"Trzeba w coś wierzyć"

W stosunku do tego komunału może bardziej jeszcze niż do wielu innych niezbędne jest zastosowanie metody genealogicznej: kto, gdzie i w jakich okolicznościach go wypowiada? Jaki sposób istnienia, jaką, by tak rzec, kondycję zakłada taka wypowiedź? Bez rozstrzygnięcia tych kwestii nie będziemy w stanie zrozumieć jej właściwego sensu, tego, co w niej właściwie powiedziane. Otóż nie ulega wątpliwości, że kondycją wszystkich opowiadających się dzisiaj za „koniecznością wiary w coś” jest całkowity uwiąd i nihilizm. Od czasu Nietzschego zdajemy sobie sprawę z nihilistycznego charakteru wiary w transcendencję, jednak wiara „w coś”, a ściślej: w cokolwiek, to nowość, której wyzwania nie możemy nie podjąć w ramach dzieła dekomunalizacji. Czy w grę wchodzi kolejna maska kapłaństwa? Tak, wyczuwamy już wyraźnie woń kadzideł – wszelako z kilkoma nieznanymi wcześniej nutami. Postępujmy jednak metodycznie.

 Na pozór nie ma nic bardziej oczywistego niż to, że ciągle „trzeba w coś wierzyć”. Żeby wykonać jakikolwiek krok, musimy wierzyć, że pod stopą znajdziemy twardy grunt; ogólnie rzecz biorąc – żeby żyć, musimy całą masę rzeczy „przyjmować na wiarę”. Wierzymy, że świat, w którym znajdziemy się jutro, będzie podobny do tego, w którym żyjemy dziś. Kierujemy się „nawykiem” – jak by powiedział Hume – ponieważ, z różnych względów, przypadkowych bądź istotnych, brakuje nam danych, na podstawie których moglibyśmy przeprowadzać pełne i poprawne wnioskowania. Tyle zdrowy rozsądek, i część nowożytnej filozofii. 

Komunał ma jednak to do siebie, że zdroworozsądkowa oczywistość służy mu często jedynie jako maska, jako niezbędny efekt oczywistości. W tym konkretnym przypadku sens dosłowny i zdroworozsądkowy wydaje się wręcz wytworem jakiejś sztucznej, czysto teoretycznej interpretacji odsyłającej do poziomu „epistemologicznego” (czego nie możemy wiedzieć, w to musimy wierzyć), podczas gdy intuicyjnie uchwytne jest raczej znaczenie „egzystencjalne”. Właśnie to drugie znaczenie leży niejako „na wierzchu” i poraża swą oczywistością, nie będąc jednak bynajmniej niczym prostym, skrywając jeszcze inne, głębiej ukryte warstwy.

„Trzeba w coś wierzyć, żeby żyć” – nie tyle w znaczeniu pragmatyki przetrwania, ile w sensie uczynienia życia czymś sensownym. Trzeba w coś wierzyć, żeby życie miało sens. Przyjrzyjmy się przesłankom tej wypowiedzi. Po pierwsze, przypuszczenie, że życie mogłoby być całkiem odarte z sensu – i związana z owym przypuszczeniem reakcja: takie życie byłoby nie do zniesienia. Po drugie, imperatyw: musimy za wszelką cenę poszukiwać sensu. Po trzecie – upragniony sens udzieli się naszemu życiu tylko wtedy, gdy uwierzymy, uwierzymy w „coś”, co mu ten sens nada. Zostawmy na razie na boku owo „coś”. Już same wymienione przesłanki wystarczająco klarownie ukazują nihilistyczny charakter formuły. Nihilistyczny fantazmat w czystej postaci: życie nie ma sensu, a przecież domaga się go, rozpaczliwie o niego woła, żąda dla siebie jakiejś racji, jakiegoś usprawiedliwienia. Wyobrażać sobie, że życie powinno mieć sens, a następnie drżeć, czy aby sens taki naprawdę istnieje, wreszcie przyjmować „jakiś” sens na wiarę – oto logika nihilizmu, dokładnie w rozumieniu proponowanym przez Nietzschego. Nihilistyczna jest logika, która wiąże tu poszczególne elementy, nihilistyczne są również same elementy, funkcjonujące w ramach tak zawiązanej całości. Mówimy: „życie”, a mamy przecież na myśli „to życie”, „życie doczesne”, „skończone”, w dodatku zawsze „moje”. Czy to życie ma jakiś sens, skoro kończy się moją śmiercią-unicestwieniem? Mówimy po prostu: „sens”, a mamy na myśli sens wyższy niż życie, sens jako ratunek przed skończonością.

W tej konstelacji nihilistycznych znaczeń porusza się świadomość poszukująca wiary. Życie jest kipiącą produkcją sensów, które występują zawsze w liczbie mnogiej i zawsze w nadmiarze – ale nie „moje biedne życie”, jakim żyje nihilista. Ten ostatni nie wie nic o życiu i jest całkowicie do niego niezdolny; neurotyczne zafiksowanie na tym, co własne, to jedynie symptom tej niezdolności. Nihilista szuka dla siebie ratunku, nic dziwnego, że jego duchowe sobkostwo ostatecznie musi zaprowadzić go przed jakiś ołtarz. Pragnienie indywidualnego zbawienia, indywidualnej nieśmiertelności – wspomnijmy pogardę Nietzschego dla tej skrajnie małostkowej idei. Jednak już sama struktura: życie/doczesność i sens/ratunek wyraźnie domaga się jakiegoś boga. 

Cokolwiek zajmie pozycję „czegoś” z naszej formuły, w istocie będzie bogiem, będzie pełnić jego funkcję. Czy zatem owo „coś” rzeczywiście może być „czymkolwiek”? Odwołajmy się znów do Nietzschego – tak zwany przez niego „nihilizm reaktywny” polega właśnie na podstawianiu w miejsce martwego boga najprzeróżniejszych figur, gwarantujących sensowność naszego życia: Człowiek, Państwo, Historia. Dalsze pozycje na liście możemy dopisać sami: Naród, Rodzina, Partia, Wolność itd. Wszystkie te figury wiąże jedna podstawowa charakterystyka – są one mianowicie Najwyższymi Wartościami. Gdy nie jesteśmy już w stanie wierzyć w jedne, przyjmujemy inne; najważniejsze, by wierzyć w jakieś wartości. Co wtedy, gdy zestaw Wartości Najwyższych się wyczerpie? Gdy nie będziemy już w stanie wierzyć w żadne „wielkie idee”? To pytanie dotyczy bezpośrednio naszej aktualnej „kondycji”. Oczywiście, nie brakuje i dziś wyznawców Rodziny, Państwa czy – zwłaszcza – Człowieka. Jednak przywoływanie wprost tych monumentalnych figur, staje się w co raz większym stopniu czymś wstydliwym. Nawet do tych sztucznych, zastępczych, zdegenerowanych mitów już nie dorastamy. Już prawie nie śmiemy głośno ich przywoływać. W tej sytuacji Nietzsche wieścił nadejście „nihilizmu aktywnego”, akt destrukcji wartości jako takich i całkowite opustoszenie miejsca, w którym niegdyś rezydował bóg. Owa destrukcja, z początku jeszcze całkiem religijna z ducha, dokonująca się pod znakiem rozpaczy, mogłaby następnie doprowadzić do upragnionego „przewartościowania” – zniesienia samego miejsca, a wraz z nim także metafizycznej tęsknoty jako takiej. Ostatni etap, „przewartościowanie wszystkich wartości”, był przy tym dla Nietzschego kwestią przyszłości tyleż dalekiej, co nieprawdopodobnej, na granicy tego, co niemożliwe. 

W historii tryumfuje duch resentymentu; tryumfują kapłani. Z naszej perspektywy widać to jeszcze wyraźniej. W istocie, kapłani znaleźli rozwiązanie, by powstrzymać ostateczną katastrofę, rozwiązanie oczywiste, które w swej genialnej prostocie nie przyszło do głowy nawet Nietzschemu, znawcy duszy kapłańskiej: skoro nie możemy już śmiało wierzyć w Wartości Najwyższe, a jednocześnie przeraża nas „upadek wszelkich wartości”, wierzmy w cokolwiek! Liczy się wszak nie „(w) co”, lecz „jak”, a właściwie: „że”. Tak oto dochodzimy do czystej formy pobożności. Byleby w „coś” wierzyć, w samego siebie, w uczucia, przydatność naszej pracy, w dobrą zabawę, uśmiech dziecka – treść czy przedmiot naszej wiary może być czymś całkiem niepozornym, ba: im bardziej niepozorna treść, tym większa żarliwość, tym większa waga owego „płomyka wiary”, który tli się w sercu. Żaden przedmiot wiary nie będzie poniżej naszych aspiracji, ponieważ to sama wiara, forma wiary, wiara jako najwyższa forma jest przedmiotem naszej aspiracji.

Nihilizm zawsze stanowi połączenie skrajnego cynizmu i równie skrajnego mazgajstwa. Obala się pomniki i manifestuje bezwzględny sceptycyzm wobec wszystkich bogów (wartości), by zaraz – albo nawet w tym samym momencie – wydać z siebie jęk: „przecież jednak trzeba w coś wierzyć”. Jak wyrwać się z tego zaklętego kręgu i „przezwyciężyć nihilizm”? Od czasów Zaratustry nie ma chyba kwestii równie palącej, ale i bardziej złożonej z filozoficznego, historycznego i psychologicznego punktu widzenia. W tym miejscu zatem –jedynie luźno rzucona myśl, tak jak całość tych rozważań biorąca się z nietzscheańskiej inspiracji. Otóż właśnie nasze dzisiejsze położenie, panowanie czystej formy pobożności samo, być może, wskazuje słuszny kierunek ataku. Trzeba pozostawić nihilistom walkę z (powołanymi przez nich samych) wartościami – i tak znajdą sposób, by „w coś wierzyć”. Lekcja współczesnego nihilizmu poucza nas, że przedmiot odgrywa rolę drugoplanową. Liczy się zaś wiara jako czysta forma. Dlatego nie chodzi o to, by „w nic nie wierzyć”; taki akt zbyt łatwo przemienia się w „wiarę w nicość”, a więc – tak czy inaczej wiara. Trzeba podejść do wiary nie od strony „czegoś/niczego”, co jest jej obiektem, lecz rozprawić się od razu z wiarą jako formą. Co więcej, tytułem prowokacji (ale nie całkiem dla żartu), należałoby zacząć od postawienia paru kłopotliwych pytań, w rodzaju: czy możliwy jest stosunek do bogów inny niż stosunek wiary (bądź niewiary)? Kto wie, czy niektóre przeszłe i dzisiejsze przedmioty wiary nie mogłyby zostać jakoś „odzyskane”, stać się przedmiotem jakiejś jeszcze nam nieznanej afirmacji. Zresztą, czy do końca nieznanej? Wskrzeszanie dawnych bóstw raczej nie wzbudzi naszego entuzjazmu, jednak w sensie historycznym kwestia pozostaje otwarta: czy Grecy wierzyli w swoich bogów? Tak może myśleć tylko chrześcijanin. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić owej relacji, nie będącej ani wiarą, ani pewnością czy wiedzą, ani przeświadczeniem. Grecy posiadali „instynkt” religijny. Zastąpić wiarę instynktem afirmacji – oto definicja problemu, w odniesieniu do wszystkich rzeczy, które budzą nasz zachwyt, w odniesieniu do ludzi, idei, dzieł i – kto wie – może nawet niektórych wartości, w ten sposób „stworzonych na nowo” (choć pewnie nie owych Wartości Najwyższych). A wreszcie także w odniesieniu do samego życia – ostatnia pułapka, jaką zastawili na nas nihiliści – wiara w życie. Wierzyć w życie to zdradzić je po raz ostatni i najbardziej podstępny.

Nie jest pewne, czy sama, czysta filozofia może dostarczyć nam pełnej „teorii” takiej afirmacji. Bez wątpienia potrzeba by do tego również wyrobionego zmysłu historycznego i psychologicznego, jakiejś nowej „antropologii”. Sytuacja nie jest jednak beznadziejna. Literatura od dawna traktuje to, co ludzkie, jako pole eksperymentu. Dlatego to ona wydaje się szczególnie uprzywilejowana, gdy idzie o radykalny, właśnie z gruntu filozoficzny, eksperyment na człowieku wiary. Musi ona albo zmusić go do skoku w afirmację, ukazać afirmację jako całkiem nową formę życia, albo też odkryć ją gdzieś „pod” warstwą wiary, ukazać geologię moralności, by dokopać się do najbardziej archaicznych pokładów, przez wiarę jedynie tymczasowo przykrytych, ale wciąż aktywnych swymi sejsmicznymi ruchami. Naszą rzeczą jest pokazać, że taka literatura, bardziej filozoficzna od niejednej „filozofii”, istnieje – albo samemu ją stworzyć.