czyli
Love Stories w krainie automatów
Sztuka filmowa w dwóch aktach
Występują:
REDAKTOR MARCIN GASZYŃSKI
NATALIA (JEGO ŻONA)
BRUNETKA JULIA
ROBERT GUCIO
KASIAKOŁEK
OLGIERD ORSZAGH-OBRĘBSKI
SEBASTIAN PLUTA
ORDYNATOR
PAN KOKOSIŃSKI
MATKA NATALII
i inni.
Uwagi realizacyjne: A. Natalię (Akt 1) i Brunetkę (akt 2) gra ta sama aktorka, role różnią się kolorem włosów, makijażem i charakteryzacją , jak również, co wynika z tekstu, sposobem zachowania. Redaktor gra tak, jakby nie dostrzegał podobieństwa między tymi postaciami.(Wariant alternatywny do rozważenia – dwie różne aktorki, w takim przypadku należałoby w ubiorze, charakteryzacji i sposobie gestykulacji uwydatnić podobieństwa, ale bardzo ostrożnie) B. Początek pierwszego aktu (sceny z redaktorem i Natalią) są odgrywane w nieco elegijny sposób, jakby były końcem historii, pożegnaniem. Ostatnia scena całości ewentualnie może być początkiem. C. Podział na sceny w ramach aktów sygnalizowany jest dłuższymi zaciemnieniami (kilka sekund). W ramach scen zmiana czasu lub miejsca odbywa się płynnie, a tam gdzie wskazane, z zachowaniem ciągłości dialogu lub muzyki. Muzyka w napisach początkowych:
Na początku bicie serca przeplatane z odgłosem maszyny do pisania... Odgłos maszyny coraz głośniejszy. Nagle wchodzi huk lokomotywy, który wszystko zagłusza... Kiedy cichnie, słychać, jakby z oddali, dźwięk młota pneumatycznego, który przerywa sztucznie nagłośniony śpiew słowika... Po słowiku odgłosy tygrysa i pawiana... Znów huk lokomotywy... Kiedy huk lokomotywy ustępuje, słychać tylko cykanie świerszczy, odgłosy świerszczy cichną i leci od początku adagio z 3 sonaty skrzypcowej d-moll Johannesa Brahmsa, które gra aż do końca napisów.
Prolog.
Napis na czarnym tle:
„Piękno pojawia znowu się w najczystszej postaci w takim ciele ludzkim, któremu w ogóle brak świadomości, lub którego świadomość jest nieskończona, to znaczy w manekinie albo w Bogu” Heinrich von Kleist („Traktat o marionetkach”)
Napis na czarnym tle: „Unia Europejska. Czasy Dzisiejsze.”
Pasaż handlowy, wieczór, pada deszcz, oświetlona wystawa sklepu z ubraniami. Manekiny obwieszone czarnymi kostiumami, na przemian dla mężczyzn i dla kobiet. Duży ruch na ulicy. Przechodzą ludzie, w dłoniach trzymają różnokolorowe parasolki. Zza rogu wychodzi Redaktor Gaszyński – mężczyzna wzrostu ok. 180 cm, krótko obcięty, który obejmuje szczupłą Natalię, swoją żonę – najlepiej ciemną blondynkę niższą od niego parę centymetrów. Para podchodzi do wystawy i zaczyna się przyglądać. Potem podchodzi mężczyzna w czarnym płaszczu i staje obok nich. Patrzy się. Skupiona, blada, sprawiająca wrażenie upudrowanej twarz bez żadnego wyrazu. Zatrzymana mimika. Para przygląda się z bliska manekinom. Mężczyzna stoi zesztywniały przed wystawą i patrzy na nią zimnym wzrokiem. Napięte gałki oczne. Nieporuszone. Para odchodzi. Chodnik spływa deszczem. Detale: Oko mężczyzny beznamiętne, po twarzy spływa roztopiony lód. Twarze manekinów. Krople spadają na ulicę. Jezdnia. Komin fabryczny. Prolog odgrywa się bez muzyki. AKT 1Scena 1Living room.Ciepłe kolory ścian i mebli skąpane w delikatnym półmroku, skórzana sofa...Na sofie siedzi redaktor w spodenkach i płóciennej koszuli z krótkim rękawem, nałożonej niedbale na goły tors, zapiętej na dwa – trzy guziki. Natalia w jasnym kimonie, lekko rozchylonym, włosy spięte w kok. Oglądają jakieś nagranie. Natalia głaszcze czarnego kota, który siędzi jej na kolanach, po chwili kot złazi z niej, zeskakuje i chowa się za sofą...Chichoczą.Jakieś obrazki na ekranie. Telewizor widoczny jest z tyłu i dobiegają tylko odbicia jego światła.
REDAKTOR
Ja sam wstydzę się pomyśleć, co mogło być w dalszej części. Ale jesteś szalona! Nigdy nie zrobimy tego!
NATALIA
Ale pomyśl jednak, że to by miało wzięcie! Tylko o jedno się boję – ktoś bardzo by nam zazdrościł. Bo zobaczył by to i dowiedział się, ile było tych naszych pocałunków, zanim krótka noc nam nastała: sto, potem tysiąc, potem jeszcze sto, potem znowu tysiąc... (ssie palec w skupieniu)
NATALIA (wyjmuje palec z ust, po chwili zawahania)
Wiesz co? Przyszła mi do głowy paranoiczna może myśl, że można by to poprzerywać reklamami i sprzedać. A potem ja bym rzuciła swoją firmę, a ty swoją gazetę i wyjechalibyśmy. I wtedy nikt już nie widział by nas ani w łóżku, ani przy innej okazji. Nikt by już nas nigdy i nigdzie nie zobaczył. Odpłynęlibyśmy. Nie musiałabym o ósmej trzydzieści w poniedziałek zdychać w metrze z oczami podkrążonymi jak u jakiegoś kangura. I wracać się na pierwszej stacji po moją ulubioną szminkę. Bądź odważny, nie powinieneś się wstydzić. Ale wiesz co jednak? (pauza). Nie sprzedalibyśmy tego w wielu egzemplarzach. Bo ludzie patrząc na nas umarli by z zazdrości.
Przysuwa się bliżej. Dotyka dłońmi jego głowy. Redaktor schyla się uśmiechnięty. Natalia zaczyna całować go po karku.
NATALIA (pieszczotliwie)
W ogóle nic byśmy nie musieli robić... Nie musielibyśmy... nawet żyć. Po prostu byśmy rozpłynęli się...
REDAKTOR
Ale wiesz, niedługo zmienią się gusty.
NATALIA (zaczepnie, odrywa się od niego)
Czyli jak to?! Szanowny pan uważa, że taka szalona miłość jak nasza będzie niezrozumiała dla ludzi za x lat? Ze kochać się – to stanie się zwyczajnie przestarzałe? Czyli pana nauczyli, że miłość nie jest wieczna (gwałtowne błyski z telewizora, zza ekranu słychać ciche chichoty redaktora i Natalii)
REDAKTOR (poważnie, choć tonem udawanym, stylizowanym na eksperta z magazynu kulturalnego w TV)
Uczucia pozostaną. Ale czy forma ich okazywania będzie z dzisiejszego punktu widzenia zrozumiała? (nadal bardzo poważnym tonem, lecz z ironią) Pomyśl o tych wszystkich grubych odaliskach sprzed stu lat... Dzisiaj są dla nas tylko śmieszne! A ile uczucia wylano na papier z ich powodu! Ile było poezji na ich temat! Ile aktów skonfiskowała obyczajówka. Ile było pojedynków z powodu ich słodkich minek, które teraz uważamy za kuriozum. A malarstwo? Pamiętasz tamtą wystawę? Te wszystkie barokowe kształty! To było wielkie malarstwo. W sensie artystycznym. (basowy śmiech redaktora dobiega zza ekranu) Ale tak, dosłownie, to do ludzi już nie trafia. (strapiony) To ludzi już nie ekscytuje... Nie ta forma...
NATALIA
Czyli kiedyś przeminiemy. Czyli niedługo nikt nie zobaczy w nas nic a nic pięknego? I bardzo dobrze. Bo jaki nie byłby ten świat który będzie, a może być okropny, nie zniesie takiego nudziarza jak mój mąż. Menedżer w firmie Petersen. A teraz „National Enquirer”! Korespondent międzynarodowy. Te dłonie... Ta szyja... Te usta... (Dotyka ich po kolei) Tylko ja to znoszę! Jakim cudem?! Śmieszny jest mężczyzna. Niedługo wyginiecie jak dinozaury. A ja ci powiem, dlaczego!
REDAKTOR
Zaczniesz mi teraz tłumaczyć, dlaczego wyginęły dinozaury ?
NATALIA (chwyta go za szyję udając, że go dusi )
Tak, wiem, dlaczego. Bo Bóg uznał, że były beznadziejne. Nie rozwijały się twórczo. Nie były kreatywne. I znudziły mu się. A co będzie, kiedy znudzą mu się wszyscy mężczyźni? Co będzie po nich dalszym ciągiem?
(wtula policzek w jego skroń)
REDAKTOR
Zawsze nastąpić musi dalszy ciąg programu. Tak jak w telewizji!
NATALIA (puszcza go)
Choć, wyjdziemy na balkon. Jest taki piękny wieczór !
Balkon. Natalia stoi i wygląda na zewnątrz. Redaktor wchodzi za nią i staje w drzwiach.
Natalia spuszcza głowę, ukrywa ją we włosach. Potem powoli ją unosi . Patrzy. Szeroko otwiera oczy.
Światła domów w oddali wyostrzają się. Kilkupiętrowe apartamentowce. Oświetlone ulice. W oddali wieżowce, iglica Pałacu Kultury...
Redaktor podchodzi do niej i dotyka jej karku.
REDAKTOR
Co robisz?
NATALIA
Patrzę, patrzę. Cicho.
Dotykają się dłońmi i powoli zaczynają się pieścić. Natalia otwiera szeroko oczy i patrzy się przed siebie.Fajerwerki wzbijają się w niebo.Z daleka końcowe dźwięki adagia z 3 sonaty skrzypcowej d-moll Brahmsa. Cięcie.
Scena 2
Taras willi. Dom utrzymany w dość oszczędnym stylu, naśladującym prowansalską willę, lecz z pewnym umiarem, nie popada w trywialność nachalnej stylizacji . Dookoła mocna zieleń trawy.
Na werandzie wśród kwiatów, pod białymi parasolami siedzą trzy osoby: Natalia z Redaktorem – obok siebie – i naprzeciw nich matka Natalii – elegancka, ale wyraźnie pomarszczona kobieta, 50- 60 lat w zwiewnej sukience w dyskretne wzory roślinne, na głowie słomkowy kapelusz, pali vogue’a. Natalia również w jasnym kapeluszu na głowie. Redaktor w białych spodniach i jasnobłękitnej koszuli, eleganckiej, ale bez krawata Na stoliku ogromna tacka z lśniącą się czerwienią tartą poziomkową. Dzbanek z kawą, mały dzbaneczek z mleczkiem. Dolewanie kawy do filiżanek. Natalia wlewa mleczko, powolnym gestem, obserwuje wyciekające krople z zamyślonym uśmiechem.
MATKA (po zamieszaniu cukru łyżeczką)
A wiecie, że wczoraj Lis w „Faktach” mówił, że jakieś komary idą od Rumunii? Podobno powodują porażenie mózgowe. Niektóre z nich wywołują depresję i poważne zaburzenia świadomości. Na Ukrainie zachorowało już ponad 200 osób. Były już też przypadki na Słowacji. Daj boże, żeby nam do Warszawy nie doszły. Jedzcie, jedzcie kochani. Natalko, dołóż sobie jeszcze trochę ciasta, to moja własna robota. A pomyśl, ile lat temu ostatni raz piekłam ciasto! Kto to jeszcze pamięta?!
Natalia i redaktor dokładają uśmiechnięci po małym kawałeczku.
NATALIA
Idą komary? O boże!!! – wybucha dziecinnym śmiechem, ale drży przy tym jednocześnie...
MATKA
Natalko, ty żartowałaś, ale tobie naprawdę jest pięknie w tym jasnym kapeluszu! Śmiej się, śmiej! Ale wyglądasz w nim cudownie. Tylko niech Pan o nią dba! Czasem jest taka przemęczona! Zupełnie nie wie, gdzie jest!
Natalia nasuwa kapelusz na czoło, uśmiecha się po męsku, salutuje i zdecydowanym gestem zapala papierosa.
Zachodzi słońce. Redaktor i Natalia leżą w trawie w ogrodzie. Za płotem ulicą przejeżdża rowerzysta. Przechodzą w różną stronę poszczególne osoby. Natalia ma przymknięte oczy, ale mimika twarzy wskazuje, że mimo zamkniętych oczu „przygląda się” i „widzi” przechodzące postacie!
Na każde zbliżenie przechodzących Natalia uśmiecha się, po czym mimika jej nieruchomieje, twarz przez moment sprawia wrażenie napiętej.
Pod koniec grupy przechodniów idzie dziecko z matką. Przed nimi bieży jamnik szorstkowłosy. Dziecko trzyma balonik.
NATALIA (nadal z przymkniętymi oczami)
Czy widziałeś to dziecko?! Pomyśl, przecież ono w tym słońcu prawie utraciło twarz. Aż tak mocno rozświetlało ją. Miało twarz jakby była światłem. A potem przyjdą, ustawią go w kolejce, żeby zmazać mu z twarzy całe słońce. I dadzą mu taką twarz, jak to wymagane w przepisach higienicznych...Zostaną tylko oczy, które nie będą wiedziały jak się patrzeć, usta, które nie będą wiedziały jak całować się.
REDAKTOR
Co ty mówisz?
NATALIA
Sama nie wiem. Jestem jakaś zmęczona. Chyba trochę bredzę...
NATALIA
Ale o jednym pomyślałam. Żeby przyszedł ktoś i wszystko to zatrzymał. Żebym się w tej trawie roztopiła. Żeby zatrzymał się ten cały ruch, ta cała ogromna maszyna w końcu przecież musi jakoś przestać....
REDAKTOR
Ale jaka maszyna?
Natalia wyciąga dłoń do góry. Rozczapierza palce. Patrzy na nie.
NATALIA
Chciałabym przyjemności, jaką powoduje ruch tej dłoni. Jaką daje jej dotyk. Chciałabym jej bólu, jeżeli miałby uczynić mnie silniejszą. Ale żeby dłoń ta znikła. I wszystko znikło poza nią. Nie potrafię tego opisać. Nie można tego opisać. Bardzo cię przepraszam...
Zamyka oczy.
REDAKTOR
Ale opisz. Ostatnio mnie zadziwiasz. Co się z tobą dzieje?
Zbliżenie na niebo, słońce prawie zaszło.
NATALIA
(Płynna kontynuacja dialogu, jakby cały czas rozmawiali w tym samym czasie i w tym samym miejscu, jednak sceneria się zmienia. Jadą teraz samochodem. Prowadzi redaktor. Natalia pali vogue’a.)
Chciałabym życia, chciałabym, żeby było jeszcze bardziej żywe... Wczoraj w firmie odpadł obrazek ze ściany. Kolega wziął młotek, zaczął wbijać gwóźdź. Stuk puk stuk puk. Miał tak potworną minę, jakby cała świadomość z niego uleciała. Wiedziałam, że po jednym uderzeniu nastąpi zaraz następne, te same debilne ruchy ręką. Bawiłam się myśląc, że każde uderzenie jest inne od drugiego... Ale potem wyszłam na ulicę i to wszystko było dla mnie za silne. To wszystko się mnożyło. Śmiałam się. Ale potem pomyślałam, że to straszne. Możesz się wyłączyć, ale twoje ciało... tak... wszystko w tobie się powtarza, a nawet o tym nie wiesz. W ogóle nad tym nie możesz zapanować. Przecież nawet miłość i to jak się kochamy, to przecież jeden wielki zegarek. Chcę już spać.
Rzeczywiście, przysypia wyraźnie. Kładzie swoje ramię na ramieniu redaktora. Gasi papierosa.
Cięcie. Jest już całkiem ciemno. Natalia kręci się, po czym całkiem zasypia. Jadą tak jeszcze chwilę. Mijają ich światła samochodów. Kiedy oślepia ich poszczególny reflektor śpiąca Natalia potrząsa głową przez chwilę.
Scena 3
Prelude do 6 suity wiolonczelowej Bacha. Stacja Metra Warszawa-Centrum. Tłumy przewalających się ludzi widziane z różnych stron. Redaktor wyjeżdża na górę po ruchomych schodach.Redaktor przechodzi wzdłuż Alej Jerozolimskich w stronę Dworca Centralnego. Kieruje się ku Warsaw Financial Center. Wchodzi do wieżowca. Potem idzie do windy. Naciska guzik. Winda rusza. Przez cały czas gra muzyka Bacha. Bach cichnie. Sala biurowa od innych odgrodzona szklanymi ścianami, w tle panorama miasta, wnętrza pomalowane na jasnoszary kolor, podłoga wyłożona szarą wykładziną. Na szklanych drzwiach napisane: „Robert Gucio. Senior Manager. Consultant: Katarzyna Kołek. Junior Consultants: Olgierd Orszagh-Obrębski, Sebastian Pluta”.Wnętrze. Na pierwszym planie wpatrzony w monitor Robert Gucio, nazywany Robsonem. Niski pokurcz, dość mocno zbudowany, w okularach w kanciastej oprawce, krótko ostrzyżony. Biała koszula, krawat w biało-czarne pasy, marynarka zawieszona na krześle. Żuje gumę i patrzy się w monitor.
ROBSON (sam do siebie, lekko podnosi głowę)
Kurwa, co jest grane? Posłałem ten pieprzony fajl, czekam na odpowiedź, a tu się zawiesiła cała prostytucja...
Klepie dalej w komputer, próbując go odblokować, po czym podnosi głowę i patrzy z niedowierzaniem. Po chwili się podrywa.
ROBSON
Kurwa! Kogo widzę? Witam bossa!
Robert Gucio i Redaktor, który stoi w progu padają sobie w ramiona.
REDAKTOR
Cześć, szefie.
ROBSON (ultra-jowialnie)
I jak się masz, pieprzony dezerterze! (Śmieje się. Patrzy w twarz Gaszyńskiego.) Czyżby siwe włosy, emerycie? Zramolałeś pewnie w tej redakcji! Wróć do konsultingu a podskoczy ci adrenalina. Bo coś widzę, że jakoś..., kurde, oklapłeś?
REDAKTOR
Bo ja wiem? Jakoś trzymam się. Może być. A gdzie reszta?
ROBSON
Dzieciaki? A gdzieś tam dokazują. Patrz, tam schowali się z tyłu. Poszli zjeść śniadanie.
Redaktor robi parę kroków do przodu i patrzy w głąb bocznej wnęki. Trzy osoby stoją oparte o stół i coś jedzą...
KASIA KOŁEK (pulchna tleniona blondynka w białej koszuli wpuszczonej w czarną obcisłą spódnicę sięgającą dwa centymetry nad kolano)
(Zajada serek z plastikowego opakowania.)
Chcesz trochę?! Jak dowiesz się, co to jest, to na pewno zechcesz! Odrywa się od jedzenia i patrzy na etykietę. To „Serek Kreolski Rysio-Pysio o smaku waflowo-orzechowym”. No, no Olgierdzik, to po prostu jest orgazm ! Pospiesz się, bo zjem Ci to do końca. Ktoś się odchudza? (rzuca w głąb pokoju) Jakaś laska wam mówiła to niedawno? Ta która z wami pracuje? Ja już tego nie pamiętam, która (śmieje się). Ale zjedz Olgierdzik, zanim to pożrę do końca! Wiem, stoi ci biedaku od tamtego razu, jeszcze się zlejesz na biurko i boss cię opierdoli!
Olgierd Orszagh – Obrębski. Ślady solarium na twarzy. Wysoki brunet w ciemnogranatowym garniturze, włosy lekko nastroszone na żel. Podchodzi, luzackim gestem przejmuje serek od Kasi, bierze swoją łyżeczkę i zaczyna zajadać.
OLGIERD (powściągliwie)
Mniam, niezłe. Znasz się nieźle na rzeczy!
KASIA
Ty, Olgierdzik, odkąd rozstałeś się z Marzenką, jesteś niedopieszczony. W weekend nie udało się nic złowić?
OLGIERD
Kiepsko szło. Nie wiem, o co chodzi. Może mam deprechę? (Uśmiecha się) Kolesie ciągnęli mnie do agenturki, ale w końcu zostałem w domu pykać w gry na konsoli...
KASIA KOŁEK
Dobierzcie się z Sebanem! Jeden duży, drugi mały. Zupełnie jak ci dwaj... no, kurwa (łapie się za głowę), jak ten Flip i Flap. Zawojujecie całe miasto A ty jak, Seban? Jak się bawiłeś w Utopii? Widziałam cię tam z twoim Mateuszem...
SEBASTIAN PLUTA (z żachnięciem)
(Dość niski blondyn, jasne zaczesane do tyłu włosy sprawiają wrażenie farbowanych. Energiczna postura, kościsty, szczupły, a przy tym dziewczęcy uśmiech na ustach. Ciemnoszary garnitur, trzyma w ręce w kieszeniach marynarki.)
Wiesz, jak to zwykle bywa. Środowisko, Warszawka, tyle o tym powiem. On też. Jest młodszy, leci zbyt na cash. Taki jest. Nie chcę mi się już z nim pierdaczyć...
KASIA
Co wy, tacy skwaszeni? Świat jest piękny, chociaż siedząc przy fajnal prodżekcie trudno w to uwierzyć. Ale...
(podrywa się)
Martin! (rzuca się na szyję redaktora) Elo! Witamy menedżera!
Ściskają się...
Siedzą w piątkę przy stoliku i popijają kawę.
Robson ssie niezapaloną fajkę.
ROBSON
Kurwa, jebana a-klasa, żeby raz zajarać, trzeba zjeżdżać czterdzieści pięter w dół...
KASIA KOŁEK
Wpadaj częściej, Gaszyński. Jakoś smutno bez ciebie... A i ty się starzejesz... Kurde, żonkoś, a my jeszcze wolna młodzież... Wpadnij na jakąś imprezę. Możesz zresztą zaprosić tą swoją Nathalie... Co tam w ogóle u niej?
REDAKTOR
W porządku. Trudno powiedzieć w kilku zdaniach.
KASIA KOŁEK
Nadal robi pi-ar w tej firmie, która sprzedaje kanadyjskie misie?
REDAKTOR
Dokładnie. Ma już tego dość. Ale o więcej musiałabyś ją zapytać. Może jakoś niedługo się spotkamy.
ROBSON
Pewnie, trzeba pielęgnować dawne znajomości. Najlepiej już w ten weekend. Wpadnijcie do Klubo przy sobocie. Tylko pamiętaj ze na imprezach naszego teamu jest zawsze hardcore’owo. Płynie wóda, krew się leje, a szatan się śmieje... Szekspir nazwałby to jednym słowem... (udaje zamyślenie) totalne jebańsko! Prędzej zostanę Prezydentem USA (wymawia „usa” jednym ciągiem, jakby to nie był skrót) niż przestanę tak żyć!
KASIA KOŁEK
Temu coś pojebało się z Szekspirem, bo ciągle go cytuje. Szekspir i Szekspir...Coś pierdolnie, to od razu, że to cytat z Szekspira! Niezła fazka! Hej, a co ty Martin taki dzisiaj spięty?
REDAKTOR (patrzy chwilę w pustą filiżankę kawy)
Nic. Jestem dziś strasznie zalatany. Zaraz muszę się zbierać. Pamiętam o imprezie. Miło by było spotkać się. Zdzwonimy się...
KASIA (Olgierd w tym czasie wklepuje sms-a)
Ty musisz? To my jesteśmy dopiero zajebani. Posiedź jeszcze chwilę. Włączę może muzę.
SEBAN
Douglasa? Kasiczek katuje nas tym na okrągło.
Leci przebój Carla Douglasa „Kung-fu fighting”. Zbliżenie na Robsona.
ROBSON (przeciąga się)
Aaa, kurwa co za dzień...Muszę zrobić jeszcze jednego riporta. Spoko, luzaka, luzaka... Trzeba trzymać fason... Aaa...
Trochę ożywia się, podryguje na krześle w takt muzyki, po czym wstaje i zaczyna stepować pokazując rękami karateckie ruchy...
Scena 4
Łazienka. Rząd kosmetyków na szklanej półce...Natalia maluje się przed lustrem. Redaktor stoi za plecami, popija coca-colę. Patrzy prosto przed siebie.
NATALIA
Nie chce mi się, bo uważam, że są prymitywni. Najgorsza jest ta panienka. Wulgarna tłusta flądra... Słuchaj, ona jest naprawdę beznadziejna. Aha, czy to prawda, co mówiłeś mi o tym kolesiu w okularach?
REDAKTOR
Słuchaj, to bardzo wartościowy człowiek. W Australii był kiedyś światowy konkurs młodych menadżerów. Planowanie finansowe. Gościa wysłali tam, no i wygrał. Najlepiej rozwiązał case study... W Polsce nie mają już w tym Petersenie, ani w innej firmie kasy, jaką by można mu było zapłacić. Pewnie zabiorą go do centrali w Londynie. No i jest bardzo bezpośredni, a przy tym bardzo dużo uczy resztę teamu. Kasia pod jego wpływem zrobiła MBA... To naprawdę fachowcy... Oni żyją tą pracą. A wygłupiają się dlatego, żeby stłumić stres. Wiesz, oni są w życiu trochę zagubieni. Robert jest z rozbitej rodziny, Kasia i Sebastian przyjechali z jakichś małych miejscowości...
NATALIA
Ale to prawda, to co mi kiedyś mówiłeś, że on pierdoli te striptizerki w budkach przy Jana Pawła?
REDAKTOR
Raz tak kiedyś było. Upił się potwornie. Sponiewierał się strasznie. Poszedł do najgorszej budy ze striptizem. Chciał, żeby we dwie obsłużyły go w kabinie... Tańczył z nimi, chichoty dobiegały na zewnątrz. Potem chciał, żeby zostały jeszcze dłużej. Kasa się skończyła, to wył na całe gardło, że zapłaci złotem... Wywlekli go ochroniarze, była z tego straszna awantura...
NATALIA
Ładnie. To chyba jakiś...męczennik! Jakbym sobie znalazła takiego kochanka, to chyba nawet nie byłbyś zazdrosny.
REDAKTOR
Nie żartuj. Powinnaś poznać go lepiej. Powinnaś przyjść i z nim chwilę pogadać. Zobaczysz go innego. Ma własny świat, którego dobrze strzeże. To jest dziwny człowiek... Ale ma swoje pasje. Ma ogromną kolekcję fajek. Każdą z nich pieści, jak by była jego najcenniejszym skarbem. Godzinami może o nich opowiadać. Podobno są wiele warte. No i jazz! To świetny znawca jazzu, zwłaszcza tradycyjnego. Z każdego rocznika zna na pamięć kilkadziesiąt płyt. Lata trzydzieste, czterdzieste, pięćdziesiąte. To samo klasyczne rock’n rolle. Bill Halley, Ritchie Wallens. Ma wszystko, co kojarzę z tych klimatów, i jeszcze dużo więcej... Zresztą świetnie tańczy klasyczny rock’n roll... dopóki trzyma się na nogach. Nie znam też nikogo, kto byłby takim koneserem whisky. Zresztą ma wiele rzeczy w małym palcu. I ma na to czas!!! On chyba nigdy nie śpi.
(W trakcie jego monologu Natalia robi dziwne miny, odrywa się od malowania, staje na baczność, otwiera szeroko usta itd...)
NATALIA
I ja mam pójść twoim zdaniem i go poznać, żeby on mnie zaprosił do swojego mieszkania, pokazał swoje fajki, puścił swój tradycyjny jazz, zatańczył swojego tradycyjnego rock’n rola i upił mnie swoją tradycyjną whisky? A potem zapalimy jego tradycyjną fajkę, którą tak bardzo ceni.
REDAKTOR
Przestań... Powinnaś tam pójść. Ty świetnie oceniasz ludzi. Może przyjrzysz mu się. Wiem, że niektórych on po prostu odraża. Ale ci, co go znają, wiedzą, że mimo wszystko to wspaniały człowiek. Reszta też jest ok. Widzieli cię kilka razy i bardzo cię miło wspominają...
NATALIA (parodiując surowy męski ton)
Muszę pójść?
REDAKTOR
Nie musisz. Ale proszę cię...
Uśmiechnięci kierują się ku sobie i całują się... Szybkie cięcie... Krótka przebitka na rząd kosmetyków rozświetlony mdłym światłem...
Scena 5
Chmielna. Wieczór. Pada deszcz. Idzie grupka znajomych. Olgierd, Sebastian i Kasia rozbiegani, wygłupiają się. Robert idzie przed siebie - sam, lekceważy ich koleżeńskie zaczepki. Redaktor i Natalia też osobno, trzymają się za ręce. Uliczny muzykant gra na saksofonie ciepłą, swingującą melodię.
Czackiego. Wchodzą w podwórze „Klubokawiarni”. Pierwszy wchodzi Robert, pokazuje kartę klubową. Bramkarz wpuszcza do środka całą resztę. Widać fragment sali. Huk house’u...Róg Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Pada deszcz. Natalia i Redaktor
REDAKTOR
No i widzisz? Całkiem fajnie było...
Rozglądają się, próbują złapać taksówkę...Natalia patrzy dookoła. Tuż obok klęczy żebrak. Ubrany w marynarkę z czarnym krawatem w białe grochy, zapiętą na guziki, dwurzędową, marynarka granatowa, nieco już wyblakła. Ciemne okulary. Sztywny. Na tabliczce napisane „nie mam na zupę, podejmę pracę u uczciwych ludzi”.
NATALIA (Uśmiecha się i mówi do redaktora)
Będziesz zazdrosny jak go pocałuję ? (żebrak niewzruszony, nieruchomy...)
REDAKTOR
Przestań, jesteś trochę pijana. Nie wygłupiaj się.
Natalia wyrywa się do przodu, podchodzi do żebraka i po chwili zawahania dotyka dłonią jego twarzy...
Najazd na twarz ukazuje kukłę. Potrącona kukła przewraca się. Zaczynają drgać jej ręce uderzając o chodnik, okulary spadają do kałuży. Elektryczny zgrzyt.Natalia cofa się, chce krzyknąć, ale w ostatniej chwili zatyka usta.Redaktor podchodzi, obejmuje ją ramieniem.
Mechaniczny „Żebrak” siedzi z powrotem w poprzedniej pozycji. Redaktor widząc to odwraca się lekko skonfudowany i wyprowadza pod rękę Natalię.
Scena 6
Noc, sypialnia w mieszkaniu redaktora.
Redaktor budzi się i widzi Natalię siedzącą na brzegu łóżka. Zapalona lampka nocna...
REDAKTOR
Co się dzieje?
NATALIA
Trzeba coś zrobić z tą firanką. Rusza się i rusza. Nie da się spać. Tak się ciągle rusza. I dlaczego bezdźwięcznie? Czyżby ktoś chciał mnie oszukać, że wszystko jest w porządku?
REDAKTOR
Spokojnie... (podchodzi do firanki i poprawia ją, Natalia wstaje). Gdzie idziesz?...
NATALIA
Zaraz wrócę...
Chichy odgłos stóp Natalii w korytarzu... Natalia obserwuje je. Coraz bardziej zaniepokojona zatrzymuje się, po czym wspina się na palce i zaczyna iść...
Łazienka... Szare kafle oświetlone lampką zawieszoną nad lustrem... Wystrój łazienki ascetyczny, szare barwy, tylko między lustrem a lampką wisi gipsowy amorek... Natalia stoi przed lustrem. Cieknie woda... Głośny szum. Strumień wody uderza w porcelanową powierzchnię umywalki... Natalia powoli muska dłońmi strumień, z pewnym niepokojem, jakby to miał być jakiś ostry przedmiot. Pod wpływem zetknięcia dłoni z wodą strumień rozpryskuje się gwałtownie i ochlapuje ją... Na twarzy uśmiech łączy się z grymasem lęku... Zaciska mocno powieki. Z zamkniętymi oczami zmniejsza strumień wody i przemywa nim twarz...
Redaktor siedzi na krawędzi łóżka. Zapalone światło. Znowu wchodzi Natalia. Redaktor sięga ręką na szafkę i bierze w dłoń plastikowy budzik. Tykotanie zegara. Natalia podchodzi do krawędzi łóżka. Zatrzymuje się. Znieruchomiała. Patrzy się w dół przerażonym wzrokiem, jakby stała na skraju urwiska. Po szafie biega kot. Natalia patrzy się coraz bardziej przerażona. Kot skacze w dół. Natalia wykonuje ruch, jakby chciała paść na łóżko. Ale zatrzymuje się... Zrzuca nocną koszulę... Napięta linia kręgosłupa...
REDAKTOR
Czym się przejmujesz? Coś się stało?
NATALIA
Chcę być z powrotem na łóżku. Chcę kochać się i spać... Ale nie wiem, jak się tam znaleźć. Próbuję skoczyć tam i nie mam pojęcia jak to zrobić. Zawiesza dłonie nad krawędzią...
Zza ściany dobywa się motyw ze środka adagio z sonaty skrzypcowej d- moll Brahmsa.
REDAKTOR
Jak to, nie wiesz?
Natalia nie odpowiada. Redaktor wstaje, po czym podchodzi do krawędzi łóżka i rzuca się na nie radosnym susem, tonie w pościeli.
REDAKTOR (śmiejąc się)
Czego się boisz? Chodź. Skocz na łóżko, jak ja
Wstaje, podchodzi do znów do krawędzi łóżka i skacze jeszcze raz. Kładzie się na wznak, wpatruje w sufit i zamyka oczy.
NATALIA
Przyjdę do ciebie, tylko wyłącz ten budzik, żeby tak nie tykał...
Redaktor podnosi się, bierze budzik w dłoń, zdziwionym obojętnym ruchem i wyłącza urządzenie...
Wtedy Natalia konwulsyjnym ruchem, jakby skakała z wysokości do basenu, rzuca się na łóżko, wzdycha, po czym od razu zasypia. Redaktor próbuje pieścić ją dłońmi po nogach i po plecach. Na próżno. Natalia śpi. Jakby była martwa. Tylko po wznoszeniu się i opadaniu pleców widać, że oddycha...
Scena 7
Natalia idzie ulicą. Obok robotnicy rozbijają chodnik młotem pneumatycznym... Rytmika ruchów i dźwięków. Natalia krzywi się, zasłania głowę dłońmi. Przyspiesza kroku. Patrzy na zegarek. Zbita szybka... Wskazówka zatrzymała się. Właśnie mija przystanek autobusowy. Na przystanku chodzi wysoki elegancki mężczyzna w czarnym kapeluszu z czarnym, wypomadowanym, zakręconym wąsem... Ciemna karnacja... Natalia zatrzymuje się obok... Wąsacz myśląc, że dziewczyna go nie widzi patrzy na nią ukradkiem i pokazuje palcami ruchy frykcyjne...Natalia, jakby to zauważyła podchodzi do niego z wyzywającym uśmiechem...
NATALIA (dyga jak grzeczna dziewczynka podczas ceremonii wręczania świadectw z czerwonym paskiem)
Przepraszam, ma pan może zegarek? Wskazówka dobrze panu chodzi?
Wąsacz zerka na zegarek. Natalia uśmiechnięta. W tym jednak momencie słyszy głośne tik-tak wskazówki, gong wybijający godzinę, a potem szybki oddech mężczyzny i bicie jego serca...Odbiega. Zbliżenie na oczy wąsacza, których powieki mrugają szybko, nerwowo i rytmicznie...Wąsacz rytmicznym ruchem puka się w czoło kilka razy...
Rondo De Gaulle’a Na skrzyżowaniu policjant daje sygnały za pomocą lizaka... Znaki coraz bardziej rytmiczne gwałtowne, nadawane krótkimi, energicznymi ruchami ręki... W kolejnych klatkach nakładają się na siebie i rozmazują...
Ruch uliczny w Alejach Jerozolimskich w okolicy ronda... Klaksony... W tłum przechodniów wmieszała się kompania reprezentacyjna wojska...Szóstka z bagnetami maszeruje wysoko unosząc buty z cholewami... Widziana od przodu Natalia przebija się przez tłum...
Nowy Świat. Na przyczepie limuzyny ustrojonej w kolorowe wstążki wiozą ogromną reklamę filmu „Automat”. Wielka twarz mężczyzny w ciemnych okularach. Łysa głowa okolona drucianą klatką na tle usianego gwiazdami nieboskłonu... Gra samotny mężczyzna, który występował w prologu. Wynajęta w celach promocji filmu limuzyna raz po raz daje znaki klaksonem.
Scena 7
Ogród na dachu nowej Biblioteki Uniwersyteckiej na Powiślu... Kilka ujęć architektury... Panorama Starego Miasta i Śródmieścia...Natalia półleży wyciągnięta na ławce... Zamyślona... Przymknięte oczy.
Z zamkniętymi oczami czyta książkę .„Człowiek-Maszyna” La Mettrie... Wiatr zrywa się... Natalia delikatnie muska listki rośliny obok niej i cofa rękę wraz z ustaniem wiatru... Gdy wiatr znów się wzmaga przybliża rękę i po chwili wahania oplata cienkie gałązki dookoła palców...
NATALIA
Cicho... Tak! Teraz wiem... Teraz jestem gotowa...
Panorama na Centrum i na Pragę.
Scena 8
Natalia w milczeniu wchodzi do mieszkania. Idzie bardzo powoli. Blada. Lekko drżą jej ręce. Gdy przecina się wzrokiem z redaktorem, chowa dłonie do kieszeni. Jest jednak spokojniejsza, tylko ta zamyślona twarz, nieobecne oczy....
NATALIA
Przyszłam zostawić buty. Odebrałam od szewca. (kładzie na podłodze papierową torbę, wypada z niej tekturowe pudło)... Przyszłam wziąć klucz do mojego samochodu. Muszę znów gdzieś pojechać... Nie mogę tam tłuc się metrem...
REDAKTOR
Słuchaj, co się ostatnio z tobą dzieje?
Natalia odwraca się i podchodzi do okna...
NATALIA
Muszę zrobić coś... Nie wiem, pojechać gdzieś, może coś, może kogoś odwiedzić... Zrobić coś małego...
REDAKTOR (zapala papierosa)
Jak to odwiedzić? Jedziesz do rodziny?
Śmiech Natalii.
Jak to, może masz kogoś???
NATALIA (odwraca się)
Jesteś śmieszny...
(chce go spoliczkować, ale cofa dłoń. Patrzą się na siebie. Napięcie na twarzach. Po chwili niepewności twarz redaktora łagodnieje.)
REDAKTOR
Przepraszam. (po dłuższej chwili milczenia) Może nie powinnaś sama jechać??? Jesteś jakoś bardzo skołowana... Zamówię ci taksówkę.
NATALIA
(Oddziela każde zdanie, rytmicznie jedno po drugim, redaktor patrzy z zaciekawieniem, mruży oczy, przekłada dłonie, w końcu słucha uważnie, siada na krześle, tuż koło włączonego laptopa.)
Nie panikuj! Wiem, że ostatnio zachowuję się dziwnie. Ale nic. To niegroźny niepokój. Niejednemu się zdarza. Za dużo myślę o naszej przyszłości. Wzięłam zwolnienie, żeby trochę odpocząć. Wtedy porozmawiamy i będzie znowu dobrze... Ale właśnie teraz muszę wrócić jeszcze do roboty... Na jakąś godzinę albo dwie... Mała nudna służbowa uroczystość...
Natalia ukradkiem wychodzi z mieszkania, zanim zdumiony redaktor odpowiada coś. Zbliżenie na nią, gdy zamyka drzwi. Łagodny, czuły uśmiech na twarzy...
Scena 9
Droga wyjazdowa z Warszawy. Letnia noc, szosa mokra od deszczu. W oddali domy, światła, ruch na bocznych ulicach. Na drodze ruch wstrzymany, korek, pojedynczy ludzie wychodzą z samochodów z napojami i papierosami w rękach i podchodzą do przodu. Roztrzaskany wrak samochodu Natalii. Rozbite szkło. Karetki, straż, policja. Strażacy rozcinają wrak. Nad wrakiem ogromny neon z reklamą jogurtu – „kosmiczna przyjemność”, ogromna twarz zadowolonej kobiety.Błyskawica. Zaczyna padać. Gapie rozpinają parasolki.
Z wraku wychodzi o własnych siłach Natalia.
OLBRZYM Z WĄSEM (zajada się hot-dogiem, w drugiej dłoni różowa parasolka dziecinnych rozmiarów)
Patrz, żaba. Taka miazga została z samochodu, a małej nic się nie stało!
ŻONA (drobna, w wielkich okularach na łańcuszku)
Ta, ta, a taka była tam jatka... Myślałam że na pół ją rozerwie.
OLBRZYM
Ta, po co tak pędziła?!
ŻONA
Do jakiegoś pewnie jegomościa. Albo się tam poróżnili...
OLBRZYM (z pasją kończy hot-doga)
Czy to piątek czy świątek, czy dzień prawdziwie święty, czy inna dajmy na to Wielkanoc, szalony człowiek od poczęcia świata zawsze pędzi na śmierć albo co by rozum postradać. Ja tam tego na ten przykład wogle nie rozumim....
ŻONA
Może jacyś masoni proszkami ją podtruli albo ktoś ją tego-tego... Wszystko w świecie ginie. Ostatnio z zoo pouciekały te zwierzęta... Wciąż nie mogą ich namierzyć, mówili wczoraj na Polsacie. Strach wyjść na ulicę, bo mogą cię pożreć dzikie bestie!
Natalia idzie przed siebie. Patrzy się na reklamę. Sardoniczny śmiech, który powoli ustępuje, rozstawia ręce, twarz sprawia wrażenie pogodnej. Podnosi ręce do góry, przenosi wzrok z reklamy w niebo.Przeniesienie kamery na niebo. Lekarze biorą Natalię za ręce i kładą na nosze. Nie stawia oporu...Droga po wypadku, policjanci uprzątają resztki, puszczają ruch jednym pasem. Mżawka.
Scena 10
Zbliżenie na twarz mężczyzny koło czterdziestki, siwiejący brunet, oczy szeroko otwarte, twarz odrętwiała, zlana potem. W pasiastej piżamie, leży na łóżku koło okna... Krzyk ptaka za oknem.Obok niego kobieta w średnim wieku, brunetka, tłusta cera pokryta krostami, leży przykryta kołdrą po szyję. Otwarte usta, rytmicznym ruchem trąca palcem górną wargę.
Obok nich człowiek z wąsikiem, sina twarz – kropki wytatuowane pod oczami skuty w kaftan bezpieczeństwa nieprzytomny próbuje raczkować kończynami i kwili jak niemowlę...
Pielęgniarka idzie z wózkiem wzdłuż korytarza...
Gabinet lekarski. Redaktor z ordynatorem. Ordynator – siwy mężczyzna z długą kozią bródką. Siedząc wypina klatkę piersiową, nie dotykając plecami oparcia krzesła. Łypie oczami. Bawi się fajką.
ORDYNATOR
Mamy niestety podstawy do przypuszczenia, że pana żona zrobiła to celowo.
REDAKTOR
Też tak sądzę... Powinienem był tego się domyśleć...
ORDYNATOR
Mógł być Pan zaskoczony, że Pana żona jest w Instytucie Neurologii i Psychiatrii. Na razie zakwalifikowano to jako szok powypadkowy. To jednak tylko wstępna diagnoza. Od razu, jak widzę, nietrafna (rozczapierza dłoń, poczym chowa ją).
Fizycznie prawie nic jej nie jest. Nie było sensu trzymać jej na urazówce... To prawdziwy cud. Na logikę przy tej prędkości nie miała prawa przeżyć... Ale nie takie cuda widzieliśmy... Szwagier mój przekoziołkował trzydzieści kilka razy i tylko złamał sobie kość ogonową. U niej mamy powierzchowne rany na głowie, sporo silnych potłuczeń... Pokaleczyła się odłamkami szkła... Słowem nic... Świetnie wyszła z tego... Na tym jednak koniec dobrych wiadomości. Mózg nie został uszkodzony, jednak nie da się wydobyć prawie żadnej reakcji... Jest w niemal zupełnej katatonii...
Musimy wspólnie dojść do źródeł tej psychozy. O ile jest to psychoza, a wszystko na to wskazuje...
(Obraca w dłoni fajkę, gwałtowny zgrzyt, cięcie)
REDAKTOR
Od paru tygodni dziwnie się zachowywała... Tak, to chyba zaczęło się jakiś miesiąc temu. Wielu mówiło, że od dziecka jest trochę nadwrażliwa, ale mnie wydawała się normalna... Po prostu była niesamowita (przeciera dłonią czoło)... Narzekała tylko, że mamy mało czasu... Ja pracowałem w dużej firmie. Zajmowałem się doradztwem finansowym. Zaczęliśmy myśleć o dziecku. Dostałem propozycję zmiany pracy. Jestem redaktorem polskiego wydania jednego z pism międzynarodowych, odpowiadam za dział finansowy. Zarabiam tyle samo, a pracy wyraźnie mniej. Zmieniałem ją myśląc o niej..., no i dziecku, które planowaliśmy... Nie wiem, dlaczego to się stało. Przecież ja walczyłem... Zmagałem się z tym wszystkim tyle razy...
(Zbliżenie na lekarstwa w gablocie, zgrzyt, cięcie – ordynator trzyma fajkę w dłoni...)
ORDYNATOR
Na pewno będzie Pan pytał, a więc z góry odpowiem: Nie cierpi. Żadnych środków przeciwbólowych, ani tlenu nie potrzeba podawać... Tylko zwykła kroplówka... Co więcej, nieliczne reakcje – ruchy powiek, delikatne uśmiechy, wskazują, że jej organizm, na ile zachowuje zdolność odczuwania, doznaje swoistej błogości. Wolno mi?
Po przyzwalającym geście redaktora zapala fajkę...
Wie Pan, trudno tu mówić o nadziei. To rzadki przypadek, poza jednoznacznymi klasyfikacjami, objawy są zbyt niespecyficzne. Jako lekarze będziemy robić wszystko, żeby zbadać jej stan, zbadać jego mechanizm od strony neurologicznej. A w międzyczasie dla Pana to jest zakład: Albo Pan założy, że się z tego podźwignie, albo nie. To abstrakcyjne pytanie. Wiedza medyczna nie może tu nic zasugerować... Na razie to tylko Pana decyzja. Czy Pan więcej zyskuje, wierząc, czy nie wierząc... Lepiej może i wierzyć... Niech Pan jednak pamięta o tej rzadkiej błogości na jej ustach...
W trakcie jego słów przeniesienie na korytarz szpitala. Para pielęgniarzy wiezie Natalię.Zbliżenie Natalii. Przykryta po szyję prześcieradłem. Głowa owinięta bandażem. Kilka zadrapań na twarzy. Umalowane oczy. Zaciśnięte wargi, jakby się uśmiechały. Śpiew ptaka.
Złomowisko. Jednostajny hałas maszyn, przerywany sygnał. Samochód Natalii zostaje sprasowany przez maszynę.
Natalia leży spokojnie na sali. Ta sama pozycja
GŁOS NATALII (z taśmy, słychać sprzężenia i szmery)
Zawsze wierzyłam, że to będzie jakaś absurdalna przygoda. Że skoro przypadkowo spotkaliśmy się, będziemy blisko siebie, będziemy wobec siebie nawzajem absurdalni, może czasem będziemy się odtrącać, ale się zbliżymy jak nikt do nikogo... Bo tylko tobie się wydawało, że jesteś całkiem normalny... Że będziemy jak Bonnie and Clyde, cokolwiek byśmy w życiu nie robili...
Scena 11
Redaktor i Ordynator siedzą na werandzie szpitala... Ordynator pali fajkę, redaktor papierosa. Na stoliku dyktafon. Ordynator wyłącza urządzenie...
ORDYNATOR
Czy to nagranie sprzed niedawna?
REDAKTOR
Tak myślę. W każdym razie nigdy o nim nie słyszałem.
ORDYNATOR
Pan mi jeszcze przypomni, od jak dawna się znacie?
REDAKTOR
Trzy lata... Pobraliśmy się dwa lata temu...
ORDYNATOR
Taa, trzy lata, już przypominam sobie...
REDAKTOR
No właśnie, wydaje się, że te słowa mogą mieć coś wspólnego z tym, w jaki sposób poznaliśmy się... To była wielka szalona impreza, na brzegu jakiegoś jeziora... Ja byłem zmęczony... Rozpadł się mój poprzedni związek... a już byliśmy zaręczeni. Miałem też ostry zakręt w pracy. Ludzie mnie trochę męczyli. Wyrwałem się na spacer, by zaczerpnąć tchu... Ona stała po drugiej stronie jeziora. Miała na głowie kapelusz i maskę karnawałową... Tak, to był bal przebierańców... Tylko ja jeden zapomniałem swojej, a może po prostu nie chciałem żadnej komedii... Była trochę podpita, czuła się dobrze ze sobą, ale kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się... Potem powiedziała mi rozbawiona, że wyglądamy jak para szalonych uciekinierów... To prawda, że wtedy miałem powody, żeby uciec... Ale ja nie mogę uciekać. Zawsze trzeba jakoś walczyć, kiedy nie ma się tego nieszczęścia albo szczęścia być kompletnie szalonym. Choćby dlatego, żeby zachować twarz... Dla mnie zrobienie kariery było bardzo ciężkie... W końcu się udało... Długo szukałem też miłości no i wydawało się...
ORDYNATOR (puszczając kółka z fajki, powoli, natchnionym głosem)
Niech Pan się nie pogrąża i nie drąży tak tego przykrego przecież tematu. Jak mówiłem, w świecie zachodzą chaotyczne procesy, z którymi nauka dopiero uczy sobie radzić. Pan jest zagorzałym zwolennikiem konsekwencji w życiu. Niech Pan pamięta (z bardzo dyskretną autoironią), że największym zwolennikiem myślenia przyczynowo-skutkowego jest psychiatra. Znacznie większym niż fizyk. Jeżeli więc psychiatra wyznacza pewien pułap, ponad którym nie można już jego zdaniem jednoznacznie mówić o skutkach i przyczynach, to dla własnego dobra nie należy się ponad niego wznosić... To, co „ponad”, klasyfikujemy w nauce jako paranoję – ob.sesja powiązań i przyczynowości, a to w życiu bardzo niebezpieczne... Proszę raczej przyjąć, że pewne rzeczy po prostu się zdarzyły (z oddali dobiega hałas kosiarki, robotnik wchodzi w kadr, na razie jest na dalszym planie).
Tak jak mówiłem, będzie Pan mógł ją zobaczyć. Proponuję jeszcze trochę poczekać, teraz jest pora odwiedzin, za godzinę będzie Pan z nią sam na sam... Ja w międzyczasie też muszę coś załatwić... Wydaje się, że tak jak się umawialiśmy, niedługo będzie można ją przenieść do odrębnej salki, gdzie będzie można zapewnić jej prywatność – dla niej to niewiele znaczy, ale rozumiem, że dla Pana...
Hałas kosiarki wzmaga się gwałtownie... Zbliżenie na robotnika ubranego w sterylny biały kombinezon, duże słuchawki na uszach...
Scena 12
Redaktor siedzi na ławce w korytarzu. Czyta czasopismo. Obok niego przysiada się wysoki szczupły mężczyzna koło siedemdziesiątki, w okularach w grubej rogowej oprawie, długopis za uchem, rozchełstany, w niedbale narzuconym szlafroku w pionowe biało-czerwone pasy, zaczyna rozwiązywać krzyżówkę. Na skrawku obnażonej piersi metalowy krucyfiks.
MĘŻCZYZNA
(podnosi głowę znad krzyżówki, wyciąga rękę)
Kokosiński.
REDAKTOR (ściska jego dłoń zdezorientowany)
Gaszyński.
KOKOSIŃSKI
Pan czym się w życiu trudni?
A już widzę (patrzy na czasopismo) „Przegląd podatkowy”? Czyli w handlu podatkami pan robi. Hm, handel podatkowy to poważna sprawa. To miło spotkać wykształconego człowieka, rzadkość w czasach post-bolszewii. Może pan kiedyś zostanie, nie wiem jak to się mówi..., a, przecież – wojewodą. O, to byłaby bardzo znaczna rzecz chociaż raz zostać w życiu wojewodą, dla maluczkich niebosiężne szczyty.
A ja proszę pana jestem inwalidą. Pseudonim w powstaniu miałem „Turek”. To już była złośliwość prowokatorów, bo nie miałem, proszę Pana, korzeni otomańskich. Odniosłem rany w walce za Ojczyznę – niech Pan tylko popatrzy (pokazuje dłonie, na których widać jednak tylko zmarszczki starca, rozchyla szlafrok, odsłania obnażoną pierś). Za bolszewii pracowałem jako technik budowlany. Dyplomowany technik, proszę Pana, żeby Pan sobie nie pomyślał o mnie: byle buc... Postradałem zdrowie na stanowisku pracy. Winą obarczono siły przyrody, proszę Pana. A stało się to z powodu działania osób trzecich, proszę Pana. Z czystej podłości ludzkiej, proszę Pana. Obleciałem właściwe organy, proszę Pana. Nic z tego – ci, co trzeba, zawsze byli w zmowie. Czerwońce aż do szpiku! I skośne oczy mieli!
Redaktor patrzy dookoła, na wózku wywożą nieruchome ciało, przykryte po szyję prześcieradłem.
KOKOSIŃSKI
W związku z czym wystąpiłem o rentę wraz z dodatkiem. Lecz padłem ofiarę pomówień, trzeba Panu wiedzieć i przedmiotowego dodatku odmówiono. A tak, odmówiono proszę Pana. A była to wartość jedenastu bułek tygodniowo, sam dodatek tylko. A ile można było kupić za to mleka, a ileż jaj i opału! Chcieli żebym umarł z głodu, tym bardziej, że dopuszczali do tylokrotnych podrożeń cen towarów. W całym kraju, nie tylko w Warszawie, ale wszędzie co miesiąc podrażali – widać, że wszędzie mieli mnie na oku. Nie miałem gdzie się ukryć.
Ale ja przeżyłem, trzeba Panu wiedzieć. I z roszczeń moich dla zasady nie zrezygnowałem. W związku z czym napisałem, trzeba Panu wiedzieć, podanie do jegomościa generała. A było mu na nazwisko Jaruzelski, proszę Pana. Pan może jeszcze pamięta takiego generalskiego jegomościa? Kiedyś pysznił się ten fircyk w naszym ziemskim teatrze. Miał swoje parę minut. Tak jak Breżniew, Reagan i inni, którzy błyszczeli, lecz jak im było pisane, przeminęli.
I wyobraź sobie Pan, na ten, że tak powiem, przykład dwajścia tysięcy stron naliczyło sobie przez lat pięć moje piśmiennictwo. I nic nie wskórałem mimo tego. Pobili mnie jeszcze do tego jacyś albańscy milicjanci.
Zaczyna wyć.
Podchodzą pielęgniarze.
PIELĘGNIARZ 1
Pan Gaszyński? Proszę się nie niecierpliwić... Za chwilę przyjdzie ordynator... My chyba musimy zająć się tym Panem. Ejże, Panie Kokosiński – czas chyba na Pana pigułeczki...
KOKOSIŃSKI
Pielęgniarz, dać mi czystą kartkę !!! I gdzie poszło moje podanie !!! (pluje) Do biura rent mi je zanieść!!! Nie daliście dodatku... Tyle lat... Pożałujecie, żydowskie pachołki, masońskie skurwysyny, wy wszystkie w tym burdelu hitlerowskie ludobójce, popamiętacie jeszcze moje słowa...
Mężczyzna trzęsie się, płacze, wygraża pięściami w stronę pielęgniarzy. Kiedy chwytają go za ręce, od razu pokornieje i daje się spokojnie wyprowadzić, niczym grzeczne dziecko.
Redaktor patrzy się dalej na pusty korytarz. U jego końca pojawia się salowa i zaczyna zmywać podłogę... Po chwili wychodzi z kadru... Z oddali nadchodzi Ordynator.
Redaktor i Ordynator idą wzdłuż korytarza...
ORDYNATOR (żywo gestykuluje, prowadzi Redaktora, co chwila wskazując dłonią przed siebie, przecinają kolejne korytarze...)
W międzyczasie sprawdziłem tę kwestię... Jednoczesna błogość i lęk przed automatyzmem wszystkich funkcji, łącznie z oddychaniem i miłością... Pragnienie całkowitej zmiany rytmu... Są takie przypadki w medycynie światowej... Na ogół wśród kobiet atrakcyjnych, inteligentnych i cieszących się sporym powodzeniem. Ostatnio w USA, Pani senatorowa z Nebraski... Także w Szwecji, pewna słynna aktorka teatralna – to też było całkiem niedawno... W tej chwili nasz Instytut bez przeszkód może nawiązać kontakt z tymi ośrodkami... Proszę, to już tutaj...(wchodzą, z oddali widać leżącą Natalię)
Dłuższe zbliżenie twarzy Natalii. Zabandażowana głowa, zamknięte oczy, lekki uśmiech... Czerwone plamy na dłoniach i twarzy.
ORDYNATOR
Niech Pan się tylko nie niepokoi o te ślady. Troszeczkę stygmatyzuje. Jak mówiłem, nie cierpi.
Zbliżenie twarzy Natalii. Wkracza fragment wokalny z „Four Walls” Cage’a. Po zbliżeniu twarzy przeniesienie na pusty korytarz, twarze Redaktora i lekarza i kilka detali – rośliny w doniczkach, kolejny z detali „roślinnych” jest już detalem w mieszkaniu redaktora.Wyciszenie muzyki.
Scena 13
Redaktor siedzi w sypialni. Rozpięta koszula. W dłoni nie zapalony papieros. Zmienia kanały. Reportaż pokazuje zamieszki gdzieś w Indonezji albo na Timorze. Chaotyczny tłum biega z pałkami w dłoniach i demoluje, co się da. Chmura gazu łzawiącego...Redaktor wyciąga z szuflady kasetę wideo i wkłada do magnetowidu.Film ze ślubu. Jako ilustracja dźwiękowa marsz z Lohengrina grany z pozytywki. Metaliczny dźwięk. Na przemian zbliżenia na kroczącą parę i rozbawiony tłum w uroczystych strojach. Potem zbliżenie na Natalię. Natalia śmieje się, jednocześnie ma łzy w oczach.
Scena 14
Nowy pokój Natalii – ciasna izolatka, widziana najpierw zza uchylonej zza kotary. Słychać odgłos wentylatora. Powiew wiatru. Odsuwa się kotara, i promień światła pada wprost na Natalię. Twarz wykrzywia się spazmatycznym skurczem. Ciało wygina się po czym całkiem zastyga. Bezgłośny uśmiech i następnie rozluźnienie ust. Po przeciwległej stronie do wejścia okienko, w cieniu twarze 2 pielęgniarzy i ordynator (pośrodku) zaglądają do środka.
Coda:
Zbliżenia szosy, księżyca w pełni, stawu i dymu płynącego z komina.
Pomiędzy aktem pierwszym a drugim kilkanaście sekund przerwy. Na planszy napis „...Akt 2 – Ładowanie potrwa kilka chwili. Proszę czekać. Tykotanie zegara albo jakiś przerywany, jednostajny elektroniczny sygnał.
AKT 2
Scena 1
Living room w mieszkaniu redaktora, nieporządek: Redaktor leży nagi na rozłożonej sofie, która usiana jest petami, leży na niej przewrócona popielniczka, pisma motoryzacyjne i kilka zardzewiałych żyletek. Huczy telewizor. Reportaż z nalotu na Irak. Redaktor bawi się pilotem, na przemian nagłaśniając i ściszając transmisję.
Wstaje z łóżka, naciągając bokserki. Idzie do łazienki, staje przed lustrem. Zamiast kosmetyków Natalii, tylko szczoteczka i pasta do zębów, do tego stoi litrowa flaszka Martini, prawie całkowicie opróżniona, szklanka i kilka opakowań xanaxu.
REDAKTOR (powoli)
Dzień dobry, dzień dobry, witam siebie i wszystkich. Jak zwykle wiadomości przybrały zły obrót. Te w telewizji i nie tylko. Człowiek się nacierpiał, lecz jak w dziewięciu na dziesięć przypadków statystycznych, obyło się bez śmiertelnych ofiar. Teraz czeka nas długa, bardzo długa historia, jednak ostrzegam, że to będzie chaos a w każdym razie komedia. Zaczynamy! (podnosi w geście toastu pustą szklankę)
(po chwili)
Zasrany wermut. (Zbliża twarz do lustra, przegląda się w nim, wybałusza oczy). I ty stary wypiłeś prawie litr tego gówna! Salutuje.
Kuchnia. Pozostawiona taśma w magnetofonie. Wydobywa się z niej głos Natalii.
GŁOS NATALII
Na pierwszy rzut oka było wielu takich jak ty... Ale czułam, że w jakiś sposób jestem przyrośnięta do Ciebie. Nie uwierzysz. Że spotkaliśmy się po to, żeby się mieszać nawzajem, żeby się gubić i wymieniać... Na początku byłeś kompletnie zniszczony swoją pracą... Ale byłeś sobą... Potem stałeś się bardziej delikatny, ale twoje ciało robiło się coraz bardziej prefabrykowane... Musiałam się od ciebie oddzielić... Albo pociągnąć za sobą, a tego robić nie chciałam... Może zresztą jedno i drugie uczyniłam... Może to była taka moja gra... Taka mała gra...
Taśma kończy się. Dzwoni telefon postawiony koło magnetofonu... Z łazienki słychać odgłos krztuszenia się... Z telewizora odgłos bombardowania...
Telefon znów dzwoni. Redaktor nie podchodzi...
GŁOS (nagrywa się na sekretarkę automatyczną).
Cześć stary, mówi Robert Gucio (ton trochę nieśmiały, speszony). Słuchaj, wiem o wszystkim, co się wydarzyło. Nie pytaj skąd... Taki jest ten nasz mały świat... Naprawdę, tak mi przykro. Ale takie rzeczy przychodzą niespodziewanie. Nikt z was nie jest winny. Słuchaj stary, nie załamuj się, trzeba trzymać powera. Stary, przejdź się ze mną na piwo po południu... Wiem, że nawet nie wypada mi zapraszać cię, ale sądzę, że dobrze ci to zrobi... Postanowiliśmy w pracy, że ktoś musi przejąć inicjatywę. Wyrwać cię z tego załamania... Mam nadzieję, że odbierzesz tą wiadomość i się zgodzisz.
Scena 2
Wieczór. Redaktor stoi na skrzyżowaniu, drżącą dłonią pali papierosa. Próbuje złapać taksówkę. Nic się nie zatrzymuje. Wyrzuca papierosa. Łapie się za głowę .Krztusi się. Odchyla głowę, wyciąga w górę ramiona, robi mocny wdech... Nad nim wielka tablica świetlna reklamuje telefony komórkowe. Podobizna Einsteina. Napis głosi: „Istotę rozwoju stanowi nowa idea”. Redaktor zatyka usta, ni to do ziewania, ni do krzyku. Ten zwykły odruch zdenerwowania i zmęczenia w srebrnym świetle wygląda jak okrzyk desperata. Po chwili opanowuje się, zapala nowego papierosa, podchodzi do krawędzi jezdni, zatrzymuje taksówkę..
Kilka migawek z jazdy w centrum miasta. Wysiada na Puławskiej przed Galerią OFF. Dzwoni do drzwi. Ochroniarz wpuszcza go do środka...
Wnętrze. Jest dość pusto i cicho. Wieczór jazzowy. W tle improwizacja saksofonu. Zmysłowa swingująca melodia – trawestacja motywu granego na Chmielnej w Akcie 1, przetworzona z większą ilością modulacji, bardziej złożona rytmicznie, o lekko orientalizującym zabarwieniu. Redaktor i Robson siedzą przy stoliku. Robson we flanelowej koszuli w szkocką kratę i zamszowej marynarce, pali fajkę. Na głowie flanelowy kapelusz. Na stoliku karty. Piją piwo. Obok odstawione dwie inne duże szklanki...
ROBSON
No widzisz.... Może wyluzujesz. A z żoną będzie dobrze. No, w każdym razie nie cierpi... A to jest zawsze najważniejsze... Dobry pomysł z tym urlopem bezpłatnym... A już myślałem, że rzuciłeś robotę. Nie można ostatecznie rezygnować... Zawsze wszystko może się odwrócić... (pauza, mocniejsze wejście motywu muzycznego)
Powiem Ci jedno, koleś. Jest sposób, żeby z tego się wyzwolić... Zobaczyć, że świat, który się rozciąga w nieskończoność, daleko poza naszymi problemami, nadal może być piękny, tak jak zawsze był... Jesteś stary mężczyzną? Takim wiesz, z telewizji. (sięga do kieszeni marynarki) Nigdy nie próbowałeś popykać z tej zabawki?
Robson wyciąga rewolwer w z wewnętrznej marynarki i podaje redaktorowi pod stołem.Redaktor bierze pistolet do ręki, niewprawnym ruchem, z zawahaniem, uśmiecha się niepewnie. Kiwa głową.
ROBSON
Człowiek musi iść za swoim instynktem. Żyć zgodnie z własną naturą. Załącz sobie TV (wymawia „tiwi”) a tam co kilka minut mówi to jakiś prorok albo jakaś bogini. Ale to wyjątkowo prawda. Instynkt. Kilka sekund. Adrenalina, napięcie, świat wiruje. Kilka sekund. I wszystko wraca do normy. Masz spokój... Jesteś czysty... Jesteś cool. Świat znowu jest twój, możesz działać, wszystko przed tobą ustępuje – ludzie, domy, tramwaje. Lepiej tak, zamiast nosić coś w sobie aż do trumny.
Milknie, a po chwili znów zgłaśnia się przez moment wątek saksofonu. Redaktor kiwa się na krześle, przymyka oczy na chwilę.
ROBSON (kontynuuje)
Ja raz zapolowałem z tej zabawki. Na jakiegoś kundla. W lesie się do mnie przyczepił. Trochę szkoda mi było. Ale mu palnąłem ze dwa razy w łeb. Nawet koleś był spoko – taki duży, łaciaty. Ale mi ubliżył. Chciał mnie, baran, ugryźć.
Wychodzą na zewnątrz. Ciemno. Cisza. Pojedynczy przechodnie. Rozlega się syrena. Przejeżdża karetka pogotowia. Staje gdzieś niedaleko. Dłuższa chwila ciszy. Wolno idą chodnikiem.Z przeciwnej strony nadchodzi dwóch osiłków w obcisłych dżinsach i skórzanych kurtkach. Idą szybkim krokiem. Roztrącają Redaktora i Robsona. Jeden potrąca Robsona ramieniem.
ŻUL
Uważaj, kurwa, lamusie.
Idą dalej. Redaktor i Robson patrzą na nich. Żul się odwraca.
ŻUL
Co filujesz, ślepaku? Rozpierodlić ci aparaturę? W pizdu chcesz?
Odwraca się w swoją stronę, idzie dalej.
ROBSON (miękko, z dyskretnym uśmiechem)
Wiesz, co ja mam. A on o tym nie wie. On nie wie, że jakby co, to nie tylko mogę założyć burdel na spółkę z sułtanem Brunei i sprzedać tam jego bezrobotną rodzinę. Ale dodatkowo mógłbym przerobić na japońską koninę jego naszpikowane sterydami ścierwo. Rzecz jasna w obronie koniecznej. Każda zbrodnia zresztą jest obroną konieczną w pewnym sensie. (pauza) Trudno by mi przyszło kogoś zabić. Jest w życiu jakaś moralność. Ale wystarczy, że to masz przy sobie. To jest atut, to jest konkret, jak w dobrym interesie. To ci daje poczucie bezpieczeństwa, bardziej nawet wewnątrz, niż na zewnątrz. Przemyśl to stary, co ci powiedziałem.
Redaktor kiwa głową bez słów.
ROBSON
Strzałeczka.
Wyciąga dłoń.
Redaktor ściska jego rękę. Rozstają się. Robson przechodzi przez ulicę. Redaktor idzie przed siebie (bardzo cichy akompaniament tematu saksofonowego). Z naprzeciwka sztywnym krokiem, utykając lekko na nogę z głową zapatrzoną do góry idzie brunetka w ciemnych okularach. Zbliżając się do redaktora wyciąga papierosa.
BRUNETKA
Przepraszam, czy ma Pan może ogień?
Redaktor szuka w kieszeni zapalniczki. Znajduje i podaje jej. Zbliżenie twarzy w świetle zapalniczki, na policzku plaster, twarz wyraźnie blada...
Redaktor wyciąga papierosa i zapala. Stoją naprzeciwko siebie.
BRUNETKA
Pan idzie w tamtą stronę? Ja też. Szłam w złym kierunku (z niewinnym rozbawieniem). Pomyliłam się...
REDAKTOR
Tak, jeszcze kawałek podejdę. Mam ochotę trochę się przewietrzyć.
BRUNETKA (mocno zaciąga się dymem)
Ja też! A więc chodźmy (bierze go pod rękę)
Idą. Kobieta utyka na nogę. Zachowuje się jakby miała zawroty głowy – trochę się zatacza, wzdycha przy tym...
REDAKTOR
Pani się chyba źle czuje. Zadzwonię może po taksówkę?
BRUNETKA (uśmiecha się otwierając i zamykając powieki)
Nie trzeba (wskazuje na zaparkowaną taksówkę)
Podchodzą. Obok taksówki leży człowiek, nad którym pochyla się dwóch pielęgniarzy. Mężczyzna koło 60-tki grubawy, łysiejący, długie baki. Szary letni garnitur, kwiat w butonierce, na chodniku biały kapelusz typu panama. Rozpięta koszula. Niedaleko stoi karetka. Ekipa reanimacyjna za pomocą elektrycznych wstrząsów masuje jego serce. Ciało drga.
BRUNETKA
Jedźmy szybciej, nie mogę na to patrzeć! Jak w fabryce! Pan wsiądzie, szybciej proszę! (popycha go)
Jadą taksówką, oboje na tylnym siedzeniu, przez pewną chwilę w milczeniu.
REDAKTOR
Tak, mnie też to poruszyło... Mam żonę w szpitalu. Wypadek samochodowy. Cholernie ciężki wypadek. I bardzo dziwny. Więcej nic nie chcę o tym mówić... (cicho, bardziej do siebie) W przyszłym roku planowaliśmy dziecko. Bardzo chciała je mieć... A teraz sam nie wiem, co będzie. Żyje, to jedyne szczęście w tym szaleństwie. Mówią, że nie cierpi. Ale nie odzyskała świadomości drugi miesiąc...
BRUNETKA (przerywając mu)
Niech się Pan nie przejmuje. (po chwili) Ja przez wiele przeszłam. Idzie się przez kolejne dni, a pozostałe ot tak gubi się za sobą (macha ręką). To wszystko. Świadomość? Po co nam świadomość? Zaraz Pana pocieszę.
Wyciąga coś z torebki – jest to miniaturowy sznaucerek z plastiku obłożony pluszem. Sznaucerek zaczyna kiwać głową i merda ogonem, oczy zaczynają się świecić na czerwono.
Brunetka śmieje się. Również na twarzy redaktora powoli zjawia się uśmiech.Przejeżdżają mijając Dworzec Centralny i Rondo ONZ...
BRUNETKA (wolnym słodkim głosem)
A jednak, pan wie, pies jest lepszy od mężczyzny. Rzecz jasna taki prawdziwy. Tak samo rusza się, dotyka, lecz przy tym nic nie mówi. Nic nie myśli! Po prostu żyje! Jeden dog... miał taką śliczną skórę, wydawał się w świetle fioletowy... Mało się spotyka takich ludzi. Rasowych ludzi, dobrej krwi. Już chyba łatwiej o psa. Co nie znaczy, że jestem obrończynią zwierząt. Lubię jeść tych, których kocham. Niech Pan to ma na uwadze.
TAKSÓWKARZ
Hi, hi. Jak kobity chłop nie zadowoli, to i pies nie pomoże.
BRUNETKA (po dłuższej chwili)
No i popatrz. Ja już czuję się spokojnie. Tu jest tak dobrze, tak ciepło. Pan kierowca taki jest uprzejmy. Nie ma się czego bać. (po chwili). Bardzo się cieszę, że cię spotkałam. Od razu widać, że ty jesteś inny. Ty jeszcze o tym nie wiesz. Ale z tobą można porozmawiać. Z tobą można przegadać całą noc. Z tobą można zrobić coś nieprzewidzianego.
Brunetka kieruje rękę w stronę spodni redaktora, trzyma go za kolano...
BRUNETKA (do taksówkarza)
Proszę się tutaj zatrzymać! (do redaktora)
Wysiadamy !
Scena 3
Redaktor rozgląda się po mieszkaniu... Brunetka nurkuje w łazience... Zostawia drzwi uchylone... Redaktor patrzy w tę stronę z zaciekawieniem i lekkim niepokojem... Stoi nieruchomo pod ogromnym szklanym żyrandolem... Słychać cichy śmiech i spuszczanie wody...Po chwili drzwi rozchylają się...
Podchodzi i zagląda... Brunetka stoi przed lustrem. Sukienka nie dopięta do końca na zamek błyskawiczny, obnaża chude plecy, z wyrazistą linią kręgosłupa... Na plecach brunetki blizna i tatuaż.... Brunetka uśmiecha się... Zalewa ją ostre światło lampy... Redaktor początkowo w półcieniu... Podchodzi do niej, z wahaniem, jakby się wkradał w obcą strefę... Dotyka jej pleców... Brunetka odwraca się... Obejmuje go... Zaczynają cię całować... Ściskają się mocno... Obraz się rozjaśnia niemal do prześwietlenia... Fragment z „Ramifications” Gyorgyi Ligetiego, ewentualnie inny sonorystyczny utwór na smyczki, byle nie zbyt patetyczny.
Brunetka i redaktor wychodzą na balkon. Redaktor w bokserkach i rozchełstanej koszuli... Brunetka w rozchylonej białej tunice... Zapalają papierosy... Iskry spadają w mrok... Naprzeciwko buduje się wieżowiec. Dźwigi, światła. Zachmurzone niebo, szare. Wolno pulsuje światło dźwigu... Cichy, pulsujący hałas jakiejś innej maszyny...Hałas, brzęk metalu i szkła. Po chwili słychać syreny.
BRUNETKA
Pewnie znowu za rogiem zderzyły się tramwaje. Kolejny raz w tym tygodniu.
BRUNETKA (po chwili)
Kiedy wprowadziłam się tutaj, tego jeszcze nie było. Tylko jakaś łąka i kupa śmieci, tyle śmieci. Niedawno były jeszcze tu działki, na których sadzili marchewkę i coś jeszcze. Teraz stawiają apartamentowiec. Znów budują coś na jakieś trzysta osób. Mieszkałam w takim z moim poprzednim facetem. Jak wygodnie żyje się w takim nowym budynku... Idziesz korytarzem... Równe kafelki, jak w lustrach odbijają się w nich strzępy twojej sylwetki... Wszyscy tak ciepło uśmiechają się... Te dyskretne perfumy... Nie czujesz niczyjej obecności... Pomyśl... Tu naprzeciw nas może kiedyś wprowadzi się jakaś para. On będzie nosił czarny garnitur, a ona białą sukienkę i welon jak do ślubu... Obok zburzą tę budę i w rok przygotują następny wieżowiec. A oni... będą wracać tylko na wieczór, a dzień spędzać gdzie indziej, razem albo osobno. Pomyśl, jednak, że będą przychodzić tam i kochać się całą noc. Nie będą nic przy tym mówić ani krzyczeć... Bo będą głusi i niemi... I my będziemy wtedy z nimi i oni będą z nami. Znasz ten wiersz?
We dwójkę płyną umarli
We dwójkę, opływa ich wino
Winem na siebie wylanym
Umarli we dwójkę płyną
A włosy spletli w podściółkę
A jedno się z drugim jednoczy
Ty rzuć kostką jeszcze raz dwójkę
I zanurz się w jedno z jej oczu
[1]
REDAKOR
Jak się właściwie nazywasz?
BRUNETKA.
Julia. Julia K. Tak napisane mam w dowodzie. Nazwisko się zatarło, poza pierwszą literą. Reszty zapomniałam. Nie przejmuj się, imię też jest zmyślone. Jakie jest naprawdę, wie tylko moja mama. Ale to nie ma znaczenia.
Tajemniczy (generowany elektronicznie) odgłos jakiegoś ssaka.
BRUNETKA
Patrz – jakby coś śpiewało, a jednocześnie płacze, jak dziecko.
REDAKTOR
To chyba pawian. Parę tygodni temu podano przecież w „Informacjach”, że zbiegły zwierzęta podczas transportu do Zoo. Niektórych do dziś nie odnaleziono...
BRUNETKA
Uciekł z zoo. Złapmy go! Dostaniemy nagrodę!
Redaktor i brunetka zaczynają się śmiać.
Zza węgła dobiega ryk tygrysa.
Brunetka cofa się przerażona. Rechot hieny...
BRUNETKA
Nie, to jednak nie zwierzęta....Tuż obok mieszka brzuchomówca. Zawsze w nocy ćwiczy. Ja przyzwyczaiłam się, ale dzieci w sąsiedztwie nie mogą przez to spać...
Obejmują się... Chwila ciszy. Widok budowy zza okna. Światło dźwigu pulsuje. W tle cicho motyw adagia z sonaty d-moll Brahmsa, sam początek tej części utworu...
Scena 4.
Redaktor idzie w stronę domu. Słońce przebija się zza chmur. Robi się coraz bardziej jasno. Ulice stają się wyblakłe, marazm na chodnikach, pojedynczy przechodnie. Na rogu ulicy obok domu redaktora zaparkowany mini van. Klakson. Obok stoją robotnicy. Włączają młot pneumatyczny. Redaktor chwyta się za uszy. Młot na moment cichnie... Klakson uderza jeszcze kilka razy, zagłuszany na przemian młotem...
Redaktor odwraca się jednak.Hałas młota ostatecznie cichnie. Powraca klakson samochodowy, który dzwoni jeszcze kilka razy...
GŁOSY Z SAMOCHODU
Marcin! Łuuuuuu....
(Drą gardło na całego, oklaski)
Są to Olgierd, Sebek i Kasia. Uchyla się przednia szyba, wychyla się Robson w tenisowej czapeczce.
KASIA KOŁEK
Martin, przejedź się z nami, jedziemy na wycieczkę...
REDAKTOR (zmieszany, ociera ręka czoło)
O kurczę, teraz jestem strasznie zmęczony... Przykro mi.
ROBSON
Wsiadaj chłopie, przyjechaliśmy specjalnie po ciebie. Patrz, tu jest wolne (wskazuje miejsce obok kierowcy).
REDAKTOR
Wiecie co, chyba jednak nie mogę...
Robson otwiera drzwi i wskazuje znów wolne miejsce...
Jadą samochodem. Redaktor obok Robsona. Wszyscy poza redaktorem śpiewają a capella przyśpiewkę składającą się z nieartykułowanych dźwięków (łoo-łoo—łoo, Łuuu-łuu, łuuu – coś takiego). Robson markuje, że śpiewa. Potem ta sama melodia na głosy solowe, w trakcie występów danego solisty, pozostali, poza kierowcą i redaktorem klaszczą do rytmu. Następnie dołącza się chór, śpiewają nierówno, jeden przez drugiego...
OLGIERD
No dawaj, Marcin, co będziesz się w życiu opieprzał? (Sebek wtrąca właśnie fragment z Połomskiego „Cała sala śpiewa z nami”). Śpiewaj!
WSZYSCY (poza redaktorem)Cała sala śpiewa z nami itd., cały refren itd.Redaktor zaczyna nieśmiało klaskać do rytmu.
KASIA
Trzeba coś zjeść... Patrzcie co mam... Batonik coco-loco. Podaje go Olgierdowi, który rozbawiony, podsuwa usta i bierze duży kęs...
Świetny film zrobili do jego reklamówki... Fajna jest ta piosenka...
(śpiewa)
„Coco-loco” to jest życie...
SEBAN (podchwytuje tekst)
„Coco-loco” to jest seks...
OLGIERD
„Coco loco to jest kasa”
KASIA
„Coco loco” i noł stress
Śmiech, zaczynają wyć, także Robson się przyłącza... Gwałtowne zbliżenia wykrzywionych, rozkrzyczanych twarzy... Olgierd zajada batonik, Kasia pali papierosa. Redaktor uśmiechnięty, choć kręci głową z grymasem zakłopotania...
Cięcie... Samochód przejeżdża pustą, wąską, szosą... Pojedyncze wiejskie domy wyglądają czysto i schludnie... Wszystko poza samochodem nieruchome... Błękitne niebo, słońce, zieleń trawy...Roześmiane twarze, pokazane bez dźwięku... Redaktor strapiony... Bardzo cicho leci „Sympathy for the devil” Rolling Stones.Samochód stoi. Drewniana dacza nad brzegiem jeziora... Z podręcznymi bagażami idą do środka...
Scena 5
Wieczór. Dacza. Półpiętro. W dół prowadzą kręte schody. Zza balustrady widać bardziej przestronny pokój na parterze. Całość urządzona w stylu a la IKEA. Za oknami ściemnia się. Ci sami. Na stoliku butelki whisky, smirnoffa, papierosy, tytoń do fajki Robsona, torebki ze skunem i kokainą, rurki i sreberka...
ROBSON (nalewa whisky do szklanki)
(Ubrany w czarny kapelusz, czarną jedwabną koszulę, zawinięty białym „dyrygenckim” szalem jedwabnym.)
Bawcie się dzieci (wznosi toast, pije łyk i odkłada szklaneczkę) ...I kochajcie się...
ROBSON
Kochajcie się ile wlezie... Ale seks, moi drodzy, seks jest tylko rozkoszą dla śmiertelnych. Rozkoszą Bogów jest sztuka! Popatrzcie na to! (Wyciąga zza pazuchy laskę ogni sztucznych i zapala ją).
ROBSON (wpatrzony w laskę ogni sztucznych)
Choć nasze życie nic nie warte.
Eviva l’arte!
Redaktor patrzy się na ognie. Mnożą się przed jego oczami i rozbłyskują. Przywołuje w pamięci widok z balkonu, kiedy wyszli z Natalią na balkon. Krótka przebitka na tamtą scenę.Olgierd, Sebastian i Kasia działkują kokę. Sniffują po koleiW tle leci „Am i going insane?” Black Sabbath...
ROBSON
Cieszcie się życiem. Bądźcie nadzy. Póki jesteście jeszcze młodzi. (pociąga whisky prosto z butelki). Wszyscy dziś będą nadzy. Dziś jest Sylwester. Zaczął się nowy rok. Nowa Era. Słuchajcie mnie! Za chwilę znów będą fajerwerki. Raz i dwa. (kilka razy klaszcze, arytmicznie)
KASIA KOŁEK (obok niej rozsypana kreska koksu i dwie butelki whisky... Z tyłu Seban i Olgierd rozbawieni... Olgierd bije pokłony parodiując modlącego się muzułmanina...)
Co ty pierdolisz, Robson? Jaki kurwa Sylwester? Chyba masz już dosyć! A przecież impra dopiero się zaczyna.
ROBSON
Luzaka-luzaka... Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni... Pochodzi do redaktora i stawia przed nim butelkę wódki i kieliszek...Redaktor zaczyna pić... Pierwszy kieliszek pije z zawahaniem... krzywi się... Pije następny... Potem jeszcze następny, w sposób coraz bardziej mechaniczny, jakby było mu obojętne, co robi, jakby przestał odczuwać smak alkoholu...Olgierd, jak również Seban – w żartach, zaczynają dobierać się do Kasi...Kasia staje między nimi i obejmuje ich... Tańczą...
KASIA
Ja was zawsze kochałem chłopaki... Was obydwu... Kurwa czad!!!
Redaktor pije kolejny kieliszek...
REDAKTOR (nalewa wódkę do kieliszka)
Muszę z tym walczyć. Muszę z tym kurwa walczyć... Ja jeden walczę z tym wszystkim... (wylewa wódkę na podłogę). Po chwili jednak nalewa kolejny kieliszek i szybkim mechanicznym ruchem wypija całą zawartość. Po odstawieniu go czyni ręką ruch, jakby pił kolejny i śmieje się z tego, co robi... W tle słychać sprośny śmiech Kasi...Cięcie... Redaktor w tej samej pozycji. Ale w butelce zostało już tylko trochę na dnie... Krztusi się, ale nie wymiotuje... Napełnia kieliszek i bierze go w dłoń zastanawiając się, czy pić, czy nie. Obraca go w prawej dłoni. Wychyla zawartość...
Nagle wybucha kankan... Skrawki przestrzeni budynku widziane jakby przez puste i pełne butelki, wykrzywione, zdeformowane... Trójka – Kasia – Olgierd i Seban tańczą na parterze wymachując nogami, ubrani w samą bieliznę, Kasia pośrodku. Robson, nadal na półpiętrze, siedzi z tyłu... Migawki przeplatają się z wcześniejszymi ujęciami Robsona zapalającego sztuczne ognie i ze zbliżeniem twarzy brunetki widzianej poprzez płomienie fajerwerków...
Kankan cichszy... W oddali widać coraz bardziej swobodny chaotyczny taniec trójki, która się łączy i rozdziela...
Robson siedzi wciąż w kącie i uśmiecha się. Uśmiech szeroki, łagodny, lecz jakby zamyślony, nieobecny, mruży oczy... Kręci głową... W dłoni trzyma jakiś czarny przedmiot, który powoli gładzi rękoma...
ROBSON (podnosi głowę wołając)
Idziemy się wykąpać. Wolni! Nadzy! Ta noc do innych będzie niepodobna. Coś się zaraz wydarzy!
OLGIERD
Ty, Seban! Robson, kurde, proponuje, żeby pójść kąpać się na waleta.
KASIA
Good idea!
(wchodzą na górę, idą w stronę Robsona)
JEDEN PRZEZ DRUGIEGO
Robbie! Złaź, jak jesteś taki odważny! Sam proponujesz, to idziemy...
OLGIERD
Ale pamiętaj, że ona jest dziś nasza (obejmuje Kasię, śmiechy)
KASIA KOŁEK (podchodzi do Redaktora, który kompletnie schlany spuszcza głowę...)
Biedaku. Ty popływałbyś pewnie z tą swoją kobietą. Nie martw się, może wszystko będzie jeszcze dobrze. Całuje go czule w policzek. Schyla się potem i drugi raz go całuje.Dołącza z powrotem do kolegów... Trójka zbiega w dół...
ROBSON (do redaktora)
No cóż, jak poszli to ja muszę iść za nimi. Noc jest ciepła i piękna. A ty będziesz miał koszmarne przedpołudnie. Kaca z małymi dodatkami. Ale przejdziesz przez to! Od tego się w końcu nie umiera. No nic, ja lecę. Trzymaj się, stary. Goodbye... Arrivederci.
(odchodzi, ale po chwili się odwraca)
ROBSON
Wiesz o co chodzi. Luzaka-luzaka! (Śmieje się, jakby histerycznie, bardziej spięty niż zwykle)
Cisza, redaktor przysypia. Przeciera oczy... Skrzywiony, cierpiętniczy wyraz na twarzy... Krztusi się... Powracają migawki Natalii, Robsona i Brunetki, wolne, coraz bardziej dogasające, nieruchome, jak plakaty albo fotografie... Fragmenty opustoszałego wnętrza, detale – butelki, paczki papierosów, rozsypana kokaina... W migawkach widoczna uśmiechnięta twarz Natalii owinięta w bandażach na szpitalnym łóżku. Robson w kapeluszu, z fajką w zębach podchodzi do budy z erotycznym tańcem, migoce neon, drzwi otwierają się, ktoś – nie wiadomo kto – go wpuszcza. Brunetka w objęciach z redaktorem, którego twarzy nie widać...
Scena 6
Ranek, redaktor podnosi się z fotela. Chwieje się na nogach, trzyma się za głowę.
Schodzi w dół po schodach. Pokoje są opustoszałe. Tu i ówdzie widać przewrócone fotele zalegające butelki i popielniczki, potłuczone gablotki.
Redaktor otwiera drzwi wejściowe. Wychodzi na zewnątrz. Błękitne niebo. Słońce. Redaktor znów łapie się za głowę. Wymiotuje. Stęsknionym wzrokiem patrzy w toń jeziora. Zmierza ku niemu.
Powoli podchodzi do brzegu jeziora. Patrzy w dół.
Na brzegu, zanurzone w płytkiej wodzie leżą nagie ciała Olgierda, Sebastiana i Kasi. Nie żyją. Brak jakiegokolwiek dramatyzmu. Jakby spali. Ich ciała lśnią w słońcu. Błękit nieba...
Jezioro jest spokojne. Lekki wietrzyk. Kołysze się boja. Błękit i zieleń. Redaktor rozgląda się naokoło, po czym patrzy za siebie. Dom wśród zielonej trawy. Przed domem nie ma samochodu.
Scena 7
Scena pantomimiczna, jakieś szybkie nowoczesne tango, może być coś Piazzoli. Redaktor siedzi w Cafe Nowy Świat. Patrzy na twarze poszczególnych ludzi: Gruby mężczyzna w garniturze, z cygaretką, w przyciemnianych okularach; para hiphopowców w czapeczkach. Wysoki, skrajnie chudy mężczyzna w wojskowej kurtce trzyma w dłoni harmonijkę ustną. Ksiądz dyskretnie trzyma pod ramię leciwą blondynkę. Twarze wyostrzają się i rozmywają, jakby nachylały się nad nim i próbowały go nastraszyć. Redaktor opuszcza głowę, pozostali jakby się w niego wpatrywali. Wertuje gazetę. Widzi zdjęcie jeziora, wpatruje się wtedy w rozłożoną płachtę. Przy jednym ze stolików siada para mężczyzn w garniturach. Na ich stolikach rozłożone gazety. Każdy z nich nosi ciemne okulary. Jeden zdejmuje okulary i patrzy na redaktora. Drugi, przez chwilę obojętny też uchyla swe ciemne okulary i również się zwraca w jego stronę... Redaktor zaczyna lekko drżeć, niepewną dłonią patrzy na rachunek i coraz szybciej szuka pieniędzy w portmonetce, żeby znaleźć należność i się zmyć... Wszystkie gesty odgrywane mechanicznie, slapstickowo, odrealnione. Ostatnia twarz to twarz mężczyzny z prologu i reklamy – wyciąga z drinka kostkę lodu i rozciera ją sobie pod okiem, strumyk wody kapie jak łza.
Klatka schodowa apartamentowca Redaktora. Wchodzi w górę po schodach. Na półpiętrze bawi się chłopiec, u jego stóp mała klatka... Obok klatki mechaniczna zabawka – robot na baterie. Robot chodzi po betonie, po czym spada ze stopnia schodów... Leży na grzbiecie i buksuje mechanicznymi kończynami.
CHŁOPIEC
Proszę pana, proszę pana. Przed chwilą byli u Pana jacyś ludzie. Chyba to policja. Stoją przed domem w zaparkowanym czerwonym samochodzie. Na pewno pan ich mijał...
W klatce chomik, który patrzy się na buksującego robota.
Redaktor wbiega na górę...
U siebie... Rozgląda się po mieszkaniu. Przetrząsa szuflady. Podchodzi do szafy, wyciąga ciepłą marynarkę i zakłada ją. Dzwonek do drzwi... Po chwili donośne stukanie. Redaktor podchodzi do kolejnej szafeczki, wyciąga książeczkę czekową, chowa ją do kieszeni marynarki, podchodzi do drzwi balkonowych, otwiera je... Tykanie zegara...Wychodzi na balkon... Patrzy w dół. Wdrapuje się i staje na poręczy... Tykanie zegara. Odgłos bijącego serca...Na stoliku w living-roomie zdjęcie Natalii w kapeluszu i masce karnawałowej...
Na dole redaktor – po skoku z trzeciego piętra zdrów i cały. Biegnie przez trawnik, lekko tylko utykając, a potem przebiega między samochodami...
Wybiega na ulicę. Wbiega do metra... Dogania pociąg na peronie i ląduje w środku... Na chwilę pojawia się urwany fragment z Prelude 6 suity Bacha...
Scena 8
Budka telefoniczna. W środku redaktor, pali papierosa. W trakcie monologu brakuje mu tchu, gwałtownie się zaciąga...
REDAKTOR
Nie dzwoń tylko na mój telefon komórkowy, bo jeszcze do ciebie się przyczepią... Słuchaj, normalnie zgłosiłbym się... Przecież jestem niewinny. Ten koleś znikł, gazety podejrzewają nas dwóch, ale jakoś to wszystko się wyjaśni. Tylko, że po ostatnich wydarzeniach straciłem grunt... słyszysz mnie.... przez chwilę chciałem uciekać, bo myślałem, że wrobią mnie we wszystko... słyszysz mnie... ale zgłoszę się przecież, tylko... chcę cię jeszcze zobaczyć... słyszysz mnie... jak to przyjedziesz po samochód? ...jak to „przecież wiesz gdzie mieszkam”... i jak go otworzysz... nie wygłupiaj się? ...pod jakim centrum handlowym... Carrefour?
Od słów „jak to, przyjedziesz po samochód?” Redaktor mówi coraz wolniej, jednocześnie przebitki pokazują następujące wydarzenie:Brunetka wsiada do samochodu redaktora. Dwaj mężczyźni i kobieta (aktorzy – Olgierd, Seban i Kasia, widziani z daleka) w mundurach policyjnych gonią ją wykonując jakieś gesty. Wyciągają pistolety... Brunetka w szybszym tempie sięga po pistolet maszynowy i puszcza w nich krótką serię... Każde tuż przed upadkiem unosi ręce do góry, automatycznym gestem. Padają jak marionetki, jakby nie byli zabici, tylko udawali... Scena rozgrywa się bez dźwięku, nie licząc strzałów z broni...
Scena 9
Centrum handlowe... Kilka ujęć wnętrza – wystawy, przechodnie. Potem ujęcie budynku na zewnątrz, parking, neony. Jako podkład – John Cage – fragment fortepianowy z „Four Walls”, bezpośrednio poprzedzający część wokalną.
Redaktor idzie przez parking, jakby nieprzytomny... Wyprostowany, głowa uniesiona do góry rozgląda się na obie strony. W ustach papieros. Znoszone ubranie, niedbale narzucona zmięta marynarka, którą miał na sobie uciekając z mieszkania. Przystaje i patrzy na parking. Rozgląda się podejrzliwie. Mnóstwo samochodów ale w oddali tylko pojedyncze osoby. Pośrodku widzi kontener ze śmieciami... Staje za nim, rozpina rozporek, sika, neony pulsują.
Podjeżdża samochód i zatrzymuje się tuż koło niego. Jest to samochód reaktora, przemalowany na biało... Patrzy osłupiały.
Uchyla się okno. W środku siedzi brunetka. Tym razem ma loki na głowie i ogromne ciemne okulary.
Redaktor podchodzi. Wsiada....
Scena 10
Mieszkanie brunetki, pokój dzienny. Redaktor i brunetka siedzą na fotelach blisko siebie, patrzą sobie w oczy... Półmrok...
REDAKTOR
Wszystko dla mnie straciło swoją formę. Rozpadło się na moich oczach. I ja zostałem jedynym, któremu jeszcze wydawało się, że nie stracił orientacji. Ja musiałem cały ten świat przywrócić jakoś do porządku...
BRUNETKA
Co robiłeś w życiu, zanim Ci się to przytrafiło? Zanim to wszystko się zaczęło?
REDAKTOR
Jakieś nic. Firma konsultingowa... gazeta... Dużo pracowałem. Zależało mi na tym. To wszystko się teraz zaciera. Nie warto nawet mówić. Teraz szczęściem jest nie pamiętać, co robiłem wczoraj. A ty?
BRUNETKA
Ja też jakieś nic. I to różne nic, mniejsze albo większe... Władowałam się w masę problemów. Przecież wiesz zresztą... Ale to wszystko musiało się skończyć. Musiało się uspokoić...
Wstaje i pociąga za sznurek odsłaniający kotarę zwisającą po przeciwległej stronie ściany. Za kotarą na podłodze leży Robert Gucio. Nagi. Kapelusz na twarzy, lędźwie przykrywa mu jedwabny biały szal. W klatkę piersiową ma wbity długi bagnet.
Brunetka siedzi znów naprzeciw Redaktora. Ten po zobaczeniu Gucia wpada w panikę. Drżą mu kolana. Chce się ruszyć z miejsca. Brunetka kładzie mu dłonie na kolanach i przybliża twarz w jego stronę... Odrywa jedną dłoń od kolan i zatyka mu usta.
BRUNETKA
Cicho... To musiało się stać. Może kogoś kochałam? Ale nie było odwrotu... Inaczej byłabym zniszczona. To było dla mnie zbyt silne...
REDAKTOR (zdejmuje dłoń z jej ust)
O czym mówisz?
BRUNETKA
Czy to ważne? Ludzie mogą zagrać tyle ról, że nie wystarcza materii, żeby przybrali odrębne postacie. Dlatego różni ludzie mają takie same twarze. Gdy widzisz tę samą twarz, z trudem możesz zgadnąć czy to jeden, czy drugi... Stąd mówi się mylnie o złożonych charakterach, o rozdwojeniu jaźni. A to prostu całkiem inne osoby... I odwrotnie, ten sam człowiek często staje się kimś innym. Innym ciałem... Wystarcza makijaż, peruka, inny kolor oczu... Nic nie mów. Wyrzuć z siebie to, co masz wyrzucić, ale lekko... Wyrzuć to bez słów... Teraz będziemy razem. Chodź.
REDAKTOR
Ale (przeciera dłonią czoło, wyraźnie mu zależy, żeby zahaczyć rozmowę o coś konkretnego, żeby znaleźć punkt wyjścia) ...co miałaś na myśli mówiąc, że „przecież wszystko wiem”?
BRUNETKA
Nie żartuj! Wiesz, że nieprawdą jest, że nic nie zdarza się dwa razy. Wszystko się powtarza. W najbardziej nieoczekiwanym momencie. I to powtórzenie nas zabija, chociaż jest największą ekstazą, jaką można przeżyć. A większość rzeczy nie zdarza się tak w pełni ani razu, choćbyśmy wszystko, co się działo, pamiętali, choćby były dowody, dokumenty. Tak już w życiu jest. Zero albo dwa.
Wstaje i prowadzi go za sobą korytarzem w stronę sypialni... Dźwięki z „Four Walls” Przerywa je wycie pawiana, a potem karykaturalnie nagłośniony śpiew słowika...Redaktor i brunetka objęci, leżą złączeni ze sobą, gładzą się po plecach. Widać tylko pulsujące tułowie...
Najazd na twarze. Gwałtowne rozjaśnienie. Usta kobiety wtulone w policzek redaktora, światło pada w to miejsce sprawiając, że rysy rozluźniają się.
Kadr zatrzymany na chwilę.Trup Roberta Gucio.Łazienka, brunetka nago siedzi na sedesie, przegina się, zadowolona pali papierosa. Redaktor całuje jej stopy. Rozluźnienie, brunetka śmieje się jak dziecko... Zza pralki wyłania się biały kot i wybiega z kadru pędząc w stronę kamery...W łazience oświetlona lampką piramida kosmetyków, rozsypany puder.
Scena 11.
(Pomiędzy scenami 10 i 11 w dłuższym niż poprzednio zaciemnieniu motyw z „Four Walls”)
Redaktor i brunetka jadą samochodem. Redaktor prowadzi. Noc. Pojedyncze samochody mijają ich z na przeciwka oślepiając reflektorami.
BRUNETKA
Zatrzymajmy się tutaj...
Redaktor parkuje.
BRUNETKA
Zamknij samochód. Ja już idę, ty dogonisz mnie...
Poletko, tuż na skraju lasu. Pełnia księżyca. Nad polem lekka mgiełka... W oddali komin fabryczny, z którego dym unosi się do góry. Redaktor zamyka drzwi na klucz. Patrzy, że brunetka zaczyna biec przez pole w stronę drzew. Podbiega w jej kierunku.
REDAKTOR
Gdzie tak się spieszysz, zaczekaj!
Redaktor przyspiesza kroku, ale brunetka nie oglądając się biegnie coraz szybciej i znika w gąszczu drzew. Jej cichy śmiech w oddali.
Redaktor chodzi po lesie. W tle muzyka z „Four Walls”. W lesie nie widzi nikogo, ale znowu słyszy przez chwilę cichy śmiech.
REDAKTOR
Gdzie jesteś?!
Brak odpowiedzi. Idąc przez las, redaktor dochodzi na brzeg jeziora. Zatrzymuje się. Błądzi na krawędzi wody. Po drugiej stronie wyłania się dom, ten sam, do którego przyjechał z Robsonem i resztą towarzystwa.
Po drugiej stronie jeziora nad brzegiem spaceruje kobieta. Ubrana jak Brunetka. Ale nosi kapelusz i maskę karnawałową. Redaktor wciąż stoi na brzegu i patrzy się w jej stronę... Toń jeziora niezmącona. Boja, lilie wodne.Po krótkim zaciemnieniu na przemian ujęcia panoramiczne, zaczynające się z dwóch przeciwległych brzegów jeziora kręcone z miejsc, w których ostatnio byli redaktor i kobieta w masce (jakby kamera była ich okiem). Po przeciwnych stronach nie ma już jednak nikogo, opustoszała przestrzeń.
W trakcie ruchu kamery następujące tło muzyczne: Najpierw cykanie świerszczy. Nagle dobiega tykotanie maszyny do pisania, które się łączy z hałasem świerszczy. Potem dołącza się hałas lokomotywy, który wciąż się nagłaśnia. Hałas kosiarki. Młot pneumatyczny. Nieznaczne wyciszenie, powracają świerszcze. Przez moment bicie serca... wycie pawiana. Potem hałas maszyny do pisania, który narasta wśród sprzężeń. W kulminacyjnej chwili zgiełku zbliżenia na staw, komin i księżyc, pusta polana w lesie. Zaciemnienie.
W napisach końcowych leci „Am I going insane?”.
[1] Paul Celan „Zu zweien”, przeł. Jakub Ekier