Przygody redaktora Gaszyńskiego

czyli

Love Stories w krainie automatów
Sztuka filmowa w dwóch aktach

Występują:

REDAKTOR MARCIN GASZYŃSKI
NATALIA (JEGO ŻONA)
BRUNETKA JULIA
ROBERT GUCIO
KASIAKOŁEK
OLGIERD ORSZAGH-OBRĘBSKI
SEBASTIAN PLUTA
ORDYNATOR
PAN KOKOSIŃSKI
MATKA NATALII
i inni.

Uwagi realizacyjne: A. Natalię (Akt 1) i Brunetkę (akt 2) gra ta sama aktorka, role różnią się kolorem wło­sów, makijażem i charakteryzacją , jak również, co wynika z tekstu, sposobem zachowania. Redaktor gra tak, jakby nie dostrzegał podobieństwa między tymi postaciami.(Wariant alternatywny do rozważenia – dwie różne aktorki, w takim przypadku nale­ża­ło­by w ubiorze, charakteryzacji i sposobie gestykulacji uwydatnić podobieństwa, ale bardzo ostrożnie) B. Początek pierwszego aktu (sceny z redaktorem i Natalią) są odgrywane w nieco ele­gij­ny sposób, jakby były końcem historii, pożegnaniem. Ostatnia scena całości ewentualnie mo­że być początkiem. C. Podział na sceny w ramach aktów sygnalizowany jest dłuższymi zaciemnieniami (kil­ka sekund). W ramach scen zmiana czasu lub miejsca odbywa się płynnie, a tam gdzie wska­za­ne, z zachowaniem ciągłości dialogu lub muzyki. Muzyka w napisach początkowych:

Na początku bicie serca przeplatane z odgłosem maszyny do pisania... Odgłos maszyny coraz głośniejszy. Nagle wchodzi huk lokomotywy, który wszystko zagłusza... Kiedy cichnie, sły­chać, jakby z oddali, dźwięk młota pneumatycznego, który przerywa sztucznie nagłoś­nio­ny śpiew słowika... Po słowiku odgłosy tygrysa i pawiana... Znów huk lokomotywy... Kiedy huk lokomotywy ustępuje, słychać tylko cykanie świerszczy, odgłosy świerszczy cichną i leci od po­czątku adagio z 3 sonaty skrzypcowej d-moll Johannesa Brahmsa, które gra aż do końca napisów.

Prolog.

Napis na czarnym tle:

„Piękno pojawia znowu się w najczystszej postaci w takim ciele ludzkim, któremu w ogó­le brak świadomości, lub którego świadomość jest nieskończona, to znaczy w manekinie albo w Bogu” Heinrich von Kleist („Traktat o marionetkach”)

Napis na czarnym tle: „Unia Europejska. Czasy Dzisiejsze.”

Pasaż handlowy, wieczór, pada deszcz, oświetlona wystawa sklepu z ubraniami. Mane­ki­ny obwieszone czarnymi kostiumami, na przemian dla mężczyzn i dla kobiet. Duży ruch na ul­icy. Przechodzą ludzie, w dłoniach trzymają różnokolorowe parasolki. Zza rogu wychodzi Re­da­ktor Gaszyński – mężczyzna wzrostu ok. 180 cm, krótko obcięty, który obejmuje szczu­płą Natalię, swoją żonę – najlepiej ciemną blondynkę niższą od niego parę centymetrów. Pa­ra podchodzi do wystawy i zaczyna się przyglądać. Potem podchodzi mężczyzna w czarnym płaszczu i staje obok nich. Patrzy się. Skupiona, blada, sprawiająca wrażenie upudrowanej twarz bez żadnego wyrazu. Zatrzymana mimika. Para przygląda się z bliska manekinom. Mę­ż­czyzna stoi zesztywniały przed wystawą i patrzy na nią zimnym wzrokiem. Napięte gałki oczne. Nieporuszone. Para odchodzi. Chodnik spływa deszczem. Detale: Oko mężczyzny bez­na­miętne, po twarzy spływa roztopiony lód. Twarze manekinów. Krople spadają na ulicę. Jezdnia. Komin fabryczny. Prolog odgrywa się bez muzyki. AKT 1Scena 1Living room.Ciepłe kolory ścian i mebli skąpane w delikatnym półmroku, skórzana sofa...Na sofie siedzi redaktor w spodenkach i płóciennej koszuli z krótkim rękawem, nałożonej niedbale na goły tors, zapiętej na dwa – trzy guziki. Natalia w jasnym kimonie, lekko rozchy­lo­nym, włosy spięte w kok. Oglądają jakieś nagranie. Natalia głaszcze czarnego kota, który się­dzi jej na kolanach, po chwili kot złazi z niej, zeskakuje i chowa się za sofą...Chichoczą.Jakieś obrazki na ekranie. Telewizor widoczny jest z tyłu i dobiegają tylko odbicia jego światła.

REDAKTOR
Ja sam wstydzę się pomyśleć, co mogło być w dalszej części. Ale jesteś szalona! Nigdy nie zrobimy tego!
NATALIA

Ale pomyśl jednak, że to by miało wzięcie! Tylko o jedno się boję – ktoś bardzo by nam za­zdrościł. Bo zobaczył by to i dowiedział się, ile było tych naszych pocałunków, zanim krótka noc nam nastała: sto, potem tysiąc, potem jeszcze sto, potem znowu tysiąc... (ssie palec w skupieniu)

NATALIA (wyjmuje palec z ust, po chwili zawahania)

Wiesz co? Przyszła mi do głowy paranoiczna może myśl, że można by to poprzerywać re­kla­mami i sprzedać. A potem ja bym rzuciła swoją firmę, a ty swoją gazetę i wyjechalibyśmy. I wte­dy nikt już nie widział by nas ani w łóżku, ani przy innej okazji. Nikt by już nas nigdy i ni­gdzie nie zobaczył. Odpłynęlibyśmy. Nie musiałabym o ósmej trzydzieści w poniedziałek zdy­chać w metrze z oczami podkrążonymi jak u jakiegoś kangura. I wracać się na pierwszej stacji po moją ulubioną szminkę. Bądź odważny, nie powinieneś się wstydzić. Ale wiesz co jednak? (pauza). Nie sprzedalibyśmy tego w wielu egzemplarzach. Bo ludzie patrząc na nas umarli by z zazdrości.

Przysuwa się bliżej. Dotyka dłońmi jego głowy. Redaktor schyla się uśmiechnięty. Nata­lia zaczyna całować go po karku.
NATALIA (pieszczotliwie)
W ogóle nic byśmy nie musieli robić... Nie musielibyśmy... nawet żyć. Po prostu byśmy roz­płynęli się...
REDAKTOR
Ale wiesz, niedługo zmienią się gusty.
NATALIA (zaczepnie, odrywa się od niego)

Czyli jak to?! Szanowny pan uważa, że taka szalona miłość jak nasza będzie niezrozumiała dla ludzi za x lat? Ze kochać się – to stanie się zwyczajnie przestarzałe? Czyli pana nauczyli, że mi­łość nie jest wieczna (gwałtowne błyski z telewizora, zza ekranu słychać ciche chichoty re­da­ktora i Natalii)

REDAKTOR (poważnie, choć tonem udawanym, stylizowanym na eksperta z magazynu kulturalnego w TV)

Uczucia pozostaną. Ale czy forma ich okazywania będzie z dzisiejszego punktu widzenia zrozumiała? (nadal bardzo poważnym tonem, lecz z ironią) Pomyśl o tych wszystkich grubych oda­liskach sprzed stu lat... Dzisiaj są dla nas tylko śmieszne! A ile uczucia wylano na papier z ich powodu! Ile było poezji na ich temat! Ile aktów skonfiskowała obyczajówka. Ile było poje­dyn­ków z powodu ich słodkich minek, które teraz uważamy za kuriozum. A malarstwo? Pa­mię­tasz tamtą wystawę? Te wszystkie barokowe kształty! To było wielkie malarstwo. W sensie arty­stycznym. (basowy śmiech redaktora dobiega zza ekranu) Ale tak, dosłownie, to do ludzi już nie trafia. (strapiony) To ludzi już nie ekscytuje... Nie ta forma...

NATALIA

Czyli kiedyś przeminiemy. Czyli niedługo nikt nie zobaczy w nas nic a nic pięknego? I bar­dzo dobrze. Bo jaki nie byłby ten świat który będzie, a może być okropny, nie zniesie takiego nu­dzia­rza jak mój mąż. Menedżer w firmie Petersen. A teraz „National Enquirer”! Kores­pon­dent międzynarodowy. Te dłonie... Ta szyja... Te usta... (Dotyka ich po kolei) Tylko ja to zno­szę! Jakim cudem?! Śmieszny jest mężczyzna. Niedługo wyginiecie jak dinozaury. A ja ci po­wiem, dlaczego!

REDAKTOR
Zaczniesz mi teraz tłumaczyć, dlaczego wyginęły dinozaury ?
NATALIA (chwyta go za szyję udając, że go dusi )
Tak, wiem, dlaczego. Bo Bóg uznał, że były beznadziejne. Nie rozwijały się twórczo. Nie by­ły kreatywne. I znudziły mu się. A co będzie, kiedy znudzą mu się wszyscy mężczyźni? Co bę­dzie po nich dalszym ciągiem?
(wtula policzek w jego skroń)
REDAKTOR
Zawsze nastąpić musi dalszy ciąg programu. Tak jak w telewizji!
NATALIA (puszcza go)
Choć, wyjdziemy na balkon. Jest taki piękny wieczór !
Balkon. Natalia stoi i wygląda na zewnątrz. Redaktor wchodzi za nią i staje w drzwiach.
Natalia spuszcza głowę, ukrywa ją we włosach. Potem powoli ją unosi . Patrzy. Szeroko otwiera oczy.

Światła domów w oddali wyostrzają się. Kilkupiętrowe apartamentowce. Oświetlone ulice. W oddali wieżowce, iglica Pałacu Kultury...

Redaktor podchodzi do niej i dotyka jej karku.
REDAKTOR
Co robisz?
NATALIA
Patrzę, patrzę. Cicho.

Dotykają się dłońmi i powoli zaczynają się pieścić. Natalia otwiera szeroko oczy i patrzy się przed siebie.Fajerwerki wzbijają się w niebo.Z daleka końcowe dźwięki adagia z 3 sonaty skrzypcowej d-moll Brahmsa. Cięcie.

Scena 2

Taras willi. Dom utrzymany w dość oszczędnym stylu, naśladującym prowansalską willę, lecz z pewnym umiarem, nie popada w trywialność nachalnej stylizacji . Dookoła mocna zie­leń trawy.

Na werandzie wśród kwiatów, pod białymi parasolami siedzą trzy osoby: Natalia z Re­da­ktorem – obok siebie – i naprzeciw nich matka Natalii – elegancka, ale wyraźnie pomar­szczo­na kobieta, 50- 60 lat w zwiewnej sukience w dyskretne wzory roślinne, na głowie słom­kowy kapelusz, pali vogue’a. Natalia również w jasnym kapeluszu na głowie. Redaktor w bia­łych spodniach i jasnobłękitnej koszuli, eleganckiej, ale bez krawata Na stoliku ogromna tac­ka z lśniącą się czerwienią tartą poziomkową. Dzbanek z kawą, mały dzbaneczek z mlecz­kiem. Dolewanie kawy do filiżanek. Natalia wlewa mleczko, powolnym gestem, obserwuje wy­cie­kające krople z zamyślonym uśmiechem.

MATKA (po zamieszaniu cukru łyżeczką)

A wiecie, że wczoraj Lis w „Faktach” mówił, że jakieś komary idą od Rumunii? Podobno po­wodują porażenie mózgowe. Niektóre z nich wywołują depresję i poważne zaburzenia świa­domości. Na Ukrainie zachorowało już ponad 200 osób. Były już też przypadki na Słowacji. Daj boże, żeby nam do Warszawy nie doszły. Jedzcie, jedzcie kochani. Natalko, dołóż sobie je­sz­cze trochę ciasta, to moja własna robota. A pomyśl, ile lat temu ostatni raz piekłam ciasto! Kto to jeszcze pamięta?!

Natalia i redaktor dokładają uśmiechnięci po małym kawałeczku.
NATALIA
Idą komary? O boże!!! – wybucha dziecinnym śmiechem, ale drży przy tym jednocześnie...
MATKA

Natalko, ty żartowałaś, ale tobie naprawdę jest pięknie w tym jasnym kapeluszu! Śmiej się, śmiej! Ale wyglądasz w nim cudownie. Tylko niech Pan o nią dba! Czasem jest taka prze­męczo­na! Zupełnie nie wie, gdzie jest!

Natalia nasuwa kapelusz na czoło, uśmiecha się po męsku, salutuje i zdecydowanym gestem zapala papierosa.

Zachodzi słońce. Redaktor i Natalia leżą w trawie w ogrodzie. Za płotem ulicą przeje­żdża rowerzysta. Przechodzą w różną stronę poszczególne osoby. Natalia ma przymknięte o­czy, ale mimika twarzy wskazuje, że mimo zamkniętych oczu „przygląda się” i „widzi” prze­cho­dzące postacie!

Na każde zbliżenie przechodzących Natalia uśmiecha się, po czym mimika jej nieru­cho­mieje, twarz przez moment sprawia wrażenie napiętej.

Pod koniec grupy przechodniów idzie dziecko z matką. Przed nimi bieży jamnik szorstko­włosy. Dziecko trzyma balonik.

NATALIA (nadal z przymkniętymi oczami)

Czy widziałeś to dziecko?! Pomyśl, przecież ono w tym słońcu prawie utraciło twarz. Aż tak mocno rozświetlało ją. Miało twarz jakby była światłem. A potem przyjdą, ustawią go w ko­lej­ce, żeby zmazać mu z twarzy całe słońce. I dadzą mu taką twarz, jak to wymagane w prze­pi­sach higienicznych...Zostaną tylko oczy, które nie będą wiedziały jak się patrzeć, usta, które nie będą wiedziały jak całować się.

REDAKTOR
Co ty mówisz?
NATALIA
Sama nie wiem. Jestem jakaś zmęczona. Chyba trochę bredzę...
NATALIA

Ale o jednym pomyślałam. Żeby przyszedł ktoś i wszystko to zatrzymał. Żebym się w tej tra­wie roztopiła. Żeby zatrzymał się ten cały ruch, ta cała ogromna maszyna w końcu przecież musi jakoś przestać....

REDAKTOR
Ale jaka maszyna?
Natalia wyciąga dłoń do góry. Rozczapierza palce. Patrzy na nie.
NATALIA

Chciałabym przyjemności, jaką powoduje ruch tej dłoni. Jaką daje jej dotyk. Chciałabym jej bólu, jeżeli miałby uczynić mnie silniejszą. Ale żeby dłoń ta znikła. I wszystko znikło poza nią. Nie potrafię tego opisać. Nie można tego opisać. Bardzo cię przepraszam...

Zamyka oczy.
REDAKTOR
Ale opisz. Ostatnio mnie zadziwiasz. Co się z tobą dzieje?
Zbliżenie na niebo, słońce prawie zaszło.
NATALIA

(Płynna kontynuacja dialogu, jakby cały czas rozmawiali w tym samym czasie i w tym sa­mym miejscu, jednak sceneria się zmienia. Jadą teraz samochodem. Prowadzi redaktor. Na­ta­lia pali vogue’a.)

Chciałabym życia, chciałabym, żeby było jeszcze bardziej żywe... Wczo­raj w firmie odpadł obrazek ze ściany. Kolega wziął młotek, zaczął wbijać gwóźdź. Stuk puk stuk puk. Miał tak potworną minę, jakby cała świadomość z niego uleciała. Wiedziałam, że po jednym uderzeniu nastąpi zaraz następne, te same debilne ruchy ręką. Bawiłam się myśląc, że każde uderzenie jest inne od drugiego... Ale potem wyszłam na ulicę i to wszystko było dla mnie za silne. To wszy­st­ko się mnożyło. Śmiałam się. Ale potem pomyślałam, że to straszne. Możesz się wyłączyć, ale two­je ciało... tak... wszystko w tobie się powtarza, a nawet o tym nie wiesz. W ogóle nad tym nie możesz zapanować. Przecież nawet miłość i to jak się kochamy, to przecież jeden wielki zegarek. Chcę już spać.

Rzeczywiście, przysypia wyraźnie. Kładzie swoje ramię na ramieniu redaktora. Gasi pa­pie­rosa.

Cięcie. Jest już całkiem ciemno. Natalia kręci się, po czym całkiem zasypia. Jadą tak jesz­cze chwilę. Mijają ich światła samochodów. Kiedy oślepia ich poszczególny reflektor śpiąca Natalia potrząsa głową przez chwilę.

Scena 3

Prelude do 6 suity wiolonczelowej Bacha. Stacja Metra Warszawa-Centrum. Tłumy prze­wa­lających się ludzi widziane z różnych stron. Redaktor wyjeżdża na górę po ruchomych scho­dach.Redaktor przechodzi wzdłuż Alej Jerozolimskich w stronę Dworca Centralnego. Kieruje się ku Warsaw Financial Center. Wchodzi do wieżowca. Potem idzie do windy. Naciska gu­zik. Winda rusza. Przez cały czas gra muzyka Bacha. Bach cichnie. Sala biurowa od innych odgrodzona szklanymi ścianami, w tle panorama mia­sta, wnętrza pomalowane na jasnoszary kolor, podłoga wyłożona szarą wykładziną. Na szkla­nych drzwiach napisane: „Robert Gucio. Senior Manager. Consultant: Katarzyna Ko­łek. Junior Consultants: Olgierd Orszagh-Obrębski, Sebastian Pluta”.Wnętrze. Na pierwszym planie wpatrzony w monitor Robert Gucio, nazywany Robsonem. Ni­ski pokurcz, dość mocno zbudowany, w okularach w kanciastej oprawce, krótko ostrzy­żo­ny. Biała koszula, krawat w biało-czarne pasy, marynarka zawieszona na krześle. Żuje gumę i patrzy się w monitor.

ROBSON (sam do siebie, lekko podnosi głowę)
Kurwa, co jest grane? Posłałem ten pieprzony fajl, czekam na odpowiedź, a tu się zawiesiła cała prostytucja...
Klepie dalej w komputer, próbując go odblokować, po czym podnosi głowę i patrzy z nie­do­wierzaniem. Po chwili się podrywa.
ROBSON
Kurwa! Kogo widzę? Witam bossa!
Robert Gucio i Redaktor, który stoi w progu padają sobie w ramiona.
REDAKTOR
Cześć, szefie.
ROBSON (ultra-jowialnie)

I jak się masz, pieprzony dezerterze! (Śmieje się. Patrzy w twarz Gaszyńskiego.) Czyżby si­we włosy, emerycie? Zramolałeś pewnie w tej redakcji! Wróć do konsultingu a podskoczy ci ad­renalina. Bo coś widzę, że jakoś..., kurde, oklapłeś?

REDAKTOR
Bo ja wiem? Jakoś trzymam się. Może być. A gdzie reszta?
ROBSON
Dzieciaki? A gdzieś tam dokazują. Patrz, tam schowali się z tyłu. Poszli zjeść śniadanie.
Redaktor robi parę kroków do przodu i patrzy w głąb bocznej wnęki. Trzy osoby stoją o­parte o stół i coś jedzą...
KASIA KOŁEK (pulchna tleniona blondynka w białej koszuli wpuszczonej w czarną obcisłą spódnicę sięgającą dwa centymetry nad kolano)
(Zajada serek z plastikowego opakowania.)

Chcesz trochę?! Jak dowiesz się, co to jest, to na pewno zechcesz! Odrywa się od jedzenia i patrzy na etykietę. To „Serek Kreolski Rysio-Pysio o smaku waflowo-orzechowym”. No, no Olgierdzik, to po prostu jest orgazm ! Pospiesz się, bo zjem Ci to do końca. Ktoś się odchu­dza? (rzuca w głąb pokoju) Jakaś laska wam mówiła to niedawno? Ta która z wami pracuje? Ja już tego nie pamiętam, która (śmieje się). Ale zjedz Olgierdzik, zanim to pożrę do końca! Wiem, stoi ci biedaku od tamtego razu, jeszcze się zlejesz na biurko i boss cię opierdoli!

Olgierd Orszagh – Obrębski. Ślady solarium na twarzy. Wysoki brunet w ciemnograna­to­wym garniturze, włosy lekko nastroszone na żel. Podchodzi, luzackim gestem przejmuje se­rek od Kasi, bierze swoją łyżeczkę i zaczyna zajadać.

OLGIERD (powściągliwie)
Mniam, niezłe. Znasz się nieźle na rzeczy!
KASIA
Ty, Olgierdzik, odkąd rozstałeś się z Marzenką, jesteś niedopieszczony. W weekend nie u­da­ło się nic złowić?
OLGIERD
Kiepsko szło. Nie wiem, o co chodzi. Może mam deprechę? (Uśmiecha się) Kolesie cią­gnęli mnie do agenturki, ale w końcu zostałem w domu pykać w gry na konsoli...
KASIA KOŁEK
Dobierzcie się z Sebanem! Jeden duży, drugi mały. Zupełnie jak ci dwaj... no, kurwa (łapie się za głowę), jak ten Flip i Flap. Zawojujecie całe miasto A ty jak, Seban? Jak się bawiłeś w Utopii? Widziałam cię tam z twoim Mateuszem...
SEBASTIAN PLUTA (z żachnięciem)

(Dość niski blondyn, jasne zaczesane do tyłu włosy sprawiają wrażenie farbowanych. E­ner­giczna postura, kościsty, szczupły, a przy tym dziewczęcy uśmiech na ustach. Ciemnoszary gar­nitur, trzyma w ręce w kieszeniach marynarki.)

Wiesz, jak to zwykle bywa. Środowisko, Warszawka, tyle o tym powiem. On też. Jest mło­d­szy, leci zbyt na cash. Taki jest. Nie chcę mi się już z nim pierdaczyć...

KASIA
Co wy, tacy skwaszeni? Świat jest piękny, chociaż siedząc przy fajnal prodżekcie trudno w to uwierzyć. Ale...
(podrywa się)
Martin! (rzuca się na szyję redaktora) Elo! Witamy menedżera!
Ściskają się...
Siedzą w piątkę przy stoliku i popijają kawę.
Robson ssie niezapaloną fajkę.
ROBSON
Kurwa, jebana a-klasa, żeby raz zajarać, trzeba zjeżdżać czterdzieści pięter w dół...
KASIA KOŁEK

Wpadaj częściej, Gaszyński. Jakoś smutno bez ciebie... A i ty się starzejesz... Kurde, żon­koś, a my jeszcze wolna młodzież... Wpadnij na jakąś imprezę. Możesz zresztą zaprosić tą swoją Nathalie... Co tam w ogóle u niej?

REDAKTOR
W porządku. Trudno powiedzieć w kilku zdaniach.
KASIA KOŁEK
Nadal robi pi-ar w tej firmie, która sprzedaje kanadyjskie misie?
REDAKTOR
Dokładnie. Ma już tego dość. Ale o więcej musiałabyś ją zapytać. Może jakoś niedługo się spotkamy.
ROBSON

Pewnie, trzeba pielęgnować dawne znajomości. Najlepiej już w ten weekend. Wpadnijcie do Klubo przy sobocie. Tylko pamiętaj ze na imprezach naszego teamu jest zawsze hard­core’owo. Płynie wóda, krew się leje, a szatan się śmieje... Szekspir nazwałby to jednym sło­wem... (udaje zamyślenie) totalne jebańsko! Prędzej zostanę Prezydentem USA (wymawia „usa” jednym ciągiem, jakby to nie był skrót) niż przestanę tak żyć!

KASIA KOŁEK

Temu coś pojebało się z Szekspirem, bo ciągle go cytuje. Szekspir i Szekspir...Coś pier­dolnie, to od razu, że to cytat z Szekspira! Niezła fazka! Hej, a co ty Martin taki dzisiaj spięty?

REDAKTOR (patrzy chwilę w pustą filiżankę kawy)
Nic. Jestem dziś strasznie zalatany. Zaraz muszę się zbierać. Pamiętam o imprezie. Miło by było spotkać się. Zdzwonimy się...
KASIA (Olgierd w tym czasie wklepuje sms-a)
Ty musisz? To my jesteśmy dopiero zajebani. Posiedź jeszcze chwilę. Włączę może muzę.
SEBAN
Douglasa? Kasiczek katuje nas tym na okrągło.

Leci przebój Carla Douglasa „Kung-fu fighting”. Zbliżenie na Robsona.

ROBSON (przeciąga się)
Aaa, kurwa co za dzień...Muszę zrobić jeszcze jednego riporta. Spoko, luzaka, lu­za­ka... Trzeba trzymać fason... Aaa...
Trochę ożywia się, podryguje na krześle w takt muzyki, po czym wstaje i zaczyna ste­po­wać pokazując rękami karateckie ruchy...
Scena 4

Łazienka. Rząd kosmetyków na szklanej półce...Natalia maluje się przed lustrem. Reda­ktor stoi za plecami, popija coca-colę. Patrzy prosto przed siebie.

NATALIA

Nie chce mi się, bo uważam, że są prymitywni. Najgorsza jest ta panienka. Wulgarna tłusta flądra... Słuchaj, ona jest naprawdę beznadziejna. Aha, czy to prawda, co mówiłeś mi o tym ko­lesiu w okularach?

REDAKTOR

Słuchaj, to bardzo wartościowy człowiek. W Australii był kiedyś światowy konkurs mło­dych menadżerów. Planowanie finansowe. Gościa wysłali tam, no i wygrał. Najlepiej rozwiązał case study... W Polsce nie mają już w tym Petersenie, ani w innej firmie kasy, jaką by można mu było zapłacić. Pewnie zabiorą go do centrali w Londynie. No i jest bardzo bezpośredni, a przy tym bardzo dużo uczy resztę teamu. Kasia pod jego wpływem zrobiła MBA... To naprawdę fachowcy... Oni żyją tą pracą. A wygłupiają się dlatego, żeby stłumić stres. Wiesz, oni są w ży­ciu trochę zagubieni. Robert jest z rozbitej rodziny, Kasia i Sebastian przyjechali z jakichś małych miejscowości...

NATALIA
Ale to prawda, to co mi kiedyś mówiłeś, że on pierdoli te striptizerki w budkach przy Jana Pawła?
REDAKTOR

Raz tak kiedyś było. Upił się potwornie. Sponiewierał się strasznie. Poszedł do najgorszej bu­dy ze striptizem. Chciał, żeby we dwie obsłużyły go w kabinie... Tańczył z nimi, chichoty dobiegały na zewnątrz. Potem chciał, żeby zostały jeszcze dłużej. Kasa się skończyła, to wył na całe gardło, że zapłaci złotem... Wywlekli go ochroniarze, była z tego straszna awantura...

NATALIA
Ładnie. To chyba jakiś...męczennik! Jakbym sobie znalazła takiego kochanka, to chyba na­wet nie byłbyś zazdrosny.
REDAKTOR

Nie żartuj. Powinnaś poznać go lepiej. Powinnaś przyjść i z nim chwilę pogadać. Zoba­czysz go innego. Ma własny świat, którego dobrze strzeże. To jest dziwny człowiek... Ale ma swoje pasje. Ma ogromną kolekcję fajek. Każdą z nich pieści, jak by była jego najcenniejszym skarbem. Godzinami może o nich opowiadać. Podobno są wiele warte. No i jazz! To świetny zna­wca jazzu, zwłaszcza tradycyjnego. Z każdego rocznika zna na pamięć kilkadziesiąt płyt. La­ta trzydzieste, czterdzieste, pięćdziesiąte. To samo klasyczne rock’n rolle. Bill Halley, Ritchie Wallens. Ma wszystko, co kojarzę z tych klimatów, i jeszcze dużo więcej... Zresztą świetnie tań­czy klasyczny rock’n roll... dopóki trzyma się na nogach. Nie znam też nikogo, kto byłby takim koneserem whisky. Zresztą ma wiele rzeczy w małym palcu. I ma na to czas!!! On chyba nigdy nie śpi.

(W trakcie jego monologu Natalia robi dziwne miny, odrywa się od malowania, staje na baczność, otwiera szeroko usta itd...)
NATALIA

I ja mam pójść twoim zdaniem i go poznać, żeby on mnie zaprosił do swojego mieszkania, pokazał swoje fajki, puścił swój tradycyjny jazz, zatańczył swojego tradycyjnego rock’n rola i upił mnie swoją tradycyjną whisky? A potem zapalimy jego tradycyjną fajkę, którą tak bardzo ceni.

REDAKTOR

Przestań... Powinnaś tam pójść. Ty świetnie oceniasz ludzi. Może przyjrzysz mu się. Wiem, że niektórych on po prostu odraża. Ale ci, co go znają, wiedzą, że mimo wszystko to wspaniały człowiek. Reszta też jest ok. Widzieli cię kilka razy i bardzo cię miło wspominają...

NATALIA (parodiując surowy męski ton)
Muszę pójść?
REDAKTOR
Nie musisz. Ale proszę cię...

Uśmiechnięci kierują się ku sobie i całują się... Szybkie cięcie... Krótka przebitka na rząd kosmetyków rozświetlony mdłym światłem...

Scena 5

Chmielna. Wieczór. Pada deszcz. Idzie grupka znajomych. Olgierd, Sebastian i Kasia roz­biegani, wygłupiają się. Robert idzie przed siebie - sam, lekceważy ich koleżeńskie za­cze­pki. Redaktor i Natalia też osobno, trzymają się za ręce. Uliczny muzykant gra na saksofonie ciepłą, swingującą melodię.

Czackiego. Wchodzą w podwórze „Klubokawiarni”. Pierwszy wchodzi Robert, pokazuje kar­tę klubową. Bramkarz wpuszcza do środka całą resztę. Widać fragment sali. Huk house’u...Róg Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Pada deszcz. Natalia i Redaktor

REDAKTOR
No i widzisz? Całkiem fajnie było...

Rozglądają się, próbują złapać taksówkę...Natalia patrzy dookoła. Tuż obok klęczy żeb­rak. Ubrany w marynarkę z czarnym krawatem w białe grochy, zapiętą na guziki, dwu­rzę­do­wą, marynarka granatowa, nieco już wyblakła. Ciemne okulary. Sztywny. Na tabliczce na­pi­sane „nie mam na zupę, podejmę pracę u uczciwych ludzi”.

NATALIA (Uśmiecha się i mówi do redaktora)
Będziesz zazdrosny jak go pocałuję ? (żebrak niewzruszony, nieruchomy...)
REDAKTOR
Przestań, jesteś trochę pijana. Nie wygłupiaj się.
Natalia wyrywa się do przodu, podchodzi do żebraka i po chwili zawahania dotyka dło­nią jego twarzy...

Najazd na twarz ukazuje kukłę. Potrącona kukła przewraca się. Zaczynają drgać jej ręce uderzając o chodnik, okulary spadają do kałuży. Elektryczny zgrzyt.Natalia cofa się, chce krzyknąć, ale w ostatniej chwili zatyka usta.Redaktor podchodzi, obejmuje ją ramieniem.

Mechaniczny „Żebrak” siedzi z powrotem w poprzedniej pozycji. Redaktor widząc to od­­wraca się lekko skonfudowany i wyprowadza pod rękę Natalię.
Scena 6
Noc, sypialnia w mieszkaniu redaktora.

Redaktor budzi się i widzi Natalię siedzącą na brzegu łóżka. Zapalona lampka nocna...

REDAKTOR
Co się dzieje?
NATALIA
Trzeba coś zrobić z tą firanką. Rusza się i rusza. Nie da się spać. Tak się ciągle rusza. I dlaczego bezdźwięcznie? Czyżby ktoś chciał mnie oszukać, że wszystko jest w porządku?
REDAKTOR
Spokojnie... (podchodzi do firanki i poprawia ją, Natalia wstaje). Gdzie idziesz?...
NATALIA
Zaraz wrócę...

Chichy odgłos stóp Natalii w korytarzu... Natalia obserwuje je. Coraz bardziej zanie­po­ko­jona zatrzymuje się, po czym wspina się na palce i zaczyna iść...

Łazienka... Szare kafle oświetlone lampką zawieszoną nad lustrem... Wystrój łazienki as­ce­tyczny, szare barwy, tylko między lustrem a lampką wisi gipsowy amorek... Natalia stoi przed lustrem. Cieknie woda... Głośny szum. Strumień wody uderza w porcelanową po­wierz­chnię umywalki... Natalia powoli muska dłońmi strumień, z pewnym niepokojem, jakby to miał być jakiś ostry przedmiot. Pod wpływem zetknięcia dłoni z wodą strumień rozpryskuje się gwałtownie i ochlapuje ją... Na twarzy uśmiech łączy się z grymasem lęku... Zaciska mo­cno powieki. Z zamkniętymi oczami zmniejsza strumień wody i przemywa nim twarz...

Redaktor siedzi na krawędzi łóżka. Zapalone światło. Znowu wchodzi Natalia. Redaktor sięga ręką na szafkę i bierze w dłoń plastikowy budzik. Tykotanie zegara. Natalia podchodzi do krawędzi łóżka. Zatrzymuje się. Znieruchomiała. Patrzy się w dół przerażonym wzrokiem, jakby stała na skraju urwiska. Po szafie biega kot. Natalia patrzy się coraz bardziej prze­ra­żona. Kot skacze w dół. Natalia wykonuje ruch, jakby chciała paść na łóżko. Ale zatrzymuje się... Zrzuca nocną koszulę... Napięta linia kręgosłupa...

REDAKTOR
Czym się przejmujesz? Coś się stało?
NATALIA

Chcę być z powrotem na łóżku. Chcę kochać się i spać... Ale nie wiem, jak się tam znaleźć. Próbuję skoczyć tam i nie mam pojęcia jak to zrobić. Zawiesza dłonie nad krawędzią...

Zza ściany dobywa się motyw ze środka adagio z sonaty skrzypcowej d- moll Brahmsa.
REDAKTOR
Jak to, nie wiesz?

Natalia nie odpowiada. Redaktor wstaje, po czym podchodzi do krawędzi łóżka i rzuca się na nie radosnym susem, tonie w pościeli.

REDAKTOR (śmiejąc się)
Czego się boisz? Chodź. Skocz na łóżko, jak ja
Wstaje, podchodzi do znów do krawędzi łóżka i skacze jeszcze raz. Kładzie się na wznak, wpatruje w sufit i zamyka oczy.
NATALIA
Przyjdę do ciebie, tylko wyłącz ten budzik, żeby tak nie tykał...
Redaktor podnosi się, bierze budzik w dłoń, zdziwionym obojętnym ruchem i wyłącza urządzenie...

Wtedy Natalia konwulsyjnym ruchem, jakby skakała z wysokości do basenu, rzuca się na łóżko, wzdycha, po czym od razu zasypia. Redaktor próbuje pieścić ją dłońmi po nogach i po plecach. Na próżno. Natalia śpi. Jakby była martwa. Tylko po wznoszeniu się i opadaniu pleców widać, że oddycha...

Scena 7

Natalia idzie ulicą. Obok robotnicy rozbijają chodnik młotem pneumatycznym... Rytmika ruchów i dźwięków. Natalia krzywi się, zasłania głowę dłońmi. Przyspiesza kroku. Patrzy na zegarek. Zbita szybka... Wskazówka zatrzymała się. Właśnie mija przystanek au­to­busowy. Na przystanku chodzi wysoki elegancki mężczyzna w czarnym kapeluszu z czar­nym, wypomadowanym, zakręconym wąsem... Ciemna karnacja... Natalia zatrzymuje się o­bok... Wąsacz myśląc, że dziewczyna go nie widzi patrzy na nią ukradkiem i pokazuje palca­mi ruchy frykcyjne...Natalia, jakby to zauważyła podchodzi do niego z wyzywającym uśmie­chem...

NATALIA (dyga jak grzeczna dziewczynka podczas ceremonii wręczania świadectw z czerwonym paskiem)
Przepraszam, ma pan może zegarek? Wskazówka dobrze panu chodzi?

Wąsacz zerka na zegarek. Natalia uśmiechnięta. W tym jednak momencie słyszy głośne tik-tak wskazówki, gong wybijający godzinę, a potem szybki oddech mężczyzny i bicie jego serca...Odbiega. Zbliżenie na oczy wąsacza, których powieki mrugają szybko, nerwowo i rytmi­cz­nie...Wąsacz rytmicznym ruchem puka się w czoło kilka razy...

Rondo De Gaulle’a Na skrzyżowaniu policjant daje sygnały za pomocą lizaka... Znaki co­raz bardziej rytmiczne gwałtowne, nadawane krótkimi, energicznymi ruchami ręki... W ko­lej­nych klatkach nakładają się na siebie i rozmazują...

Ruch uliczny w Alejach Jerozolimskich w okolicy ronda... Klaksony... W tłum prze­cho­dniów wmieszała się kompania reprezentacyjna wojska...Szóstka z bagnetami maszeruje wy­so­ko unosząc buty z cholewami... Widziana od przodu Natalia przebija się przez tłum...

Nowy Świat. Na przyczepie limuzyny ustrojonej w kolorowe wstążki wiozą ogromną rek­la­mę filmu „Automat”. Wielka twarz mężczyzny w ciemnych okularach. Łysa głowa okolona drucianą klatką na tle usianego gwiazdami nieboskłonu... Gra samotny mężczyzna, który występował w prologu. Wynajęta w celach promocji filmu limuzyna raz po raz daje znaki klaksonem.

Scena 7

Ogród na dachu nowej Biblioteki Uniwersyteckiej na Powiślu... Kilka ujęć architek­tu­ry... Panorama Starego Miasta i Śródmieścia...Natalia półleży wyciągnięta na ław­ce... Zamy­ślo­na... Przymknięte oczy.

Z zamkniętymi oczami czyta książkę .„Człowiek-Maszyna” La Mettrie... Wiatr zrywa się... Natalia delikatnie muska listki rośliny obok niej i cofa rękę wraz z ustaniem wiatru... Gdy wiatr znów się wzmaga przybliża rękę i po chwili wahania oplata cienkie gałązki do­okoła palców...

NATALIA
Cicho... Tak! Teraz wiem... Teraz jestem gotowa...
Panorama na Centrum i na Pragę.
Scena 8

Natalia w milczeniu wchodzi do mieszkania. Idzie bardzo powoli. Blada. Lekko drżą jej ręce. Gdy przecina się wzrokiem z redaktorem, chowa dłonie do kieszeni. Jest jednak spokoj­niejsza, tylko ta zamyślona twarz, nieobecne oczy....

NATALIA
Przyszłam zostawić buty. Odebrałam od szewca. (kładzie na podłodze papierową torbę, wypada z niej tekturowe pudło)... Przyszłam wziąć klucz do mojego samochodu. Muszę znów gdzieś pojechać... Nie mogę tam tłuc się metrem...
REDAKTOR
Słuchaj, co się ostatnio z tobą dzieje?
Natalia odwraca się i podchodzi do okna...
NATALIA
Muszę zrobić coś... Nie wiem, pojechać gdzieś, może coś, może kogoś odwiedzić... Zrobić coś małego...
REDAKTOR (zapala papierosa)
Jak to odwiedzić? Jedziesz do rodziny?
Śmiech Natalii.
Jak to, może masz kogoś???
NATALIA (odwraca się)
Jesteś śmieszny...

(chce go spoliczkować, ale cofa dłoń. Patrzą się na siebie. Napięcie na twarzach. Po chwili niepewności twarz redaktora łagodnieje.)

REDAKTOR
Przepraszam. (po dłuższej chwili milczenia) Może nie powinnaś sama jechać??? Jesteś jakoś bardzo skołowana... Zamówię ci taksówkę.
NATALIA

(Oddziela każde zdanie, rytmicznie jedno po drugim, redaktor patrzy z zaciekawieniem, mru­ży oczy, przekłada dłonie, w końcu słucha uważnie, siada na krześle, tuż koło włączo­nego laptopa.)

Nie panikuj! Wiem, że ostatnio zachowuję się dziwnie. Ale nic. To niegroźny niepokój. Nie­jednemu się zdarza. Za dużo myślę o naszej przyszłości. Wzięłam zwolnienie, żeby trochę od­począć. Wtedy porozmawiamy i będzie znowu dobrze... Ale właśnie teraz muszę wrócić jesz­cze do roboty... Na jakąś godzinę albo dwie... Mała nudna służbowa uroczystość...

Natalia ukradkiem wychodzi z mieszkania, zanim zdumiony redaktor odpowiada coś. Zbliżenie na nią, gdy zamyka drzwi. Łagodny, czuły uśmiech na twarzy...

Scena 9

Droga wyjazdowa z Warszawy. Letnia noc, szosa mokra od deszczu. W oddali domy, świa­tła, ruch na bocznych ulicach. Na drodze ruch wstrzymany, korek, pojedynczy ludzie wy­cho­dzą z samochodów z napojami i papierosami w rękach i podchodzą do przodu. Roztrzaskany wrak samochodu Natalii. Rozbite szkło. Karetki, straż, policja. Strażacy roz­cinają wrak. Nad wrakiem ogromny neon z reklamą jogurtu – „kosmiczna przyjemność”, ogromna twarz zadowolonej kobiety.Błyskawica. Zaczyna padać. Gapie rozpinają parasolki.

Z wraku wychodzi o własnych siłach Natalia.
OLBRZYM Z WĄSEM (zajada się hot-dogiem, w drugiej dłoni różowa parasolka dzie­cin­nych rozmiarów)
Patrz, żaba. Taka miazga została z samochodu, a małej nic się nie stało!
ŻONA (drobna, w wielkich okularach na łańcuszku)
Ta, ta, a taka była tam jatka... Myślałam że na pół ją rozerwie.
OLBRZYM
Ta, po co tak pędziła?!
ŻONA
Do jakiegoś pewnie jegomościa. Albo się tam poróżnili...
OLBRZYM (z pasją kończy hot-doga)

Czy to piątek czy świątek, czy dzień prawdziwie święty, czy inna dajmy na to Wielkanoc, sza­lony człowiek od poczęcia świata zawsze pędzi na śmierć albo co by rozum postradać. Ja tam tego na ten przykład wogle nie rozumim....

ŻONA

Może jacyś masoni proszkami ją podtruli albo ktoś ją tego-tego... Wszystko w świecie ginie. Ostatnio z zoo pouciekały te zwierzęta... Wciąż nie mogą ich namierzyć, mówili wczoraj na Polsacie. Strach wyjść na ulicę, bo mogą cię pożreć dzikie bestie!

Natalia idzie przed siebie. Patrzy się na reklamę. Sardoniczny śmiech, który powoli ustę­pu­je, rozstawia ręce, twarz sprawia wrażenie pogodnej. Podnosi ręce do góry, przenosi wzrok z reklamy w niebo.Przeniesienie kamery na niebo. Lekarze biorą Natalię za ręce i kładą na nosze. Nie sta­wia oporu...Droga po wypadku, policjanci uprzątają resztki, puszczają ruch jednym pasem. Mżawka.

Scena 10

Zbliżenie na twarz mężczyzny koło czterdziestki, siwiejący brunet, oczy szeroko otwarte, twarz odrętwiała, zlana potem. W pasiastej piżamie, leży na łóżku koło okna... Krzyk ptaka za oknem.Obok niego kobieta w średnim wieku, brunetka, tłusta cera pokryta krostami, leży przy­kry­ta kołdrą po szyję. Otwarte usta, rytmicznym ruchem trąca palcem górną wargę.

Obok nich człowiek z wąsikiem, sina twarz – kropki wytatuowane pod oczami skuty w kaftan bezpieczeństwa nieprzytomny próbuje raczkować kończynami i kwili jak niemowlę...

Pielęgniarka idzie z wózkiem wzdłuż korytarza...

Gabinet lekarski. Redaktor z ordynatorem. Ordynator – siwy mężczyzna z długą kozią bró­d­ką. Siedząc wypina klatkę piersiową, nie dotykając plecami oparcia krzesła. Łypie ocza­mi. Bawi się fajką.

ORDYNATOR
Mamy niestety podstawy do przypuszczenia, że pana żona zrobiła to celowo.
REDAKTOR
Też tak sądzę... Powinienem był tego się domyśleć...
ORDYNATOR

Mógł być Pan zaskoczony, że Pana żona jest w Instytucie Neurologii i Psychiatrii. Na razie zakwalifikowano to jako szok powypadkowy. To jednak tylko wstępna diagnoza. Od razu, jak widzę, nietrafna (rozczapierza dłoń, poczym chowa ją).

Fizycznie prawie nic jej nie jest. Nie było sensu trzymać jej na urazówce... To prawdziwy cud. Na logikę przy tej prędkości nie miała prawa przeżyć... Ale nie takie cuda widzie­liś­my... Szwagier mój przekoziołkował trzydzieści kilka razy i tylko złamał sobie kość ogonową. U niej mamy powierzchowne rany na głowie, sporo silnych potłuczeń... Pokaleczyła się odłamkami szkła... Słowem nic... Świetnie wyszła z tego... Na tym jednak koniec dobrych wiadomości. Mózg nie został uszkodzony, jednak nie da się wydobyć prawie żadnej reakcji... Jest w niemal zupełnej katatonii...

Musimy wspólnie dojść do źródeł tej psychozy. O ile jest to psychoza, a wszystko na to wskazuje...
(Obraca w dłoni fajkę, gwałtowny zgrzyt, cięcie)
REDAKTOR

Od paru tygodni dziwnie się zachowywała... Tak, to chyba zaczęło się jakiś miesiąc temu. Wielu mówiło, że od dziecka jest trochę nadwrażliwa, ale mnie wydawała się normalna... Po prostu była niesamowita (przeciera dłonią czoło)... Narzekała tylko, że mamy mało czasu... Ja pracowałem w dużej firmie. Zajmowałem się doradztwem finansowym. Zaczęliśmy myśleć o dziecku. Dostałem propozycję zmiany pracy. Jestem redaktorem polskiego wydania jednego z pism międzynarodowych, odpowiadam za dział finansowy. Zarabiam tyle samo, a pracy wyraź­nie mniej. Zmieniałem ją myśląc o niej..., no i dziecku, które planowaliśmy... Nie wiem, dla­cze­go to się stało. Przecież ja walczyłem... Zmagałem się z tym wszystkim tyle razy...

(Zbliżenie na lekarstwa w gablocie, zgrzyt, cięcie – ordynator trzyma fajkę w dłoni...)
ORDYNATOR

Na pewno będzie Pan pytał, a więc z góry odpowiem: Nie cierpi. Żadnych środków prze­ciw­bólowych, ani tlenu nie potrzeba podawać... Tylko zwykła kroplówka... Co więcej, nieliczne reakcje – ruchy powiek, delikatne uśmiechy, wskazują, że jej organizm, na ile zachowuje zdol­ność odczuwania, doznaje swoistej błogości. Wolno mi?

Po przyzwalającym geście redaktora zapala fajkę...

Wie Pan, trudno tu mówić o nadziei. To rzadki przypadek, poza jednoznacznymi klasyfi­ka­cja­mi, objawy są zbyt niespecyficzne. Jako lekarze będziemy robić wszystko, żeby zbadać jej stan, zbadać jego mechanizm od strony neurologicznej. A w międzyczasie dla Pana to jest za­kład: Albo Pan założy, że się z tego podźwignie, albo nie. To abstrakcyjne pytanie. Wiedza me­dy­czna nie może tu nic zasugerować... Na razie to tylko Pana decyzja. Czy Pan więcej zyskuje, wierząc, czy nie wierząc... Lepiej może i wierzyć... Niech Pan jednak pamięta o tej rzadkiej błogości na jej ustach...

W trakcie jego słów przeniesienie na korytarz szpitala. Para pielęgniarzy wiezie Natalię.Zbliżenie Natalii. Przykryta po szyję prześcieradłem. Głowa owinięta bandażem. Kilka za­drapań na twarzy. Umalowane oczy. Zaciśnięte wargi, jakby się uśmiechały. Śpiew ptaka.

Złomowisko. Jednostajny hałas maszyn, przerywany sygnał. Samochód Natalii zostaje spra­sowany przez maszynę.
Natalia leży spokojnie na sali. Ta sama pozycja
GŁOS NATALII (z taśmy, słychać sprzężenia i szmery)

Zawsze wierzyłam, że to będzie jakaś absurdalna przygoda. Że skoro przypadkowo spotka­liś­my się, będziemy blisko siebie, będziemy wobec siebie nawzajem absurdalni, może czasem bę­dziemy się odtrącać, ale się zbliżymy jak nikt do nikogo... Bo tylko tobie się wydawało, że je­steś całkiem normalny... Że będziemy jak Bonnie and Clyde, cokolwiek byśmy w życiu nie robili...

Scena 11

Redaktor i Ordynator siedzą na werandzie szpitala... Ordynator pali fajkę, redaktor papie­rosa. Na stoliku dyktafon. Ordynator wyłącza urządzenie...

ORDYNATOR
Czy to nagranie sprzed niedawna?
REDAKTOR
Tak myślę. W każdym razie nigdy o nim nie słyszałem.
ORDYNATOR
Pan mi jeszcze przypomni, od jak dawna się znacie?
REDAKTOR
Trzy lata... Pobraliśmy się dwa lata temu...
ORDYNATOR
Taa, trzy lata, już przypominam sobie...
REDAKTOR

No właśnie, wydaje się, że te słowa mogą mieć coś wspólnego z tym, w jaki sposób po­zna­liśmy się... To była wielka szalona impreza, na brzegu jakiegoś jeziora... Ja byłem zmę­czony... Rozpadł się mój poprzedni związek... a już byliśmy zaręczeni. Miałem też ostry zakręt w pracy. Ludzie mnie trochę męczyli. Wyrwałem się na spacer, by zaczerpnąć tchu... Ona stała po drugiej stronie jeziora. Miała na głowie kapelusz i maskę karnawałową... Tak, to był bal prze­bie­rań­ców... Tylko ja jeden zapomniałem swojej, a może po prostu nie chciałem żadnej komedii... By­ła trochę podpita, czuła się dobrze ze sobą, ale kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się... Potem po­wiedziała mi rozbawiona, że wyglądamy jak para szalonych uciekinierów... To prawda, że wtedy miałem powody, żeby uciec... Ale ja nie mogę uciekać. Zawsze trzeba jakoś walczyć, kiedy nie ma się tego nieszczęścia albo szczęścia być kompletnie szalonym. Choćby dlatego, że­by zachować twarz... Dla mnie zrobienie kariery było bardzo ciężkie... W końcu się udało... Długo szukałem też miłości no i wydawało się...

ORDYNATOR (puszczając kółka z fajki, powoli, natchnionym głosem)

Niech Pan się nie pogrąża i nie drąży tak tego przykrego przecież tematu. Jak mówiłem, w świecie zachodzą chaotyczne procesy, z którymi nauka dopiero uczy sobie radzić. Pan jest zago­rza­łym zwolennikiem konsekwencji w życiu. Niech Pan pamięta (z bardzo dyskretną auto­ironią), że największym zwolennikiem myślenia przyczynowo-skutkowego jest psychiatra. Zna­cz­nie większym niż fizyk. Jeżeli więc psychiatra wyznacza pewien pułap, ponad którym nie mo­ż­na już jego zdaniem jednoznacznie mówić o skutkach i przyczynach, to dla własnego dobra nie należy się ponad niego wznosić... To, co „ponad”, klasyfikujemy w nauce jako paranoję – ob.­se­sja powiązań i przyczynowości, a to w życiu bardzo niebezpieczne... Proszę raczej przyjąć, że pewne rzeczy po prostu się zdarzyły (z oddali dobiega hałas kosiarki, robotnik wchodzi w kadr, na razie jest na dalszym planie).

Tak jak mówiłem, będzie Pan mógł ją zobaczyć. Proponuję jeszcze trochę poczekać, teraz jest pora odwiedzin, za godzinę będzie Pan z nią sam na sam... Ja w międzyczasie też muszę coś załatwić... Wydaje się, że tak jak się umawialiśmy, niedługo będzie można ją przenieść do od­rę­bnej salki, gdzie będzie można zapewnić jej prywatność – dla niej to niewiele znaczy, ale ro­zumiem, że dla Pana...

Hałas kosiarki wzmaga się gwałtownie... Zbliżenie na robotnika ubranego w sterylny biały kombinezon, duże słuchawki na uszach...

Scena 12

Redaktor siedzi na ławce w korytarzu. Czyta czasopismo. Obok niego przysiada się wy­so­ki szczupły mężczyzna koło siedemdziesiątki, w okularach w grubej rogowej oprawie, dłu­go­pis za uchem, rozchełstany, w niedbale narzuconym szlafroku w pionowe biało-czerwone pasy, zaczyna rozwiązywać krzyżówkę. Na skrawku obnażonej piersi metalowy krucyfiks.

MĘŻCZYZNA
(podnosi głowę znad krzyżówki, wyciąga rękę)
Kokosiński.
REDAKTOR (ściska jego dłoń zdezorientowany)
Gaszyński.
KOKOSIŃSKI
Pan czym się w życiu trudni?

A już widzę (patrzy na czasopismo) „Przegląd podatkowy”? Czyli w handlu podatkami pan robi. Hm, handel podatkowy to poważna sprawa. To miło spotkać wykształconego czło­wie­ka, rzadkość w czasach post-bolszewii. Może pan kiedyś zostanie, nie wiem jak to się mówi..., a, przecież – wojewodą. O, to byłaby bardzo znaczna rzecz chociaż raz zostać w życiu woje­wo­dą, dla maluczkich niebosiężne szczyty.

A ja proszę pana jestem inwalidą. Pseudonim w powstaniu miałem „Turek”. To już była złośliwość prowokatorów, bo nie miałem, proszę Pana, korzeni otomańskich. Odniosłem rany w walce za Ojczyznę – niech Pan tylko popatrzy (pokazuje dłonie, na których widać jednak tylko zmarszczki starca, rozchyla szlafrok, odsłania obnażoną pierś). Za bolszewii praco­wa­łem jako technik budowlany. Dyplomowany technik, proszę Pana, żeby Pan sobie nie pomyślał o mnie: byle buc... Postradałem zdrowie na stanowisku pracy. Winą obarczono siły przyrody, proszę Pana. A stało się to z powodu działania osób trzecich, proszę Pana. Z czystej podłości lu­dzkiej, proszę Pana. Obleciałem właściwe organy, proszę Pana. Nic z tego – ci, co trzeba, za­wsze byli w zmowie. Czerwońce aż do szpiku! I skośne oczy mieli!

Redaktor patrzy dookoła, na wózku wywożą nieruchome ciało, przykryte po szyję prze­ście­radłem.
KOKOSIŃSKI

W związku z czym wystąpiłem o rentę wraz z dodatkiem. Lecz padłem ofiarę pomówień, trzeba Panu wiedzieć i przedmiotowego dodatku odmówiono. A tak, odmówiono proszę Pana. A była to wartość jedenastu bułek tygodniowo, sam dodatek tylko. A ile można było kupić za to mleka, a ileż jaj i opału! Chcieli żebym umarł z głodu, tym bardziej, że dopuszczali do tylo­krot­nych podrożeń cen towarów. W całym kraju, nie tylko w Warszawie, ale wszędzie co miesiąc podrażali – widać, że wszędzie mieli mnie na oku. Nie miałem gdzie się ukryć.

Ale ja przeżyłem, trzeba Panu wiedzieć. I z roszczeń moich dla zasady nie zrezygnowałem. W związku z czym napisałem, trzeba Panu wiedzieć, podanie do jegomościa generała. A było mu na nazwisko Jaruzelski, proszę Pana. Pan może jeszcze pamięta takiego generalskiego jego­mo­ścia? Kiedyś pysznił się ten fircyk w naszym ziemskim teatrze. Miał swoje parę minut. Tak jak Breżniew, Reagan i inni, którzy błyszczeli, lecz jak im było pisane, przeminęli.

I wyobraź sobie Pan, na ten, że tak powiem, przykład dwajścia tysięcy stron naliczyło sobie przez lat pięć moje piśmiennictwo. I nic nie wskórałem mimo tego. Pobili mnie jeszcze do tego jacyś albańscy milicjanci.

Zaczyna wyć.

Podchodzą pielęgniarze.
PIELĘGNIARZ 1

Pan Gaszyński? Proszę się nie niecierpliwić... Za chwilę przyjdzie ordynator... My chyba mu­simy zająć się tym Panem. Ejże, Panie Kokosiński – czas chyba na Pana pigułeczki...

KOKOSIŃSKI

Pielęgniarz, dać mi czystą kartkę !!! I gdzie poszło moje podanie !!! (pluje) Do biura rent mi je zanieść!!! Nie daliście dodatku... Tyle lat... Pożałujecie, żydowskie pachołki, masońskie skur­wysyny, wy wszystkie w tym burdelu hitlerowskie ludobójce, popamiętacie jeszcze moje słowa...

Mężczyzna trzęsie się, płacze, wygraża pięściami w stronę pielęgniarzy. Kiedy chwytają go za ręce, od razu pokornieje i daje się spokojnie wyprowadzić, niczym grzeczne dziecko.

Redaktor patrzy się dalej na pusty korytarz. U jego końca pojawia się salowa i zaczyna zmywać podłogę... Po chwili wychodzi z kadru... Z oddali nadchodzi Ordynator.

Redaktor i Ordynator idą wzdłuż korytarza...
ORDYNATOR (żywo gestykuluje, prowadzi Redaktora, co chwila wskazując dłonią przed siebie, przecinają kolejne korytarze...)

W międzyczasie sprawdziłem tę kwestię... Jednoczesna błogość i lęk przed automatyzmem wszystkich funkcji, łącznie z oddychaniem i miłością... Pragnienie całkowitej zmiany rytmu... Są takie przypadki w medycynie światowej... Na ogół wśród kobiet atrakcyjnych, inteligentnych i cieszących się sporym powodzeniem. Ostatnio w USA, Pani senatorowa z Nebraski... Także w Szwecji, pewna słynna aktorka teatralna – to też było całkiem niedawno... W tej chwili nasz In­stytut bez przeszkód może nawiązać kontakt z tymi ośrodkami... Proszę, to już tutaj...(wchodzą, z oddali widać leżącą Natalię)

Dłuższe zbliżenie twarzy Natalii. Zabandażowana głowa, zamknięte oczy, lekki u­śmiech... Czerwone plamy na dłoniach i twarzy.
ORDYNATOR
Niech Pan się tylko nie niepokoi o te ślady. Troszeczkę stygmatyzuje. Jak mówiłem, nie cierpi.

Zbliżenie twarzy Natalii. Wkracza fragment wokalny z „Four Walls” Cage’a. Po zbli­że­niu twarzy przeniesienie na pusty korytarz, twarze Redaktora i lekarza i kilka detali – ro­śli­ny w doniczkach, kolejny z detali „roślinnych” jest już detalem w mieszkaniu redaktora.Wyciszenie muzyki.

Scena 13

Redaktor siedzi w sypialni. Rozpięta koszula. W dłoni nie zapalony papieros. Zmienia ka­nały. Reportaż pokazuje zamieszki gdzieś w Indonezji albo na Timorze. Chaotyczny tłum bie­ga z pałkami w dłoniach i demoluje, co się da. Chmura gazu łzawiącego...Redaktor wyciąga z szuflady kasetę wideo i wkłada do magnetowidu.Film ze ślubu. Jako ilustracja dźwiękowa marsz z Lohengrina grany z pozytywki. Metali­cz­ny dźwięk. Na przemian zbliżenia na kroczącą parę i rozbawiony tłum w uroczystych stro­jach. Potem zbliżenie na Natalię. Natalia śmieje się, jednocześnie ma łzy w oczach.

Scena 14

Nowy pokój Natalii – ciasna izolatka, widziana najpierw zza uchylonej zza kotary. Sły­chać odgłos wentylatora. Powiew wiatru. Odsuwa się kotara, i promień światła pada wprost na Natalię. Twarz wykrzywia się spazmatycznym skurczem. Ciało wygina się po czym całkiem za­styga. Bezgłośny uśmiech i następnie rozluźnienie ust. Po przeciwległej stronie do wejścia okienko, w cieniu twarze 2 pielęgniarzy i ordynator (pośrodku) zaglądają do środka.

Coda:

Zbliżenia szosy, księżyca w pełni, stawu i dymu płynącego z komina.

Pomiędzy aktem pierwszym a drugim kilkanaście sekund przerwy. Na planszy napis „...Akt 2 – Ładowanie potrwa kilka chwili. Proszę czekać. Tykotanie zegara albo jakiś prze­ry­wany, jednostajny elektroniczny sygnał.

AKT 2
Scena 1

Living room w mieszkaniu redaktora, nieporządek: Redaktor leży nagi na rozłożonej so­fie, która usiana jest petami, leży na niej przewrócona popielniczka, pisma motoryzacyjne i kil­ka zardzewiałych żyletek. Huczy telewizor. Reportaż z nalotu na Irak. Redaktor bawi się pi­lotem, na przemian nagłaśniając i ściszając transmisję.

Wstaje z łóżka, naciągając bokserki. Idzie do łazienki, staje przed lustrem. Zamiast kos­me­­tyków Natalii, tylko szczoteczka i pasta do zębów, do tego stoi litrowa flaszka Martini, pra­wie całkowicie opróżniona, szklanka i kilka opakowań xanaxu.

REDAKTOR (powoli)

Dzień dobry, dzień dobry, witam siebie i wszystkich. Jak zwykle wiadomości przybrały zły o­brót. Te w telewizji i nie tylko. Człowiek się nacierpiał, lecz jak w dziewięciu na dziesięć przy­­padków statystycznych, obyło się bez śmiertelnych ofiar. Teraz czeka nas długa, bardzo dłu­ga historia, jednak ostrzegam, że to będzie chaos a w każdym razie komedia. Zaczynamy! (podnosi w geście toastu pustą szklankę)

(po chwili)

Zasrany wermut. (Zbliża twarz do lustra, przegląda się w nim, wybałusza oczy). I ty stary wy­piłeś prawie litr tego gówna! Salutuje.

Kuchnia. Pozostawiona taśma w magnetofonie. Wydobywa się z niej głos Natalii.
GŁOS NATALII

Na pierwszy rzut oka było wielu takich jak ty... Ale czułam, że w jakiś sposób jestem przy­roś­nięta do Ciebie. Nie uwierzysz. Że spotkaliśmy się po to, żeby się mieszać nawzajem, żeby się gubić i wymieniać... Na początku byłeś kompletnie zniszczony swoją pracą... Ale byłeś so­bą... Potem stałeś się bardziej delikatny, ale twoje ciało robiło się coraz bardziej pre­fa­bry­ko­wa­ne... Musiałam się od ciebie oddzielić... Albo pociągnąć za sobą, a tego robić nie chciałam... Mo­że zresztą jedno i drugie uczyniłam... Może to była taka moja gra... Taka mała gra...

Taśma kończy się. Dzwoni telefon postawiony koło magnetofonu... Z łazienki słychać od­głos krztuszenia się... Z telewizora odgłos bombardowania...

Telefon znów dzwoni. Redaktor nie podchodzi...
GŁOS (nagrywa się na sekretarkę automatyczną).

Cześć stary, mówi Robert Gucio (ton trochę nieśmiały, speszony). Słuchaj, wiem o wszy­stkim, co się wydarzyło. Nie pytaj skąd... Taki jest ten nasz mały świat... Naprawdę, tak mi przy­kro. Ale takie rzeczy przychodzą niespodziewanie. Nikt z was nie jest winny. Słuchaj stary, nie załamuj się, trzeba trzymać powera. Stary, przejdź się ze mną na piwo po południu... Wiem, że nawet nie wypada mi zapraszać cię, ale sądzę, że dobrze ci to zrobi... Postanowiliśmy w pra­cy, że ktoś musi przejąć inicjatywę. Wyrwać cię z tego załamania... Mam nadzieję, że odbierzesz tą wiadomość i się zgodzisz.

Scena 2

Wieczór. Redaktor stoi na skrzyżowaniu, drżącą dłonią pali papierosa. Próbuje złapać tak­sówkę. Nic się nie zatrzymuje. Wyrzuca papierosa. Łapie się za głowę .Krztusi się. Od­chy­la głowę, wyciąga w górę ramiona, robi mocny wdech... Nad nim wielka tablica świetlna re­kla­muje telefony komórkowe. Podobizna Einsteina. Napis głosi: „Istotę rozwoju stanowi no­wa idea”. Redaktor zatyka usta, ni to do ziewania, ni do krzyku. Ten zwykły odruch zde­ner­wo­wania i zmęczenia w srebrnym świetle wygląda jak okrzyk desperata. Po chwili opa­no­wu­je się, zapala nowego papierosa, podchodzi do krawędzi jezdni, zatrzymuje taksówkę..

Kilka migawek z jazdy w centrum miasta. Wysiada na Puławskiej przed Galerią OFF. Dzwo­ni do drzwi. Ochroniarz wpuszcza go do środka...

Wnętrze. Jest dość pusto i cicho. Wieczór jazzowy. W tle improwizacja saksofonu. Zmy­sło­wa swingująca melodia – trawestacja motywu granego na Chmielnej w Akcie 1, prze­two­rzo­na z większą ilością modulacji, bardziej złożona rytmicznie, o lekko orientalizującym za­bar­wieniu. Redaktor i Robson siedzą przy stoliku. Robson we flanelowej koszuli w szkocką kra­tę i zamszowej marynarce, pali fajkę. Na głowie flanelowy kapelusz. Na stoliku karty. Pi­ją piwo. Obok odstawione dwie inne duże szklanki...

ROBSON

No widzisz.... Może wyluzujesz. A z żoną będzie dobrze. No, w każdym razie nie cierpi... A to jest zawsze najważniejsze... Dobry pomysł z tym urlopem bezpłatnym... A już myślałem, że rzu­ciłeś robotę. Nie można ostatecznie rezygnować... Zawsze wszystko może się od­wró­cić... (pauza, mocniejsze wejście motywu muzycznego)

Powiem Ci jedno, koleś. Jest sposób, żeby z tego się wyzwolić... Zobaczyć, że świat, który się rozciąga w nieskończoność, daleko poza naszymi problemami, nadal może być piękny, tak jak zawsze był... Jesteś stary mężczyzną? Takim wiesz, z telewizji. (sięga do kieszeni mary­nar­ki) Nigdy nie próbowałeś popykać z tej zabawki?

Robson wyciąga rewolwer w z wewnętrznej marynarki i podaje redaktorowi pod stołem.Redaktor bierze pistolet do ręki, niewprawnym ruchem, z zawahaniem, uśmiecha się nie­pe­wnie. Kiwa głową.

ROBSON

Człowiek musi iść za swoim instynktem. Żyć zgodnie z własną naturą. Załącz sobie TV (wy­mawia „tiwi”) a tam co kilka minut mówi to jakiś prorok albo jakaś bogini. Ale to wyjąt­ko­wo prawda. Instynkt. Kilka sekund. Adrenalina, napięcie, świat wiruje. Kilka sekund. I wszy­st­ko wraca do normy. Masz spokój... Jesteś czysty... Jesteś cool. Świat znowu jest twój, możesz dzia­łać, wszystko przed tobą ustępuje – ludzie, domy, tramwaje. Lepiej tak, zamiast nosić coś w sobie aż do trumny.

Milknie, a po chwili znów zgłaśnia się przez moment wątek saksofonu. Redaktor kiwa się na krześle, przymyka oczy na chwilę.
ROBSON (kontynuuje)

Ja raz zapolowałem z tej zabawki. Na jakiegoś kundla. W lesie się do mnie przyczepił. Trochę szkoda mi było. Ale mu palnąłem ze dwa razy w łeb. Nawet koleś był spoko – taki duży, łaciaty. Ale mi ubliżył. Chciał mnie, baran, ugryźć.

Wychodzą na zewnątrz. Ciemno. Cisza. Pojedynczy przechodnie. Rozlega się syrena. Prze­jeżdża karetka pogotowia. Staje gdzieś niedaleko. Dłuższa chwila ciszy. Wolno idą chod­nikiem.Z przeciwnej strony nadchodzi dwóch osiłków w obcisłych dżinsach i skórzanych kurt­kach. Idą szybkim krokiem. Roztrącają Redaktora i Robsona. Jeden potrąca Robsona ra­mie­niem.

ŻUL
Uważaj, kurwa, lamusie.
Idą dalej. Redaktor i Robson patrzą na nich. Żul się odwraca.
ŻUL
Co filujesz, ślepaku? Rozpierodlić ci aparaturę? W pizdu chcesz?
Odwraca się w swoją stronę, idzie dalej.
ROBSON (miękko, z dyskretnym uśmiechem)

Wiesz, co ja mam. A on o tym nie wie. On nie wie, że jakby co, to nie tylko mogę założyć bur­del na spółkę z sułtanem Brunei i sprzedać tam jego bezrobotną rodzinę. Ale dodatkowo mógł­bym przerobić na japońską koninę jego naszpikowane sterydami ścierwo. Rzecz jasna w obronie koniecznej. Każda zbrodnia zresztą jest obroną konieczną w pewnym sensie. (pauza) Trudno by mi przyszło kogoś zabić. Jest w życiu jakaś moralność. Ale wystarczy, że to masz przy sobie. To jest atut, to jest konkret, jak w dobrym interesie. To ci daje poczucie bez­pie­czeń­stwa, bardziej nawet wewnątrz, niż na zewnątrz. Przemyśl to stary, co ci powiedziałem.

Redaktor kiwa głową bez słów.
ROBSON
Strzałeczka.

Wyciąga dłoń.

Redaktor ściska jego rękę. Rozstają się. Robson przechodzi przez ulicę. Redaktor idzie przed siebie (bardzo cichy akompaniament tematu saksofonowego). Z naprzeciwka sztyw­nym krokiem, utykając lekko na nogę z głową zapatrzoną do góry idzie brunetka w ciemnych oku­larach. Zbliżając się do redaktora wyciąga papierosa.

BRUNETKA
Przepraszam, czy ma Pan może ogień?

Redaktor szuka w kieszeni zapalniczki. Znajduje i podaje jej. Zbliżenie twarzy w świetle za­palniczki, na policzku plaster, twarz wyraźnie blada...

Redaktor wyciąga papierosa i zapala. Stoją naprzeciwko siebie.
BRUNETKA
Pan idzie w tamtą stronę? Ja też. Szłam w złym kierunku (z niewinnym rozbawieniem). Po­myliłam się...
REDAKTOR
Tak, jeszcze kawałek podejdę. Mam ochotę trochę się przewietrzyć.
BRUNETKA (mocno zaciąga się dymem)
Ja też! A więc chodźmy (bierze go pod rękę)
Idą. Kobieta utyka na nogę. Zachowuje się jakby miała zawroty głowy – trochę się zata­cza, wzdycha przy tym...
REDAKTOR
Pani się chyba źle czuje. Zadzwonię może po taksówkę?
BRUNETKA (uśmiecha się otwierając i zamykając powieki)
Nie trzeba (wskazuje na zaparkowaną taksówkę)

Podchodzą. Obok taksówki leży człowiek, nad którym pochyla się dwóch pielęgniarzy. Męż­czyzna koło 60-tki grubawy, łysiejący, długie baki. Szary letni garnitur, kwiat w bu­to­nie­rce, na chodniku biały kapelusz typu panama. Rozpięta koszula. Niedaleko stoi karetka. Eki­pa reanimacyjna za pomocą elektrycznych wstrząsów masuje jego serce. Ciało drga.

BRUNETKA
Jedźmy szybciej, nie mogę na to patrzeć! Jak w fabryce! Pan wsiądzie, szybciej proszę! (popycha go)

Jadą taksówką, oboje na tylnym siedzeniu, przez pewną chwilę w milczeniu.

REDAKTOR

Tak, mnie też to poruszyło... Mam żonę w szpitalu. Wypadek samochodowy. Cholernie cię­żki wypadek. I bardzo dziwny. Więcej nic nie chcę o tym mówić... (cicho, bardziej do siebie) W przyszłym roku planowaliśmy dziecko. Bardzo chciała je mieć... A teraz sam nie wiem, co bę­dzie. Żyje, to jedyne szczęście w tym szaleństwie. Mówią, że nie cierpi. Ale nie odzyskała świa­domości drugi miesiąc...

BRUNETKA (przerywając mu)
Niech się Pan nie przejmuje. (po chwili) Ja przez wiele przeszłam. Idzie się przez kolejne dni, a pozostałe ot tak gubi się za sobą (macha ręką). To wszystko. Świadomość? Po co nam świa­domość? Zaraz Pana pocieszę.

Wyciąga coś z torebki – jest to miniaturowy sznaucerek z plastiku obłożony pluszem. Sznaucerek zaczyna kiwać głową i merda ogonem, oczy zaczynają się świecić na czerwono.

Brunetka śmieje się. Również na twarzy redaktora powoli zjawia się uśmiech.Przejeżdżają mijając Dworzec Centralny i Rondo ONZ...

BRUNETKA (wolnym słodkim głosem)

A jednak, pan wie, pies jest lepszy od mężczyzny. Rzecz jasna taki prawdziwy. Tak samo ru­sza się, dotyka, lecz przy tym nic nie mówi. Nic nie myśli! Po prostu żyje! Jeden dog... miał ta­ką śliczną skórę, wydawał się w świetle fioletowy... Mało się spotyka takich ludzi. Rasowych ludzi, dobrej krwi. Już chyba łatwiej o psa. Co nie znaczy, że jestem obrończynią zwierząt. Lu­bię jeść tych, których kocham. Niech Pan to ma na uwadze.

TAKSÓWKARZ
Hi, hi. Jak kobity chłop nie zadowoli, to i pies nie pomoże.
BRUNETKA (po dłuższej chwili)

No i popatrz. Ja już czuję się spokojnie. Tu jest tak dobrze, tak ciepło. Pan kierowca taki jest uprzejmy. Nie ma się czego bać. (po chwili). Bardzo się cieszę, że cię spotkałam. Od razu wi­dać, że ty jesteś inny. Ty jeszcze o tym nie wiesz. Ale z tobą można porozmawiać. Z tobą mo­żna przegadać całą noc. Z tobą można zrobić coś nieprzewidzianego.

Brunetka kieruje rękę w stronę spodni redaktora, trzyma go za kolano...

BRUNETKA (do taksówkarza)
Proszę się tutaj zatrzymać! (do redaktora)
Wysiadamy !
Scena 3

Redaktor rozgląda się po mieszkaniu... Brunetka nurkuje w łazience... Zostawia drzwi uchylone... Redaktor patrzy w tę stronę z zaciekawieniem i lekkim niepokojem... Stoi nie­ru­cho­mo pod ogromnym szklanym żyrandolem... Słychać cichy śmiech i spuszczanie wo­dy...Po chwili drzwi rozchylają się...

Podchodzi i zagląda... Brunetka stoi przed lustrem. Sukienka nie dopięta do końca na zamek błyskawiczny, obnaża chude plecy, z wyrazistą linią kręgosłupa... Na plecach brunetki bli­zna i tatuaż.... Brunetka uśmiecha się... Zalewa ją ostre światło lampy... Redaktor po­cząt­ko­wo w półcieniu... Podchodzi do niej, z wahaniem, jakby się wkradał w obcą strefę... Do­tyka jej pleców... Brunetka odwraca się... Obejmuje go... Zaczynają cię całować... Ściskają się mocno... Obraz się rozjaśnia niemal do prześwietlenia... Fragment z „Ramifications” Gyorgyi Ligetiego, ewentualnie inny sonorystyczny utwór na smyczki, byle nie zbyt patetyczny.

Brunetka i redaktor wychodzą na balkon. Redaktor w bokserkach i rozchełstanej ko­szu­li... Brunetka w rozchylonej białej tunice... Zapalają papierosy... Iskry spadają w mrok... Na­prze­ciwko buduje się wieżowiec. Dźwigi, światła. Zachmurzone niebo, szare. Wolno pul­su­je światło dźwigu... Cichy, pulsujący hałas jakiejś innej maszyny...Hałas, brzęk metalu i szkła. Po chwili słychać syreny.

BRUNETKA
Pewnie znowu za rogiem zderzyły się tramwaje. Kolejny raz w tym tygodniu.

BRUNETKA (po chwili)

Kiedy wprowadziłam się tutaj, tego jeszcze nie było. Tylko jakaś łąka i kupa śmieci, tyle śmieci. Niedawno były jeszcze tu działki, na których sadzili marchewkę i coś jeszcze. Teraz sta­wia­ją apartamentowiec. Znów budują coś na jakieś trzysta osób. Mieszkałam w takim z moim po­przednim facetem. Jak wygodnie żyje się w takim nowym budynku... Idziesz korytarzem... Ró­wne kafelki, jak w lustrach odbijają się w nich strzępy twojej sylwetki... Wszyscy tak ciepło uś­miechają się... Te dyskretne perfumy... Nie czujesz niczyjej obecności... Pomyśl... Tu naprze­ciw nas może kiedyś wprowadzi się jakaś para. On będzie nosił czarny garnitur, a ona białą su­kien­kę i welon jak do ślubu... Obok zburzą tę budę i w rok przygotują następny wieżowiec. A oni... będą wracać tylko na wieczór, a dzień spędzać gdzie indziej, razem albo osobno. Pomyśl, jed­nak, że będą przychodzić tam i kochać się całą noc. Nie będą nic przy tym mówić ani krzy­czeć... Bo będą głusi i niemi... I my będziemy wtedy z nimi i oni będą z nami. Znasz ten wiersz?

We dwójkę płyną umarli
We dwójkę, opływa ich wino
Winem na siebie wylanym
Umarli we dwójkę płyną
A włosy spletli w podściółkę
A jedno się z drugim jednoczy
Ty rzuć kostką jeszcze raz dwójkę
I zanurz się w jedno z jej oczu[1]
REDAKOR
Jak się właściwie nazywasz?
BRUNETKA.

Julia. Julia K. Tak napisane mam w dowodzie. Nazwisko się zatarło, poza pierwszą literą. Reszty zapomniałam. Nie przejmuj się, imię też jest zmyślone. Jakie jest naprawdę, wie tylko moja mama. Ale to nie ma znaczenia.

Tajemniczy (generowany elektronicznie) odgłos jakiegoś ssaka.
BRUNETKA
Patrz – jakby coś śpiewało, a jednocześnie płacze, jak dziecko.
REDAKTOR

To chyba pawian. Parę tygodni temu podano przecież w „Informacjach”, że zbiegły zwie­rzę­ta podczas transportu do Zoo. Niektórych do dziś nie odnaleziono...

BRUNETKA
Uciekł z zoo. Złapmy go! Dostaniemy nagrodę!

Redaktor i brunetka zaczynają się śmiać.

Zza węgła dobiega ryk tygrysa.
Brunetka cofa się przerażona. Rechot hieny...
BRUNETKA

Nie, to jednak nie zwierzęta....Tuż obok mieszka brzuchomówca. Zawsze w nocy ćwiczy. Ja przyzwyczaiłam się, ale dzieci w sąsiedztwie nie mogą przez to spać...

Obejmują się... Chwila ciszy. Widok budowy zza okna. Światło dźwigu pulsuje. W tle ci­cho motyw adagia z sonaty d-moll Brahmsa, sam początek tej części utworu...
Scena 4.

Redaktor idzie w stronę domu. Słońce przebija się zza chmur. Robi się coraz bardziej jas­no. Ulice stają się wyblakłe, marazm na chodnikach, pojedynczy przechodnie. Na rogu u­li­cy obok domu redaktora zaparkowany mini van. Klakson. Obok stoją robotnicy. Włączają młot pneumatyczny. Redaktor chwyta się za uszy. Młot na moment cichnie... Klakson uderza jeszcze kilka razy, zagłuszany na przemian młotem...

Redaktor odwraca się jednak.Hałas młota ostatecznie cichnie. Powraca klakson samochodowy, który dzwoni jeszcze kilka razy...

GŁOSY Z SAMOCHODU
Marcin! Łuuuuuu....
(Drą gardło na całego, oklaski)
Są to Olgierd, Sebek i Kasia. Uchyla się przednia szyba, wychyla się Robson w tenisowej czapeczce.
KASIA KOŁEK
Martin, przejedź się z nami, jedziemy na wycieczkę...
REDAKTOR (zmieszany, ociera ręka czoło)
O kurczę, teraz jestem strasznie zmęczony... Przykro mi.
ROBSON
Wsiadaj chłopie, przyjechaliśmy specjalnie po ciebie. Patrz, tu jest wolne (wskazuje miej­sce obok kierowcy).
REDAKTOR
Wiecie co, chyba jednak nie mogę...
Robson otwiera drzwi i wskazuje znów wolne miejsce...

Jadą samochodem. Redaktor obok Robsona. Wszyscy poza redaktorem śpiewają a ca­pel­la przyśpiewkę składającą się z nieartykułowanych dźwięków (łoo-łoo—łoo, Łuuu-łuu, łuuu – coś takiego). Robson markuje, że śpiewa. Potem ta sama melodia na głosy solowe, w trak­cie występów danego solisty, pozostali, poza kierowcą i redaktorem klaszczą do rytmu. Na­stępnie dołącza się chór, śpiewają nierówno, jeden przez drugiego...

OLGIERD
No dawaj, Marcin, co będziesz się w życiu opieprzał? (Sebek wtrąca właśnie fragment z Połomskiego „Cała sala śpiewa z nami”). Śpiewaj!

WSZYSCY (poza redaktorem)Cała sala śpiewa z nami itd., cały refren itd.Redaktor zaczyna nieśmiało klaskać do rytmu.

KASIA

Trzeba coś zjeść... Patrzcie co mam... Batonik coco-loco. Podaje go Olgierdowi, który roz­bawiony, podsuwa usta i bierze duży kęs...

Świetny film zrobili do jego reklamówki... Fajna jest ta piosenka...
(śpiewa)
„Coco-loco” to jest życie...
SEBAN (podchwytuje tekst)
„Coco-loco” to jest seks...
OLGIERD
„Coco loco to jest kasa”
KASIA
„Coco loco” i noł stress

Śmiech, zaczynają wyć, także Robson się przyłącza... Gwałtowne zbliżenia wykrzy­wio­nych, rozkrzyczanych twarzy... Olgierd zajada batonik, Kasia pali papierosa. Redaktor u­śmie­ch­nięty, choć kręci głową z grymasem zakłopotania...

Cięcie... Samochód przejeżdża pustą, wąską, szosą... Pojedyncze wiejskie domy wy­glą­da­ją czysto i schludnie... Wszystko poza samochodem nieruchome... Błękitne niebo, słońce, zie­leń trawy...Roześmiane twarze, pokazane bez dźwięku... Redaktor strapiony... Bardzo cicho leci „Sympathy for the devil” Rolling Stones.Samochód stoi. Drewniana dacza nad brzegiem jeziora... Z podręcznymi bagażami idą do środka...

Scena 5

Wieczór. Dacza. Półpiętro. W dół prowadzą kręte schody. Zza balustrady widać bardziej przestronny pokój na parterze. Całość urządzona w stylu a la IKEA. Za oknami ściemnia się. Ci sami. Na stoliku butelki whisky, smirnoffa, papierosy, tytoń do fajki Robsona, torebki ze skunem i kokainą, rurki i sreberka...

ROBSON (nalewa whisky do szklanki)
(Ubrany w czarny kapelusz, czarną jedwabną koszulę, zawinięty białym „dyrygenckim” szalem jedwabnym.)
Bawcie się dzieci (wznosi toast, pije łyk i odkłada szklaneczkę) ...I kochajcie się...
ROBSON

Kochajcie się ile wlezie... Ale seks, moi drodzy, seks jest tylko rozkoszą dla śmiertelnych. Rozkoszą Bogów jest sztuka! Popatrzcie na to! (Wyciąga zza pazuchy laskę ogni sztucznych i zapala ją).

ROBSON (wpatrzony w laskę ogni sztucznych)
Choć nasze życie nic nie warte.
Eviva l’arte!

Redaktor patrzy się na ognie. Mnożą się przed jego oczami i rozbłyskują. Przywołuje w pamięci widok z balkonu, kiedy wyszli z Natalią na balkon. Krótka przebitka na tamtą scenę.Olgierd, Sebastian i Kasia działkują kokę. Sniffują po koleiW tle leci „Am i going insane?” Black Sabbath...

ROBSON

Cieszcie się życiem. Bądźcie nadzy. Póki jesteście jeszcze młodzi. (pociąga whisky prosto z butelki). Wszyscy dziś będą nadzy. Dziś jest Sylwester. Zaczął się nowy rok. Nowa Era. Słu­chaj­cie mnie! Za chwilę znów będą fajerwerki. Raz i dwa. (kilka razy klaszcze, arytmicznie)

KASIA KOŁEK (obok niej rozsypana kreska koksu i dwie butelki whisky... Z tyłu Seban i Olgierd rozbawieni... Olgierd bije pokłony parodiując modlącego się muzułmanina...)

Co ty pierdolisz, Robson? Jaki kurwa Sylwester? Chyba masz już dosyć! A przecież impra do­piero się zaczyna.
ROBSON

Luzaka-luzaka... Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni... Pochodzi do redaktora i stawia przed nim butelkę wódki i kieliszek...Redaktor zaczyna pić... Pierwszy kieliszek pije z zawahaniem... krzywi się... Pije na­stę­pny... Potem jeszcze następny, w sposób coraz bardziej mechaniczny, jakby było mu obo­jętne, co robi, jakby przestał odczuwać smak alkoholu...Olgierd, jak również Seban – w żartach, zaczynają dobierać się do Kasi...Kasia staje między nimi i obejmuje ich... Tańczą...

KASIA
Ja was zawsze kochałem chłopaki... Was obydwu... Kurwa czad!!!
Redaktor pije kolejny kieliszek...
REDAKTOR (nalewa wódkę do kieliszka)

Muszę z tym walczyć. Muszę z tym kurwa walczyć... Ja jeden walczę z tym wszystkim... (wy­lewa wódkę na podłogę). Po chwili jednak nalewa kolejny kieliszek i szybkim mecha­ni­cz­nym ruchem wypija całą zawartość. Po odstawieniu go czyni ręką ruch, jakby pił kolejny i śmieje się z tego, co robi... W tle słychać sprośny śmiech Kasi...Cięcie... Redaktor w tej samej pozycji. Ale w butelce zostało już tylko trochę na dnie... Krztusi się, ale nie wymiotuje... Napełnia kieliszek i bierze go w dłoń zastanawiając się, czy pić, czy nie. Obraca go w prawej dłoni. Wychyla zawartość...

Nagle wybucha kankan... Skrawki przestrzeni budynku widziane jakby przez puste i peł­ne butelki, wykrzywione, zdeformowane... Trójka – Kasia – Olgierd i Seban tańczą na par­te­rze wymachując nogami, ubrani w samą bieliznę, Kasia pośrodku. Robson, nadal na pół­pię­trze, siedzi z tyłu... Migawki przeplatają się z wcześniejszymi ujęciami Robsona zapalającego sztu­czne ognie i ze zbliżeniem twarzy brunetki widzianej poprzez płomienie fajerwerków...

Kankan cichszy... W oddali widać coraz bardziej swobodny chaotyczny taniec trójki, któ­ra się łączy i rozdziela...

Robson siedzi wciąż w kącie i uśmiecha się. Uśmiech szeroki, łagodny, lecz jakby zamy­ślo­ny, nieobecny, mruży oczy... Kręci głową... W dłoni trzyma jakiś czarny przedmiot, który po­woli gładzi rękoma...

ROBSON (podnosi głowę wołając)
Idziemy się wykąpać. Wolni! Nadzy! Ta noc do innych będzie niepodobna. Coś się zaraz wydarzy!
OLGIERD
Ty, Seban! Robson, kurde, proponuje, żeby pójść kąpać się na waleta.
KASIA
Good idea!

(wchodzą na górę, idą w stronę Robsona)

JEDEN PRZEZ DRUGIEGO
Robbie! Złaź, jak jesteś taki odważny! Sam proponujesz, to idziemy...
OLGIERD
Ale pamiętaj, że ona jest dziś nasza (obejmuje Kasię, śmiechy)
KASIA KOŁEK (podchodzi do Redaktora, który kompletnie schlany spuszcza głowę...)

Biedaku. Ty popływałbyś pewnie z tą swoją kobietą. Nie martw się, może wszystko będzie jesz­cze dobrze. Całuje go czule w policzek. Schyla się potem i drugi raz go całuje.Dołącza z powrotem do kolegów... Trójka zbiega w dół...

ROBSON (do redaktora)

No cóż, jak poszli to ja muszę iść za nimi. Noc jest ciepła i piękna. A ty będziesz miał ko­sz­marne przedpołudnie. Kaca z małymi dodatkami. Ale przejdziesz przez to! Od tego się w koń­cu nie umiera. No nic, ja lecę. Trzymaj się, stary. Goodbye... Arrivederci.

(odchodzi, ale po chwili się odwraca)
ROBSON
Wiesz o co chodzi. Luzaka-luzaka! (Śmieje się, jakby histerycznie, bardziej spięty niż zwykle)

Cisza, redaktor przysypia. Przeciera oczy... Skrzywiony, cierpiętniczy wyraz na twarzy... Krztusi się... Powracają migawki Natalii, Robsona i Brunetki, wolne, coraz bardziej do­ga­sa­ją­ce, nieruchome, jak plakaty albo fotografie... Fragmenty opustoszałego wnętrza, detale – butelki, paczki papierosów, rozsypana kokaina... W migawkach widoczna uśmiechnięta twarz Natalii owinięta w bandażach na szpitalnym łóżku. Robson w kapeluszu, z fajką w zę­bach podchodzi do budy z erotycznym tańcem, migoce neon, drzwi otwierają się, ktoś – nie wiadomo kto – go wpuszcza. Brunetka w objęciach z redaktorem, którego twarzy nie widać...

Scena 6

Ranek, redaktor podnosi się z fotela. Chwieje się na nogach, trzyma się za głowę.

Schodzi w dół po schodach. Pokoje są opustoszałe. Tu i ówdzie widać przewrócone fo­te­le zalegające butelki i popielniczki, potłuczone gablotki.

Redaktor otwiera drzwi wejściowe. Wychodzi na zewnątrz. Błękitne niebo. Słońce. Re­da­k­tor znów łapie się za głowę. Wymiotuje. Stęsknionym wzrokiem patrzy w toń jeziora. Zmie­rza ku niemu.

Powoli podchodzi do brzegu jeziora. Patrzy w dół.

Na brzegu, zanurzone w płytkiej wodzie leżą nagie ciała Olgierda, Sebastiana i Kasi. Nie żyją. Brak jakiegokolwiek dramatyzmu. Jakby spali. Ich ciała lśnią w słońcu. Błękit nieba...

Jezioro jest spokojne. Lekki wietrzyk. Kołysze się boja. Błękit i zieleń. Redaktor rozgląda się naokoło, po czym patrzy za siebie. Dom wśród zielonej trawy. Przed domem nie ma sa­mo­chodu.

Scena 7

Scena pantomimiczna, jakieś szybkie nowoczesne tango, może być coś Piazzoli. Redaktor sie­dzi w Cafe Nowy Świat. Patrzy na twarze poszczególnych ludzi: Gruby mężczyzna w gar­ni­tu­rze, z cygaretką, w przyciemnianych okularach; para hiphopowców w czapeczkach. Wy­soki, skrajnie chudy mężczyzna w wojskowej kurtce trzyma w dłoni harmonijkę ustną. Ksiądz dys­kretnie trzyma pod ramię leciwą blondynkę. Twarze wyostrzają się i rozmywają, jakby na­chy­lały się nad nim i próbowały go nastraszyć. Redaktor opuszcza głowę, pozostali jakby się w niego wpatrywali. Wertuje gazetę. Widzi zdjęcie jeziora, wpatruje się wtedy w rozłożoną pła­ch­tę. Przy jednym ze stolików siada para mężczyzn w garniturach. Na ich stolikach roz­ło­żo­ne gazety. Każdy z nich nosi ciemne okulary. Jeden zdejmuje okulary i patrzy na redaktora. Drugi, przez chwilę obojętny też uchyla swe ciemne okulary i również się zwraca w jego stro­nę... Redaktor zaczyna lekko drżeć, niepewną dłonią patrzy na rachunek i coraz szybciej szu­ka pieniędzy w portmonetce, żeby znaleźć należność i się zmyć... Wszystkie gesty odgrywane me­chanicznie, slapstickowo, odrealnione. Ostatnia twarz to twarz mężczyzny z prologu i re­kla­my – wyciąga z drinka kostkę lodu i rozciera ją sobie pod okiem, strumyk wody kapie jak łza.

Klatka schodowa apartamentowca Redaktora. Wchodzi w górę po schodach. Na pół­pię­trze bawi się chłopiec, u jego stóp mała klatka... Obok klatki mechaniczna zabawka – robot na baterie. Robot chodzi po betonie, po czym spada ze stopnia schodów... Leży na grzbiecie i bu­ksuje mechanicznymi kończynami.

CHŁOPIEC

Proszę pana, proszę pana. Przed chwilą byli u Pana jacyś ludzie. Chyba to policja. Stoją przed domem w zaparkowanym czerwonym samochodzie. Na pewno pan ich mijał...

W klatce chomik, który patrzy się na buksującego robota.

Redaktor wbiega na górę...

U siebie... Rozgląda się po mieszkaniu. Przetrząsa szuflady. Podchodzi do szafy, wyciąga ciepłą marynarkę i zakłada ją. Dzwonek do drzwi... Po chwili donośne stukanie. Redaktor pod­chodzi do kolejnej szafeczki, wyciąga książeczkę czekową, chowa ją do kieszeni mary­nar­ki, podchodzi do drzwi balkonowych, otwiera je... Tykanie zegara...Wychodzi na balkon... Patrzy w dół. Wdrapuje się i staje na poręczy... Tykanie zegara. Odgłos bijącego serca...Na stoliku w living-roomie zdjęcie Natalii w kapeluszu i masce karnawałowej...

Na dole redaktor – po skoku z trzeciego piętra zdrów i cały. Biegnie przez trawnik, lekko tylko utykając, a potem przebiega między samochodami...

Wybiega na ulicę. Wbiega do metra... Dogania pociąg na peronie i ląduje w środku... Na chwilę pojawia się urwany fragment z Prelude 6 suity Bacha...

Scena 8
Budka telefoniczna. W środku redaktor, pali papierosa. W trakcie monologu brakuje mu tchu, gwałtownie się zaciąga...
REDAKTOR

Nie dzwoń tylko na mój telefon komórkowy, bo jeszcze do ciebie się przyczepią... Słuchaj, nor­malnie zgłosiłbym się... Przecież jestem niewinny. Ten koleś znikł, gazety podejrzewają nas dwóch, ale jakoś to wszystko się wyjaśni. Tylko, że po ostatnich wydarzeniach straciłem grunt... słyszysz mnie.... przez chwilę chciałem uciekać, bo myślałem, że wrobią mnie we wszystko... słyszysz mnie... ale zgłoszę się przecież, tylko... chcę cię jeszcze zobaczyć... słyszysz mnie... jak to przyjedziesz po samochód? ...jak to „przecież wiesz gdzie mieszkam”... i jak go otworzysz... nie wygłupiaj się? ...pod jakim centrum handlowym... Carrefour?

Od słów „jak to, przyjedziesz po samochód?” Redaktor mówi coraz wolniej, jedno­cze­śnie przebitki pokazują następujące wydarzenie:Brunetka wsiada do samochodu redaktora. Dwaj mężczyźni i kobieta (aktorzy – Olgierd, Seban i Kasia, widziani z daleka) w mundurach policyjnych gonią ją wykonując jakieś gesty. Wy­ciągają pistolety... Brunetka w szybszym tempie sięga po pistolet maszynowy i puszcza w nich krótką serię... Każde tuż przed upadkiem unosi ręce do góry, automatycznym gestem. Padają jak marionetki, jakby nie byli zabici, tylko udawali... Scena rozgrywa się bez dźwię­ku, nie licząc strzałów z broni...

Scena 9

Centrum handlowe... Kilka ujęć wnętrza – wystawy, przechodnie. Potem ujęcie budynku na zewnątrz, parking, neony. Jako podkład – John Cage – fragment fortepianowy z „Four Walls”, bezpośrednio poprzedzający część wokalną.

Redaktor idzie przez parking, jakby nieprzytomny... Wyprostowany, głowa uniesiona do góry rozgląda się na obie strony. W ustach papieros. Znoszone ubranie, niedbale narzucona zmięta marynarka, którą miał na sobie uciekając z mieszkania. Przystaje i patrzy na parking. Rozgląda się podejrzliwie. Mnóstwo samochodów ale w oddali tylko pojedyncze osoby. Po­śro­dku widzi kontener ze śmieciami... Staje za nim, rozpina rozporek, sika, neony pulsują.

Podjeżdża samochód i zatrzymuje się tuż koło niego. Jest to samochód reaktora, prze­ma­lo­wany na biało... Patrzy osłupiały.
Uchyla się okno. W środku siedzi brunetka. Tym razem ma loki na głowie i ogromne ciem­ne okulary.
Redaktor podchodzi. Wsiada....
Scena 10
Mieszkanie brunetki, pokój dzienny. Redaktor i brunetka siedzą na fotelach blisko sie­bie, patrzą sobie w oczy... Półmrok...
REDAKTOR

Wszystko dla mnie straciło swoją formę. Rozpadło się na moich oczach. I ja zostałem je­dy­nym, któremu jeszcze wydawało się, że nie stracił orientacji. Ja musiałem cały ten świat przy­wró­cić jakoś do porządku...

BRUNETKA
Co robiłeś w życiu, zanim Ci się to przytrafiło? Zanim to wszystko się zaczęło?
REDAKTOR

Jakieś nic. Firma konsultingowa... gazeta... Dużo pracowałem. Zależało mi na tym. To wszy­stko się teraz zaciera. Nie warto nawet mówić. Teraz szczęściem jest nie pamiętać, co robi­łem wczoraj. A ty?

BRUNETKA

Ja też jakieś nic. I to różne nic, mniejsze albo większe... Władowałam się w masę prob­le­mów. Przecież wiesz zresztą... Ale to wszystko musiało się skończyć. Musiało się uspokoić...

Wstaje i pociąga za sznurek odsłaniający kotarę zwisającą po przeciwległej stronie ścia­ny. Za kotarą na podłodze leży Robert Gucio. Nagi. Kapelusz na twarzy, lędźwie przy­kry­wa mu jedwabny biały szal. W klatkę piersiową ma wbity długi bagnet.

Brunetka siedzi znów naprzeciw Redaktora. Ten po zobaczeniu Gucia wpada w panikę. Drżą mu kolana. Chce się ruszyć z miejsca. Brunetka kładzie mu dłonie na kolanach i przy­bli­ża twarz w jego stronę... Odrywa jedną dłoń od kolan i zatyka mu usta.

BRUNETKA

Cicho... To musiało się stać. Może kogoś kochałam? Ale nie było odwrotu... Inaczej by­ła­bym zniszczona. To było dla mnie zbyt silne...

REDAKTOR (zdejmuje dłoń z jej ust)

O czym mówisz?
BRUNETKA

Czy to ważne? Ludzie mogą zagrać tyle ról, że nie wystarcza materii, żeby przybrali od­rę­bne postacie. Dlatego różni ludzie mają takie same twarze. Gdy widzisz tę samą twarz, z trudem mo­żesz zgadnąć czy to jeden, czy drugi... Stąd mówi się mylnie o złożonych charakterach, o roz­dwojeniu jaźni. A to prostu całkiem inne osoby... I odwrotnie, ten sam człowiek często staje się kimś innym. Innym ciałem... Wystarcza makijaż, peruka, inny kolor oczu... Nic nie mów. Wy­rzuć z siebie to, co masz wyrzucić, ale lekko... Wyrzuć to bez słów... Teraz będziemy razem. Chodź.

REDAKTOR
Ale (przeciera dłonią czoło, wyraźnie mu zależy, żeby zahaczyć rozmowę o coś kon­kre­tne­go, żeby znaleźć punkt wyjścia) ...co miałaś na myśli mówiąc, że „przecież wszystko wiem”?
BRUNETKA

Nie żartuj! Wiesz, że nieprawdą jest, że nic nie zdarza się dwa razy. Wszystko się powtarza. W najbardziej nieoczekiwanym momencie. I to powtórzenie nas zabija, chociaż jest największą ekstazą, jaką można przeżyć. A większość rzeczy nie zdarza się tak w pełni ani razu, choćbyśmy wszystko, co się działo, pamiętali, choćby były dowody, dokumenty. Tak już w życiu jest. Zero albo dwa.

Wstaje i prowadzi go za sobą korytarzem w stronę sypialni... Dźwięki z „Four Walls” Prze­rywa je wycie pawiana, a potem karykaturalnie nagłośniony śpiew słowika...Redaktor i brunetka objęci, leżą złączeni ze sobą, gładzą się po plecach. Widać tylko pulsujące tułowie...

Najazd na twarze. Gwałtowne rozjaśnienie. Usta kobiety wtulone w policzek redaktora, światło pada w to miejsce sprawiając, że rysy rozluźniają się.

Kadr zatrzymany na chwilę.Trup Roberta Gucio.Łazienka, brunetka nago siedzi na sedesie, przegina się, zadowolona pali papierosa. Re­da­ktor całuje jej stopy. Rozluźnienie, brunetka śmieje się jak dziecko... Zza pralki wyłania się biały kot i wybiega z kadru pędząc w stronę kamery...W łazience oświetlona lampką piramida kosmetyków, rozsypany puder.

Scena 11.
(Pomiędzy scenami 10 i 11 w dłuższym niż poprzednio zaciemnieniu motyw z „Four Walls”)

Redaktor i brunetka jadą samochodem. Redaktor prowadzi. Noc. Pojedyncze samochody mijają ich z na przeciwka oślepiając reflektorami.

BRUNETKA
Zatrzymajmy się tutaj...
Redaktor parkuje.
BRUNETKA
Zamknij samochód. Ja już idę, ty dogonisz mnie...

Poletko, tuż na skraju lasu. Pełnia księżyca. Nad polem lekka mgiełka... W oddali komin fa­bryczny, z którego dym unosi się do góry. Redaktor zamyka drzwi na klucz. Patrzy, że bru­netka zaczyna biec przez pole w stronę drzew. Podbiega w jej kierunku.

REDAKTOR
Gdzie tak się spieszysz, zaczekaj!

Redaktor przyspiesza kroku, ale brunetka nie oglądając się biegnie coraz szybciej i zni­ka w gąszczu drzew. Jej cichy śmiech w oddali.

Redaktor chodzi po lesie. W tle muzyka z „Four Walls”. W lesie nie widzi nikogo, ale zno­wu słyszy przez chwilę cichy śmiech.
REDAKTOR
Gdzie jesteś?!

Brak odpowiedzi. Idąc przez las, redaktor dochodzi na brzeg jeziora. Zatrzymuje się. Błą­dzi na krawędzi wody. Po drugiej stronie wyłania się dom, ten sam, do którego przyjechał z Robsonem i resztą towarzystwa.

Po drugiej stronie jeziora nad brzegiem spaceruje kobieta. Ubrana jak Brunetka. Ale nosi kapelusz i maskę karnawałową. Redaktor wciąż stoi na brzegu i patrzy się w jej stronę... Toń jeziora niezmącona. Boja, lilie wodne.Po krótkim zaciemnieniu na przemian ujęcia panoramiczne, zaczynające się z dwóch przeciwległych brzegów jeziora kręcone z miejsc, w których ostatnio byli redaktor i kobieta w ma­sce (jakby kamera była ich okiem). Po przeciwnych stronach nie ma już jednak nikogo, opu­stoszała przestrzeń.

W trakcie ruchu kamery następujące tło muzyczne: Najpierw cykanie świerszczy. Nagle do­biega tykotanie maszyny do pisania, które się łączy z hałasem świerszczy. Potem dołącza się hałas lokomotywy, który wciąż się nagłaśnia. Hałas kosiarki. Młot pneumatyczny. Nie­zna­czne wyciszenie, powracają świerszcze. Przez moment bicie serca... wycie pawiana. Potem ha­łas maszyny do pisania, który narasta wśród sprzężeń. W kulminacyjnej chwili zgiełku zbli­żenia na staw, komin i księżyc, pusta polana w lesie. Zaciemnienie.

W napisach końcowych leci „Am I going insane?”.


[1] Paul Celan „Zu zweien”, przeł. Jakub Ekier