjął tacę z jego rąk; obok rzeczonego rondla, w którym pływała jakaś mięsna konserwa, i rze­czonego kubka, w którym pływała parująca ciecz o barwie nie bardzo odmiennej od herbaty, na przedmiotowej tacy znajdowała się duża ponadto łyżka – na pierwszy rzut oka było widać – wy­konana z miękkiej blachy, dwie kostki czarniawego cukru oraz bułka.

– Mielone jest? Pokwitunek!

– Czaj jest?        Pokwitunek!

– Sztuciec jest?  Pokwitunek!

– Cukier jest?     Pokwitunek!

– Pieczywo jest? Pokwitunek!

– Nazwisko aresztanta?

– Herc Ricardo Leon.

– Pełne nazwisko tutej.

 

A więc Rico podpisał się pełnymi imionami i nazwiskiem, złożył przedmiotowe „pokwitunki” w jakichś formularzach i znalazł się sam na sam z przydzielonym towarem.

„Kelner” – powiedział Rico do siebie, bardzo cicho, jakby sądził, że ściany wszędzie mają uszy.  Nie chodziło mu tylko o to, że klawisz przyniósł mu obiad, ale także o jego specyficzne umun­du­rowanie – niebieskawe – nie widział jeszcze takiego na ulicy. „Ale ładny” – powiedział nie­mal bezgłośnie, w zasadzie tylko poruszając ustami i nie był pewny do końca, czy miała być to ironia, czy też raczej autentyczny podziw.

Mimo nerwów, a może właśnie z ich powodu, rzeczony Herc Ricardo Leon był jednak odrobinę głodny. Oczywiście nie ufał do końca pokarmowi. Ale pal to sześć. „Jeżeli będzie zatruty” – tym razem myślał, nie mówił, „to niech przynajmniej trucizna będzie mocna – niech kilka razy kiszka wykona akrobacje, bolesne, bo bolesne, tego pewnikiem nie da się uniknąć, ale niechże szybko zakończy swoje ziemskie występy. Lepsze to, niż całą noc w boleściach popierdywać.”

 

Mielone było jednak całkiem znośne. Czaj również – chociaż nieco wodnisty, w smaku był przy­najmniej względnie herbaciany.

 

Wkrótce potem jednak „przycisnęło” go i musiał udać się na domniemany tron, tym razem już bez­pośrednio, ciałem, a nie tylko poddając się ironicznej refleksji pełnej tych czy innych fan­taz­ma­tów; musiał przyjąć tę rolę nie mając za wiele sposobności do zastanawiania, czy jest to isto­t­nie rola specjalnego gościa albo możnowładcy. Szybko się załatwił, lecz przez jakiś czas sie­dział wciąż oszołomiony na sedesie, próbując powrócić do swych dawnych dociekań, jednak nie pozwalało mu w tym poczucie lekko wirującej pustki, którą miał tak w brzuchu, jak i w głowie, poczucie nie całkiem nieprzyjemne – choć mogło być oczywiście pierwszym skutkiem działania domniemanej trutki, czego miał świadomość. „Hy hy. Nie będzie jak umyć rzyci, a srajtaśmy też nie ma” – powiedział, kiedy uznał, że jest koniec końców w całkiem niezłej formie, w związku z tym przejść należy do konkretnych czynności. Właśnie w tej sekundzie, w której zdążył ww. sentencję wypowiedzieć, niechcący kopnął coś stopą, a to coś raczyło się okazać rolką papieru toaletowego, zużytą najwyżej do połowy.

 

„Ale sprytni. Na wszystkie okoliczności się przygotowali. Jak oni sobie to wszystko umyślili? Nie­wątpliwie, są dobrzy w swoje klocki” – powiedział cichutko, po czym podtarł się.

 

Kiedy podniósł się, oporządziwszy należycie swoje ciało, postarał się rozeznać, co też się tak na­prawdę z rzeczonym ciałem dzieje, i nie mógł dojść w tym przedmiocie do jednoznacznych kon­kluzji. Pewne przejściowe stany słabnięcia (a może raczej uwalniania się ciała spod włas­ne­go ciężaru), połączone z łaskotaniem w brzuchu i podgardlu, mogły mu sugerować, że trucizna ukryta w pożywieniu działa („jeśli to byłyby objawy działania tej śmiertelnej trutki, to nie ma co, kurwa mać, osobliwie pomysłowi ludzie”!). Wyżej wymienione reakcje były jednak przej­ścio­we, więc Rico wziął pod uwagę opcję, że mogły być wynikiem autosugestii bądź przy­naj­mniej skutkiem zupełnie innych przypadłości, nie wynikających ze składu podanego mu przez władze pożywienia. Poza tym pewna ilość czasu upłynęła (trudno powiedzieć – godzina, może dwie?), a ciało Rica wciąż pozostawało w stanie względnej ambiwalencji; nieokreśloność ta nie pozwalała na żadne bardziej wyraźne rozstrzygnięcie badań odnośnie hipotetycznego podania mu trucizny. Trzeba więc było w jakiś sposób zabić w sobie stawianie takich hipotez, wyłączyć albo przynajmniej skierować w inną stronę wszystkie swoje myśli. Na szczęście i tak udało mu się nie zastanawiać za bardzo, jakie będą dalsze koleje jego losu, przy założeniu że go nie otruli, ale planują wobec niego jakieś dalsze sankcje. Trzeba było jakoś zająć to ciało, tak żeby to, co w tym ciele ukryte, za bardzo nie myślało.

Łóżko nie było tutaj zbyt pomocnym sprzętem, jako że, o czym już wspomniano, za bardzo osaczało go, za bardzo utwierdzało w czynności bycia więźniem, nie wiadomo dlaczego bardziej łóżko niż jakikolwiek inny sprzęt, miał jednak takie nieodparte wrażenie. Zatem usiadł na zydlu, jednak to daleko bardziej ograniczało jego przestrzeń. Owo ograniczenie było źródłem niepokoju, lecz mogło też być, co sobie zrazu uświadomił, swoistym wybawieniem, możliwym pod warunkiem, że uda się jakoś pożytecznie zagospodarować tę znikomą przestrzeń. Ogarnął wzrokiem rzeczoną przestrzeń stołu, który się znajdował koło zydla (znaczy to, że pozostał w tej samej pozycji, w jakiej Rico go zastał), i ujął w dłoń rondelek, w którym przed zjedzeniem znajdowała się rzeczona już mielonka. Pomacał jeszcze chwilę drugą dłonią, odkrywając łyżkę. „Złożyłem pokwitunek, a więc chyba mam prawo” – pomyślał sobie Ricardo i uderzył łyżką w wiele już razy wzmiankowany rondel. Ponowił potem uderzenie jeszcze parokrotnie, po czym skie­rował wzrok swój w górę, a następnie powiódł oczami dookoła, jakby chciał zorientować się, czy cokolwiek (ewentualnie ktokolwiek) daje odpowiedź na właśnie wydawane dźwięki. Od­powiedzi nie było – cisza, niezmienność ścian i nielicznych przedmiotów, żadnego nawet chrobotania domniemanych zwierząt; kilka razy szurnął stopą po podłodze, by upewnić się, czy przypadkiem reszta świata poza łyżką i rondlem nie zamilkła – usłyszał wtedy odgłos, który z grubsza przypominał ten, co do którego wcześniej zastanawiał się, czy był jego własny, czy może jednak zwierzęcy, które to względne podobieństwo nie wyjaśniło do końca tamtej kwestii. Następnie jeszcze parę razy uderzył łyżką w naczynie (czyli w rondel, tak samo jak poprzednio), a jednak odgłos uderzenia rozbijał się w jego uszach na różne tony składowe, w których obok stosunkowo kojącego dudnienia dało się usłyszeć również ostre, ni to piszczące ni dzwoniące dźwięki, ni to szkliste, ni to metaliczne, które wprawiły w rozterkę jego układ nerwowy. Poza tym powziął słuszne być może podejrzenie, że mogą wprawić w taką samą rozterkę ciało któregoś z nadzorców, o ile znajduje się w pobliżu jego celi. W związku z tym zmienił taktykę i odłożył łyżkę (z pewną dwuznaczną konsternacją), a następnie zaczął bębnić palcami po rze­czonym rondlu.

 

Nagle otworzyły się drzwi i do środka zajrzał łeb klucznika, ten z kolei był inny, tęższy i bro­daty, przy tym jednak wydawał się być równie wyleniały co poprzedni jegomość.

 

– Wolno? – spytał Rico cichym głosem i zaraz się zawstydził, na szczęście nie był aż tak dalece głupcem, żeby pokazać wyraźnie palcem przedmiotowy rondel, więc strażnik mógł się nie zo­rien­tować, o co w ogóle chodzi. W każdym razie rzeczony strażnik nic nie odpowiedział i zam­knął drzwi ze szczękiem. Po upływie minuty Rico usłyszał jakieś inne szczęki dochodzące spo­za jego celi, a jednak z niedaleka – domyślił się (chyba słusznie), że klucznik po prostu udawał się na wieczorny obchód.

 

Potem, odczekawszy chwilę, w ciszy kładąc prawą dłoń na głowie, tak jakby chciał się po­dra­pać, ale z uwagi na brak swędzenia ostatecznie poniechał tego planu, dalej bębnił palcami w ron­del po mielonce, jednak raczej cichutko. Co nie znaczy, że nie dokonywał w tej swojej cichej muzyce pewnych odkryć rytmicznych, będąc wszakże świadomym, że mógł już ktoś dawno przed nim te sprawy praktykować. Być może nawet ktoś zamknięty w celi, chociaż być może nie­koniecznie w tej samej, a nawet nie w takiej samej.

Zaczął od jakiegoś prostego rytmu na dwie drugie, w tempie mniej więcej sześćdziesięciu ude­rzeń na minutę, wyszedł mu nawet dosyć regularny kołyszący beat, który ktoś z postronnych mó­głby luźno skojarzyć z bossa-novą. Przestraszył się tej melodyjności, która zbyt wyraźnie go deter­minowała. W związku z tym wybrał rytmy bardziej nieregularne, przechodząc od zło­żo­nych metrów, aż po rozmaite odmiany skrajnej polimetrii, w których uczestniczyło często po sześć albo osiem palców, każdy grający według innej miary. Pojawiły się również próby pun­ktualistyczne, w których poszczególne uderzenia oddzielone niemiarowymi względem siebie pau­zami były dla siebie własnym wyizolowanym światem, nie układającym się w żadną okre­ślo­ną pulsację, zaś ewentualne pośrednie związki strukturalne między nimi byłyby trudne do rozszyfrowania dla analityka. W ten sposób, zapewne nieświadomie, przerobił wiele rewolucji mu­zycznych współczesnej awangardy. Czasem jednak (względnie) temperował pokusę ekspery­men­towania. Wtedy przychodziły mu do głowy całe serie wirtuozerskich popisów, w których każdy z palców grał równoważne metrum, jednak w różnym tempie, np. jeden wrzucał powolny motyw na trzy czwarte, a drugi grał w tym czasie ten sam motyw w szesnastkach, w tempie presto. Był już nieco zmęczony i stan ten przytłumił trochę jego słuch (na szczęście, wiedział już, że o żadnej truciźnie, która tłumaczyłaby owo przytłumienie mowy być nie może), nie bar­dzo więc słyszał owe złożoności, które cichutko wysłuchiwał, jednak czuł je, co więcej – wi­dział niemal – jak czarne kropki różnej wielkości układają się na białej ścianie w abstrakcyjną gra­fikę. W taki sam sposób być może Beethoven od pewnego momentu słyszał swoje własne utwory (Rico jako dziecko usłyszał o głuchocie mistrza z Bonn, który pomimo tej głuchoty ciągle tworzył i bardzo go ten problem zaciekawił).

 

Wydawało się, że tak przebębni całą noc. Raz tylko wstał i podszedł w stronę tronu, aby oddać skąpą ilość moczu, co było zapewne efektem wcześniej wypitego czaju. Kibel już tak nie prze­rażał (i nie nobilitował, co mogło być w jakiś pokrętny sposób związane z przerażaniem), nie za­dawał już swą istotą tylu pytań (być może dlatego, że potrzeba była krótsza i nie wymagała do­tknięcia muszli udami), chociaż przez moment poczuł jakiś szum, jakby świetlisty i pijany, do­biegający z nieznanych mu głębi, co spowodowało, że na moment powróciło lekkie za­trwo­żenie. Jednak, ku jego zaskoczeniu („Co ja robię” – mówił szeptem mając na myśli ruchy jego cia­ła, które wielu uznałoby za wskazane o tamtej porze i w tamtej sytuacji, jemu jednak wy­da­wały się szalone) korpus jego, zamiast skierować się z powrotem w stronę zydla albo w jakimś zu­pełnie neutralnym kierunku (wybór nie byłby duży, trzeba przyznać) ułożył się na pryczy, pod­kurczając nogi

„Boże zasypiam!” – zdążył tylko pomyśleć.  Do czego to podobne!

 

Zbudzono go około szóstej rano. Tym razem klucznik wyglądał nieco inaczej. Czarniawy o wy­ra­źnie cygańskich rysach twarzy. Przyniósł posiłek, który składał się z jednego jaja na twardo i su­chego chleba, tudzież już względnie dobrze poznanego czaju. Rico potraktował kolejnego „kel­nera” z dużą kurtuazją, kłaniając mu się w pas.

 

A godzinę później ten sam klucznik kazał mu się zbierać. Zaprowadził go do jakiegoś gabinetu, nie pamiętał już, na którym piętrze, to było gdzieś z boku, trzeba było raz wchodzić w górę, po­tem kawałek w lewo korytarzem, potem znowu w dół, potem…w każdym razie gabinet przy­pomi­nał pokój dyrektora Technikum Elektrycznego, do którego uczęszczał czwarty rok.

Oznajmiono mu (a ten, kto to oznajmił, był suchym, choć nie szczególnie aroganckim urzęd­ni­kiem, ubranym w szary garnitur, o bardzo bujnych bakach – taka wówczas królowała moda, ciem­nych, sprawiających wrażenie farbowanych, chociaż włosy na głowie urzędnika do jasnych się nie zaliczały), iż na podstawie artykułu 73 ustawy o zwalczaniu chuligaństwa i nieporządku publicznego został skazany za wykrzykiwanie w miejscu publicznym obelżywych wyrazów na 3 miesiące robót społecznie użytecznych oraz na grzywnę w wysokości dwustu rupii słowańskich. Z uwagi na to, że był uczniem w szkole robotniczej, zarządzono odsłużenie robót w postaci do­dat­kowych zajęć na warsztatach zawodowych i innych prac wskazanych przez Komitet Szkolny, grzy­wna miała być potrącana ze szkolnego stypendium, które w wysokości sześćdziesięciu rupii miesięcznie wypłacano mu za rzeczone praktyki.

 

***

 

– Gdzie byłeś? – zapytał dziadek z intonacją, która, co nie mogło dziwić, nie była zwyczajna w jego ustach, ale bardzo trudno było powiedzieć, czy wyraża w większym stopniu oburzenie czy za­ciekawienie.

Rico nic nie odpowiedział, tylko spuścił głowę, lecz w końcu zorientował się, że nic szcze­gól­nie to nie da, a więc uniósł ją znów patrząc się niby prosto w oczy dziadka, ale tak naprawdę gdzieś kompletnie poza, na ile tylko było to możliwe, jako że w owych czasach spoglądania „po­za” coś, na co niby się patrzy dokładnie w linii prostej, jeszcze do końca w sobie nie wy­ćwi­czył, zresztą nigdy nie nabył aż takiej perfekcji w tym rzemiośle, jaką chciałby posiąść. Zorien­to­wał się, że stoi niemal na baczność, a w każdym razie tak sztywno, jak niedawno przed drzwiami gabinetu majora. Z powodu tego skojarzenia postanowił koniecznie zmienić postawę i zaczął wykonywać swoim ciałem najróżniejsze ruchy, na przykład wystawiał prawą nogę do przo­du albo lewą do tyłu, nieproporcjonalnie na jedną stronę przenosił ciężar figury i wiele in­nych sztuczek. Lecz jakiego drobnego ruchu by nie wykonał, i tak kończyło się to zesztyw­nie­niem w pozycji, którą przyjął, tak więc jego manewry nie przynosiły żadnego bardziej wido­cz­nego rozluźnienia w porównaniu z postawą na baczność, a wprowadzały tylko dodatkowe za­mieszanie.

– Dziadek, dzień i całą noc w  kozie przesiedziałem – w końcu wykrztusił z siebie Ricardo z wielkim trudem.

– Tego mi jeszcze brakowało – mój wnuk w kozie. Powiedz w takim razie, co przeskrobałeś, ba­sałyku – w tonie dziadka zaskoczyło go duże opanowanie, podszyte wręcz ironią, chociaż dzia­dek, człowiek pracowity i prosty, z natury nie ironizował. Jakby sprawiało to wrażenie, że mo­że nawet wiedzieć o tym, co się wydarzyło. No właśnie – czy władze nie powiadamiają o za­trzy­maniu nieletniego, Rico miał dopiero siedemnaście lat?! Chyba minęły już te czasy, gdzie mniej lub bardziej dyskretnie sugerowano rodzinie zatrzymanych za określone zbrodnie i wy­stępki, żeby się ich losem nie interesowała.

 

Dłuższą chwilę nie mógł z siebie nic a nic wykrztusić. Zupełnie jak na przesłuchaniu przed majorem. To już zakrawało na kpinę.

– Hm, to w takim razie powiedz, co ukradłeś?

Rico nie ujawnił przedmiotu kradzieży, zresztą, przynajmniej w potocznym rozumieniu tego, czym jest kradzież, żaden taki przedmiot nie mógł przecież istnieć. Znów zaskakiwał go ton dzia­dka. Mówił zaskakująco swobodnie, bez szczególnych emocji, jak na człowieka, który za­wsze uczył, że zabranie tego co nie swoje jest największą zbrodnią (być może niekoniecznie tak uwa­­żał in abstracto, lecz miał na myśli zbrodnie, które mogły być ewentualnie dostępne w czasie pokoju członkom jego rodziny).

– Dziadek to nie chodzi o kradzież.

– I ty się w to bawiłeś, głupi gnojku – wypalił dziadek od razu dalej nie dopytując, czym może być czyn wnuka, jeśli nie kradzieżą. – Nigdy bym się tego nie spodziewał. Takie sprawy? Na co ci to, do cholery jasnej? W dzisiejszych czasach jeszcze urządzać takie hece! Że ja wychowałem wnu­ka, któremu wpadają do głowy takie myśli. Za konkretną sprawę, czy może za całokształt?

„Kon­kretna sprawa – całokształt – co za fundamentalna a jednocześnie jakże precyzyjna dycho­to­mia” – myślał sobie Rico. Jak znakomicie rozeznany był dziadek  w tych ciężkich zagad­nie­niach! Widać od razu, że jego młodość, a nawet część życia dorosłego, przypadła na jeszcze cięższe czasy.

– Za konkretną – powiedział Rico, będąc niemal pewnym, że udzielona odpowiedź jest wła­ś­ci­wa, choć jak dotąd nie znał, na jego szczęście czy nieszczęście, tak subtelnych rozróżnień jak nestor jego rodziny.

– Za co, można wiedzieć? Tak dla ciekawości, czym mój wnusio się para...

Rico włożył dłoń w kieszenie i ku swojemu zaskoczeniu odkrył w nich dokument, który odpo­wia­dał na pytanie dziadka, zwalniając go jednocześnie z konieczności ustnych wyjaśnień, z któ­ry­mi być może miałby duży problem. Oto orzeczenie „Miejskiego Trybunału Robotniczego do spraw zwalczania chuligaństwa”. Sam nie widział, w którym momencie – zapewne całkiem odruchowo – nie myśląc o okazaniu pogardy wobec wydanego werdyktu, złożył otrzymany od­pis w osiem części i schował do kieszeni.

Okazał pismo do wglądu szacownego nestora.

– Gdzie to było? – zapytał nestor zapoznawczy się z sentencją orzeczenia.

– Przed Domem Powiatowym – powiedział dosyć płynnie, spuszczając jednocześnie nos na kwintę.

– Przed Domem Powiatowym? Co za kretyn z ciebie!

– Leli cię? – zapytał dziadek, kiedy Rico przez dłuższą chwilę w milczeniu międlił w pół zdręt­wia­łym językiem, nie odpowiadając na oskarżenie o kretynizm i nie bacząc przy tym, że mogło to wyglądać na brak zastrzeżeń wobec użytego względem jego osoby określenia.

– Nie, dziadku…

– To i ja nie będę odwalał roboty za… tych panów. Zresztą za stary jesteś już na manto. Od tego nie zmądrzejesz.

– Masz szczęście – dodał po krótkiej chwili milczenia Dziadek Henryk – za dawniejszych czasów pojechałbyś za taki numer na kolonie do Rusków. A trochę więcej pracy ci się zawsze przyda…

 

***

 

Cała Słowania, podobnie jak i Miasto Górnicze, trafiała od czasu do czasu w ręce dwóch cza­sem przeciwnych sobie, a czasem przyjaznych względem siebie potęg: „Ruska” oraz „Szkopa”. Trwały spory o to, kto wyrządził większe spustoszenia.

Ale mimo to można zapytać, czy bez Ruska i bez Szkopa cokolwiek by w ogóle zostało ze Sło­wa­nii? Wszak, jak twierdzą niektórzy, nie istnieje naród pozbawiony dziejów. A całe dzieje Sło­wanii były przesiąknięte wpływami jednych i drugich, tak że gdyby obydwie nacje wye­li­mi­no­wać, można by popaść w wątpliwości, czy zostałaby jakaś immanentnie słowańska podstawa toż­samości narodu niezależna od oddziaływania Rusków albo Szkopów. Oczywiście nie jest tak, że Słowańcy nie potrafili wytworzyć własnej kultury, co niekiedy im imputowali jedni albo drudzy. Lecz kultura ta w praktyce uformowała się pod wpływem często, choć (wbrew temu, co z kolei utrzymują słowańscy nacjonaliści) nie zawsze destrukcyjnej ingerencji wymienionych mo­carstw, tak że gdyby nie miały miejsca wydarzenia świadczące o owej ingerencji dane prądy dzie­dzictwa narodowego mogłyby w ogóle nie zaistnieć albo mogłyby przybrać wręcz przeci­wny wektor.

Można wprawdzie znaleźć w powyższych sentencjach spore uproszczenie. Wszak nie tylko Ru­scy oraz Szkopy ingerowali w piękną ziemię słowańską. Można by wymienić również Turków, Węgrów, Czechów i Słowaków, tudzież Czechosłowaków, Polaków, (różne odmiany) Bałtów, Włochów, diaspory romskie i żydowskie i wielu, wielu innych. Człowiek jednak, poddając się wro­dzonej bądź nabytej (w tym momencie – jakie ma to znaczenie?) skłonności do stawiania pe­wnych rzeczy dialektycznie, do stwarzania binarnych opozycji, lubi jednak porządkować w swojej świadomości wielość różnokierunkowych prądów, sprowadzając je do dwóch, najlepiej dwóch krańcowo przeciwstawnych. Jeżeli to nawet przesąd, będziemy na tyle skromni, żeby go nie burzyć, choć z przeciwstawnością biegunów „ruskiego” i „szkopskiego” rzecz może się przed­stawiać niezbyt jednoznacznie, jeżeli odrzucić idealizm na rzecz empiryzmu (co nieko­nie­cznie, rzecz jasna, musi być słusznym, a zwłaszcza pożądanym krokiem).

 

Przeciwstawność ową wszelako rozciągano również na obywateli, zarzucając niektórym już na­wet nie sympatię, ale wręcz wewnętrzną i niekoniecznie świadomą bliskość z kulturą jednego bądź drugiego mocarstwa. Przykładowo, ludzie z jednej ulicy bywali powszechnie uważani za Sło­wańców „szkopskich”, a ci z sąsiedniej za ”ruskich”. Bardziej przy tym w cenie były samo­okre­ślenia negatywne – dany obywatel zaprzeczając przypisywanej jego osobie zażyłości z jedną z dwóch ww. nacji, gorliwie wytykał jednocześnie współobywatelowi zażyłość z nacją „przeci­wną” wobec tej, do której przynależność jemu samemu była zarzucana. Zarzutom tym zdarzało się (i zdarza cały czas) otrzeć nawet o kwestie antropologiczne – mówiono o „ruskich gębach” czy o „szkopskich ryjach”. Wszelako zwłaszcza tutaj można mieć wątpliwości co do zasadności o­wego dualizmu – byli (są zresztą po dziś dzień) Słowańcy wysocy, byli niscy, byli chudzi i krę­pi, niebiesko-, szaro-, tudzież czarnoocy, byli uszaci i byli zezowaci, jak również byli ci, których oczy i uszy nie dostarczały bliźnim szczególnych sposobności do jakichkolwiek mniej albo bar­dziej gruboskórnych przytyków, byli szorstkowłosi, krótkowłosi oraz długowłosi, byli także ły­si. Włosy obywateli słowańskich (tych niezupełnie łysych) były (i nadal pozostają) na ogół bar­wy blond, nie dziwili jednak (i nie dziwią obecnie) bruneci, szatyni oraz siwi, a nawet po­sia­da­cze kontrowersyjnego, choć niekiedy pociągającego (zwłaszcza u obywatelek) rudego owło­sie­nia głowy, jak również nawet ci, którzy maskują prawdziwe owłosienie, uciekając się do stoso­wania tej czy innej farby. Tych już szczegółowych cech fizjonomii nie identyfikowano jednak z daną nacją (poza romską, którą zdawały się wyróżniać, przynajmniej według powszechnego mnie­­mania, włosy tłuste i smoliste); być może różnorodność ta uświadamia po prostu, że w naro­dzie słowańskim istniały również inne wpływy, choćby jugosłowiańskie czy czecho­słowa­ckie, temat ten jednak nie był zazwyczaj roz­wijany i nie jest również obecnie, trudno rzec, czy słusznie. Ze swej strony mogę tylko dodać, że raz w życiu dane było mi wejść w bardzo bliskie relacje z pewną rudą osobą i był to Czechosłowak.