W jednej z instrukcji dla rekrutów wydanej przez nazistowską propagandę w latach II wojny możemy przeczytać następujące zalecenie: „Gdziekolwiek żołnierz natknie się na intelektualistę, powinien go bezlitośnie zwalczać”. We wcześniejszej partii tekstu ów tajemniczy intelektualista wraz z gradacją inwektyw, która nieubłaganie postępuje w kolejnych akapitach, obniża cały czas swój poziom w hierarchii stworzonego bytu, przynajmniej tradycyjnie rozumianej, od czasów dajmy na to Arystotelesa: najpierw staje się „człowiekiem z mózgiem, przez który nie przepływa krew, któremu obce jest przejście z wiedzy do czynu i którego inteligencja czyni z niego głupca”, następnie staje się już tylko „pasożytem” (czyli istotą żywa, lecz ze swej natury w ogóle pozbawioną mózgu, nie wątpmy, że autorom instrukcji nie była obca ta prawda, wszak mieli w swych szeregach biologów i lekarzy), a na koniec okazuje się, że jest to w istocie tylko „stary mebel, zżerany wewnątrz przez korniki”.
I oto naprzeciw intelektualisty staje żołnierz. Dziwna i godna kiepskiej farsy opozycja, zwłaszcza jak na reżim, który zdolny był szafować życiem milionów, nie tylko głupio pohukiwać. Żołnierz jest zgodnie z paranoiczną logiką czynu wpajaną do głowy młodej armii, uosobieniem tego co aktywne, żołnierz działając zgodnie z rozkazem godzi się na przemoc, jako „nakaz moralny”, a jego świadomość wolna od nadmiaru intelektu nie znajduje zahamowań przed wcielaniem w czyn wyznawanych idei. Zgodnie z tą logiką, odrzuciwszy intelekt (na rozkaz, który trzeba wykonać) żołnierz poprzez swą aktywność ma szczęście nie być głupcem. Z pewnością żołnierz reprezentuje tu ściśle „polityczne” wartości, jeżeli nawet do niego władza nie należy, z pewnością jest – zwłaszcza w liczbie mnogiej – tej władzy skutecznym instrumentem. Jak to się więc dzieje, że na drodze żołnierza staje głupiec pozbawiony znaczenia albo już nawet nie głupiec, ale zgoła rzecz i to w dodatku nadwątlona przez robactwo, którą jednak jakby na nowo się upodmiotawia przydając jej zaszczytną funkcję publicznego wroga, chociaż przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie czynu. Dlaczego trzeba aż żołnierza przeciwko temu, co bierne, pozbawione siły, chociaż żołnierz mierzy się z wielką i aktywną masą odrzucając w tej walce zbędny balast skrupułów? Skąd ta wrogość przeciw temu, który z gruntu nic nie może?
Oto relacje polityki i kultury, które powoli przestajemy rozumieć, a które coraz bardziej pewnie będą – taka kolej pamięci – śmieszyć i żenować, tym bardziej, im bardziej odległa, „abstrakcyjna” dla kolejnych odbiorców, będzie rzeczywista przemoc ukryta między nimi. Wiek dwudziesty przyjął osobliwe pojęcie „intelektualisty”, par excellence nowoczesny produkt, w którego różnych mitologiach, jak wydać na powyższym przykładzie, kryje się jednocześnie totalna niemoc działania i potencjalna zdolność tworzenia rządu dusz sprawowanego nad społecznością, w której ów intelektualista się udziela. W świecie dwudziestowiecznej kultury, który być może już pożegnaliśmy, nie tylko chronologicznie, pojawia się osobliwa figura człowieka intelektu zawierająca w sobie ekstremalny paradoks czy raczej nierówne rozłożenie „sił” – z jednej strony staje się – z istoty – uosobieniem politycznej marginalności, z drugiej jednak strony, również jakby z istoty, choćby potencjalnie, jest w stanie być niebezpieczna dla władzy – dodajmy skądinąd, że paradoksalnie tym bardziej niebezpieczna, im bardziej ta władza jest „żołnierska”.
Jednak również i niektórzy spośród tych, którzy choćby potencjalnie kwalifikowali się wedle słów rozkazu do „bezlitosnego traktowania” – intelektualiści czy przynajmniej kandydaci na intelektualistów – poczuli się wywołani do tablicy zdając sobie jednocześnie sprawę z owej głębokiej sprzeczności, jaka narzucaną im rolę charakteryzuje – z tej ogromnej siły zmieniania społeczeństwa, która jednak w praktyce co i rusz zanika, rozbijając się być może głównie o możliwości komunikacji swoich wizji (powieści czy obrazy z trudem wywołują rewolucję, a jeżeli mają w tym jakiś wkład – da się znaleźć przykłady, nie jest on najistotniejszy, nie jest też zapewne bezpośredni i – co bardzo tu ważne – nie natychmiastowy), a która jednak zawsze w jakiś sposób pozostaje potencjalnie obecna.
W ten sposób wielu „intelektualistów” próbowało stać się żołnierzami wierząc czasem, że grają tylko z konieczności przejściową rolę partyzantów walczących przeciw (w szerokim znaczeniu) militarnej represji.
***
Na jakim jednak froncie próbowali walczyć? W imię czego i przeciwko komu? Rzecz jasna odpowiedzi są różne, jednak można wskazać pewien punkt wyjścia, który przynajmniej pozwoli z grubsza sobie uświadomić, w jakich okolicach front był położony. Wszystko to zaczęło się nieco wcześniej od momentu, w którym chwilami nieszczęsna choć zawsze niepokojąco ciekawa historia Europy wzbogaciła się o dwóch nowych albo przynajmniej starych-nowych bohaterów – masę i elitę.
Raczej nowych. Cóż, bywa tak, że pojęcia dopiero wtedy z grubsza ustalają się, gdy granice zjawisk, które mają wyznaczać ulegają zatarciu. W siedemnastym wieku, dajmy na to, głośne stawianie problemu masy i elity byłoby raczej nie do wyobrażenia. Szlachta nie zrozumiałaby zapewne, czym jest „masa”; niewątpliwie z określeniem „hołota” byłaby bardziej familiarna, lecz na pewno hołota nie byłaby powodem albo choćby pretekstem do uwikłania się szlachcica w historiozoficzne dociekania, jeżeli w ogóle ku takim któryś miewał skłonność. Masę, czy raczej to, co można by do późniejszego pojęcia masy zakwalifikować, można byłoby w owych czasach usprawiedliwić brakiem powszechnej znajomości pisania i czytania, co wydaje się dobrym zamknięciem tego punktu.
Zarówno elita, jak i masa odnoszą się więc bardziej do fantazmatów niż do zdarzeń, co nie znaczy, że mają się nijak do rzeczywistości i co niekoniecznie musi znaczyć, że same te pojęcia były z gruntu błędne. Fantazmat nie tylko odzwierciedla istniejące pożądania, choćby w sposób mniej albo bardziej karykaturalny, lecz także podejmuje próbę ich ukształtowania. W momencie, w którym można było odczuć rozchwianie struktur, które jakoby wydawały się stałe i solidne, w momencie, w którym wartości, ich podziały i trwałość wydały się, przynajmniej z pozoru, nieco bardziej względne niż w dawniejszych czasach, umysł w to całe zamieszanie usiłował wprowadzić dychotomie za pomocą których starał się uporządkować postrzegany chaos kierując przy okazji zastaną sytuację w pożądanym kierunku. W takim razie mówić o elicie i o masie – to przede wszystkim próbować przyjąć jakieś aksjomaty, w chwili, w której pytanie o możliwość nowych wartości i upadek starych staje się ważkie, a przynajmniej w całkiem szerokich kołach jest często powtarzane, w chwili, w której się wydaje, że wybór danych wartości nie jest jedynie kwestią sporów akademickich myślicieli i co po niektórych speców od moralności indywidualnej, lecz kwestią polityczną i powszechną, bardziej aktualną niż cokolwiek innego.
Umowność powyższych pojęć nie wyklucza, że od połowy XIX wieku nie istniał cały szereg zjawisk, które składały się na coś, co można by określić, z nie najmniejszą z możliwych dokładnością, jako początek społeczeństwa masowego. Uprzemysłowienie, rozwój techniczny jak i „zagęszczenie” mapy współczesnego świata, skutkowały prędzej czy później koniecznością rozszerzenia grona osób aspirujących do uczestnictwa w sprawowaniu władzy w rozmaitych jej postaciach i formach, a w każdym razie koniecznością rozszerzenia grona aktywnych i choćby względnie zasobnych konsumentów kultury, czego przejawami współczesna demokracja, socjalizm, faszyzm, feminizm, kultura młodzieżowa i wiele innych zjawisk – błahych i poważnych, tych przez większość dzisiaj odrzucanych i tych, w których może znajdujemy coś pozytywnego. Z elitą być może było znacznie trudniej – po pierwsze pojawienie się fantazmatu elity jako czegoś „wiodącego”, „twórczego” i „organizującego przyszłość”, ogranicza odwołanie się do rzeczywistych grup władzy i prestiżu istniejących przed jakoby zaistniałym „rozchwianiem”, po drugie – zapewne bardziej realistyczne wejrzenie w tego typu „elity” w sensie społecznym, okazywało się być rozczarowujące – od rzeczywistych elit krwi czy władzy, zapewne nie można było oczekiwać wiele ciekawego. Zatem elitaryzm rozumiany jako pewna „awangarda” rozwoju kultury wydawał się być typową drogą pod prąd i tak też nawet przez swych piewców bywał rozumiany.
Obrona elitarności okazała się należeć do wyjątków, co może oczywiście (lecz nie musi) oznaczać, że elita w większym stopniu od masy pozostała jedynie postulatem. W pismach Nietzschego, który, rzecz chyba oczywista jawi się tutaj jako postać przełomowa, odnajdziemy od razu głęboki problem związany z elitaryzmem, w chwili, w której staje się postulatem stricte politycznym.
Uderza w myśli Nietzschego następująca opozycja. Z jednej strony słynne zdania Zaratustry o najcichszych słowach, które wywołują największe burze, o myślach przychodzących na gołębich stopach. Z drugiej strony wystarczy zacytować same tytuły poszczególnych rozdziałów niektórych książek Nietzschego: „Chów i hodowla”, „Narody i ojczyzny”, żeby sobie od razu uświadomić narastającą w kolejnych dziełach filozofa obsesję porządkowania wielkich mas, pokusę przetasowań na europejskiej mapie polityki i kultury, które muszą być gwałtowne, radykalnie, które mają nastać jak najprędzej.
Te z kolei fragmenty pism Nietzschego stają się problematyczne jeżeli zderzymy je równocześnie z intymnym, samotnym elitaryzmem niewczesnego twórcy, który omija hałaśliwe miasta i przechodzi pomimo.
Czy jednak jest nie tylko tak, że najtrudniej przerzuca się mosty „między podobieństwami i między najwęższymi szczelinami”, jak słusznie zauważał Nietzsche, ale również rozpościera się otchłań między wyżynną samotnią odkrywcy przychodzącego na gołębich stopach, a kontynentami i państwami, którymi władać ma hodowca nowej rasy. Największe słowa można, a może nawet trzeba – czasem – wypowiadać szeptem – co wydaje się poniekąd bardziej słuszne niż milczenie, jednak szept bywa niekoniecznie najlepiej słyszanym odgłosem, spośród tych, które jest w stanie wydobyć instrument ludzkiej mowy, o wydobywanych za pomocą innych instrumentów już nie mówiąc. Widać więc w myśli nietzscheańskiej problem, który najprościej zdefiniować pytaniem – w jaki sposób myśl dla nielicznych, myśl niewczesna, ma być jednocześnie myślą kulturotwórczą? Albo inaczej, być może dużo ściślej: jak szept może być w ogóle polityczny? Mowa tu jednocześnie o czasach, w których skrócenie dystansu stało się faktem, przynajmniej jeśli chodzi o sferę pożądania. Nie wystarczyły już dzieła samotnika tworzone jakby dla siebie, które w sposób dyskretny ale konsekwentny przeobrażą kulturę za ileś tam pokoleń często bez powszechnej świadomości, komu zawdzięcza się tę zmianę. Słusznie zdefiniował bodajże Kundera Europę jako kilkadziesiąt dzieł, których sama nigdy nie zrozumiała, a jednak od pewnego momentu nawet piewca elity, piewca tego, co wyjątkowe i rzadkie, nie czuł się zbyt dobrze w takiej Europie. Każda myśl wymagała natychmiastowego sprawdzenia w aktualnych warunkach i to wobec tego co mnogie, policzalne, wobec tego, co przynajmniej z pozoru obiektywne.
Ten paradoks Nietzschego nie doczekał się nigdy rozwiązania i zbyt łatwe będzie założenie tak po prostu, że wizja Nietzschego była nie do zrealizowania, chociaż tego nie możemy wykluczyć, a sporo dałoby się znaleźć argumentów za tą tezą. Kultura dwudziestego wieku, wielokrotnie obracała się wokół postaci szalonego tureńczyka, a jednak nikt chyba nie powtórzył syntezy jego wszystkich postulatów pokazując jednocześnie jej „praktyczną możliwość”. Chyba tylko Klossowski uchwycił myśl Nietzschego w całej jej złożoności, jednak przede wszystkim akcentując jej fantazmatyczny charakter – wiele to mówiło o postaci Nietzschego, mniej jednak może o samym „nietzscheanizmie”, który często był obiektywizowany, czasem wręcz traktowany dosłownie.
Wybiorę może tutaj dwa przykłady twórców, którzy – o ile w różnym stopniu nawiązywali do Nietzschego, żyli z pewnością w post-nietzscheańskiej epoce. Nie roszczą one sobie prawa do żadnej wyczerpującej dychotomii, nie bardzo w ogóle gustuję w zabawie w dialektykę, ale mimo to wydają mi się w dużym stopniu znamienne.
Ernst Junger, który zarówno z oficjalnego jak i twórczego powołania był za młodu żołnierzem nie przechodził pomimo masy i elity. Niewątpliwie myślenie Jungera od początku było i zawsze pozostało myśleniem elitarnym. Znamienne jest tu przy tym swoiste przejście z elitaryzmu grup do elitaryzmu jakby samych celów. Widać to dokładnie na przykładzie „Stalowych burz” – tu nie tyle dana grupa ludzi staje się elitą, ile elitarne jest samo zadanie, które czeka ludzkość, a które może być osiągnięte przez kulturę wojenną. Junger zdawał sobie sprawę z narastania wpływów, nie tylko politycznych, przemysłowej masy, masowość rozdęła się do granic w jego utworach i publikacjach z okresu „Robotnika”, stalowy rytm przyspieszał, osiągając imponującą, rzadko spotykaną intensywność. Dążenie młodego Jungera polegało więc na tym, żeby elitarność kultury wprzęgnąć w popęd masowy, chodziło o to, żeby jakoś zagospodarować tę masowość, stworzyć zdolność do realizowania przez nią zadań trudnych i odważnych, z natury jakby właściwych dla wybitnych jednostek. Junger zdając sobie sprawę z nadejścia epoki żołnierzy, chciał przydać anonimowemu żołnierzowi o ile wręcz nie samej jego żołnierskiej anonimowości cech rycerskich bądź szlacheckich nawet. Jeszcze w 1930 roku, w eseju o bólu („Uber den schmerz”), ideologię i wojnę widział, jako żywioły, które miały pomóc w ukształtowanie wręcz „samurajskiej” a zatem elitarnej twardości przeciwko neurotycznemu nadwątleniu popędów, jakie ogarnęło nowoczesną masę. W ten sposób masowość właśnie (określony rodzaj ścisłej organizacji jednostek) wyzwolić miała masę przed nią samą, przed jej słabościami nietzscehańskiego „człowieka ostatniego” ku wyższym, a przynajmniej rzadszym, twardszym i trudniejszym zachowaniom.
Oto więc przykład człowieka o usposobieniu elitarnym, który jednocześnie z masą grał i to grał wprost na froncie politycznym.
Starszy Junger skłaniał się raczej ku chrabąszczom, zresztą i za młodu miał też upodobanie ku tego typu stworzeniom, w tym względzie więc wielki artysta zachował oczywistą ciągłość. Popełniał co i rusz jakieś nowe powieści, w których pozostał już sam elitaryzm niezależnie od masy, i to elitaryzm rozumiany wręcz tradycjonalistycznie, utrzymujący się zwłaszcza lecz nie tylko na poziomie stylu, jak zawsze mimo pewnej maniery imponującego. Jakże cichy, odludny, był to elitaryzm, elitaryzm w bezpiecznym schronieniu od wszelkiego rodzaju metalicznych burz. „Anarcha” przeszedł do rezerwy.
W międzyczasie jednak – mała chwila prozy – cenzurował ponoć skrupulatnie swój wojenny dziennik, żeby nikt nie miał cienia wątpliwości, że sercem, a – na ile mógł – zapewne także resztą ciała, stał w głęboko niewłaściwej epoce po właściwej stronie.
Robert Musil pozostał również pod znacznym wpływem Nietschego, bardziej niż w przypadku Jungera odległym pod względem języka lecz jednocześnie zdecydowanie bliższym jako krytyk, jako „genealog moralności”. Nie żołnierz, choć mężczyzna o wojskowej posturze i manierach, jak go zgodnie ponoć opisywało otoczenie.
U Musila nie pojawia się ani razu odwołanie do elitaryzmu, choć nie można umknąć moim zdaniem ujmowaniu jego Ulricha na horyzoncie właśnie tego pojęcia. Człowiek bez właściwości Musila nie jest elitarny w ścisłym tego sensie, jednak pojawia się jako formuła nowoczesnego człowieka „osobnego”, wchodząca na miejsce człowieka elitarnego w tradycyjnym tego pojęcia rozumieniu, który zgodnie – czy to z przewidującym czy to może jednak chwilami zbyt sceptycznym – podejściem Musila byłby we współczesnym mu świecie pospolitym błaznem. Skądinąd można powiedzieć, że Musilowski Ulrich jest elitarny na tle reszty (na tle dekadentów dawnych elit, rozumianych czysto „społecznie”, czy klasowo) elitarnością „genialnego konia wyścigowego”, elitarnością techniczną – elitarnością wyższej inteligencji wręcz psychofizycznie rozumianej.
Ulrich broni się przed masą, swoją nieokreśloność wystawiając przeciwko jej uformowaniu; jest w tym, co robi, nie tylko pierwszym prawdziwym eksperymentatorem, jakiego wydała literatura nowoczesna, ale też – Musil zapewne by się uśmiał – bardzo osobliwym rewolucjonistą. Jego rewolucje są jednak konfliktami między światami rzeczywistymi a potencjalnymi, są przechodzeniem jednych światów w drugie, znacznie częściej jednak rzeczywistych w potencjalne niż na odwrót. To kwintesencja genialnej dekonstrukcji – przemiana naocznych faktów w abstrakcyjne, możliwe do obalenia hipotezy, jest tym, co czyni człowiek bez właściwości i co zawdzięcza wyższej matematyce. Jednak efektem takich rewolucji jest wyłącznie – pozwolę sobie na małą nieścisłość biologiczną i pół-metaforę, dużo szybszy przepływ krwi wewnątrz mózgu.
Cena, którą płaci ten architekt i odkrywca potencjalnych przewartościowań masowych komunałów może się jednak wydać postronnym zbyt wysoka. Jest to cena pozostawienia swoich „rewolucji” wyłącznie albo niemal wyłącznie własnej inteligencji, nie licząc kilku drobnych obłędów wywołanych w najbliższym towarzystwie, co do których zresztą do końca nie wiadomo, czy jest się tylko ich świadkiem, ewentualnie biernym bohaterem uwikłanym w mniej lub bardziej salonową intrygę, czy też choćby połowicznym sprawcą. Myśli Ulricha nie przychodzą na gołębich stopach, jak myśli, ku którym z tęsknotą wygląda Zaratustra – przychodzą na stopach wysportowanego, umiarkowanie przystojnego mężczyzny, ubranych w przyzwoite mieszczańskie obuwie, nie wyróżniające się specjalnie na tle własnej epoki, krojem, tudzież odgłosem wydawanym w otoczeniu, co już samo w sobie jest imponującym nowoczesnym odkryciem. Co jednak nie czyni tego odgłosu dużo lepiej słyszalnym, zresztą bohater nie ma w sobie dużego popędu żeby tupać. Przewartościowania Ulricha są szybkie, gwałtowne, zawsze aktualne – a jednak pozostają głównie jemu znane. Bohater Bernharda, neurotyka, któremu sporo brakowało do talentu Musila, ale który potrafił być chwilami słusznie bezlitosny – nazywa Musila (nawet Musila, dodaje) pisarzem urzędniczym. Zarzut koniec końców moim zdaniem, niesłuszny ale da się go nie tyle usprawiedliwić, co zrozumieć, jeśli weźmie się na przykład pod uwagę, że Ulrich jest w dużej mierze kontynuacją młodzieńczego Torlesa, postaci potraktowanej krytycznie. Bohater bez wyjścia dojrzewa, wyzbywa się ograniczających go zaskorupiałych właściwości, tym, czego jednak się uczy, jest bardziej umiejętność stawiania problemów niż ich rozwiązywanie.
Człowiek bez właściwości Musila to postać, która z masowym komunałem wygrywa i broni się przed łatwizną myślenia stadnego (demaskując je – chyba zawsze słusznie – nawet tam, gdzie niektórzy dostrzegają wyjątkowość dostępną dla nielicznych), jednak jej zwycięstwa są ograniczone w dużej mierze do własnego wnętrza. Wielu nie było w stanie zapłacić takiej ceny za względnie wolne kształtowanie swej wyjątkowości – właśnie – już nie samotności geniusza, jak w nieco dawniejszych mitologiach, ale raczej – anonimowości kogoś, kto nie jest już geniuszem, mimo że często przewyższa intelektualnie przeciętnego geniusza.
Walka o elitarność, tak walka polityczna, jak intelektualna była z pewnością walką trudną. Znacznie bardziej w cenie stało się porządkowanie masowości.
Ta tragifarsa nie zaczęła się w dwudziestym wieku. Wielu zwraca słusznie uwagę, że już w niemieckiej muzyce romantycznej wraz z ludowym lied jako podstawową komórką melodyczną rozbudowywaną i zwielokrotnianą przez „profesjonalną”, „abstrakcyjną” technikę komponowania pojawiła się tęsknota ku przewodzeniu masom i jednocześnie ku zjednoczeniu z nimi własnej subiektywnej wizji. W przypadku muzyki symfonicznej proste motywy powtarzane są przez zorganizowany zespół orkiestrowy, który wydawał się być w ogóle ideą wyższej masy, masy zorganizowanej. Symfonia jako wszechświat. Seid umschlungen, Millionen! To może też tłumaczyć, żeby znów na chwilę powrócić do Musila, jak się wydaje najbardziej niezrozumiałą z pozoru aberrację Ulricha – tego pierwszego w odpowiednich proporcjach konsekwentnego antyromantyka z wielkich bohaterów literackich, jaką był jego sceptyczny stosunek do muzyki.
Później jednak to wszystko przyspieszyło, jako że masy nie wystarczyło już uwznioślić, uczynić ją zarazem abstrakcyjną ideą i poetyckim konkretem, ale przewartościować, podobnie zresztą jak sztukę.
Mój tekst w żadnym wypadku nie zmierza do jakiejś krytycznej syntezy postaw politycznych twórców dwudziestego wieku w ogóle, ani zwłaszcza samej stworzonej przez nich sztuki. Jednocześnie jednak mówimy o zjawiskach dość powszechnych, będących niestety bardziej regułą niż wyjątkiem.
Chodzi mi o artystów na początku kojarzonych z szerzej rozumianym modernizmem, potem bardzo już różnych – którzy chcąc oddać się masie, a jednocześnie jakoś ukształtować ją dla swoich własnych idei, stanęli przed osobliwą pokusą dialektyki. Z jednej strony zadania, które sobie stawiali i samą formę ekspresji można było nie bez racji zakwalifikować do zjawisk elitarnych, czy mówiąc prościej „trudnych”, „mało przystępnych” dla burżuazyjnej (nie mówiąc już o innej) publiczności. Na tym etapie awangardowi artyści walczyli z kanonami, dokonując wyłomów w języku, formie, strukturze danego typu dzieła, jakby zawieszając kwestię percepcji własnych utworów przez większość zastanej publiczności. Ale z drugiej strony, w obliczu upadku powiązania sztuki np. z określonymi kręgami władzy np. z arystokracją, „wysoką burżuazją” czy kościołem, wobec pojawienia się wątpliwości co do tego, czym ma być w społeczeństwie przemysłowym sztuka i komu ona ma służyć, chcieli tworzyć – nie tylko potencjalnie – dla wszystkich, gardząc ograniczaniem swych odbiorców do w jakikolwiek sposób rozumianych elit. Ograniczenie możliwości odbioru, stosunkowo niewielki wpływ sztuki na zastany świat miał wynikać wyłącznie z takiego a nie innego ukształtowania struktury mieszczańskiego społeczeństwa i wychowania publiczności w określonym guście (było w tym skądinąd rzecz jasna trochę racji). W związku z tym, razem ze zmianą paradygmatów artystycznych samych dzieł, należało – najlepiej jednym ruchem – zdemolować społeczeństwo i jego pozorne elity, otworzyć się na witalność mas, uwolnić ją od skrępowania przesądami.
Efektem jednak tej „żołnierskości” dawnej awangardy było uwikłanie się w pseudo-rewolucyjną ideologię przy jednoczesnym skrajnym zawężeniu kręgu odbiorców kreowanych dzieł, na które to nie byli w stanie nic poradzić. Otóż paradoksalnie te utwory, czasem rzeczywiście genialne, które miały ambicję przebić się ku masie, przyciągnąć ją ku sobie i przetworzyć, mogły bronić się tylko w kręgu wysoko wykształconej grupy ludzi przyzwyczajonych do współczesnej sztuki, uchodząc za mniej przystępne dla przeciętnego odbiorcy niż wcześniej stworzone arcydzieła. Porażka Majakowskiego, którego wierszami nie zachwycił się Lenin, nie była dla następnych zbyt pouczająca.
Bo przecież tworzyć muzykę, która mogłaby poderwać robotników, to nie tworzyć muzykę, której niektóre elementy do złudzenia przypominają dźwięki, których słuchają na co dzień przy robocie („Fabricca Illuminata” Luigiego Nono, dajmy na to), ale raczej komponować uwodzicielskie rock’n’rolle czy tanga; ewentualnie – jeżeli pragnie się być odrobinę politycznym, można dodawać do uwodzących linii melodycznych jakieś dysonanse, uciekając (byleby jednak słuchacza nie zniechęcić) w niespodziewane tonalnie modulacje, tak, żeby szansa przewrotu, o którym pisał już Platon w swoim „Państwie”, została zachowana. Piewcy masy zatracili jednak zdolność bądź ochotę pisania w rytmie tanga, przez co stracili niewinność na rzecz naiwności.
W wieku dwudziestym zaskakiwało owo połączenie masowości i elitarności części awangardy, mniej czy bardziej nieuświadomione. Dzisiaj te kwestie są dla nas dosyć oczywiste, bo większość chyba kojarzy, o jakich zjawiskach jest tu mowa. Być może nadejdą czasy, kiedy z ich perspektywy zostanie to odebrane jako jedno z bardziej paradoksalnych, o ile nie kuriozalnych zjawisk w dziejach sztuki. Stąd powiedzenie Sartre’a o robotnikach, którzy nie mogą stracić nadziei, było jednocześnie prawdą o nim samym. No właśnie, o nadzieję tu chodziło? Kto jej miał nie tracić? Czy przypadkiem nie sami żołnierze-intelektualiści?
Pokusa łączenia często eksperymentalnej, formalistycznej twórczości z zaangażowaniem politycznym, wychodzącym ku masie, z popędem ku sprawiedliwości, czy to tłumaczona przekonaniem o historycznej konieczności tych, a nie innych zmian, czy to strachem przed uwięzieniem się w wieży z kości słoniowej, czy też naiwnością połączoną ze zbyt dobrym sercem, nie doprowadziła do refleksji na temat formy wypowiedzi, która coraz bardziej stawała się w powszechnym odbiorze hermetyczna.
Im dalej w las, tym bardziej – o ile futuryzm czy surrealizm – te dwa przykłady sztuki jakobińskiej, jakkolwiek były utopią, łączyły organicznie w swoich założeniach rewolucję estetyczną z polityczną, to później te kwestie były paradoksalnie rozdzielone – radykalizm polityczny często łączył się z estetyką, którą można by określić salonowym wyrafinowaniem, oczywiście były to salony awangardowe, odwiedzane przez ludzi pewnej klasy, czego sami zainteresowani zdawali się w ogóle nie doceniać. Wydarzenia na Sorbonie w maju 68 były najbardziej kuriozalną imprezą towarzyską dwudziestego wieku – zwłaszcza chodzi mi o przyłączenie się do tej żałosnej hucpy znacznej części często wybitnych akademików czy artystów o inspiracjach nietzscheańskich. Z jednej strony – w pełni zrozumiała – niechęć bycia etatowym, państwowym intelektualistą, z drugiej strony – dziwna awersja do postrzegania swojej roli jako w tym czy innym sensie elitarnej. W zamian, jakby dla przeciwwagi wobec złożoności czy czasem hermetyzmu wypowiedzi, który trudno im było przyjąć jako „zwykły społeczny” fakt i przejść na tym faktem do porządku dziennego po prostu robiąc swoje – pojawiła się pokusa oddania się masowemu, pieniaczemu banałowi – czerwona książeczka towarzysza Mao jako wybawienie przez pułapką utraty komunikacji z szerszą publicznością.
Efektem był kuriozalny paradoks, że wszystkie dzieła stworzone w ramach wykoncypowanych rewolucji w sztuce, politycznych i estetycznych zarazem, da się obronić – i bardzo często doskonale się broni! – właśnie jedynie jako dzieła wysublimowane, przeznaczone dla nielicznych odbiorców. Można tylko mieć żal, że nie mówimy o nieudacznikach czy idiotach – gdyby tu chodziło o idiotów, wszystko by było znacznie prostsze!
Mowa tu oczywiście o szeroko rozumianej, nie tylko geograficznie, Europie – terenie ukształtowanym przez Wielką Encyklopedię, a następnie rok 1789. W nieco inny sposób z masą radzili sobie Amerykanie, przez co też nie należy rozumieć wszystkich czy większości artystów amerykańskich, wśród których dałoby się znaleźć bardzo różne postawy, ale pewien nurt typowy dla Ameryki, który poza nią, a zwłaszcza przed jej powstaniem, znaleźć dosyć trudno. W ujęciu „zaangażowanego” artysty europejskiego masa jest przede wszystkim zjawiskiem politycznym, o ile wręcz nie historiozoficznym. W ujęciu artysty amerykańskiego masa jest raczej fenomenem kosmicznym, co widać doskonale na przykładzie Whitmana. Ciekawe, w jaki sposób ogromna przestrzeń, nowa ziemia do zaludnienia, ziemia „bez zamków i kościołów”, skłaniała do podejścia bardziej kontemplacyjnego, w dużej mierze zbliżonego na przykład do inspiracji zen. Chodziło może, z jednej strony, o kult pewnej swobody, jako uczucia łączącego różnorodne jednostki w jedną przestrzeń i niwelującego istotność cały czas utrzymujących się i nie negowanych różnic między jednostkami, z drugiej zaś strony o wpasowanie sztuki w otoczenie, o afirmację jej „zwyczajności”, „przypadkowości”, która odsyła jednocześnie do ekscytacji aleatoryczną harmonią wszechświata. Amerykańscy artyści nie tyle więc zmierzali do „jakobińskiej” rewolucji w sztuce, ile raczej zapoznawali europejski fantazmat „kultury wysokiej” na rzecz kultury demokratycznej. Sztuka amerykańska od Withmana, przez Franka Lloyda Wrighta, Henry Millera, Beat Generation i Jacksona Pollocka aż po fenomen rocka i minimal music Reicha albo Glassa, jest (w różnym stopniu, za pomocą różnych środków i dróg, oczywiście) szukaniem masy i przeciwstawieniem się wertykalnemu obrazowi kultury na rzecz swego rodzaju demokratycznej horyzontalności. Słuszna jest uwaga na temat twórców europejskiego informelu, że ich zbieżność z amerykańskimi twórcami action painting była wyłącznie „estetyczna”. O ile Europejczycy burzyli pozostałości malarstwa przedstawiającego, zachowując jednak, przynajmniej w pewnym stopniu, tradycyjną dyscyplinę malarskiego myślenia, to Amerykanie raczej spontanicznie otwierali się poza różnicę między sztuka a naturą, często przy tym uwalniając się od tego, co mogło być postrzegane jako nadmiar organizacji i formy. Dla artystów amerykańskich było to raczej porzucenie sztuki, jako pewnego „dobra luksusowego”, na rzecz doświadczenia kosmicznej jedności, wśród której sztuka zlewa się z „nie-sztuką” (a w skrajnych eksperymentach – również akt intencjonalny z przypadkowym) w powszechnej afirmacji. Proste afirmacje Całości przez Whitmana. Idee Franka Lloyda Wrighta, jego praires houses, w których architektura stawała się jakby częścią krajobrazu, otwierając się w równym stopniu na wszystkie strony świata i tracąc swój wymiar „wertykalny”. Eksperymenty Cage. Balet Cunninghama, w którym zaciera się różnica między tańcem a „ruchem naturalnym”. Abstrakcje przypominające fragment przypadkowo zabazgranej kartki. Utwory Feldmana, bez początku, bez końca, bez ściśle określonej struktury… Prosta, repetytwna muzyka, niczym dźwięk z pozytywki. Wyraźny antyelitaryzm (w europejskim rozumieniu „elity”) amerykańskiej kultury był próbą połączenia jednostek i natury w organiczną przestrzeń demokratyczną, co nie znaczy jeszcze zhomogenizowaną. Dla Amerykanów w ich jednoczesnej naiwności i świeżości spojrzenia człowiek masowy nie oznacza człowieka zniewolonego, a człowiek wyzwolony nie oznacza „elity”. Jeżeli w jakimś stopniu artysta amerykański pozostawał wobec społeczeństwa masowego elitarny, jego elitarność była jednak (jak np. w przypadku mistrzów zen, którzy w odróżnieniu od kapłanów różnych religii nie aspirowali do odgrywania wiodącej roli politycznej) raczej elitarnością „obok innych jednostek”, a nie „ponad nimi”.
Wydaje się, że to wiele dylematów rozwiązuje, a jednak takie podejście jednak okazało się mieć dwie poważne słabości. Z jednej strony – otworzyło, w niektórych swoich przejawach, furtkę swego rodzaju intelektualizmowi. Kryteria wartości danego dzieła, we wcześniejszych kulturach, o ile z pewnością nie uniwersalnie obiektywne, to jednak dające się dość precyzyjnie wyznaczyć w kontekście danej epoki (perspektywa w malarstwie, zasady kontrapunktu w muzyce etc.) i oparte na kwestiach „techniczno-warsztatowych” zdają się uciekać, a uznanie danego utworu za wybitny albo może raczej wręcz za dzieło sztuki nie jest możliwe bez pewnej dozy intelektualnej teorii, ukazującej założenia utworu jako artystyczne. Im dalej w las, tym bardziej – nie było tak oczywiście w żadnej mierze z Whitmanem czy też zwłaszcza Wrightem, ale z pewnością taki los spotyka znaczną część sztuki niefiguratywnej, konceptualizmu, performance’ów, muzyki minimalistycznej (a także – choć w całkiem inny sposób – niektóre z przejawów tego, co w architekturze określa się nurtem post-modernistycznym). W ten sposób właśnie galerie sztuki współczesnej, mimo porzucenia naiwnej „romantycznej nabożności”, z jaką się podchodziło do sztuki, zaludniają się głównie „wyspecjalizowaną” publicznością, która utrzymuje je dzięki tej prostej prawdzie, że społeczeństwa zachodnie (i nie tylko) są bardziej wykształcone, niż kiedykolwiek wcześniej, więc siłą rzeczy każdy rodzaj przekazu ma swoją grupę odbiorców, choćby jego znaczenie było minimalne.
Druga kwestia polega na wyraźnym zawłaszczeniu tych intencji przez narastającą produkcję komercyjną. Omówiona „demokratyczna” wizja sztuki współczesnej nie odpowiada bezpośrednio za popularność kulturalnych półproduktów, ale niewątpliwie bardzo ułatwiła im zadanie. Dzieło sztuki, jak słusznie zauważył Quignard, jest niepowtarzalne i niewymienialne. Obniżenie znaczenia rzemiosła i warsztatu, szeroko i nieortodoksyjnie rozumianego, o ile nie jest może samo w sobie błędem, to w każdym razie odcina możliwość „obrony” tej niepowtarzalności jakby dzięki wewnętrznym, „materialnym” właściwościom samego dzieła sztuki, będącego bytem złożonym, zorganizowanym i zawsze w jakimś stopniu sformalizowanym, ale może być ewentualnie usprawiedliwiona tylko przez „zewnętrzne” koncepty intelektualne i okoliczności „zaprezentowania” utworu, które na przykład tłumaczą, dlaczego parę minut ciszy jest muzyką.
Tymczasem ten intelektualista, który żołnierza nie poszukiwał, miewa się raczej nienajgorzej. Przez jego mózg krew przepływa, z pewnością nie jest starym meblem, jako że meblom, jak na razie nie przyznaje się nagród literackich, nie drukuje się ich inteligentnych i zabawnych felietonów w weekendowych dodatkach do gazet. I tak od jakiegoś czasu zaczęło postępować zjawisko przekształcenia sztuki z praxis w naukę humanistyczną. Oto sztuka dla specjalistów od sztuki. Sztuka, która odwołuje się do sztuki, a ściślej – bo na tym polega tu specyfika i nowość tego odwołania, do dyskursu o sztuce, przetworzonego, sformalizowanego, dopasowanego do konwencji uniwersyteckiego seminarium na tym, czy innym fakultecie. Sztuka jako wyrafinowana rozrywka dla ludzi kulturalnych – złośliwość Deleuza, pod adresem Eco, którego Deleuze określił jako pisarza zbyt kulturalnego i zbyt inteligentnego, jest dla mnie w pełni zasadna.
Tak więc wiek dwudziesty przyniósł kompromitację postaw, jakie mógł zająć artysta wobec masy, elity i samego siebie. Niewielu z tych, którzy pragnęli nadać tej sztuce aspekt polityczny, wyszli z twarzą. A jednocześnie w rezultacie powstała cała masa najbardziej różnorodnych i być może najciekawszych rzeczy, jakie stworzono kiedykolwiek.
Na jakiej podstawie możemy wnioskować, poza rzecz jasna, czystą chronologią, że wiek dwudziesty się skończył, a przynajmniej mury, które wytaczały naszą orientację w wielu punktach pękły, zaś z kolei bramy, przez które przemykaliśmy się na zewnątrz i które mitologizowaliśmy, wydają się być zamknięte?
Wiek dwudziesty to arcydzieła – rekordowo chyba różnorodne – oraz krążący wokół tych arcydzieł, z różnymi intencjami, w różnych odległościach, żołnierze, intelektualiści oraz owa hybrydalna mieszanka jednego i drugiego. Nie ma wielu żołnierzy – tak po stronie władzy, jak i po stronie sztuki. Nie ma też niestety aż tak wielu arcydzieł, a – być może właśnie tym gorzej – jest niewiele rzeczy, dla których moglibyśmy krzyknąć za Artaudem –„precz z arcydziełami!”. Jednocześnie, wątpliwe jest, czy ewentualna nadinterpretacja starej logicznej zasady, że z fałszu w założeniu, może wynikać prawda w tezie, poprzez stwierdzenie, że zasadnicze błędy czy kompromitacje intelektualne mogą być właśnie podstawą czy pretekstem do powstania arcydzieł, daleko by doprowadziła, jeżeli byśmy z cyniczną premedytacją wciąż te same stare błędy przyjmowali jako założenia.
Zresztą ta zasadnicza idea wejścia w jądro masy i przekształcenia jej, a wraz z nią całej kultury, jak się zdaje ma już niewielu zwolenników, albo zgoła żadnego. Polityczność literatury sprowadza się do kwestii wyłącznie felietonistycznych – to znaczy zarysowania dobrze znanego już, mniej czy bardziej pozornego, problemu, krytyki tego czy innego aspektu współczesnego życia i mniej albo bardziej pobieżnej analizy, którą zamiast pisarza może zrobić od biedy przyzwoity dziennikarz.
Jeżeli więc należałoby – uważam to za najbardziej fundamentalną konieczność naszych czasów, porzucić zarówno mit żołnierza jak intelektualisty, a zwłaszcza żałosne próby ich syntezy, to właśnie dlatego, że żaden żołnierz przeciw artyście już się raczej nie pojawia, albo raczej – akurat w tym Marks na pewno miał racje – być może czasem powraca, ale jako (chwilami wredny, to prawda) aktor kiepskiej farsy. Kto chce, niech nazwie to ucieczką. Ku czemu? Czy ku „arcydziełom”? Nie wiem, jeżeli tak by się stało, ta ucieczka niekoniecznie byłaby porażką.
II
W ten sposób na pewno pewne postulaty związane z twórczością i koniecznością albo możliwością jej komunikacji szerszym masom, zostają zawieszone, niektóre z nich wydają się utopią, inne farsą – przy założeniu, że te dwa pojęcia nie są synonimami. Podarujmy więc sobie w takiej sytuacji przynajmniej jedno przelotne spojrzenie – abstrakcyjne i naiwne zarazem. Jeżeli ogarnąć nim historię, zobaczymy sztukę jako jedno z najbardziej niesamowitych przedsięwzięć, jakie udało się zrealizować człowiekowi. Jaką funkcje pełni organizowanie obrazów, dźwięków, części mowy w mniej lub bardziej abstrakcyjnym porządku, poddawanie ich określonym regułom transformacji, w jaki sposób przez tysiące lat ta praktyka utrwalała się, rozwijała, i komplikowała w tak wielu różnych, często do pewnego momentu nic nie wiedzących o sobie społecznościach, mimo że konieczność tego dziwnego procederu – w czysto pozytywistycznym znaczeniu tego pojęcia, o ile nie należy istnienia jej wykluczyć, nie jest łatwo uchwytna i nikt jej przekonująco nie opisał?
Twierdzenie, że świat może obyć się bez sztuki, ma swoje mocne punkty. Z pewnością książka nie jest potrzebna w takim sensie, w jakim są niezbędne para butów, chleb albo ciasteczka. Jeżeli jednak tak jest, to właśnie dużo trudniejsze i o wiele ważniejsze staje się pytanie, dlaczego jednak bez sztuki świat się od wieków nie obywa? I pytanie podobne, zahaczające wprost o kwestie współcześnie rozumianej masowości – dlaczego, o ile często odmawia się sztuce wyjątkowości, jednocześnie wzrasta produkcja i konsumpcja wytworów, które czysto „gatunkowo” można zakwalifikować do osiągnięć artystycznych. Być może współczesny odbiorca może się obyć bez literatury, trudniej jednak mu obyć się bez książek, muzyki czy sztuk wizualnych. Nikt chyba nie czytał aż tak wiele, jak dzisiejsze społeczeństwa zachodu, nie mówiąc już o upajaniu się obrazami i ich protagonistami. W tym ostatnim przypadku Hollywood pokazuje, że purytańska i pragmatyczna w wielu swoich przejawach kultura amerykańska doszła na tym punkcie do niespotykanej chyba wcześniej obsesji.
Z punktu widzenia potrzeb, jakie zaspokaja chleb, a nawet kilka ciasteczek godnych spiżarni Marii Antoniny, sztuka jest nadmiarem. Dotyczy to również relacji twórcy i odbiorcy. Tworzyć sztukę dla kogoś, to tworzyć dla tych, którzy nie mogą się obyć w życiu bez nadmiaru. Nie myślę tutaj o szeroko rozumianych pięknoduchach. Myślę tutaj o tych, którzy potrzebują zmyśleń, obrazów, fantazmatów, żeby za ich pośrednictwem znaleźć jakiś punkt orientacji w tym, co przynajmniej zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nie jest uważane za zmyślone Nie mówimy tu o żadnej „narkomanii zmyśleń”, właściwej temu, co nadal czasem nazywa się jeszcze dekadencką formą estetyzmu. Czytanie książek nie jest konieczne, żeby orientować się w rzeczywistości, a jednak – jak by tego ostatniego pojęcia nie ujmować – bywa skutecznym narzędziem do wyrobienia sobie takiej orientacji, jej własnego modus, choćby miało tu chodzić o orientację względem złudzeń i niemożliwości, jakie wiążą się zarówno z rzeczywistością, jak z jej przekroczeniem. Literatura czy inna gałąź sztuki nie jest „narkotykiem”, który ma wyłączność nie tylko nawet na dostarczenie przeżyć najbardziej intensywnych, ale nawet na „edukację intelektualną i zmysłową” otwierającą świadomość ku głębszemu odczuwaniu i ku umiejętności syntetyzowania tego, co zastane. Z pewnością jednak tego środka jako jednego z bardziej użytecznych nie należy lekceważyć; figura kogoś, kto odrzuca książki i idzie „za głosem instynktu” wyraźnie nam się zestarzała, a najczęściej przyświeca jej ideał zwykłym neurotykom, zbyt dużo myślącym i tragizującym, wtedy, kiedy myśleć (a tego właśnie uczą dobre książki) niekoniecznie trzeba. Za dziełem sztuki, jako najskuteczniejszą maszyną do wytwarzania tego rodzaju przeżyć umożliwiających rozmaite interpretacje i reinterpretacje świata zastanego, jak również hipotetycznych światów do niego paralelnych – stoi prosta rzecz – zdolność utrwalania i komunikowania – tak było i tak raczej pozostanie.
Najtrudniej czasem mówi się rzeczy oczywiste i banalne. W tym przypadku prawda będzie taka, że wbrew temu, co niektórzy może nadal myślą, konieczność istnienia sztuki (nawet jeżeli jej powstanie było zbiegiem okoliczności), wydaje się być bardziej prawdopodobna niż jakiekolwiek inne „rozwiązanie” – nawet jeżeli trudno znaleźć precyzyjne uzasadnienie dla tego przypuszczenia – wszystkie zresztą poglądy, że sztuka, zwłaszcza przez wielkie S, może zniknąć, a nawet, że taki jest jej nieuchronny los, o ile nie dokona się jakiegoś przewartościowania, zarówno w samej sztuce, jak w tym, co na zewnątrz, były w istocie klasycznymi dylematami intelektualistów, przerażonych czy też uwiedzionych wszechobecnym fantazmatem żołnierskiej aktywności nie znającej zawahania przed czynem. To właśnie będące skutkiem paranoicznych skłonności do uprawiania amatorskiej historiozofii przekonanie, że sztuka może w ogóle przestać istnieć, a nawet że taka będzie konsekwencja „postępu”, o ile nie podejmie się jakichś radykalnych działań – i to zarówno pod adresem sztuki, jak i społeczeństwa, było źródłem mitów, które stały się przyczyną omówionych już błędów.
Sztuka jednocześnie to mimo wszystko, wbrew różnym wolnościowym, „amerykańskim”, w znaczeniu, o którym wcześniej mówiliśmy, postulatom, kwestia organizacji, czy może – ściślej – umiejętności zorganizowania nadmiaru w coś, co potrafi stwarzać wrażenie względnie autonomicznej spójności albo raczej – jest zdolne organizować doraźnie zastałą w świecie niespójność, pokazywać linie pęknięć i syntez oraz możliwe tych linii przemieszczenia. Mniejsza tutaj z tym, czy stwierdzenie, że współczesna kultura – nie tylko ta uważana za masową – to z reguły wulgarny kult średniactwa – jest inwektywą czy stwierdzeniem faktu – obawiam się, że zbyt często bywa też tym drugim, przynajmniej w pewnym stopniu. Lepiej chyba opisać mechanizm jej działania. Współczesna kultura zachodnia jest demokratycznym, pluralistycznym kultem różnych odrębności, które nawzajem wobec siębie są fragmentaryczne i osobne, a jednak, z drugiej strony, tworzą płynną ciągłość, która te odrębności i różnice neutralizuje. Jedno z drugim jest organicznie powiązane – współczesną odmianą swego rodzaju nihilizmu, jest przekonanie o jałowości mechanicznie powtarzalnej kultury, która z kolei rozpleniła się na całą rzeczywistość; powrót do jednostronnie biologicznych interpretacji świata, popularnych ostatnio np. w krajach anglosaskich, wynika moim zdaniem, między innymi, chociaż oczywiście nie wyłącznie (i być może nie w pierwszej kolejności) z często nieświadomego przekonania, że poza kulturą i jej konwenansami nie ma życia. Takie poczucie udziela się w największym stopniu nie tyle ordynarnym konsumentom masowego przekazu, ani też nie tym, którzy hodują pieczołowicie swój względem niego krytycyzm (chociaż również jednymi i drugim), ale zwłaszcza typom pośrednim, które stanowią może większość współczesnego, cywilizowanego społeczeństwa. Poznanie fragmentaryczne nie może być satysfakcjonujące, bo niezależnie od intensywności tkwiącej w danym fragmencie, powstaje poczucie, że jest ona neutralizowana przez horyzont zimnej nudnej ciągłości, która mówi znużona „wszystko jedno”. Stąd właśnie rozpaczliwe i z góry skazane na niepowodzenie próby wzburzenia oderwanych fragmentów, w których wyrażają się m.in. tendencje brutalistyczne i prymitywistyczne w teatrze, kinie czy literaturze Warto przy tym zauważyć, że także różne głośno dyskutowane konflikty, tak w kulturze jak i w polityce opierają się na kiepsko zdefiniowanych opozycjach i sprowadzają się do swego rodzaju prób podniesienia poszczególnych fragmentów do rangi niemal totalnej, przez co sprowadza się je względem siebie do pozornie jednoznacznych przeciwieństw (wschód-zachód, demokracja-totalitaryzm, militaryzm/pacyfizm ale też – dlaczego by i nie, przynajmniej w pewnym stopniu – elitarność/komercja).. Tego typu próby „radykalizacji problemów cząstkowych” w żaden sposób nie są zdolne ogarnąć całości, czy przynajmniej większości aspektów współczesnego życia, gdyż to, co wydaje się całością, a niektórym może zgoła „naturą”, w istocie sprowadza się wyłącznie do kultu fragmentów rozdętych w paranoicznej świadomości. Z drugiej strony, trudno wyjść od ciągłości, gdyż co i rusz próba jej ujęcia napotyka na fragmentaryzację – świat jako szereg ciekawostek i skandali. Błędne koło.
W związku z tym trzeba przyspieszyć, podbić stawkę, a równocześnie niektóre z rzeczy budzących publiczne emocje, brać w nawias, relatywizować i marginalizować. Jeżeli chcemy ogarnąć świat z szerszej perspektywy, dalekiej jednak od uśredniającej jedności, od monotonnego niezróżnicowania wynikającego z mnogości oderwanych wątków, musimy ogarnąć wiele fragmentów, zestawić je ze sobą, odkryć albo wywołać konflikty i napięcia między nimi, powiązać oderwane wątki, jak też rozbić, zróżnicować to, co nawykowo uznaje się za ciągłe, jednoznaczne i zamknięte. Innymi słowy, potrzebujemy złożoności spojrzenia, potrzebujemy wieloznaczności i wielowymiarowości. Wieloznaczności wykraczającej poza „pluralizm” demokratycznej, dziennikarskiej debaty.
Złożoność spojrzenia – nie na poziomie komunikowalności dzieła sztuki (to kwestia wyjściowo drugorzędna), ale na poziomie samej treści, nie jest już więc czymś, co możliwe, albo tym, co słuszne, ale także jest tym, czego sztuka pożądać powinna jako swej podstawy.
Wydaje się zatem, że to, co powiedziałem, jest silnym argumentem za źródłową „elitarnością” dzieła sztuki, choćby elita miała pozostać tylko fantazmatem – jeżeli nawet tak miałoby się stać, to może okazać się on bardziej twórczy niż jakikolwiek inny. „Nie każdy artystą” – trzeba odwrócić słynne zdanie Beuysa. Kolejna banalna prawda, która jednak wciąż chyba nie wszystkich (spośród artystów!) przekonuje. Czy też nie każdy odbiorcą? Kwestię tę pozostawmy przez chwilę w zawieszeniu.
Sztuka wykraczająca poza przemysłowe, komercyjne kanony musi więc obronić się nie poprzez próby uproszczenia przekazu podpierane zbyt pojemnym hasłem rzekomej „gry z konsumpcyjną kulturą” mającej na celu dostosowanie się do przeciętnych gustów przy jednoczesnym pozornym ocaleniu swych „ambicji”, ale właśnie stawiając sobie złożone, trudne zadania. Tak jest, mówmy wreszcie oczywiste rzeczy. Artysta musi wziąć na siebie rolę, czy jak kto woli – przybrać choćby maskę – instynktownego antydemokraty, obrońcy nierówności innych niż motywowane i kształtowane przez ideologię albo uprzedzenia. .
Do tych wysokich zadań jednak trzeba podchodzić starając się patrzeć nie tylko z tak wysoka, jak się da, ale również – z każdej innej możliwej perspektywy. Zmysłowość i empiryzm podejścia są tym, co łączy te wszystkie perspektywy i ułatwia odnalezienie się na gruncie nieco bardziej pierwotnym. Podejście to odsuwa na bok, choćby tylko na chwilę, fantazmaty dotyczące masy i elity. Chodzi o to, żeby pozostać zanurzonym w przeżyciach, w afektach, w spostrzeżeniach, nie interpretować inaczej niż doznając, interpretować tylko na gorąco, co nie znaczy, że bezrefleksyjnie. Zmysłowość spojrzenia odsyła do wrażeń i doznań, oczywiście mających już w jakiś sposób charakter dyskursywny, choćby dlatego, że mają być utrwalane za pomocą np. słowa czy obrazu – pozwala jednak wymknąć się przed bożkiem wykształconych Europejczyków zwanym podwójnym mianem Tekstu i Interpretacji, w jakimś stopniu przed „kulturą” nawet, a zarazem przed akademizmem podejścia, przed literaturą uniwersytecką.
Trzeba więc sięgnąć ku swego rodzaju „alchemicznemu oddziaływaniu dzieła sztuki”. Nie chodzi przy tym tutaj o antyintelektualizm, ale wyłącznie o zdynamizowanie intelektu, o uczynienie z niego instrumentu wzmacniającego i uściślającego odbiór bezpośrednich spostrzeżeń, o zbliżenie intelektu ku „trzewiom rzeczywistości” (której rzeczywistości? – być może wszystkich możliwych, a nawet niektórych spośród niemożliwych) jak sondy zapuszczającej się w zastany świat, w jego różne gęstości i temperatury.
Zmysłowość jest tym, co pozwala na ogarnięcie świata w jego różnorodnej jedności (co nie znaczy, że taki ogląd jest „totalny” ani „idealny” – właśnie z gruntu nie może właśnie być i w tym jego przewaga), bez podziałów a priori na jakiekolwiek warstwy. Nie istnieje masowość i elitarność tematu – jakby pojęcia „temat” szeroko nie rozumieć, jedynie „aposterioryczna” elitarność techniki i spojrzenia.
Zmysłowość umożliwia też najskuteczniej zachowanie stanu afirmatywnego zadziwienia światem, którego destrukcyjna siła niweluje pozorną ciągłość, jak również –jednocześnie – pozorne różnice między fragmentami, zadziwienia, które z punktu widzenia dyskursywnego intelektualizmu jest naiwne, a jednocześnie o wiele bardziej go przewyższa choćby zdolnością abstrakcji, jakby paradoksalnie to nie brzmiało.
Warto być też maksymalistą we własnych doświadczeniach ze światem. Chodzi o to, żeby ze świata nic z góry nie selekcjonować, nie odrzucać wymawiając się wybrednością albo pomijaniem rzeczy nieistotnych, tak jakby nieistotność, czy brak głębi wielu zjawisk, które wydają się powtarzalne i powszechne nie była jednym z najbardziej istotnych problemów. Sztuka awangardowa dwudziestego wieku, a nawet wcześniejsza od czasów Rimbauda dajmy na to, była poszukiwaniem intensywności spojrzenia, w czym doszła wiele razy do imponujących, niestety często już zapomnianych odkryć. Przywrócenie intensywności doświadczenia złożonej rzeczywistości nie powinno jednak negować konieczności zadbania również o szerokość spojrzenia. Jeżeli chodzi o powieść, to właśnie wydaje mi się, że być może najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed obecnymi wykazującymi większe ambicje pisarzami, jest umiejętność odnalezienia ekstensywnego spojrzenia na świat, takiego jednak rodzaju, żeby nie osłabiało esencjonalności jaką zawdzięczamy dwudziestowiecznej awangardzie i nie oznaczało powrotu do tradycyjnej opisowej narracji o korzeniach jeszcze dziewiętnastowiecznych (co nie znaczy, że tą ostatnią należy całkowicie wykluczyć – jeżeli awangarda odrzucić ma ideologiczną rewolucyjność, to równocześnie musi odrzucić sekciarski purytanizm właściwy jej niektórym historycznym odmianom). Być mało wybrednym, a raczej – udawać mało wybrednego, przemierzać jednocześnie różne szlaki, nie dlatego, że porzuca się to, co elitarne na rzecz tego, co masowe, ale dlatego, że jest się niepoprawnym empirykiem. Przywracać sztuce i zarazem życiu wiarę w moc tego, co jawne, aktualne i powszechne, w możliwość znalezienia w tym nurtów „ponadczasowości”. Redukcjonizm podejścia może oczywiście zostać zachowany – ale tylko na poziomie stylu, jako technika, która może pasować danemu temperamentowi, zwłaszcza na użytek jakiegoś konkretnego zamierzenia – lecz w żadnym wypadku, jak mi się wydaje, nie ma już racji bytu jako „światopogląd”.
Zmysłowość ze złożonością jest najściślej sprzężona. Chodzi właśnie o odkrywanie niestandardowych, lecz możliwych doświadczeń, oraz o badanie granic samych możliwości doznawania i znoszenia doznań oraz ich wzajemnego łączenia. Nie chodzi mi tu o transgresję – do tego akademickiego pseudo-pojęcia nie udało mi się nigdy przekonać, chociaż kilka razy zdawało mi się, że jest całkiem inaczej – ale raczej o szukanie punktów przecięcia tego, co pozornie sobie obce. Trzeba pokazać, do jakiego stopnia możliwe jest zerwanie z nawykowym odbieraniem doświadczeń. W ten sposób krytyka będzie miała miejsce nie tylko na poziomie tekstu, ale również na poziomie ciała, jego instynktów i nawyków – walka z przyzwyczajeniami (kulturowymi, a może też i „biologicznymi” – w pewnym stopniu, w miarę możliwości i w jakimś tam sensie „w miarę opłacalności” – radykalizm przewartościowań nie oznacza, że trzeba ich dokonywać zawsze i wszędzie, na siłę, obsesyjnie) kształtującymi doznania i percepcje.
Alchemia dzieła sztuki, choćby literackiego to wiedza na temat pobudzania afektów i ich utrwalania. Literatura jako wiązka rozkoszy, strachu, bólu, znudzenia, porażenia barwami i ślepoty, osłupienia i – last but not least – śmiechu – nie jako sztuka, która „przedstawia” te doznania, ale raczej, na ile to możliwe, wywołuje je, zachowuje i komunikuje. Oczywiście nie ma w tym i nie może być żadnej „demokracji”, żadnego z góry zakreślonego horyzontu odbiorców – to, co dla jednych jest lekiem bądź trucizną, innym może się wydać choćby i zwykłą monotonią. Kto uważa takie podejście za naiwne, ten stracił raczej niewinność, zyskując niekoniecznie bardzo wiele. Sztuka dwudziestowieczna stanęła wobec problemu tego, co można było określić jako kwestię złożoności percepcji i tego, na ile kształtowana jest przez kulturowe nawyki. Z jednej strony kwestię percepcji, kwestię komunikowalności dzieła zawieszono, i ci, którzy to zrobili, byli na swój sposób godni podziwu i uczciwi, niektórych to jednak nie satysfakcjonowało. Awangardę zabito, sama jednak również wykazywała tendencje samobójcze – albo ucieczka w niszowy intelektualizm albo wiara w jakąś mniej lub bardziej enigmatyczną rewolucję, która wywróci również kanony percepcji, chociaż z tym było bardzo trudno i chyba to w ogóle nie udało się. Dziś wydaje się, że wiedza na temat sztuki jako dziedziny związanej z utrwalaniem i dostarczaniem określonych wrażeń – jak np. w muzyce spektralnej, która wychodzi w dużej mierze od kwestii odczuwania dźwięku – nie jest już kwestią uboczną, ale dziedziną zasadniczą, co do której potrzeba tak maksymalnego wytężenia intelektu, jak i ciągłej praktyki. Artaud wskazywał na matematyczną niemal precyzję sztuki rytualnej, wywołującej niemal biologiczny wstrząs – właśnie dzięki dostrzeżeniu tej jedności, być może właśnie głównie dzięki niemu, nadal pozostaje jedną z najpoważniejszych postaci, jakie wydał zeszły wiek.
Zmysłowość nie oznacza przy tym epatowania fałszem mocnych przeżyć, chociaż przed fałszem jako takim się nie dystansuje, w każdym razie niewiele bardziej niż przed prawdą. Nie podważa „intelektualnego” sceptycyzmu wobec zdarzeń i samej możliwości ich opisu. Wywoływanie wrażenia nie wyklucza – najlepiej równoczesnego, a nie następczego! – dociekania, czym to wrażenie jest, a przede wszystkim, czym jest fakt jego przekładania na język danego utworu. Konflikt między głębią tego, kto odczuwa, i tym, co jest zdolności tego odczuwania pozbawione, a następnie tragiczna pozorność tego konfliktu – patrząc sub specie aetrnitatis – jest tym, co wyznacza rytm współczesnego świata. Tu właśnie pojawia się najistotniejszy, najbardziej ważki punkt – świadczący o postawie, która wydaje mi się stricte nowoczesna – choć znalazłbym silne argumenty, żeby nazwać ją (nie widzę tego jako sprzeczność) ponadczasową możliwością – to właśnie jednoczesne przeżywanie i dystans – z tego, jak jeszcze zobaczymy – wyniknie bardzo wiele.
Tak więc przeżywa się właśnie po to, żeby również pytać, wątpić, zaprzeczać, nie zrzekając się jednak bogactwa doznawania. I na odwrót. Ten złożony empiryzm, nie „intelektualistyczny”, lecz też w najmniejszym stopniu nie „antyintelektualny” pobudza ruch demitologizacji zastanego świata, która jest z pewnością jednym z najważniejszych zadań, przed jakim może stanąć dziś twórca, zwłaszcza pisarz, bo to mnie głównie w tym, co robię, zajmuje. Żyjemy w najbardziej zmitologizowanym społeczeństwie, jak napisał Quignard i w dużej mierze miał rację. Problem artysty, problem odbioru dzieł złożonych, polega zatem nie na tym, że nikt rzekomo nie chce słuchać już mitów, ale na tym, że niechętnie widzi się demitologizację.
Być elitarnym we współczesnym świecie to być może właśnie demitologizować. Powodem, dla którego masa nie rozumie elity, jest to, że elita z pozoru ściśle sformalizowana, jednocześnie nieustannie demonstruje skrajną, choć niekiedy dyskretną, ledwie wyczuwalną, dowolność wobec kanonów zachowania, które wydają się ją bezwzględnie „obowiązywać”. Można zatem stwierdzić, że niezrozumienie elity polega właśnie na tym, że patrzący z zewnątrz widzi w elitarności zestaw utrwalonych i kultywowanych mitów, podczas gdy elita równocześnie sama siebie demitologizuje w każdym zachowaniu. Styl życia człowieka masowego, być może nie jest z gruntu gorszy niż życie „wykwintne”, „elitarne”, jednak człowiek masowy nie posiada zdolności demitologizowania własnych postaw wobec życia i świata.
Demitologizacja nie musi równać się potwarzy, co nie oznacza, że sugeruję tu skłonność ku jakimkolwiek tchórzliwym kompromisom. Demitologizacja to raczej zdolność pozostawienia niektórych kwestii w zawieszeniu. Powiedzmy w takim razie – nie każda demitologizacja jest zachowaniem elitarnym. Brutalizm, turpizm, różne współczesne formy „subkulturowego” realizmu ulicy to właśnie ruchy pozornej, w gruncie rzeczy bardzo mało skutecznej, demitologizacji kierowanej przez pospolity resentyment. Demitologizacja nie polega na ukazaniu jednorodnej prawdy, która zastępuje obszar zmitologizowany. Demitologizacja jest wtedy tylko pełna, kiedy pod powierzchnią ściśle oznaczonych kanonów odkrywa ciągły ruch, ucieczki, nieustanne przemieszczenia zdarzeń oraz znaczeń. Demitologizacja nie jest też tożsama z „żołnierskim” obaleniem kulturowych pozorów, po to żeby pod nim pokazać nagą, często wręcz „biologiczną” prawdę, choć i naturalizm może być wartościowym jej składnikiem. Demitologizować to mierzyć się z silnym przeciwnikiem i będąc nawet bezlitosnym, bezkompromisowym, wykazywać respekt wobec jego władzy.
Demitologizować to oczywiście także tworzyć własne mity, chociaż bardzo swoiste: Mity – narzędzia służące do rozbicia tych zastanych, bezrefleksyjnie albo „pseudo-refelksyjnie” powielanych. Mity, w których można się zadurzyć, zdając sobie jednocześnie sprawę z ich czystej umowności i sprzeczność ta w niczym nie przeszkadza, a nawet stymuluje; mity, które się tworzy, żeby je porzucać, zastępując nowymi, innymi, lecz niekoniecznie diametralnie przeciwnymi, bo to jest zbyt łatwe
***
Powiedzmy w takim razie coś bardziej szczegółowego, a zarazem coś, co uściśli problem – być elitarnym to znaczy demitologizować, nie zrzekając się maski.
Powiedziano maski? Skoro empiryzm wyznacza treść i bardziej ogólną postawę wobec rzeczywistości, a demitologizacja wyznacza zasadniczy ruch intelektualny, to maska będzie wyznacznikiem jednocześnie stylu (w głębszym sensie) i strategii. Maska, taka, jaką ją widzę, powinna być jednocześnie zaprzeczeniem postawy mitologizującej, nie powinna nieść ze sobą żadnej treści symbolicznej, przynajmniej w tradycyjnym tego ostatniego pojęcia rozumieniu. Maska bowiem tym różni się od mitu, że jest jednocześnie bardziej abstrakcyjna (w sensie braku jednoznacznej treści, którą ma wyrażać), a jednocześnie bardziej konkretna zmysłowo. Maska jest tym, co nadaje materię wieloznaczności i nieokreśloności, godząc tym samym, bez żadnej prostej dialektyki, opozycję między częścią a całością (wyrazić mnogość przez konkretny, uchwytny empirycznie obiekt). Maska nie oznacza upodobania do kłamstwa – maska jest podstępem, który jednak wyraża prawdę danego pożądania.
Maska, którą, moim zdaniem, powinien przymierzyć współczesny artysta, zwłaszcza pisarz, to maska bohatera, który godzi sobą paradoks uczestnictwa i dystansu oraz pokrewny mu paradoks dystansu i uwodzenia.
Podstawową zasadą sztuki, w szczególności zmierzam tu do sztuki narracyjnej (literatury i filmu), nie chcąc się już wdawać w zbyt szczegółowe analizy (muzyki na przykład, czy malarstwa także w pewnym stopniu to dotyczy, chociaż mniej bezpośrednio – temat ten wymagałby dłuższego opracowania), powinno być zniesienie pozornej opozycji między dystansem wobec świata i niewiarą w zastane fakty, zdarzenia i znaczenia, a uczestnictwem w nim, zaangażowaniem w liczne dostępne formy interakcji – społecznych i nie tylko. Ten rozrzut, pokusa wyboru „jedno albo drugie”, jest zasadniczym problemem sztuki, a przyjęcie każdej z postaw rodzi ryzyko narzucenia określonej gęby – z jednej strony „samotniczej bierności” z drugiej strony albo „ideologicznego zaangażowania” albo trywialnego czysto opisowego realizmu, bezrefleksyjnego wobec własnej postawy.
Twórca i jego bohater muszą – być może po raz któryś – odegrać rolę idioty wobec społeczeństwa, jednak idioty-uwodziciela, który jeżeli nawet będzie męczennikiem (może nim stać się, choć bynajmniej nie musi), nie będzie wyczerpywać w męczeństwie całej swej istoty i nie będzie sam szczególnie z niego dumny, ani też odczuwał z tego powodu jakichkolwiek wyrzutów. Jego fundamentalne oderwanie nie będzie oznaczało niezdolności do osobliwie podstępnej gry ze światem. Camus podobno planował połączenie Don Juana i Fausta – sam ten pomysł wywołać może dreszcz, być może pojawi się ktoś, kto na swój sposób pomysł ten dokończy. Jednak bardziej kusząca wydaje się synteza Idioty z Don Juanem.
Poprzez tego rodzaju absurdalne, jak się na pozór wydaje, zjednoczenie, bohater literacki i sama literatura stanie się z jednej strony stracona, czasem trudno zrozumiała co do swych intencji i bezradna w swojej niewinnej obcości względem otoczenia. Z drugiej jednak strony jej niewinność nie będzie niewinnością świętego, ale niewinnością postaci w fundamentalny sposób nieprzystającej do świata, która jednak doskonale potrafi odgrywać pełną przystawalność i zaangażowanie, nie chcąc wyzbyć się całkowicie pokus rozkoszy czerpanej z obcowania ze światem, nie motywowanej niczym innym wobec niej zewnętrznym; postaci, która jednocześnie nikomu intencjonalnie nie wyrządza krzywdy będąc jednak bezlitosna dla wszystkich, którzy kultywują w życiu nieprzystawalną fragmentaryczną mitologię, postaci, której rywalem na drodze uwodzenia jest w pierwszej kolejności ona sama i własne zakorzenienie, z którym walczy i która sama tym samym przyjmuje na siebie również własne ciosy, a która mimo wszystko zawsze mówi – „niczego nie żałuję”. Chodzi o to, żeby Idiota przestał być ofiarą rzeczywistości albo żeby był nią w niewiększym stopniu niż rozumni, choćby tylko dlatego, że bycie wyobcowaną ofiarą rodzi ryzyko popadnięcia w chorobę proroctwa, w moralizatorski kult słuszności, albo mówiąc prościej w zwyczajne samouwielbienie. Idiota współczesności może być tylko uwodzicielem albo inaczej w ogóle go nie będzie.
Komizm i estetyzm są tutaj podstawowymi środkami uwodzenia, środkami stricte politycznymi, można by powiedzieć.
Komizm jest niezbędnym warunkiem pełnej, wolnej od resentymentu demitologizacji, która odrzuca dialektykę prawdy i fałszu, pozoru i autentyczności, nie popadając jednocześnie w „przeintelektualizowaną”, wyspekulowaną odmianę relatywizmu. Chodzi tutaj o trudny, choć nie przesadnie gorzki komizm – o takich komików, którzy potrafią się śmiać, także tam gdzie niekoniecznie do śmiechu, wiedząc, że czasem może to być ryzykowne, nie mających przy tym nic z postawy „wesołka”, czy „optymistycznego pięknoducha”, łączących jednocześnie niewinność z brutalnością, a elitarną umiejętność demitologizacji z siłą powszechnych, bezosobowych, biologicznych odruchów. Komiczne ujęcie rzeczywistości jest ujęciem bezlitosnym dla wszystkiego, co jałowe, bez popadania jednocześnie ani w fałsz samotnego niezrozumianego proroka, ani w pokusę ideologizacji swych krytycznych skłonności.
Z podejściem estetycznym, rzecz dużo bardziej złożona. O co tutaj chodzi? Z pewnością nie o jakieś fin de sieclowe „l’ art pour l’art” ale o postawę odnoszącą się wprost do współczesnej mitologii. Wydaje się na pozór, że komercyjna kultura epatuje powierzchownym pięknem oślepiając masy, dając im fałszywe remedium przeciwko cierpieniu, odrywając jednostkę od postrzegania tego co problematyczne. Czy wszyscy są aby przekonani? Jeżeli nie, bardzo dobrze. Od bardzo dawna jest bowiem oczywiste, że doświadczenie piękna wiąże się z dreszczem, z momentem swego rodzaju przerażenia, w którym zawiesza się oczywistość postrzeganej rzeczywistości. Afirmacja piękna, na tyle bezwarunkowa i bezzałożeniowa, na ile to możliwe, wiąże się ze zniesieniem fragmentaryzacji, z intensywnym, ekstatycznym postrzeganiem całości, w którym różnice nie zostają spacyfikowane, ale różnica między tym a innym fragmentem przestaje mieć zasadnicze znaczenie – konflikty utrzymują się – nie wolno co do tego się łudzić, nie wzbraniają jednak przed powszechnym zachwytem. Piękno jest więc z jednej strony tym, co bliskie masowym pożądaniom, a z drugiej strony maksymalnie dla nich destrukcyjne.
Błędem demitologizacji jest więc poprzestawanie wyłącznie na ukazaniu ponurego dramatu ukrytego pod tym, co pozornie łatwe i bezrefleksyjne. To właśnie bezinteresowna afirmacja jest najbardziej bezlitosną bronią, głównym narzędziem demitologizacji, najskuteczniejszym podstępem.
Powracając z przeglądu określonych taktyk do kwestii bardziej ogólnych, wskazać trzeba zasadniczy ruch, który będzie się odbywał jednocześnie w dwie strony – nie jest to poruszanie się dwóch punktów od startu do mety i na odwrót po tej samej trasie, nie jest to też, jak może się wydawać, proste przeciwieństwo; trasy są nieco inne, choć ściśle ze sobą sprzężone – z jednej strony postawa pisarza czy jego bohatera maksymalnie zdystansowanego względem świata, który całkowicie jednak parodiuje czasem konformistyczne wręcz, częściej jednak po prostu mechaniczne uczestnictwo w tym świecie, z drugiej strony postawa, która wychodzi od afirmatywnego, instynktownego, chociaż świadomego własnej naiwności uczestnictwa, po to, żeby wybadać możliwość własnego i nie tylko własnego zdystansowania względem niego, bez ucieczki w dosłownie rozumianą samotność.
Być może będzie można również mówić, jak to pisał parę lat temu pewien polski publicysta, o „powrocie człowieka bez właściwości”, niekoniecznie jednak w jego rozumieniu. Człowiek bez właściwości Musila w jednym był na pewno intelektualną rewolucją: Ulricha wyróżnia bowiem nie jego łatwo rozpoznawalna wybitność, ile właśnie jego anonimowość, która się wyróżnia na tle dość łatwo uchwytnego fragmentarycznego ukształtowania pozostałych typów.
Nie samotność twórcy lecz jego anonimowość – pozornie beznadziejna sytuacja, wydaje się więc być największym błogosławieństwem, jeżeli ją właściwie wykorzystać. Anonimowość, uwolniona od wszelkich prób eskapizmu, nie wykluczająca całkowitego, parodystycznego, zaangażowania w rzeczywistość, stać się może niszczycielską siłą, która jednocześnie pozwala na uniknięcie w nazbyt oczywisty sposób politycznych rozgrywek i ich pułapek. Oddziaływanie tworzonej w tej sposób literatury dokonuje się na dwóch poziomach – pierwszy poziom jest pozornym powieleniem (szeroko rozumianym „opisem”) tego, co zdrowy rozsądek każe nazywać rzeczywistym i często nietrudno zrozumiałym. Drugi poziom nie będzie odkryciem w płaskim świecie dna „głębokich dramatów”, ani zaprzeczeniem jednego świata przez drugi, ale jakby dalszym powieleniem tego świata, takim jednak, w którym zostanie ukazany jako własne zaprzeczenie, nieporządek, rozpad mitów i niektórych nawykowych założeń, otwierający wybranych ku możliwościom specyficznych przeżyć, rzadkich, konkretnych chociaż trudno wymiernych i niepowtarzalnych.
Ukazanie złożoności i demitologizacja, o której wcześniej mówiliśmy muszą być więc tyleż radykalne, co tak dalece dyskretne, jak to tylko możliwe. Uwodzenie wymaga zawsze dyskrecji.
W filmie „Teoremat” Pasoliniego, świetnym, choć jak dla mnie za bardzo symbolicznym i apokaliptycznym, pojawia się bohater, który nic nie mówi, jednak wywołuje jakby swoim samym pojawieniem się destrukcyjną siłę doprowadzając mieszczańską rodzinę do obłędu. To kolejny, jeden z wielu historycznych tropów wskazujących możliwą siłę anonimowości, choć Buster Keaton może być tu znacznie lepszym przykładem.
Temat, bohater literacki i sama literatura powinny więc pozostać możliwie niewymierne, co jednocześnie przy empirycznym podejściu, może ją upodabniać, do bardzo szeroko (niekoniecznie, a nawet na ogół nie w sensie dziewiętnastowiecznej stylistyki) rozumianego realizmu. Zasadniczym polem, na którym sprawdzi się możliwość istnienia i oddziaływania sztuki będzie odpowiednie zorganizowanie tej niewymierności, tak żeby posiadała zdolność biologicznego wręcz oddziaływania, ani przez chwile nie odkrywając kart. Nadać ciało nieokreślonemu, uczynić go jednocześnie amantem i komikiem. Nadać charyzmę anonimowemu. Tym jest właśnie maska.
Trzeba by więc „zdynamizować” człowieka bez właściwości, uczynić go postacią maksymalnie cielesną, ekspresyjną, dotykalną, na pozór sprowadzić go całkowicie na ziemię. Dochodzimy tu być może do „Fryderyka” z „Pornografii” – utworu wielkiego pisarza, który w sposób niemal wzorcowy nie dał się wmanewrować w pułapki od początku omawianych przeciwieństw. Fryderyk popełnia być może tylko jeden błąd – błąd nieszczęśliwego uwikłania w konkretne otoczenie, które wyraża się w scenie finałowej. Natomiast gry uwodzenia, które współczesna sztuka powinna podejmować, muszą być wędrowne, wolne od uwikłań, należy porzucać daną przestrzeń i natychmiast przemieszczać się ku innej, rozsiewając dookoła charyzmatyczny rodzaj nieokreśloności. Intrygi muszą zawsze wydostawać się na otwartą przestrzeń, muszą być mnogie i rozgrywane jednocześnie w wielu przynajmniej pozornie przeciwstawnych obozach.
Elitaryzm takiego dzieła będzie jednocześnie dyskretny, samotny i totalny, właśnie do takiego stopnia, że będzie akceptował całkowitą przypadkowość adresatów, nie wzbraniając się przed żadnym z nich, godząc się z tym, że być może przegra starcie z masą, jednak z góry nikogo nie odrzucając, nie czyniąc też z tego odrzucenia, ani z własnej przegranej, pozornego atutu.
Taka literatura będzie elitarna, jednak jej elitarność będzie cały czas czymś, co można określić jako „work in progress”, będzie cały czas poszukiwaniem wyjątkowości, będzie ciągłym tworzeniem elit – otwartych i niepoliczalnych. Elitarność która nie będzie się ani izolować przed masą, ani nie będzie uprawiać względem niej żadnego rodzaju archaicznie rewolucyjnej dialektyki.
Tak właśnie można, a moim zdaniem warto pisać książki dla wszystkich i nikogo. Nikt i wszyscy – niewymierny, anonimowy a jednak „wyjątkowy”; powszechny i cielesny, a jednak „nieprawdopodobny” – to współczesny pisarz i współczesny bohater. „Wszyscy i nikt” (co często oczywiście sprowadza się do jakiejś mniejszości osób najbardziej w głębi anarchicznych, najbardziej wybuchowych, choć w jakimś sensie najbardziej trzeźwych, a nawet racjonalnych, mniejszości pełnej pół-przypadkowych tajemniczych – nawet dla nie samej – lecz nigdy koteryjnych powiązań) – takie być może jest najwłaściwsze określenie elity.