1. Sfera przekazu publicznego, o której będzie tutaj mowa, nie ma ani nazwy, ani wyraźnie określonych ogólnych granic. Chodzi zatem o wszystko, co należy do generalnej kategorii przedstawienia seksu. Od względnie pruderyjnych czasopism dla „mężczyzny/kobiety z klasą” aż po ostre hard-porno. To, rzecz jasna, sfera bardzo różnorodna wewnętrznie, przenikana przez siły należące do przeciwstawnych wymiarów życia społecznego, tzn. zarówno siły władzy, dyscypliny i parcelizacji, jak i przewrotne wobec nich siły anarchii i perwersji. Zresztą widać, że w sferze przedstawienia seksu odbija się i przegląda szerokie spektrum świata społecznego, rozmaitość jego wymiarów. Automatyzacja i alienacja. Pacyfikacja i dyscyplinarność. To, co nowoczesne, radykalnie nowe, ale i to, co archaiczne, atawistyczne. Przepływy pożądania i kapitału. Rozkosz i praca. Masowość, plebejskość, ludyczność. Bezduszność i śmiech. Głupota i parodia.
Dla ścisłości dodajmy, że chodzi wyłącznie o takie przedstawienie, w którym seks upubliczniany jest ze względu na sam seks, autotelicznie (co nie wyklucza w żadnym razie, a raczej zwykle zakłada, szereg nie-autotelicznych uwikłań danego przedstawienia, rynkowych, politycznych, psychospołecznych...) A więc zostawiamy z boku obszerną dziedzinę, w której obraz seksu kieruje pożądanie seksualne na obiekty niemogące służyć jego bezpośredniemu zaspokojeniu, w której zatem popęd staje się jedynie cząstkowym napięciem psychosomatycznym, nieuzyskującym bezpośrednio rozładowania innego niż symboliczny pseudoorgazm lub fantazmat narcystyczny, wkodowany w towar. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o „seksualną” reklamę olejów silnikowych czy telefonów, czy w ogóle czegokolwiek. Na zasadzie „realne napięcie -> pseudorozładowanie” opiera się także, przynajmniej w pewnej mierze, cały system gwiazdorsko-showbiznesowy. Jeśli mówi się czasem, że ciało stało się towarem, to w największej mierze dotyczy to celebrities. Wiadomo dobrze, że popęd, jaki wywoływany jest w ramach tego systemu u jego odbiorców, może uzyskać nie tylko zwyczajne autogratyfikacje dostępne odbiorcom sygnału telewizyjnego, ale i, ponad nimi, kulminować w wyładowaniach zbiorowej histerii czy ślepego pędu (jak np. wtedy, gdy fani pędzą z dziką żądzą za limuzyną idola czy gdy wpadają w szał podczas koncertu), o które właściwie w nim chodzi – dlatego nigdy wprost nie zachęca się tutaj widzów do samozaspokojenia (choć i tu z kolei mamy graniczną sferę, mianowicie komercyjny hip-hop, którego przekaz nieodróżnialny jest od czystej erotyki, jeśli nie pornografii, choć bardziej niż ona zmetaforyzowany). Mechanizmy zaszczepiania i globalnej dyfuzji reakcji pseudoorgiastycznych wyznaczają w ten sposób swoiste pole radykalnego ogłupienia i dezorientacji pożądania, a show-biznes w swoim aspekcie nieustannej ekspozycji sex-appealu gwiazd i pogoni za nim, to w dużej mierze „graniczny” przemysł quasi-pornograficzny. W nim jednak chodzi właśnie o gwiazdorski sex-appeal oraz o dezorientację samego popędu seksualnego u odbiorcy, radykalne jego przechwycenie przez popęd masy, radykalną dezindywidualizację (czy może być bardziej deprywujący, a zarazem idiotyczny fantazmat niż miłość fana do idola?); podczas gdy w przedstawieniu seksu chodzi – mimo wszelkich faktycznych interwencji i intruzji tego, co masowe i dezorientujące – właśnie o seks.
2. Warto zwrócić uwagę na fakt, że przedstawienie seksu istnieje „od zawsze” i od zawsze też dotyczy wszystkich bez wyjątku jego postaci (jedynie wtórnym regulacjom podlega stopień jawności i dopuszczalności ukazywania różnych form). Dlaczego seks chce być widoczny? Dlaczego nie może się ograniczyć do samego aktu, lecz musi się prezentować? Są to bardzo źle postawione pytania. Bo przecież wszystko, co żywe, pragnie nie tylko nagiej prostoty życia (aktu istnienia), ale i ekspresywnego jego o(d)krycia, „przesłaniającego ujawnienia”. Seks zaś nie jest tym, co żywe, ale raczej niezbywalną przesłanką wszystkiego, co żywe, a więc musi on być w istotnej mierze instancją tej ekspresji. Choć nie wszelka ekspresja odnosi się do seksu (nie jest przedstawieniem seksualności), to jednak każda jest zawsze seksualna, bynajmniej nie na zasadzie sublimacji, lecz raczej na zasadzie „orbitowania”: ekspresja orbituje wokół seksualności jako swego ostatecznego sekretu i jako swego punktu odniesienia (odniesień tych może być jednak mnóstwo rozmaitych). Nie tylko, żeby było jasne, wokół niej, bo także wobec innych ważkich problemów życia, jak śmierć, swoboda, granica itp. Seks nie stanowi jakiegoś centrum w przestrzeni ekspresji, orbitowanie polega na tym, że jest wszechobecny, ale zarazem w tej wszechobecności albo bezpośredni, albo oddalony w stronę horyzontu, ledwie dostrzegalny, prawie nieobecny... A jednak zawsze wraca.
Pornografia to ślepa plamka sztuki jako ekspresji. Pornografia jest sztuką, jest nią może nawet bardziej niż jakakolwiek inna, jest sztuką sztuk, ponieważ wyraża bezpośrednio, wprost i centralnie to, co stanowi przesłankę wszelkiego wyrażania. Starożytni sakralizowali ten fakt w powszechności przedstawień publicznych Priapa i fallusa (rozmaitej wielkości monumenty falliczne były w istocie najczęściej występującym artefaktem w pozamiejskim krajobrazie Grecji i Rzymu, był to świat najeżony wzwiedzionymi chujami). Sztuka „zaczyna się” od przedstawienia seksu, co oczywiście już zrazu musi być nadkodowane przez rytuał, obyczaj i religijność (nie będące zresztą w żadnej sprzeczności z życiem). Wszelako sztuka też pierwsza musi obłożyć przedstawienie seksu, przynajmniej w jego bezwstydnej bezpośredniości, anatemą. Albowiem przedstawienie seksu nie jest tylko, jak wszelka w ogóle ekspresja, błogosławionym przejściem od nagiej materialnej aktywności życia do jego ekspresji, do zamaskowania poprzez jawność i do formalizacji, jest ono również możliwością powrotu do niego, do nagości, bezforemności i horroru, o ile wznieci w nas ekscytację seksualną; jest i wyniesieniem, i upadkiem. Pornografia to zatem najbardziej wątpliwa ze sztuk, sztuka fundamentalnie antynomiczna, zasadniczo ambiwalentna i budząca przerażenie. To, co zostaje przez nią ustanowione, musi ją zdradzić, aby się ostać. Zdrada polega na ucieczce od bezpośredniości. Od bezpośredniości, od której w nieskończoność można uciekać, ale od której nie można się oderwać. I to właśnie ta ambiwalencja i ta antynomiczność są być może źródłem tego, co najbardziej ekscytujące w sztukach, które mając pornografię za ukrywane i wstydliwe źródło, zawsze zarazem uruchamiają jako jeden z abstrakcyjnych momentów ekspresji intelektualną grę z ambiwalencją i antynomicznością tego, co dla nich źródłowe, i co stanowi przesłankę życia. Albowiem właśnie gra z ambiwalencją źródłowości życia jest tym, co stanowi o tajemnicach i głębokich dreszczach właściwych każdej wielkiej sztuce. Jeśli seks jest zasadą, a zarazem otchłanią dla ekspresji życia (jest zasadą, bo jest tym, czym życie jako takie najbardziej się interesuje, jest otchłanią, bo odbiera mu mowę, pozbawia formy, pokazując również, że ekspresja ostatecznie nie samej sobie, lecz właśnie jemu służy; jest, by tak rzec, jego zapośredniczeniem się ze samym sobą), to ta ostatnia – odkąd w każdym razie staje się Sztuką – chce kroczyć po krawędzi tej otchłani. Tyle na temat wieczności pornografii.
3. W naszych czasach sfera przedstawienia seksu rozdzielona została na dwie połowy, a podział ten jest bardzo pilnie strzeżony – mówi się zatem o „erotyce” z jednej strony, z drugiej zaś – o „pornografii” (i odtąd będę używał tego terminu właśnie w tym aktualnym sensie, nie zaś, jak powyżej, w jego sensie wiecznym). Oczywiście, w jednym i drugim, chodzi de facto o seks – to seks jest centralnym przedmiotem, choć owa centralność seksu różnie bywa organizowana. Wszakże podział ten uważa się za fundamentalny, prawdopodobnie dlatego, że w grę semantyczną wkradają się tutaj takie czy inne rozwiązania jurydyczne, wymagające jakichś widocznych i jednoznacznych kryteriów odgraniczenia; również z tej przyczyny, że będąc rozdziałem dość nieostrym umożliwia dalsze zróżnicowania stopnia erotyzmu lub pornograficzności. Wyłania się w ten sposób specyficzna dla naszych czasów zadziwiająca gama sposobów i schematów przedstawiania – system upublicznienia seksu, parcelacja dziedzin i dystrybucja nadkodowań; jedyna w swoim rodzaju komasacja rozkoszy, pogardy, komercji, idiotyzmu, kiczu, śmiechu, swobody i władzy.
Wkroczmy zatem w mglistą przestrzeń obrazu seksualnego nakierowującego na obiekt rozładowania, oferującego lub obiecującego, lub przynajmniej propagującego orgazm, który – nawet zakładając większą czy mniejszą izolację, ograniczenie kontaktu, atomizację ciał, ich ruchów, ich zachowań i mikro-reakcji – stanowi mimo wszystko realne doświadczenie cielesne. Ta uwaga jest przy tym o tyle nietrywialna, o ile w dziedzinę tę wkracza dyskurs psychologiczno-moralistyczny ze swoimi podziałami na doświadczenie fałszywe lub prawdziwe, patologiczne lub zdrowe, wreszcie, naganne lub odpowiedzialne. Otóż niezależnie od czysto aksjologicznych rozstrzygnięć, którymi nie będziemy się tu zajmować, z całą pewnością nie ma podstaw do rozdziału tych doświadczeń na „fałszywe” i „prawdziwe”, skoro chodzi o reakcje o podłożu organicznym.
Już na pierwszy rzut oka w sferze przedstawienia seksu różnorodność form, polifonia głosów zdaje się prawie niewyczerpana. Dziedzinę tę wyznaczają bowiem zarówno fundamentalistycznie mieszczański „Playboy”, jak i –zgrzebny plebejski „Playstar”, jak i czasopiśmiennictwo s/m czy zoofilskie; zarówno quasi-intelektualne „Dziewięć i pół tygodnia”, jak i „Fucking dogs II”. Od drobnomieszczańskich konwulsji, poprzez mieszczańską kontrolowaną pikanterię aż do upodobań i perwersji, o których nie śniło się naszym filozofom: choć pomiędzy odbiorcami rozmaitych gatunków mogą istnieć nieprzebyte przepaści, wszędzie przecież chodzi o seks i każdy rodzaj seksu chce się ujawniać, chce być przedstawiony, zarówno ten uprawiany w kloakach, jak i ten z klasztorów i seminariów.To oczywiste, że mnożą się tutaj osie polaryzacji: istnieje np., z jednej strony, sfera dostępności publicznej (przez niekodowane kanały telewizyjne, czasopisma dostępne w kioskach, filmy erotyczne itp.), jak również sfera intruzji przedstawienia seksu w przedstawienia w ogóle (tzw. „momenty”, którymi zazwyczaj w sposób całkowicie sztuczny, spowalniający i schematyczny okraszane są „zwykłe” filmy, książki, prasa rynsztokowa) oraz, z drugiej, sfera dostępności półjawnej, powszechnej, ale prywatnej (filmy porno, czasopisma superostre i/bądź superspecjalistyczne, także cyrkulacja materiałów nielegalnych). Co ciekawe, o ile zewnętrzne granice sfery publicznego przedstawienia seksu są dość nieostre, o tyle jej rozgraniczenia wewnętrzne, przeciwnie, podlegają nierzadko bardzo precyzyjnym kodyfikacjom. Dałoby się ściśle wyliczyć różnice, jakie dzielą poetykę „Playboya” od poetyki „Playstara” – można by wręcz powiedzieć, że każda z domen posługuje się własnym „dekalogiem”, a pomiędzy nimi panuje silne napięcie.
Na samej powierzchni semiotycznej, formy kodyfikacji obrazu układają się wokół innych wartych wzmianki osi polaryzacji, takich jak: obecność/nieobecność w obrazie fallusa; ciągłość/nieciągłość montażowa (wraz z dokończeniem bądź niedokończeniem aktu w obrazie); naturalizm/antynaturalizm obrazu, a nawet suchość/mokrość (czyli występowanie albo niewystępowanie w obrazie wszelkiego rodzaju wydzielin cielesnych). Pary takie można by mnożyć – wszystkie one służą mnożeniu rozdziałów jakościowych i stopni jawności, dostępności czy wreszcie „demoralizacji”.
4. Zauważmy, że wszystkie obrazy należące do ogólnodostępnego obiegu jawnego, dopuszczalnego dla całej dorosłej populacji, telewizyjne, kinowe, prasowe, podlegają zakazowi rozpowszechniania pornografii, który oznacza tak naprawdę chyba tyle, że przedmiotem obrazu nie może być rzeczywisty akt seksualny. Można pokazywać wszystko, byle nie pokazywać samego stosunku. Inny zakaz odnosi się do przedstawienia fallusa: wykluczenie, a w każdym razie maksymalna ostrożność wobec fallusa oraz rzeczywistości stosunku zdaje się konstytuować ogólnodostępność przedstawienia seksu (oczywiście również podlegającą pewnym restrykcjom, choć raczej mało w istocie utrudniającym powszechny dostęp). Oczywiście, zakazy te są łamane, ale zawsze mamy wtedy do czynienia z największymi „kontrowersjami”, co znaczy, że istotnie tu właśnie tkwi największe tabu.
Co z tego wynika? Co to znaczy? W jakiś sposób, jak łatwo zauważyć, nie znaczy to nic i dowodzi jedynie ukrytego bezsensu, jaki leży zwykle u podstaw norm dopuszczalności i restrykcji. Niby dlaczego przedstawienie prawdziwego stosunku miałoby być mniej dopuszczalne niż przedstawienie seksu na niby?
A jednak ta zasada „zakazu prawdy” – zapewne pokazująca jedynie, jak obsesyjnie i naiwnie podchodzi się zazwyczaj do kwestii prawdy – strzeżona jest skrupulatnie (a przekraczana jedynie w wypowiedziach skierowanych do „ambitnej publiczności”). Dlatego przeciętny film erotyczny, czy to telewizyjny, czy kinowy, niezależnie od skali nasycenia samym erotyzmem, przedstawia osoby jedynie naśladujące – w mniejszym lub większym przybliżeniu, z większym lub większym naturalizmem – rzeczywistość aktu. Wkracza tu więc „rzemiosło artystyczne” oraz typy kodyfikacji gry aktorskiej. Zwraca jednak uwagę, że pseudoartystyczna otoczka przedstawień z gatunku Playboya (zwłaszcza telewizyjnego), Emanuelle czy Nagiego Instynktu ma być moralnym usprawiedliwieniem, a przecież w jakimś sensie staje się również kalumnią – bo „nie tylko o seks w nich chodzi”, lecz i „o coś więcej”. Do ciekawostek należy też to, że „Playboy”, „Foxy fantasies” to przedstawienia, w których nie tylko nie ujawnia się fallusa, lecz czasem wręcz, jakby przez niedopatrzenie, pozwala się, by pomiędzy splecionymi udami pogrążonych w namiętnym szale kochanków ukazał się w niewielkim prześwicie brak erekcji, zupełna suchość organów, beznamiętność fałszerstwa. Także na poziomie montażu obraz zostaje nierzadko wykastrowany, a jego ciągłość poszatkowana, wraz z ostatecznym zerwaniem ciągłości przedstawienia seksualnego, które ustąpić musi tyleż naiwnej, co spełniającej standardowe wymogi fabuły. Wiele zresztą zabiegów artystycznych przynależących do kanonu „erotyzmu” nie tylko służy zakazowi prawdy, ale i nakazowi falsyfikacji, a nawet pewnej idealizacji i pacyfikacji, zwłaszcza gdy chodzi o intensywność przeżycia. W ten sposób możemy w obrębie erotyzmu wyróżnić sferę erotyzmu dyscyplinarnego, w której panuje zakaz przedstawiania intensywności i intensyfikacji jako takiej. To obrazy jałowości, dziwacznego wygładzenia i estetycznej sterylizacji, jakie przenikają zwłaszcza poetykę Playboya, zarówno, gdy przedstawia ona ciała, jakby zdematerializowane w swym przesterowanym cukierkowym wylizaniu (u kobiet) lub skrajnym, herkulesowym napakowaniu (u mężczyzn), jak i wtedy, gdy przedstawia stosunek, zawsze unikając jakichkolwiek gwałtownych ruchów, rozpuszczając go w dziwnie monotonnej i karykaturalnie powolnej „płynności”. Natrętna symulacja staje się tu jakby samą powierzchnią przekazu, podczas gdy głęboką treścią takich przedstawień okazuje się, w ramach zachęty do zaspokojenia, także ukryty szept dyscyplinarnego formowania cielesności – ostrożne ruchy, spokój, równy rytm, stałe tempo, oto, co w istocie przyczynia się do „dehumanizacji” seksu, choć ma za przesłankę ukrycie w nim tego, co arytmiczne i animalne, i co w istocie decyduje o intensyfikacji. Dyscyplinarny, laboratoryjny erotyzm w stylu „Playboya” to erotyzm ludzi, którzy w łóżku przede wszystkim muszą odpocząć, a nie dodatkowo trwonić energię; erotyzm anty-ekstatyczny i anty-euforyczny, który nakierowuje na oszczędny i ostrożny seks korporacyjno-familijny.
5. Dlaczego jeden z najpopularniejszych i najlepiej rozpoznawalnych chyba na całej naszej planecie filmów erotycznych, „Seks w wielkim mieście”, nie jest w ogóle sexy?
W istocie mamy tu do czynienia z hybrydą dwóch co najmniej gatunków, tzn. filmu erotycznego (nie w sensie jakichś bezpośrednich koncesji, ale zgodnie z ogólnym formatem „erotyzmu”, w którym chodzi o pierwszoplanowość „seksu w szerokim kontekście życia”) oraz serialu komediowego zgodnego ze schematem „rozmaite perypetie grupki przyjaciół”. Erotycznego charakteru filmu nie zmienia fakt, że samych przedstawień stosunku jest w nim raczej niewiele (zgodnie z mitem, niewątpliwie patriarchalnej proweniencji, na temat naturalnej jakoby awersji kobiet do „pokazywania wprost”), a jeśli już, to z reguły pokazuje się go „na wesoło”. Ważniejsze, że seks jest tu przedmiotem centralnym. W naszych czasach największą renomę zdobywają jednak formy hybrydowe (wszak hybrydowość jest główną zasadą przemysłowej produkcji „tego, czego jeszcze nie było”), stąd przemieszanie erotyzmu z żywiołem serialu komediowego.
„Seks w wielkim mieście” może być sztandarem korporacyjnej globalizacji w sferze seksualności. Nie wynika to jednak ani ze społecznego entourage bohaterek, ani z afirmacji wartości nowoczesnej zachodniej klasy średniej. Nie wynika to również stąd, żeby seks był tu w jakikolwiek sposób ograniczony – nie, jest wszędzie, można go szukać każdą drogą i odkrywać w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Na pozór – swoboda seksualna staje się przedmiotem upartej, wręcz obsesyjnej adoracji i afirmacji, można ją nawet kwestionować, ale nie można w niej nie uczestniczyć (stąd jedna z czterech bohaterek-przyjaciółek musi być „cnotliwa”, co jednak nie ogranicza jej przynależności „do wtajemniczonych”), albowiem jej zasada tworzy przestrzeń komunikacji i społecznej więzi. Oto seks jako aksjomat, jako to, co konstytuuje wszelki dyskurs, ale co właśnie dlatego redukuje ekspresję, odbiera jej wszelką złożoność estetyczną. Nie od dziś wiadomo, że gadanina jest wrogiem wyrazu, zaś komunikacja – sensu.
Nic nie jest tak nieseksowne jak „pikantne pogawędki kumpli”, podobnie jak nic nie jest tak niezabawne, jak ukute wymogi komediowości. Kiedy jedno łączy się z drugim, musi dojść do toksycznego wręcz połączenia nieśmieszności z nieseksownością. I choć niejeden konkretny dowcip rozśmiesza (mamy wszak do czynienia z filmem dla „inteligentnego widza”), podobnie jak niejedna konkretna kreacja aktorska czy pomysł sytuacyjny zapewne ekscytuje zmysły i emocje, to przecież po obejrzeniu całości robimy się przygnębieni i niepocieszeni, tak na duchu, jak i na ciele – ogarnia nas żałość. Dlaczego tak się dzieje?
Jednym z wymogów serialu komediowego jest karykaturalna typizacja bohaterów, ich fatalistyczna tożsamość, która każe im „zawsze powielać ten sam schemat”, popadać „zawsze w te same tarapaty” itp. Żywioł seksu staje się wobec tego jednym z podstawowych elementów tej fatalistycznej tożsamości, ba, staje się samą kwintesencją fatalizmu („dlaczego zawsze ląduję w łóżku z tym samym facetem”? „dlaczego TO zawsze tak samo się kończy?” – pytania, które może sobie postawić bodaj każda z bohaterek, pomimo wszelkiej ich rzekomej różności). Czy może być bardziej zafałszowane, bardziej neurotyczne i ciężkostrawne przedstawienie problemu seksu? (Fałszywość w tym wypadku nie wyklucza, że obraz ten podzielany jest przez rzeszę odbiorców.) Podczas gdy prawda seksualności ma się do prawdy tożsamości ludzkiej jak to, co radykalnie intensywne i dynamizujące, do tego, co procesualne i dynamiczne, tutaj sugeruje się, w sposób nadzwyczaj kretyński, że, całkiem na odwrót, seks ma się do tożsamości tak, jak to, co niezmienne, co zamknięte i co raz na zawsze ustalone, do tego, co statyczne, określone i trwałe: może tu ewentualnie zachodzić pewna destabilizacja („ach ten seks, który doprowadza nas do psychicznego rozchwiania, który jest źródłem ciągłego niepokoju...”), ale nigdy nie może być mowy, aby seks stał się doświadczeniem radykalnej nie-sobości, bez-osobowości, a zarazem czystej cielesności, złożonym pobudzeniem ciała, eksperymentem na nim i sobie, na granicy między nim a sobą. Nie, wszak poprzez seks zawsze powracamy do siebie, do swoich problemów, swoich ograniczeń i zahamowań, w seksie ujawniamy fatalną, ale jakże głęboką prawdę o tym, kim naprawdę jesteśmy, w seksie na jaw wychodzą zaszłości, kompleksy i braki. Oto szczyty nowoczesnej wersji dramatu mieszczańskiego samozakłamania, w którym – jakże by inaczej – słychać też fałszywą melodię starej chrześcijańskiej historii uprzykrzenia seksu w imię najbardziej przereklamowanego uczucia ostatnich dwóch tysięcy lat – miłości. Dodajmy, również wpierw zafałszowanej.
Jeżeli słusznie można twierdzić, że głęboką prawdą intensyfikacji seksu (nie tylko stosunku rzecz jasna, raczej, i przede wszystkim, swojej własnej „popędliwości” jako charakteru ciała) jest ekstatyczna ucieczka od tożsamości, pragnienie, by stworzyć w sobie coś innego, nadać sobie sens bardziej bestialski, a może bardziej anielski, poszukiwanie własnej bezludnej wyspy, jeśli jest to prawdą, to nic tak jej nie zaprzecza, jak idea wprzęgnięcia seksu w psychologiczną, a właściwie pseudo-psychologiczną konstelację statycznej tożsamości i neurotycznej szamotaniny wokół fiksacyjnej struktury „mojego ja”. Seks jako rdzeń „bycia-sobą”, wykluczający seks jako proces tworzenia nie-siebie – oto punkt najbardziej żałosny w „Wielkim mieście”. Zwłaszcza, że prawdziwe wielkie miasta, prawdziwe metropolie pozytywnej dehumanizacji od dawna już unicestwiły tożsamość, od dawna już upłynniły konstelacje seksualne, rozproszyły schematy, poluzowały struktury, od dawna już wymuszają na swoich mieszkańcach, by ci stosowali strategie najbardziej pokrętne, nietypowe, zróżnicowane i wieloznaczne, także, a może przede wszystkim, w dziedzinie pogoni za seksem (vide np. kino Wong Kar Waja).
6. To, że problem obecności/nieobecności fallusa oraz prawdy/fałszu stanowi jedną z osi organizacji semiotycznej współczesnych przedstawień seksu, prowadzi do tego, że na drugim biegunie, jakby na zasadzie rekompensaty i prostego odwrócenia porządku, mamy do czynienia z zasadą a) hipergenitalności oraz b) maksymalnie naturalistycznego przedstawienia prawdziwego stosunku.Genitalia jako takie, zwłaszcza zaś fallus, stają się fetyszem tak, jak wcześniej stanowiły tabu. Panuje gigantomania, niektóre z ujęć stanowią prawdziwą adorację fallusa. Porno jest zresztą z definicji jego kultem, ta funkcja archaiczna bodaj nie może zostać wykorzeniona. Pornografia nigdy nie przestanie zaspokajać instynktownej potrzeby sacrum.Przedstawienie w sposób możliwie „nagi”, czy też niezapośredniczony przez elementy zewnętrzne, ma oddawać stosunek seksualny – to jemu, jako absolutnemu centrum, podporządkowana jest całość przedstawienia, które do pewnego stopnia staje się mniej lub bardziej zornamentowaną rejestracją samego aktu. Panuje surowa bezpośredniość przekazu, radykalna redukcja wszelkich środków artystycznych, choć dawno już minęły czasy, gdy łączyło się to z formalną amatorszczyzną i jednoznaczną estetyczną wulgarnością. Porno początku XXI wieku wkroczyło na drogę inwestowania w rafinację surowości. Z jednej strony ma ono dostarczyć mięsa w jego najbardziej soczystej i zwierzęcej postaci, ociekającego potem, śliną, śluzem, uryną i spermą. Z drugiej jednak strony wkracza kostium, przepych, scenografia i „glamour”. Przepychem może być zamek (oczywiście markiza de Sade) albo śródziemnomorski jacht. Kostiumem może być strój Robin Hooda czy Zorro, kosmity, nie mówiąc o wszelkiego rodzaju służbach mundurowych, od SS do NYPD.
Współczesna pornografia w ten sposób okazuje się fallocentrycznym anty-erotyzmem. Tylko z pozoru jest to proste przeciwieństwo, lecz nawet w swej złożoności zakłada ono zasadniczo, jak zobaczymy, niemożliwość ucieczki poza dychotomie. W tym sensie pornografia jest źródłowo ograniczona i zamknięta w pewnym ściśle określonym reżimie sensu.
Niemniej nawet w obrębie tego zamknięcia dzieją się ciekawe rzeczy. Jeśli np. porównamy typową konstrukcję fabularną średniej klasy filmu erotycznego z typową konstrukcją porno, zauważymy, że o ile w tym pierwszym wypadku chodzi o to, by dramaturgię tworzyła „historia z seksualnym dreszczykiem” tocząca się w zupełnie „zwykłym” świecie, pomiędzy postaciami z zasady „z krwi i kości”, pracownikami biur, prawnikami i artystami z klasy średniej, czyli, innymi słowy: panują klasyczne reguły dramatu mieszczańskiego z jego jakże nudną uczuciowością; o tyle w pornolach, choćby już ze względu na fakt, że bezpośrednia rejestracja aktu stanowi znakomitą większość akcji, świat przedstawiony, w którym owa akcja się toczy, podlega rozmaitym – koniecznym – deformacjom i uproszczeniom, zwykle radykalnie naiwnym i infantylnym. Nie ma chyba bardziej uproszczonej wizji świata (dla dorosłych), niż ta, jaką dają filmy pornograficzne. Co o tym decyduje? Po pierwsze, przedstawiony jest tu świat seksualnej utopii, w którym wszyscy ludzie zawsze i przede wszystkim myślą o seksie i poszukują go; temu poszukiwaniu, które zresztą na każdym kroku nieomal odnajduje spełnienie, podporządkowane jest wszystko inne, cokolwiek tylko robią. Jest to społeczeństwo absolutnej harmonii i komunizmu ciał. Dlatego np. nawet policjantka, zanim odprowadzi zakutego w kajdanki aresztanta do celi, nie waha się odbyć z nim stosunku, w duchu pełnego porozumienia i braterstwa. Jest to świat karnawałowy, w którym ciała są równe i mają równy do siebie dostęp, albowiem pod względem dostępności seksu dla każdego ciała nie istnieje w tym świecie żadna hierarchia, nie ma żadnych granic. A zatem jest to świat na opak, zarazem idiotyczny i parodystyczny, karykaturalny, ale i karnawałowy. Pornografia nie zatraca aspektu ludycznego, nie przestaje być plebejskim, czyli prostodusznym, lecz szczerym, prostackim, lecz namiętnym poszukiwaniem sacrum w seksualności, ekstazy w sprośności, orgii (vide np. „towarzyska” funkcja pornosów, gdy puszcza się je jako tło). Pornograficzna przesada, seksualny mięsopust, jaki porno oferuje, pozytywnie przeciwstawia się ascetyczno-dyscyplinarnym ideałom erotyzmu.
7. W stronę Pornografii WYZWOLENIA
Żyjemy w czasach, w których jak być może w żadnych innych palącą koniecznością jest kończyć każdą dyskusję pytaniem o wolność – nic bowiem nie jest tak bardzo jak ona nieoczywiste w swej rzekomej oczywistości, nic nie jest tak bardzo złożone i tak trudne do zrozumienia. Istota kwestii nie polega na tym, że wolność jest „bardziej niż kiedykolwiek zagrożona” – byłaby to teza, na którą trudno znaleźć przekonujące dowody. Jeśli jednak wydaje się, że tak jest, to zapewne dlatego, że nasze czasy doprowadziły problem wolności do niespotykanej jak dotąd komplikacji; nigdy wolność nie była tak trudna (choć to z kolei wynika pewnie stąd, że nigdy nie był tak wielki potencjał jej możliwych urzeczywistnień). Wolności, jak zawsze, domaga się przede wszystkim ciało, a ciało przede wszystkim pragnie uwolnić się od duszy (por. w bieżącej ed. OM opowieść erotyczną J. Dobrowolskiego pt. "Palmy i małpy”). Jak uwalnia się ciało? Jak w wielu innych dziedzinach walki ze zniewoleniem, jest tylko jedna odpowiedź – poprzez intelektualizację i poprzez orgiastyczność. Poprzez orgiastyczność tego, co intelektualne, i poprzez intelektualizację tego, co orgiastyczne. Pornografia musi w tym celu stać się żywiołem rozumienia ciała – nie zaś hermeneutyką duszy (jak współczesna „erotyka”) czy adoracją „organów bez ciała” (jak w „pornolach”). To rozumienie nie może z góry ustanawiać ani granic cielesności, ani, zwłaszcza, jej podporządkowania procesom emocjonalnym i duchowym, ani, tym bardziej, procesom „formowania tożsamości” – pornografia bowiem musi przedstawiać seks jako to, co samo przez się kwestionuje cielesność, używa jej, nadużywa i zażywa, co nią wstrząsa, niczego jej nie pozbawiając, przeciwnie, dodając jej sensu, dzięki któremu eksperymentalnie rozszerzona przestrzeń cielesna wytwarza miejsce dla niespotykanych ekscesów duchowej wielości i wieloznaczności. Tak ciało stanie się słowem nowej konstelacji duchowej płynnych osobności – w miejsce słowa, które stało się ciałem zafiksowanych i tożsamych osobowości.
Problem wolności rozgrywa się w ciele. To ciało jest współcześnie skrępowane, tresowane do automatyzmu ruchów, odruchów i emocji, pogrążone w inercji i schematyzmie. Duszom pozwala się na tym więcej gadatliwej „swobody obyczajów”, im bardziej w ciała wszczepia się schematyzmy uogólnionej neurotycznej kompulsywności. Gdyby w naszych czasach żył jakiś dionizyjski filozof, to jakże zatroskanym spojrzeniem musiałby ogarnąć współczesne europejskie przybytki zabawy i tłumnego celebrowania ciał, podziemne lochy lub wielokondygnacyjne fabryki, które jednak rzadko zasługują na miano lupanarów; w których tańczy się bez wyobraźni, flirtuje bez dowcipu, bez polotu używa instynktów; używa też narkotyków, lecz nie przeprowadza eksperymentów na świadomości (choć i tu są różne stopnie dostępnej „otchłani”, por. w bież. ed. OM miniaturę pornograficzną pt. „In umbra voluptatis lusi...”). I choć nic nie stało się tak bardzo komunałem, jak hasło „więcej fantazji” (zwłaszcza w kontekście seksu), to może właśnie dlatego, że nic nie jest w istocie trudniejsze, jak naprawdę je zrealizować, albowiem to właśnie fantazja, orgiastyczna i intelektualna, może nieść ciało w stronę wyzwolenia i naprawdę lekkich obyczajów.