Węgla! - Cz. 1 - Rozdział 1

Powieść w odcinkach

Z. Niewieskiemu pracę niniejszą dedykuję.

W.K.

 

Część 1

DER UNTERGANG DES MITTELEUROPÄISCHES REALISMUS

              

Rozdział 1

    

Od rana rodzina Herców szykowała się do uroczystości... Mundur dziadka wydobyto z me­talowej szafy... Ta szafa miała swoją własną historię – ktoś kiedyś, w ciężkich latach, nie wiadomo już kto, Rico albo Frank (sami już tego nie pamiętają, chociaż na pewno nie mogli tego zrobić razem, od lat nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego), kiedy rodzinne meble nie wy­star­czały, by pomieścić cały dobytek rozrastającej się trzódki, a nowych na rynku brakowało, przyniósł ją wraz z kompanem, którego imienia nikt już nie spamięta (ani tego, czy jeszcze jest pośród żywych, ani tego, jaki miał kolor włosów, jakiej barwy oczy, czy był żonatym, rozwie­dzio­nym czy wdowcem) z jakiegoś państwowego magazynu. Obaj Hercowie podówczas w za­sa­dzie byli uczciwi (Rico takim pozostał, Frank aż tak bardzo nie odchylił się od normy, jak nie­którzy sądzili) i czuli strach przed wówczas jeszcze nie takim starym i wciąż fertycznym dziad­kiem, który nieraz mawiał, że nawet, gdy głód przyjdzie (a na szczęście nigdy nie było aż tak źle), lepiej sobie odciąć i zjeść własny palec, niż coś skraść. Lecz kierownik magazynu po wy­pi­ciu z petentem (Ricardem albo Frankiem) zafundowanego przez jednego z tych ostatnich bru­der­szaftu, uznał, że szafa nadaje się na złom, przy czym koszty zezłomowania będą większe od jej wartości, zatem petentowi (Ricowi albo Frankowi) można przekazać szafę w posiadanie, a na nawet na własność, odciążając w ten sposób państwową instytucję zobowiązaną do jej prze­cho­wywania. Trochę dziwne, bo szafa była solidna, a wiele innego szmelcu walało się po maga­zy­nie, zaś jeszcze więcej rzeczonego szmelcu było w powszechnym użyciu rozmaitych pub­licz­nych instytucji. Ale sprawę załatwiono pół-oficjalnie, a nawet może i całkiem oficjalnie – wypi­wszy kolejny bruderszaft (na koszt tego samego osobnika) kierownik magazynu wypełnił pro­to­kół zdania rzeczy, a petent (Ricardo albo Frank) protokół ten podpisał, zamaszystym i lekko krzy­wym podpisem (to zapewne z wrażenia). A więc petent ów (Rico albo Frank), któremu jed­no­cześnie udało się skombinować furgonetkę (wtedy to nawet przyjezdni z innych części kraju by­li ludzcy, a zapewne ludzcy byliby także i ci z zagranicy gdyby kraj odwiedzali, w każdym ra­zie dało się coś załatwić, teraz to „nie idzie i ze swojakami” – jak mawiano w mieście), w to­wa­rzy­stwie kompana (o którym nikt już nie pamięta, czy był wysoki czy niski, czy szczupły czy otyły i czy jeszcze żyje – może nie – jak wszędzie indziej, ludzie w tym mieście także umierają) załadowali przedmiotową szafę na naczepę i zawieźli do domu.

Szafa była solidna, jednokomorowa, wysoka na dwa metry, tylko płytka… Było to tuż po naro­dzi­nach jednego z dzieci, w podobnym czasie przyszedł na świat syn Franka Józef i córka Rica Stella – i rzeczona szafa miała w pewnej mierze być przeznaczona na dziecięce ubranka – nato­miast nikt już nie pamięta, czy miały być to rzeczy Józka czy też Stelli czy też żony braci, którzy ry­chło się na dobre zwaśnili, dogadały się i podzieliły przestrzeń szafy po połowie.

 

Później jednak, zwłaszcza, kiedy Rico dostał odprawę, po tym jak pożegnać się musiał z posadą elektryka w miejscowym zakładzie przemysłowym (traktował pracę poważnie, kilka razy skakał nawet przez płot, jako że wejście przez główną furtkę wiązałoby się ze spóźnieniem; niestety kie­rownictwo zakładu mniej poważnie potraktowało kwestię, czy istnienie rzeczonego zakładu w ogóle jest potrzebne) oraz po tym jak Frank, od dłuższego czasu już wtedy bezrobotny (cho­ciaż nie pozbawiony pomysłów na zarobek, z których to pomysłów co poniektóre nawet usku­te­cz­niał) wygrał pokaźną sumę w totolotka – po raz pierwszy w wieloletniej karierze gracza i niestety po raz ostatni, jak się miało okazać, Hercowie wzbogacili się o nowy komplet mebli – najtańszy zestaw pewnej szwedzkiej firmy, która właśnie weszła na krajowy rynek. Na ten czas, dzię­ki mediacji seniora rodu, udało się pogodzić zwaśnione rodzeństwo i decyzja o zakupie meb­li, tudzież sposobie ich wykorzystania była uzgodniona przez całą dorosłą familię, z u­wzglę­dnieniem stanowiska dzieci, które wystąpiły w roli obserwatorów pozbawionych wszakże pra­wa głosu. Długo oblewano dwie szafy, komodę oraz sofę dla gości (którzy rzadko bywali, co nie zwalniało jednak rodziny z obowiązku zachowania zasad gościnności), ciesząc się, że w miesz­kaniu przy ulicy Łabędziej, zagościł asortyment z samej dalekiej i zamożnej Szwecji. To były dni zgodne i pogodne.

Od czasu odprawy Rica i wygranej Franka nikt spośród Herców nie doznał bardziej znaczącego wzbogacenia, chociaż Frankowi raz na jakiś czas to czy owo załatwić się udało, a ubrań, które mają to do siebie, że starzeją się wraz z ich użytkownikami (czasem trochę szybciej, czasem trochę później niż użytkownicy, w tej kwestii nie ma reguł), zaczynało raczej ubywać niż przy­by­wać. Od czasu narodzin Stelli i Józefa w rodzinie nie przybyło nowych dzieci, a i w końcu do­tych­czas posiadane wyfrunęły z gniazda. Uwzględniwszy zatem obydwie okoliczności wymie­nio­ne, nie należy się dziwić, że przestrzeni w szafach zrobiło się sporo, nie było więc konie­cz­no­ści użytkowania metalowej szafy na potrzeby bieżące, zwłaszcza, że z uwagi na niewielką głę­bokość nie była specjalnie funkcjonalna. Postanowiono więc złożyć w szafie galowy mundur Herca-Seniora i odtąd tkwił w niej samotnie, wyciągany dorocznie z okazji Święta Górniczego, które przypadało na koniec listopada.

 

Pewnych rzeczy do końca nie dojdziemy. Ten, który przyniósł szafę, musi pozostać bezimienny albo rozdwojony. Czy zresztą podwójna tożsamość albo brak tożsamości nie bywają jednym, przynajmniej w pewnych przypadkach? Zostawmy tę sprawę myślicielom i medykom, a najlepiej tym nader wyjątkowym jegomościom, którzy we wszystkim, co czynią, potrafią być jednymi i drugimi naraz. Ci najlepiej znają pustkę rozdwojenia między ciałem a duchem. Z naszej strony mo­żemy tylko dodać, że pewne okoliczności eskapady wskazują zdecydowanie bardziej na cha­ra­kter Franka, jednak – z drugiej strony – ilekroć na przestrzeni lat pojawiały się w rodzinie ja­kieś wspomnienia dotyczące okoliczności sprowadzenia szafy, przebąknięto kilka razy, co pra­w­da bez pewności, o Ricu jako prawdopodobnym dobroczyńcy.

Zainteresowani nie wypowiedzieli się w tej kwestii w sposób jednoznaczny. Pozostawmy zatem tę wzmiankę taką, jaka jest.

 

A rzeczone święto górnicze niebawem miało nadejść i by senior, mężczyzna dziewięć­dzie­się­cioletni, mógł godnie prezentować swój stan podczas oficjalnej ceremonii, podczas których miał wystąpić w honorowej roli najstarszego żyjącego górnika, należało poczynić stosowne pre­pa­racje… W związku z nimi właśnie, żona Franca Honorata wyjęła mundur z szafy i zaczęła go czy­ścić z pełnym czci poświęceniem. Zrazu do pomocy zerwała się matka Franca i Rica, a syno­wa seniora, w familijnym gronie nazywana „mateczką”. Mateczka jednak była poważnie schoro­wa­na, a więc Kobieta o Dobrym Sercu Honorata nie dała sobie pomóc, bo wskutek pomocy u­dzie­lonej przez mateczkę, mogłoby się stać z rzeczoną mateczką bardzo źle. A więc Honorata przy­stąpiła do dalszych czynności odświeżania odświętnego stroju. Przetarła z kurzu dwuczęś­cio­wy czarny uniform zdobny złotymi lampasami, przeczyściła madziarskie czako zdobne wy­so­ką na metr czerwonawą kitą, przetarła szmatką zdobną sztucznymi brylantami Szpadę Weterana, którą otrzymał starszy brygadzista Werner Herc z okazji pięćdziesięciolecia wstąpienia do za­wo­du górnika (węgla kamiennego). Wkrótce do pomocy zerwała się żona Rica, Teresa, która również miała dobre serce, a nawet, zdaniem niektórych była Kobietą o Jeszcze Lepszym Sercu niż wymieniona wcześniej Honorata. Ponieważ nie mogła wykazać mniej poświęcenia, a nawet, jeśli istotnie miała Jeszcze Lepsze Serce, powinna była go wykazać przynajmniej Trochę Wię­cej, na nowo przetarła (z byłego kurzu) dwuczęściowy uniform, na nowo przeczyściła (starannie oczyszczone już) madziarskie czako zdobne wysoką na metr czerwonawą kitą, na nowo wre­sz­cie przetarła szmatką zdobną (nadal) sztucznymi brylantami Szpadę Weterana, (tę samą) którą otrzymał starszy brygadzista Henryk Rudolf Herc z okazji pięćdziesięciolecia wstąpienia do za­wo­du górnika (węgla kamiennego). Honorata była z tego umiarkowanie niezadowolona, choć mia­ła podstawy sądzić, że Teresa nie uczyniła owego podwojenia w celu zdyskredytowania ja­ko­ści jej zabiegów. Poczuła się jednak może Kobietą o Stosunkowo Gorszym Sercu i owo Być Może Stosunkowo Gorsze Serce, jako że było stosunkowo gorsze, trochę ją z tego powodu zabolało.