List do Orgii Myśli

Żeby odpowiedzieć na pytanie czym jest i czym może być Orgia Myśli, powinniśmy chyba zacząć od początku, czyli właśnie od tych dwóch całkiem nieprzypadkowych słów: Orgia Myśli. W nich samych, nie tylko w ich znaczeniu, lecz i w ich strukturze, w tym, co to znaczenie tworzy i warunkuje, kryje się odpowiedź na moje pytanie. Nie jest to bowiem sama orgia, gdyż wówczas mielibyśmy do czynienia z czasopismem czysto hermetycznym i niezrozumiałym, jeśli w ogóle mogłaby być mowa o jakiejkolwiek formie czasopisma. Ale nie jest to też czysta myśl, nie jest to komentarz, który w jasny sposób coś o czymś by mówił, ciąg myśli nie biorący pod uwagę tego, co je stwarza, i co wkrada się w przerwy między nimi. Nie jest to jednak także zwykła suma: orgia + myśli. Istota tego związku wyrazowego jest czymś innym. Poprzez zestawienie słów otrzymujemy więcej niż ich sumę. Iloczyn? Jego metaforyczne możliwości chyba tu nie wystarczają. Zatem chodzi mi o jeszcze więcej, jest to jednak, trzeba podkreślić, innego rodzaju „więcej”.

 Jak powstała Orgia Myśli?Wyobraźmy sobie taką czysto hipotetyczną sytuację: na jednym z pierwszych spotkań redakcyjnych, kiedy nazwa czasopisma nie była jeszcze ustalona, redaktorzy zastanawiają się: „Tak, orgia… ale to nie wystarcza, musi być orgia czegoś… orgia i coś jeszcze…”, „Myśli!” – wykrzykuje ktoś – „Orgia myśli!” Ten całkowicie fikcyjny dialog ma zademonstrować pewien problem, który brzmi tak: czy redaktor wykrzykujący „Myśli!” ma na myśli mianownik czy dopełniacz liczby mnogiej? O ile w związku orgia myśli wydaje się, że mamy do czynienia z dopełniaczem, to w przypadku samych myśli nie mamy już takiej pewności. Czy chodziło o orgię i myśli, z których powstała później orgia myśli, czy też redaktor instynktownie nawiązał do „orgia czegoś”, tworząc eliptyczny związek wyrazowy? Cała ta problematyka wynika właściwie z jednej rzeczy: jednakiej formy mianownika i dopełniacza. Do czego prowadzi ta homonimia?

 Naszym punktem zaczepienia będzie właśnie ten niewidzialny dopełniacz liczby mnogiej. Przypomnijmy deklinację: M myśli, D myśli, C myślom, B myśli… Działanie, dokonujące się w związku wyrazów, którego to działania wynikiem nie jest ani suma, ani iloczyn, polega na niewidzialnej transformacji mianownika w dopełniacz. W takim przypadku postacią wyjściową byłyby pojęcia w izolacji: orgia i myśli, a efektem zestawienia byłby związek wyrazowy orgia myśli, przy czym w pierwszym przypadku myśli to mianownik, w drugim – dopełniacz liczby mnogiej. Nasuwa się pytanie: czym jest dopełniacz, skoro na pewno nie charakteryzuje się on odrębnym kształtem? Czym się różni od mianownika? Co tworzy dopełniacz, jeśli nie końcówka? W tym mechanizmie rysuje się pragmatyczne oblicze języka, odkrywają się rządzące nim linie sił i napięć. Tym, co decyduje o dopełniaczu jest bowiem niewątpliwie jakaś siła, oddziaływanie z zewnątrz słowa, jako że jego wnętrze, kształt nie ulega zmianie. Co tworzy dopełniacz? Orgia, niewątpliwie. Jak? Nie naruszając granic ani swoich, ani myśli. Orgia musi być więc czymś, co posiada w sobie potencjał wywoływania napięcia, niewidzialnego dopełniacza. Niewidzialna różnica przypadków, jaka powstaje, jest efektem promieniowania spoza myśli, oddziaływaniem z zewnątrz, które kładzie kres hermetyczności myśli. Ta siła otwiera myśli na orgię, umożliwia ich relację.

 Ale skoro mowa tu o sile, otwarciu i oddziaływaniu, to koniecznym elementem stać się musi pole, na którym zestawienie słów ma miejsce, linie, po których owo napięcie się przemieszcza. Przestrzeń języka jest przestrzenią w której poruszają się myśli. Postać przypadka przychodzi z zewnątrz, z przestrzeni, w której myśli się znajdują. Przestrzeń jest więc przestrzenią gramatyki i grawitacji. Tylko bowiem dzięki grawitacji słów mogą się one łączyć w nici sensu. Przestrzeń jest oczywiście przestrzenią wszystkich słów: orgia dryfuje w niej na tych samych zasadach co myśli, a rozchodzące się w przestrzeni linie grawitacji nie ograniczają się tylko do związku orgii i myśli. Grawitacja jest zatem obopólna. Wyobraźmy sobie orgię i myśli dryfujące wśród nieskończonych fal tekstu. Wyobraźmy sobie, że ma nastąpić ich zbliżenie. W którym momencie moc związku wyrazowego zacznie działać? W którym momencie nastąpi zmiana i odizolowany, słownikowy mianownik stanie się uwikłanym w rządzącą nim orgię dopełniaczem? W którym momencie słowa wchodzą w swoje pola grawitacyjne? Wyobraźmy sobie taką sytuację:

                                       orgia                                                                 myśli

 

                                                   orgia                                          myśli

 

                                                               orgia                  myśli

 

                                                                         orgia myśli

 

O ile możemy być bardziej lub mniej pewni, że w pierwszym przypadku odległość dzieląca orgię od myśli jest zbyt daleka; że „w zasadzie” mogłyby to być raczej dwa niezależne leksemy, niż leksemy w związku wyrazowym, i o ile w przypadku ostatnim orgię od myśli dzieli tylko jedna spacja, tak więc jest to z pewnością rzeczywiście orgia myśli, to pozostają nam jeszcze dwa przypadki pośrednie i nieokreślone. Są to przypadki, gdzie granica pomiędzy mianownikiem, a dopełniaczem jest płynna i niezdefiniowana. Być może w drugim przypadku myśli są „bardziej” w mianowniku, a w kolejnym przypadku „bardziej” w dopełniaczu, ale takie dywagacje powinny raczej zwrócić nam uwagę na wynikający z nich problem. Deklinacja bowiem to zbiór siedmiu przypadków i siedmiu końcówek, siedem cięć i siedem przegródek, siedem kategorii, które pojawiają się razem zazwyczaj w postaci tabelki. Cięcie uniemożliwia wszelkie kategorie przejściowe, np. „bardziej mianownik”. Aby pomiędzy rzędami tabelki otworzyło się przejście, musi zaistnieć całkiem inny wymiar, będący połączeniem co najmniej dwóch płaszczyzn: paradygmatu deklinacji i przestrzeni, w której on się pojawia. Oto tabelka:

 

M myśli
D myśli
C myślom                                                       
B myśli
N myślami
Ms myślach
W myśli

 

Aby linie dzielące pozycje w tabelce się zamazały, potrzebna jest inna logika; głębia, trzeci wymiar tabeli odmiany. Głębia jednak nie oznacza w tym przypadku pojęcia myśli, myśli jako signifié. Taką głębią jest raczej jest głębia tekstów, które niosą w sobie myśli; przestrzeń języka. W przestrzeni tej przejście pomiędzy mianownikiem, a dopełniaczem jest płynne. Oto przykład tej nowej deklinacji:

 

(M myśli)
M◊D myśli
(D myśli)

 

Nie mają tu znaczenia pojęcia takie jak „więcej M” lub „mniej D”, istotne jest raczej to, że w tym nowym systemie deklinacji M i D to tylko teoretyczne twory, bezwymiarowe punkty między którym rozciąga się płynna przestrzeń języka, przestrzeń grawitacji.

 Chciałbym więc tu pokazać, że Orgia Myśli doskonale ukazuje to, że M i D to w istocie jedynie teoretyczne drogowskazy w przestrzeni języka. M◊D nie jest zwykłym przypadkiem homonimii, nie jest to wybór „albo – albo”. W istocie jest to zarówno dysjunkcja, jak i koniunkcja, zarazem „więcej” i „mniej”, na pewno jednak „jakaś” relacja, stąd więc ten lacański diament.

 Przypadek jest wygięciem się słowa, jego otwarciem na inne słowo. Słowa otoczone są liniami energii, linie łączą je w konstelacje. Przypadek Orgii Myśli pokazuje nam, że nie może istnieć neutralna postać słownikowa. Przypomnijmy proces zbliżania orgii do myśli. Zdolność grawitacji jest dla nich wrodzona. Skąd więc pewność że gdy weźmiemy do ręki dwa składniki, myśli nie będą już od samego początku w dopełniaczu, czy też raczej w M◊D? Przejrzystość formy słownikowej, wyjściowej jest pozorna, zawsze bowiem istnieje jakieś składniowe otwarcie. Po to, by myśli mogły wejść w jakąkolwiek reakcję, muszą nieść w sobie potencjał reagowania, czyli być pierwotnie otwarte. Zarówno M, jak i D są punktami martwymi. Nie istnieje skok z M do D, jest raczej tak, że myśli zawsze już były w M◊D. W innym wypadku musielibyśmy rozważyć: w którym momencie przybliżania następuje zmiana przypadka? Jak zmierzyć tę odległość? Co powoduje nagłe otwarcie się myśli? Co je uaktywnia? Jeśli są to linie sił w przestrzeni, to w jaki sposób myśli w postaci słownikowejmogą się znaleźć poza tą przestrzenią? Bowiem jeśli myśli mogą wykonać ruch ku przestrzeni, to sama ta możliwość jest już jakąś relacją w stosunku do innych elementów języka, otwarcie więc musi być od początku wpisane w ich strukturę. Ruch, nawet sama możliwość ruchu jest już otwarciem na grawitację innych słów. Mianownik zatem istnieje o tyle, o ile teoretycznie konieczny jest paradygmat odmiany; mianownik zawsze bowiem będzie mianownikiem z potencjalnością otwarcia, która jest jak ładunek energii, kwas gotowy zareagować zawsze i z czymkolwiek… Nic więc nie może znaleźć się poza przestrzenią języka; postać słownikowa to niezbędna, ale też niemożliwa hipoteza.

 Twórcy czasopisma na pewno dobrze wiedzieli, że niemożliwe jest połączenie czystej orgii i czystych myśli. Struktura Orgii Myśli pokazuje, że wszystkie słowa otwarte są na grę, niosą w sobie potencjał reakcji i relacji. Jest to struktura wyrafinowana, gdyż niewidoczna. Linie energii rysują się w przestrzeni wokół i między słowami. Kartka papieru nie jest pustką. Jest przestrzenią grawitacji słów. Wydaje się, że właśnie w granicach tej przestrzeni, rozciągając tę problematykę w rytm literatury, działać będzie Orgia Myśli. Ale nie chodzi tu o „dekonstrukcję mianownika”, lecz raczej o zastanowienie się jak gra, która rozgrywa się w obrębie nazwy czasopisma literackiego, ma się do jego programu. Wydaje się bowiem, że w istocie właśnie sama ta gra jest zarazem „programem” Orgii Myśli.

 Powiedzieliśmy, że nie ma czystej myśli i czystej orgii, że wokół słów tych rysują się linie gramatycznej grawitacji, która jest zarazem siłą samego języka. Przestrzeń tego języka jest zarazem przestrzenią literatury, Orgia Myśli momentalnie wchodzi (już weszła) z nią w reakcję. Nie jest jednak tak, że orgia i myśli wchodzą w tę reakcję osobno. Zawiązanie, jakie miało miejsce na samym początku, działa nadal. Mamy więc strukturę Orgia◊Myśli, która reaguje z naszą współczesną literaturą, i to przede wszystkim owa struktura relacji, przepływ energii, spacja pomiędzy orgią a myślami,dryfująca metafora jest tym, co odnosi się do literatury. Myśl więc będzie nawiązywała komunikację z literaturą, po to tylko, by ją rozproszyć w orgii, filtrować myśl poprzez orgię. Ale z drugiej strony to co powstanie nie będzie literaturą czysto dionizyjską, szaloną i pijacką, gdyż musi ona to pijaństwo zbudować z elementów myśli, z elementów współczesnej literatury i współczesności w ogóle. Ale nie „mieszając wino z colą”! Będzie to raczej, jeśli trzymać się metaforyki płynów, cudowna przemiana coli w wino. Ten „cud” będzie oczywiście literacki, nie biblijny. Inaczej niemożliwe byłoby bowiem np. to, co w swoim Traktacie o literaturze Jacek Dobrowolski nazywa ruchaniem, „moment ciągłości i kontaktu pomiędzy ruchami postaci, ruchami otoczenia i ruchami materii”, „miejsce, w którym postaciowość i materialność stają się wobec siebie współczesne” (np. „lektura to w pierwszym rzędzie ruchanie”). Orgia Myśli rozegra się poza układem sił, w którym seksualność dozwolona jest o tyle, o ile gwarantuje ona reprodukcję i stałość społecznych więzi. Wówczas bowiem potencjalna energia ruchania lokowana jest nie tylko w reprodukcyjny ciąg, lecz także w stabilizację znaczeń w systemie języka, która dla literatury jest elementem spowalniającym. Seksualność nie ma wówczas przestrzeni ruchu. Jest albo myślą oznaczającą jakieś pojęciew unieruchomionym systemie, albo orgią, której nie ma, gdyż jest z systemu wykluczona.

 Sam fakt, że połączenie orgii i myśli już się dokonało, jest dowodem, że mowa tu o całkiem innym systemie. Spięcie materii i postaci jest podważeniem systemu symboli, odsłonięciem cielesnej materii języka, a więc i literatury. Literatura jako ruchanie jest właśnie napięciem pomiędzy orgią, a myślami. Orgia jest dozwolona, może więc ona być wpisana w system. Ale wpisanie w system oznacza wpisanie w system słów, a więc i myśli! Stąd Orgia myśli, stąd możliwość przelania seksualności w tekst, „przyjemność tekstu”. Literatura pośredniczy tu pomiędzy wykluczoną (bo erotyzującą ciało, sztukę, kobietę…) niegdyś orgią, a myślą, która niegdyś gwarantowała stabilność znaczenia. Owo pośredniczenie jest właśnie tą niesprecyzowaną reakcją, przepływem sił pomiędzy orgią, a myślą; literatura jest właśnie przestrzenią, w której odbywać się będzie owo „coś więcej” niż iloczyn tych dwóch pojęć.

 Literatura ta będzie „kobieco-męska” lub „męsko-kobieca”, tak jak powieść Virginii Woolf, o której pisze Paulina Kwiatkowska w eseju Fale. Orgia Myśli jest niczym innym jak „sformułowaniem poetyki ruchu w literaturze”, innymi słowy: ukształtowaniem myśli według poetyki orgii. By tak się stało kobieca seksualność musi być wolna i wyswobodzona ze swojej reprodukcyjnej roli. Zanurzyć się w kobiecej seksualności, pozostając zarazem w relacji do męskiego świata (oczywiście niezależnie od swej własnej płci) – dzięki takiemu przepływowi energii seksualność nie ulegnie zatamowaniu. Przeciwnie: polem przepływu będzie właśnie literatura. Kwiatkowska pisze: „Rytm, a właściwie rytmy, które [Woolf] wybrała, pozwoliły jej na oddanie ruchu rzeczywistości i ruchu myśli bez unieruchomiania ich w opisie” – i niewątpliwie chciałaby przez to powiedzieć, że właśnie „unieruchomienie w opisie” jest tym, przeciwko Orgia Myśli się buntuje. Kwiatkowska zaznacza też, że w tym przypadku błędna jest nazwa „strumień świadomości”. Faktycznie, zakłada ona bowiem pewną jedność świadomości, którą literatura miałaby odwzorowywać. Ale jest to w rzeczywistości nie możliwe. Rzeczywisty strumień świadomości nigdy nie zostanie ujawniony, a próby jego odmalowania będą jedynie obrazami tego strumienia. Fale to raczej sam „strumień”, tak jak i autor jest strumieniem: autor, jego świadomość i podświadomość muszą się z tekstem zlać w jedność. Tak jak dźwięk instrumentu wypływa bezpośrednio z ruchu ciała muzyka, tak Fale wypłynęły z „ruchu natury”, pozostając z nim złączone. Takie pisanie jest kobieco-męskie. Dzięki uwolnieniu kobiecości możliwa jest rozkosz literatury i erotyka języka.

 Tak więc rysuje się w moich oczach miejsce Orgii Myśli w polu współczesnej literatury. Nowatorstwem twórców jest opisywane przeze mnie „otwarcie”; otwarcie się na orgię. Ale nie będzie tu ona przedmiotem opisu; to sama literatura będzie orgią, która będzie się pojawiać nie „pod postacią” myśli, ale będzie wyczuwalna w strukturze myśli. To, że myśli i orgia są zawsze ku sobie nachylone, to, że ich gra dawno się już rozpoczęła, nie jest odkryciem Orgii Myśli. A jednak tu i teraz jej działalność jest unikalna. Kto inny przestrukturyzuje współczesność w orgię? Kto zachowa ją w ruchu? Odmienność Orgii Myśli polega też na tym, że jej autorzy także pozostają w ruchu, w polu literatury rozchylającym się pomiędzy orgią, a myślą. Celem tego ruchu nie jest dominacja „rynku” literackiego. Orgia Myśli chce wywierać wpływ o tyle, o ile sama pragnie by ktoś wywarł wpływ na nią. Przestrzeń literatury ma pozostać dynamiczna.  

 Istotą awangardy jest z jednej strony jej uniwersalność, gdyż proces pisania, zatracenie się w orgii jest też utratą osobowości. Ten bezkształtny strumień pisania tamowany jest jednak strukturami i formami językowymi, zanurzonym w społeczeństwie ciałem autora, światem literackich tekstów. W ten sposób to, co odwieczne, zawsze objawia się jako nowe, niepowtarzalne i jednostkowe. Dlatego też można teoretyzować Orgię Myśli, na podstawie pierwszych tekstów można domyślać się, w którą stronę pójdzie… Można domyślać się którzy polscy pisarze są dla Orgii Myśli inspiracją (być może kiedyś redakcja zdradzi swoje upodobania?)… Ale w praktyce stoi przed nami niewiadoma, która zawsze będzie nowym rozrysowaniem linii łączących orgię z myślami. W tym tkwi istota Orgii Myśli.

 Czekam więc na kolejnych autorów i kolejne dzieła; czytać was to przyjemność...