CZĘŚĆ 1
„OKNA”1.
Sierpień, ciepło, powoli zbliża się zmierzch. Właśnie widzę, jak idą... Kładka rozpięta łukiem nad szeroką ulicą, trzy pasy w każdą stronę, ciągły ruch. Słońce, właśnie zniża się, jakby było rozpostarte tuż nad kładką... Zajdzie w ciągu godziny, lecz wcześniej coraz bardziej krwawiące zejdzie promieniami jeszcze bliżej sceny, by rozpocząć coś, ukazać jakiś fragment... Coś rozświetlone, coś w cieniu, a coś pomiędzy, a jednocześnie ponad rozświetleniem i cieniem – w erotycznej mgle. Co trzeba nam oświetlić? Krótką migawkę przejścia pierwszych ku ostatnim i ostatnich ku pierwszym... Ten ruch dziwnych linoskoczków tam na kładce – figury, niemal czarne w prześwietleniu, idą równym krokiem... Oczekiwanie na początek i na dalszy ciąg... W tym momencie, jak zwykle... kilku jest na górze – idą, wyniesieni na szczyt. Światło każdego czyni zamazanym, odległość czyni ich w moich oczach podobnymi do siebie. Ten krótki, a jednak w nieskończoność przedłużany w jaźni patrzącego moment wyniesienia nad urwisko ulicy zlewa ich w jedną wielka falę, w jedną ciągłość, w której jednak każdy pozostaje osobny, różny i nieprzystawalny jeden do drugiego. A jednak mimo wrażenia zatrzymania ruchu, które właśnie odczuwam (nie tyle w sensie materialnej stop-klatki, ile zapomnienia wszelkich pytań „skąd” i „dokąd”, jakby żadna przestrzeń dla nich nie istniała poza tym jednym podestem, którym idą i moim osłupiałym spojrzeniem, którego nie są świadomi), przechodzą dalej – zamieniają się, kolejne postacie wchodzą na górę, kolejni doznają swojego, każdy osobnego – wyniesienia nad resztę... Fale zawsze przychodzą i odchodzą – zawsze ktoś będzie na szczycie i zawsze ktoś będzie wchodził i opadał – to, gdzie pójdzie, kiedy zejdzie ze szczytu, jest dla mnie jeszcze bardziej rozmyte, powikłane i fascynujące, niż to, skąd się w ogóle wziął... Zawsze góra i dół, zawsze jakiś ruch – zawsze jakaś myśl, zawsze jakiś płomień. Przyjście i odejście – jakże te wyrazy mechaniczne i banalne! – ile razy już zostały powiedziane, opakowane, przeznaczone na złom, tudzież sparodiowane – mniej albo bardziej świadomie, a jednak ile razy okazały się prawdą, jedynym, co da się w ogóle w życiu powiedzieć?!
Wejście na szczyt odbywa się wśród przebłysków cichej jasności, wśród czystej oczywistości banalnych gestów i ruchów, która zawiesza konkretne, choć na wpół anonimowe przez swoją powtarzalność pochodzenie wchodzących – nie mają przeszłości i przyszłości – są czymś mniejszym i większym zarazem, niż ci, którzy mają je idąc po płaszczyźnie – są eksponowani, wystawieni na widok patrzącego z dołu i dzięki temu wyniesieniu zapomina się całkowicie, kim naprawdę są... Taka mała pasja – ileż tysięcy razy na dzień to się dzieje, ile tysięcy razy na dzień przechodzisz ponad nicością, idziesz miedzy rajami i piekłami jakimś wąskim podestem... To przejście nie jest już „duchowe”, jak może było kiedyś, nie odbywa się wewnątrz ciebie, ale tylko na zewnątrz – w otwartej zaludnionej przestrzeni, gdzie każdy na coś patrzy (na coś, co przypadkowe), gdzie każdy czegoś szuka (czegoś przypadkowego)... W końcu można tylko jedno powiedzieć: naprawdę istnieć to być eksponowanym, unosić się ku miejscom, gdzie możesz być widziany, gdzie możesz być podglądany w twoim domniemanym końcu i początku, lecz jednocześnie jakby poza nimi...
Właśnie jakaś kobieta z przeciwsłoneczną parasolką idzie górą kładki. Niech przejdzie, niech zrobi miejsce następnym, tempo, szybsze tempo proszę, przyspieszajcie figury – jak na starym filmie puszczonym w nowoczesnym projektorze. Nigdy spokój i łagodność nie przemawiają do mnie bardziej niż w powierzchownym przyspieszeniu zdarzenia...
O wejściu powiedziano już wiele – mniej albo bardziej dosłownie. Wejście jest rzeczą bardzo prostą – to jakiś cel i zadyszka. O wejściu na szczyt – powiedziano za wiele – dosłownie i metaforycznie...
Zejście już mniej jest jednoznaczne i chyba słabiej poznane – w mojej głowie, gdy schodzę po osiągnięciu jakichś przypadkowych szczytów, na które czasem się wspinam bez szczególnego powodu – huczy polifonia pijanej orkiestry jazzowej, grana na rozstrojonych instrumentach, które w ostatniej chwili ktoś podmienił muzykom. W moich nerwach albo w tym, co jako nerwy odczuwam, zmierzanie w tak wielu kierunkach, że aż nie dowierzam, iż mogą nawet istnieć drogi, które – na ogół kilka naraz – przebywam w danej chwili...
Bo zejście jest zawsze trudniejsze. Zawsze rozluźnienie jest bardziej wieloznaczne, bardziej powikłane i bardziej niebezpieczne niż napięcie... Zawsze ustąpienie cierpienia jest bardziej wyzywające niż było samo cierpienie, mowa o takich cierpieniach, z którymi da się żyć i które dają w końcu pewną jasność. A na razie innych nie poznałem i coraz bardziej wątpię, czy z racji mojej specyficznej natury dane mi będzie je poznać – być może powinno tak się stać.
Zawsze nieważkość jest bardziej problematyczna niż ciążenie...
Wzgórze – szczyt i przepaść, wędrówka w górę i w dół, ile było na ten temat metafor. Dlatego ja, chociaż szukam czegoś (faktów, nie metafor!) na temat wejść i zejść, zawsze szukam ich nie w jakoby „nieskażonej przyrodzie”, nie na szczycie Mount Everest czy Mont Blanc, ale w środku miasta, w prozaicznej przestrzeni pośród kładek, estakad, tarasów, tuneli, wind i schodów ruchomych – tam, gdzie wszystko wydaje się być względne – nawet kiedy jesteś na szczycie, widzisz coś jeszcze ponad tobą – jakiś skrawek budynku, czubki drzew czy anteny... Dlatego wolę teraz wielkomiejską, międzyludzką wspinaczkę, wielkomiejskie wejścia i zejścia, w ich wielu szczytach i upadkach, nigdy pierwszych i nigdy nie ostatnich – kocham je, bo dzieją się na ogół niezauważone – w prozaicznych przebłyskach pożądania, światła i metalu... Zawsze się wydaje, że jest jeszcze coś wyżej i coś niżej.
Dopiero późną nocą w tej dzielnicy ruch na kładce zgaśnie; wielki odpływ. Tylko pojedyncze osoby – jakiś student z deskorolką pod pachą, pijany urzędnik z różą w butonierce, elegancka trzydziestolatka z basetem na różowej smyczy – raz na jakiś czas w arytmicznej pulsacji będą się przewijać na podniebnym podeście – na tej wielkiej linie, rozpiętej między możliwością a niemożliwością, którą właśnie teraz obserwuję w szczycie ruchu składając bezdźwięczny hołd przechodzącym osobom, temu, czym one są widziane z odległości lorrainowskiego pejzażysty.
Noc. To też będą piękne chwile – te przypadkowe miejsce, na handlowych przedmieściach, te przejścia podziemne i kładki w środku nocy! Kiedy wszystko już będzie obojętne, kiedy to, co podczas przypływu wzmożone i chorobliwie niemal promieniste stanie się prostą grą betonu i mdłego, rażącego światła osamotnionych reflektorów.
Mam jednak wielkie szczęście, że to widzę teraz – kładkę i przechodniów, ciepły sierpień, popołudniowe słońce – widok najpiękniejszy na świecie.
Teraz ja właśnie idę górą, jeszcze ta cała myśl nie zdążyła się urwać – tak dziko bez puenty, jak powinna się urywać każda myśl, jak wszystko na tym świecie powinno się kończyć, a już jestem na górze. W dole, tam gdzie byłem przed chwilą, ciągły ruch. Teraz ja muszę spojrzeć jako ten odrębny, jako jedna z mniejszych fal składających się na wielką falę przepływu... Wiem jednak tylko o tym, co poza mną – o niczym innym nic nie wiem... Siebie nie znam i poznać ani stworzyć na nowo nie zamierzam... Być może zbyt wiele razy to robiłem, być może zbyt wiele razy to robiono... Zatrzymuję się, zapalam papierosa, przyciszam muzykę na discmanie i patrzę chwilę w dół. Pode mną afisze reklamowe: hasła konsumpcyjnej zachęty, beznamiętne odbicia przedmiotów, które zawsze i wszędzie spoglądają na mnie... Lśnią jak totemy albo jak pośmiertne maski faraonów... Autobusy... Część przejeżdża prosto jadąc dalej w dół ku południowym przedmieściom, inne wyłamują się z nurtu, skręcają w bok, zwalniają, stają na przystanku... Powoli wlewają się do nich fale ludzi... A potem zatrzaskują się drzwi automatyczne i pojazd sunie dalej... W dali szklane wieżowce, których widok sprawia teraz mi szczęście... Niewymowne szczęście...
Za pół godziny zapalą pierwsze światła... Ten moment – tuż przed ostatecznym zmierzchem, moment, w którym czujesz, że zapalą elektryczne latarnie. Czy ciało może czuć większy dreszcz? To jak oczekiwanie na miłosne zbliżenie – takie, które nie kończy się rozczarowaniem tą prozaiczną prawdą, że spełnienie osłabia pożądanie... Nieuchronna ekstaza pomnożona przez gmatwaninę wszystkich ulic, przez setki kilometrów kwadratowych kamienia, setki przewodów elektrycznych, przez nieustanny ruch, w który wtapiasz się i który zawsze pozostanie, niezależnie od tego, czy istniejesz czy nie...
Można powiedzieć, że do wszystkiego podchodzę abstrakcyjnie, we wszystkim znajduję jakiś symbol, szukam tego, co nienazwane, w tym, co ma swoją nazwę i swoje jakże oczywiste przeznaczenie (domy, kładki dla pieszych, latarnie, anteny itd.)... Jeżeli mam problem z uchwyceniem tego, co oczywiste i łatwo postrzegalne, to może dlatego, że postrzegam mroczny sens i obłęd tej łatwości, sens, który niewielu jeszcze poza mną dostrzega... Ale nie szukam metafor. Jestem może najbardziej dosłowną istotą, jaka żyła... Nie – nie jestem z takich, którzy lubią symbole... po prostu do wszystkiego podchodzę z żywym dreszczem i czasem dreszcz powoduje, że mój język zbacza, idzie tam, gdzie przynajmniej na pozór nie powinien.
A poza tym – to tylko kwestia odegrania tej czy innej scenki... Też możesz stać się mną, tak jak ja czasem bywam tobą, mniej albo bardziej świadomie... Też możesz widzieć to co ja.... To, co widzą wszyscy, ale czego nie da się zobaczyć. Powiem ci, jak to można zrobić: wstań z łóżka, ubierz się – bielizna, buty, spodnie i koszula, załóż jakiś płaszcz, jak jest zimno, załóż coś na głowę (kapelusz, beret itd., najlepiej coś nienagannie, elegancko sztywnego), załóż, jeśli chcesz, ciemne rękawiczki, załóż na oczy ciemne okulary. Zakładając płaszcz do końca nie opróżniaj kieszeni, zawsze dobrze w momentach zawahania włożyć rękę w kieszeń i wyczuć, że zostało kilka przypadkowych paprochów o obojętnej barwie i fakturze... Weź discmana, włóż słuchawki na uszy i idź naprzód, przed siebie zobaczyć to co ja – wiadukt, ulicę, szczyty domów – pełne ruchu... Teraz wszystko rozumiesz???
Stań tam gdzie ja, koło kładki, na kładce – popatrz w powoli zachodzące słońce sierpnia, patrz i czuj jak ogrzewa cię! – popatrz, jak światło i cień zbierają się w różnych zakamarkach, patrz na rozbite szyby wystawowe, na oberwane afisze, zobacz to, żeby wiedzieć, że każdy skazany jest na to, żeby być wolnym, że nie ma innego wyjścia jak być wolnym w przestrzeni, w którą jest się tak boleśnie rzuconym przez bezsens własnych, cudzych i niczyich popędów...
Jesteś już może tam, gdzie ja byłem na początku? Czy teraz możesz po mnie powtórzyć moje słowa, nie wracając do nich w pamięci, czy możesz powiedzieć to od serca, jakby słowa te były twoim własnym odkryciem. Nie jest tak? Przecież musi tak być. Słyszę, jak mówisz pierwsze moje zdania, choć pewnie nie masz o tym pojęcia.
Może nasze czasy zdobędą się na to, by napisać nową genesis. Ja nic podobnego nie zamierzam, inaczej bym był to powiedział w pierwszym zdaniu, ale nie będę zaskoczony, jeżeli nasza epoka – czasy niezliczonych cudownie pustych wynalazków, zafunduje sobie nową Księgę Rodzaju – bez Boga i bez tego, co nieziemskie, a przy tym – w umiarkowanie przyzwoitej niezależności od nauki...
W takim przypadku nie będzie należało zaczynać od obrazu nieba, od wielkiego wybuchu, od słowa, od błyskawicy, od pustyni, czy gwiazd... Genesis – wielki początek – może być już dzisiaj tylko paradoksem – współcześnie należałoby umiejscowić go w świecie o ile jeszcze nie stworzonym, to w każdym razie już jakoś urządzonym – według dobrze ułożonego scenariusza, w starannie określonym miejscu, a przy tym nie tam, gdzie się rządzi światem według popularnych wierzeń – nie na Giełdzie, nie w sali konferencyjnej pałacu prezydenta potężnego państwa, lecz w miejscu o dwa tony bardziej przypadkowym... Na jakiejś kładce na przedmieściach miasta... W takich miejscach właśnie powinien zakorzenić się świat... Świat, który musi już istnieć, żeby zostać stworzony.
Jeżeli tworzylibyśmy naszą nową genesis, nie mówilibyśmy, że nasz początek jest końcem – nie bardzo w to wierzymy, jesteśmy na to zbyt trzeźwi – zostawmy takie wrażenia mistykom i salonowcom... Ale odrzucając mit o zapętleniu końca i początku będziemy głosić go gdzieś na marginesie, wierząc w niego tylko ciut mniej niż połowicznie. Dlaczego będziemy te koncepcje nadal gdzieś przemycać? Proste – częściowo odkryjemy moc pastiszu tego, co kiedyś uważanie za głębokie (Współczesna Genesis musi mieć w sobie coś z pastiszu i parodii – nie tyle parodii dawnych ksiąg na ten temat, ile parodii samego wydarzenia), częściowo będziemy zbyt zblazowani, żeby wymyślić do końca nową wizję Początku (a wizję wymyślone do końca zbyt rzadko nas przekonują), a być może nadal zdarzają się jednak takie chwile, kiedy myśląc o tym nieszczęsnym zapętleniu nie potrafimy się obyć bez wzruszenia.
***
...Od dłuższego czasu do wszystkiego na dystans, obojętnie rzucony w miejską przestrzeń, bez niczyjego dotknięcia już od wielu dni, bez sprzymierzeńców i wrogów, nawet bez sobowtórów – to ostatnie zupełnie... wyjątkowo, sądzę, że prędzej czy później się pojawią... Dlaczego? Nie wiem. Ale tak jest lepiej...
Kim jestem teraz? Muszę sprawdzić... Papiery... Nie trzymam ich przy sobie, ale coś pamiętam... Hoffmann... Tak, ten z dziewiętnastowiecznej operetki Offenbacha, w znacznie mniejszym stopniu autor fantastycznych opowieści... Jaki kraj, jakie miasto? Wystarczająco duże, żeby sobie wmówić, że nic nie ma poza jego granicami, – to wrażenie, które zawsze, w każdym miejscu, w którym się przebywa, daje poczucie swobody... Przyjechałem tu kilka miesięcy temu... na ile – nie wiem, „na trochę”. Jak długo potrwa to „trochę” – zobaczymy... Ale nie jest to żadna ucieczka, byłem już tutaj wcześniej wiele razy, znam parę miejsc jako tako, poznałem kiedyś paru ludzi – jakbym tego chciał, mógłbym odnowić znajomości... Dlaczego tutaj przyjechałem? Mam może kilka tych a nie innych powodów... Generalnie po prostu stwierdziłem, że jakiś czas tutaj będę czuł się lepiej niż w wielu innych miejscach... O czym nie trzeba mówić, o tym warto milczeć, chociaż pewnie parę rzeczy chciałoby się powiedzieć albo i tak w końcu powie się...
Lecz wolę zawsze kilka obrazów, kilka zdarzeń, choćby przypadkowych, choćby bezsensownych, zamiast retrospekcji... I zanim wieczór nadejdzie już na dobre, zdążę jeszcze podjechać do ogrodu...
Łapię autobus z przystanku tuż za kładką... Prosto, dwa przystanki, potem szybujemy pod górę, estakada, po obu stronach wieżowce, w dole duże puste przestrzenie z trawnikami gustownie urządzonymi w nowoczesnym stylu, tudzież całkowicie zabetonowane place wypełnione przez ascetyczne fontanny i jakieś abstrakcyjne rzeźby... W słuchawkach muzyka elektroniczna... Coraz więcej świateł za oknami... Brutalność i melancholia są teraz nierozdzielne jak nigdy... teraz kiedy łagodność późnego sierpnia... kiedy estakada... kiedy autobus... kiedy rzeka samochodów...
Idę wzdłuż alei wodnej... Lilie... Róże... Lipy... Magnolie... Zaraz zamkną park, zaraz już będzie całkiem ciemno, ale wiele da się jeszcze zobaczyć... Ogrody – zawsze lubiliśmy gubić się w nich i niby to przypadkowo potem odnajdywać... Ogród był zawsze w awangardzie epoki. Ogród nie tylko jest przyrodą uformowaną przez człowieka, nagiętą do jego estetycznych wyobrażeń. Ogród zawsze jest księgą, ogród jest pojęciem, jest najbardziej intelektualną ze sztuk. Barokowe ogrody – XVII wiek... Le Notre – porządek świata, geometryczny, racjonalny, numeryczny – ogród francuski to ogród kartezjański, newtonowski. Figury geometryczne i proporcje. Natura nagięta do porządku, który ma jakoby wyrażać jej logiczną istotę... Ogrody angielskie, ogrody romantyczne prekursorskie wobec malarstwa abstrakcyjnego, wobec Turnera, Moneta i Pollocka, wobec aleatoryzmu: Przedstawić pozorną przypadkowość natury jako dzieło sztuki...
Ogrody były wiele razy przestrzenią ludzkich fantazmatów na temat życia i śmierci. Rośliny ogrodowe, promienie prześwitujące przez gałęzie drzew, przechodnie – wszystko to zlewa się ze sobą, niewinne, melancholijne, kochające – równie śmiertelne i zmysłowe zarazem jak Kładwia Chauchat w „Czarodziejskiej Górze”...
...Zachód słońca, czerwień, ostatnie błyski światła... W tej czerwieni pałac, gdzieś w oddali. Latarnie gazowe wzdłuż kanału zapalają się... Kanałem płyną łabędzie. Przy brzegu też łabędzie – bardziej majestatyczne – bo sztuczne – to łodzie w kształcie łabędzi, które można wynająć na godzinę w świetle dnia... Teraz kołyszą się leniwie na falach pilnowane przez jednego strażnika – jakąś czarną umundurowaną plamę gdzieś daleko – kolejny drobny punkt wśród półmroku. Twarze tych łabędzi plastikowe – upiorny błękit ich oczu, w ich spojrzeniach urok gwiazd i gwiazdeczek Hollywoodu... Zwijają stragany znad kanału – tam wiele innych ptaków – tukany, ibisy, dodo – plastikowe, pluszowe – wszystko do sprzedania. Strzelnice, loterie, wciąż jeszcze czynna budka z pop-cornem i lodami... W wielkomiejskim parku nad kanałem już tylko jedna para. Matka z córka. Podchodzę bliżej nich... Matka to typowa przedstawicielka klasy średniej wyższej – wysoka, ciemno-blond, krótko obcięta, drogie okulary... Córka ma spokojne mądre oczy dojrzałej prawie kobiety, bardzo chuda, stonowana, czarna sukienka tuż za kolana, zgrabne nogi w czarnych ażurowych pończochach... Jedwabny szalik dookoła szyi... Lekki niewyraźny uśmiech. Włosy ciemnoblond, u góry spięte w kitkę. Duży pieprzyk na twarzy. Ma koło 15 lat – ale skupienie, twarzy, strój dorosłej kobiety i pewna smutna elegancja ruchów wyglądają dużo poważniej, dla równowagi pozwala jednak sobie w tym bladym, delikatnym uśmiechu na sporo dziecinności... Nie widzę w półmroku jej spojrzenia, lecz zgaduję, że jest to spojrzenie szczęśliwe i całkiem nieobecne... Pewne patrzy na łabędzie, lekko rozbawiona ich samotnością, rozbawiona bezradnym kołysaniem się tych banalnych kiczowatych przedmiotów, kołysaniem, które im przydaje drugie, być może głębsze dno... „Marie” – woła matka. Chodź tutaj, Marie. Chodź – słyszę to wołanie – do tego widok pałacu w ostatnim blasku słońca... Tak, bo kiedyś w blasku słonecznym szliśmy do Hofgarten. Tss, Marie. Czy znasz, Marie, czary Pani Minne? W nich odbija się cała udręka i całe pożądanie. Tak, Marie, oto życie, oto śmierć, oto cuda...
***
Zbieram poszczególne doświadczenia. Robię to raczej nieświadomie, mam wrodzoną awersję do kolekcjonerstwa – zwłaszcza przeżyć wewnętrznych... Miasto, w którym jestem, dzieli mi się na tak wiele oderwanych fragmentów, że zamazuje się różnica między jedną a drugą jego strefą, między miastem, z którego przybyłem, i miastem, do którego przyjechałem. Nie chcę wykazywać, że wszystko na świecie jest podobne – na miano dekadenta trzeba jeszcze sobie trochę popracować, a praca zwykle mnie męczy... Chcę powiedzieć tylko, że tajemnicze podobieństwa i różnice – w miastach, a także w ciałach, w krajobrazach – w tym wszystkim, co można postrzegać i odczuwać doświadczalnie, tak się mnożą, tak się nawarstwiają, że jedno miasto, jedno ciało, jeden pejzaż, zawiera w sobie niesłychanie wiele innych miast, wiele innych ciał i pejzaży. Miasta fragmentaryczne, pejzaże fragmentaryczne, ciała fragmentaryczne, które w chwilach zachwytu wyodrębniamy jako nową całość – niepowtarzalną i samowystarczalną. Między miastami fragmentarycznymi w ramach jednego miasta powstają przepaści – historyczne, geograficzne, estetyczne, nawet klimatyczne. Między miastami – fragmentarycznymi, stworzonymi w obrębie różnych miast – zachodzą dziwne relacje przyciągania, niejako ponad geograficznym czy czasowym oddaleniem. Zimą rozśnieżone pole pod miastem, w którym teraz mieszkam, przypomina mi moją podróż do Afryki – poprzez rytmiczną powtarzalność, monotonię, poprzez blask jasności, pojawia się wrażenie pierwotnego krajobrazu, które przywołuje wycieczkę na Saharę. Śnieg pod miastem jest jednak czymś całkowicie innym niż śnieg w miejskim parku, który pokrywa gałęzie drzew o najbardziej różnorodnych kształtach, który zalega na dachach barokowych pałaców –śnieg rokokowy, narkotyk dla wędrowcy, lekko ckliwa puszysta dekoracja... Naczynia na wystawie jednego z eleganckich sklepów w dzielnicy, w której mieszam – drogiego snobistycznego butiku – jakby przywołują w swych uśpionych kształtach, w pastelowych barwach, kołysanie się wód Oceanu Spokojnego gdzieś na Polinezji, kontrastując z bauhausowską rytmiką chromowanych naczyń na sąsiedniej wystawie konkurenta... Hall biurowca art-deco z jego geometrycznym chłodem połączonym z przepychem pojedynczych dekoracji, z jego stalaktytowymi sufitami, z jego sterylnym blaskiem wiedzy, władzy i pieniądza, z echem, które się unosi po nieskończonych korytarzach przywołuje świątynie dawnego Babilonu, kiedy jednak przenosimy się do gregoriańskiego cottage na przedmieściach miasta, kilkanaście kilometrów i pół godziny samochodem dalej wkraczamy w inny świat, w inną przestrzeń...
I ci wszyscy przechodzący, te fale, ludzkie ciała w świecie niby tak zuniformizowanym, a przecież nadal nieskończenie różnorodnym (tym bardziej różnym w każdym jego fragmencie, im bardziej odległe fragmenty upodobniają się do siebie) – figury mieszkańców tego miasta, zawierają w sobie wszystkie krainy i epoki, wszystkie rasy i style. Pomijam tu fakt, że miasto etnicznie jest bardzo różnorodne – weź choćby tylko mieszkańców jednej rasy, na przykład białych, którzy dominują w mojej okolicy: drobny urzędnik w elektrowni miejskiej wiąże wąski krawat gestem gracza wyścigów konnych – oto Paryż – lata dwudzieste dwudziestego wieku. Farbowana brunetka – marniutka piosenkarka pop – o jedenastej trzydzieści wstaje z łóżka, naciąga majtki i dżinsy, zakłada bluzkę, podchodzi po zarwanej nocy do lustra w łazience i nakłada szminkę, jej zmęczone oczy, jej jedno obnażone opalone ramie, jej spękane usta, jej czarny tusz do rzęs – to wszystko jak ze snu o jakiejś bliskowschodniej księżniczce... Rzeźnik w sklepie na rogu kroi półtusze elektrycznym nożem – jak z pasji Wolfa Hubera...
Czasem łączę ich w myślach.
Tak, żyjemy w najwspanialszym z niemożliwych światów.
Oczywiście nie należy dać się zwieść fragmentom, szczegółom, pojedynczym przebłyskom... We wszystkim trzeba zachować jakąś ciągłość, potrzeba do tego trochę anonimowości, a trochę nonszalancji wobec faktów (bez której życie byłoby koszmarem albo też szczytem pretensjonalności).
***
Jakie są te wrażenia? Te konkretne... Otóż wczoraj na przykład wracając z centrum miasta do położonej nieopodal dzielnicy, w której mieszkam, postanowiłem na chwilę skręcić w bok.
Nigdy nie wchodziłem w to podwórze, tym razem jednak żeliwna brama ozdobiona ornamentami z końca dziewiętnastego wieku była uchylona. Wszedłem do środka, zapuściłem się w tę nieznaną przestrzeń licząc, że może będzie dało się dojść skrótem do sąsiedniej ulicy... W otoczeniu ciasno zabudowanych monumentalnych rezydencji zobaczyłem na środku przestronnego dziedzińca niski budynek fabryczny – rzecz dziwna w tej dzielnicy –, też zbudowany pod koniec dziewiętnastego wieku, w stylu neogotyckim, na wzór nordyckiej bazyliki halowej. Nad wejściem do budynku ujrzałem rozetę, na której witraż przedstawiał Orszak Dionizosa... Neon „Hurtownia wina i likierów, od 1889...” Z budynku tchnęło czystością, dawno się nie znalazłem u wrót tak sterylnej przestrzeni... Żeliwny dach i obramowania okien lśniły chromowane, do tego ta nieskazitelna czerwień cegieł i biel zaprawy murarskiej... Niewątpliwe budynek ten przeszedł tak zwaną „rewitalizację”. Być może zbudowano go od nowa zgodnie z pierwotnym planem, skoro wydaje mi się, że wymieniono nawet żelazne elementy konstrukcji. Witraż wygląda na autentyczny, ale może go zrobił jakiś mistrz stylizacji na epokę prerafaelitów. Zapewne wnętrze w stylu high-tech. Superkomputery kontrolują sprzedaż drogich roczników ze wszystkich stron świata... In vino veritas – ja tak akurat do końca nie uważam, zresztą nieco bardziej, choć nie bezgranicznie ufam winom niż prawdom; tak czy inaczej napiłbym się czegoś, ale później – pomyślałem. Nie będę zaglądał do środka, wypytywał się, co tu można dostać, bo wtedy ta wizyta przestanie być cudownie bezcelowa...
Plac był wyłożony ciemnym brukiem. Mógł być to bruk oryginalny, ale mam wrażenie, że jest to jakaś sztuczna, łudząco podobna imitacja kostki, którą pod koniec dziewiętnastego stulecia wykładano ulice. Być może zerwano oryginalny bruk, bo w paru miejscach popękał i zastąpiono niemal identycznym... W każdym razie chodziłem sobie po nim lekko oszołomiony, stąpałem po tej gładkiej powierzchni, mąconej niemal niezauważalnie przez jakieś pojedyncze obojętne osoby w firmowych uniformach, tudzież przez chmary wróbli, gołębi a może też jakichś innych ptaków. Raz po raz szukając jakiegokolwiek rozwiązania zadzierałem głowę, patrząc na nienagannie szare niebo i okna wysokich kamienic, które okalały parcelę. Spojrzałem jeszcze raz na postać Bachusa na witrażu, która w marnym świetle pochmurnego dnia była niemal całkowicie zamazana:
widziałem tylko uśmiechniętą twarz przystrojoną bluszczem,
Na ponumerowanych miejscach stały rzędem samochody dostawcze... Po chwili ujrzałem, jak bezszelestnie otworzyły się drzwi hurtowni i wyjechał wózek elektryczny załadowany białymi kartonami z logo firmy (witraż z Bachusem, tym razem monochromatyczny – w ciemnoszarej tonacji). Nie omyliłem się – był to wózek bez kierowcy. Zdalnie sterowany przez jednego ze stojących na uboczu pracowników (wizerunek Bachusa na plecach uniformu – tym razem cały żółty na niebieskim) podjeżdżał pod każdy z samochodów, a inni pracownicy rozpoczynali ładowanie równej ilości paczek do każdego z nich.
Po kolejnym rozejrzeniu się na cztery strony świata dokonałem odkrycia, że idąc wzdłuż jednej ściany hurtowni dochodzi się do furtki, przez którą wyjść można na równoległą ulicę, tą, do której zmierzałem.
Postąpiłem w tę stronę.
Jednak bramy wyjściowej, od strony ulicy, do której chciałem dojść, pilnowała para ciemnoskórych stróżów. Wyglądali na Somalijczyków.
- Pan jest klientem? – zapytał jeden z nich.
Nie odpowiedziałem.
- A ma pan identyfikator? – zapytał drugi z nich.
Nie odpowiedziałem.
- To jest wyjście służbowe – powiedział któryś z nich.
Udawałem, że nie wiem, o co chodzi.
- Cudzoziemiec? Turysta? – zapytał któryś z nich, którykolwiek.
- Nie, przepraszam pomyliłem się, szukałem innego miejsca wchodząc tu, przecież chyba nie będę się wracał – powiedziałem i na pół świadomie wykonałem jakiś dziwny gest kciukiem wskazujący niebo.
Somalijczyków to zamurowało, jeden – ten, który pierwszy zagaił, na oko nie więcej niż dwudziestoletni – jakby czegoś się przestraszył. Drugi, starszy wiekiem, z większą pewnością siebie zaczął mnie lustrować... Na pewno plusem było moje ubranie – ciemnobrązowe trzewiki, snobistycznie odrobinę zaniedbane, czarne sztruksy w bardzo dobrym gatunku, ciemnobrązowy golf, beżowy garnitur w szkocka kratę i brązowy szalik zarzucony niedbale na ramiona – raczej dla dekoracji niż z uwagi na pogodę... Wyglądałem na kogoś ze stosunkowo wysoko postawionych... Nie mogli mnie potraktować jak złodzieja, włóczęgi czy w ogóle jako kogoś, z kim nie tylko nie trzeba, lecz nie można się liczyć, jeśli chce się zachować fason profesjonalisty... Pójdę przed siebie powiedziałem sobie – w stronę wyjścia służbowego – ciekawe czy się rozstąpią, czy jednak spróbują mnie zatrzymać lub zawrócić...
A jednak jakaś dziwna błogość nie pozwoliła mi ruszyć się z miejsca... Czasem mam tak... A oni stali przede mną zadziwieni – moim zachowaniem, choć może i też moim gestem wskazującym na niebo, a może samym widokiem, tego co zwykle szarawego nieba, ku któremu odruchowo skierowali spojrzenia wiedzeni moją dłonią, które wcale a wcale nie zamierzała wieść za sobą nikogo... Staliśmy tak dłuższą chwilę. Rozglądaliśmy się... Czasem nasze ruchome spojrzenia przecinały się, wchodziły w cudownie rytmiczny, na w pół przypadkowy kontrapunkt.
Spojrzałem w końcu odruchowo za siebie... W czasie tej krótkiej chwili kilka załadowanych samochodów dostawczych opuściło posesję główną bramą. Właśnie pojawiły się nowe... Dyskretna, niemal nie słyszalna, niemal niewidzialna bezszelestna zmiana... Z jakiejś bocznej bramy, której wcześniej nie dojrzałem, wyjechał wózek widłowy, też zdalnie sterowany, nie widziałem przez kogo...
Aż nagle pojawił się mężczyzna w granatowym swetrze z dyskretnie wydzierganą żółtawą podobizną Bachusa, pod firmowym sweterkiem z klasycznym wycięciem „w serek” ukryta była biała koszula i wąski czarny krawat... Kierownik warty albo coś w tym stylu...
- Pan zabłądził? – pyta uzyskując w odpowiedzi tylko lekkie skrzywienie moich warg, rozluźnionych w niezwykle przyjacielskim uśmiechu.
- Ależ oczywiście – mówi po lustracji mojego ubioru. Niech Pan jednak pamięta, kiedy pan po raz drugi odwiedzi naszą firmę, że to wyjście służbowe, tylko dla naszych pracowników... A poza tym polecamy sieć naszych sklepów detalicznych...
Wyciągnąłem dłoń. Uścisnął ją serdecznie.
Podszedł potem do wyjścia służbowego i przyłożył do bramki jakąś kartę. Zapaliło się zielone światło. Popchnąłem bramkę i przeszedłem... W ostatniej chwili odwróciłem się i zagaiłem ku nie mu.
- Nie omieszkam niedługo tu zawadzić i zamówić kilku roczników wybornego wina, którym Państwo handlują. A to w dużej mierze dzięki pańskiej życzliwości i pomocy. Choć skądinąd nie wątpię, ze jakość asortymentu Państwa firmy mówi sama za siebie.
- Miło mi. Polecam się na przyszłość – powiedział tonem, który mógłbym nazwać bardzo uprzejmym odburknięciem.
Odwróciłem się i już nie patrząc na niego powiedziałem uprzejmie „do widzenia, Panu”. Usłyszałem odpowiedź, ale bardzo cicho. Pewnie poszedł też w swoją stronę, nie wiem, nie obejrzałem już się.
Ten kierownik warty to całkiem sprytny gość. Mogłem być zagubionym dystyngowanym dżentelmenem, mogłem być też jednak jednocześnie niebezpiecznym szaleńcem. Niedoświadczony szef ochrony zachodziłby w głowę, jakie mam intencje. A on niczego w swej głowie ani nawet poza nią nie dochodził, zakładał, że każda intencja z mojej strony jest równie prawdopodobna i równie naturalna. Dostosowywał się do mojej formy zachowania i w każdej chwili mógłby zmienić swoje zachowanie, zależnie od zmian, które by zaszły po mojej stronie. On nie interpretował, tylko trzymał się faktów. I, bez szczególnego uprzedzenia wobec mnie, liczył się z tym, że po chwili uprzejmej pogaduszki, może pojawić się konieczność sięgnięcia po rewolwer. Takie stoickie a jednocześnie pragmatyczne podejście jest idealną filozofią działania w tym mieście – gdzie pewnie wielu takich jak ja szwenda się po różnych przypadkowych miejscach mając dość niejasne intencje...
Znalazłem się na zewnątrz... Po wydostaniu z tego dziwnego, wcześniej nieznanego terytorium oszołomił mnie widok ciasnej i ruchliwej ulicy zabudowanej szarymi ośmiopiętrowymi kamienicami, przetykanymi gdzieniegdzie przez nowoczesne plomby ze szkła... Mnóstwo sklepów, butików, kawiarnie, samochody i tak dalej, bliżej i dalej: a więc w każdym razie znowu w tłumie... Minąłem sklep ze sztuką starochińską, kantor filatelisty, jakieś dwie drogie i przeciętne knajpy z owocami morza, drugstore, markowy sklep z damskimi torebkami. Przy domofonach do lokali mieszkalnych złocone tabliczki oznaczały mieszczące się na górnych piętrach kamienic kancelarie adwokackie, agencje reklamowe, pośredników nieruchomości, wróżbitów różnej maści (tarot, wróżenie z fusów, lanie wosku, chiromancja)... Zatonąłem w rytmie tej ulicy – rytmie cichym i niespiesznym mimo tłoku, mimo urywanych klaksonów, mimo muzyki lecącej z ustawionych na chodniku straganów z hot-dogami... Czułem jakbym stał w miejscu, a tylko sam chodnik się poruszał i niósł mnie przed siebie w nieskończoność z prędkością być może ponaddźwiękową, a w każdym razie z prędkością, która była tak wielka, że jej się nie odczuwa, jak każdej wielkiej prędkości... Z tych rojeń wywabił mnie fakt, że nie miałem już więcej papierosów... Nie jestem nałogowcem, w zasadzie nie może mi się coś takiego jak jakikolwiek nałóg przydarzyć z racji mej natury, ale ostatnio bardzo lubię palić – papierosy dodają anonimowości. Więc musiałem zajrzeć do baru, który zgodnie z kalkulacjami odnalazłem przy pierwszej lepszej przecznicy koło zejścia do metra. Bar był ciemny, tylko dwie albo trzy kuliste zakurzone lampy dawały czerwonawe światło. Papierosy sprzedawali w odrębnej kasie tuż przy wyjściu. Obsługiwał Chińczyk, tyczkowaty, niemal dwumetrowy, zaskakująco wysoki jak na Azjatę, przy tym bardzo kościsty, przygarbiony, szpakowaty, nosił grube okulary w czarnej plastikowej oprawie... Papierosy kosztowały 3 i pół. Dałem pięć. Bez słowa wydał mi reszty, chyba nic w ogóle do mnie nie powiedział, ale uśmiechał się uprzejmie. Zajrzałem w głąb lokalu. Wysokie stołki barowe, w głębi sali skórzane purpurowe meble, na sofie siedział wygodnie jakiś grubas, którego twarzy z oddali nie widziałem i zajadał befsztyk... Być może skąpe światło i purpura, być może wzrok Chińczyka, być może moja angielska marynarka – nie wiem, który z tych szczegółów sprawił, że poczułem się w tym przeciętnym lokalu jak w mafijnym klubie w Szanghaju z lat 30 dwudziestego wieku. Bliżej mnie, przy podłużnym barze trzy osoby siedząc na stołkach piły piwo... Dwóch facetów w eleganckich garniturach, których twarze były już jednak wyraźnie podniszczone, być może dlatego patrzyli się ciągle na wprost baru, żeby nikt ich nie oglądał poza kelnerem, który w życiu musiał już oglądać wiele twarzy, w tym także – choć nie zawsze – bez stereotypów – podniszczonych... Do tego, trochę z boku wysoka, mocno zbudowana kobieta w skandynawskim typie... Czarny kostium ze spodniami, do tego biała bluzka... Bardzo męski typ, pewny siebie, może dlatego pozwoliła sobie rozpiąć dwa guziki bluzki, tak że sprężysty mlecznobiały biust niemal się wylał zza stanika...
...Jeszcze raz patrzę na nią: Jasne, niemal białe włosy, bardzo jasna karnacja, mocno malowane usta. Ciemne okulary. Pali cygaro. Czyta „Dziennik” George Sand. A więc siadam za barem z zapalonym szlugiem i proszę o małe piwo... Białe piwo z cytryną... Płacę od razu, resztę wrzucam do puszki na napiwek. Parę łyków piwa... Oddalony od ludzi, koło których siedzę, wycofany jak oni (tylko nie wiem, w co mam być wycofany, bo na pewno nie w siebie)... czuję nagle, że opływa mnie to skąpe światło lamp i narasta we mnie, rozpromienia moje mięśnie, czyniąc całkowitą pustkę i niepamięć w mojej głowie... czuję mocne uda i pośladki mężczyzn siedzących wokół mnie, czuję napięcie swoich ud, czuję uda kobiety – bardzo silne, a jednak bardziej miękkie, promieniejące przeze mnie swym ciepłem i zapachem... czuję, jakbym łączył z nimi te uda – bez dotyku, w jakiejś dziwnej przed-erotycznej grze, jakbym łączył się z nimi, niczym z tropikalnymi roślinami, które zasadziłem i wyhodowałem... czuję jakiś metaliczny gong, którego echo rezonuje w przestrzeni – żeby pustka mogła zrodzić materię, musi najpierw drżeć, oddziaływać ze sobą. Z „realnych zdarzeń” dostrzegam tylko, że jeden z mężczyzn czyta gazetę... ”koń, który został jakoby zastrzelony przez szaleńca... w istocie został zamordowany na zlecenie jednego z konkurentów – wielka afera na wyścigach”... przymykam oczy... kochani... w tym przeciętnym barze... czy jest lepsze życie... czuję jakiś dreszcz w okolicach lędźwi... nie spuszczając się mam jakiś dziwny orgazm, jak dojrzała rozpieszczona kobieta... jak sama matka Ziemia...
Zostawiam jeszcze trochę piwa na dnie, rozpłaszczam peta w popielniczce (popielniczka jest trójkątna i zielona z logo Heinekena)... Wiem jedno, niemal od zawsze czuję jakieś erotyczne podniecenie przed zmierzchem bądź przed deszczem... Wychodzę, kiwam głową kelnerowi, mężczyzna z gazetą jest uprzejmy – mówi do widzenia – odwraca się przy tym w moją stronę ryżawą lekko pomarszczoną i przepitą twarzą sfrustrowanego notariusza koło pięćdziesiątki...
Rzeczywiście nie myliłem się... pada deszcz na dworze... tak jak często w tym mieście... będzie padał jeszcze na pewno cały dzień... A ja jak zwykle zapomniałem parasola... Deszcz, jakieś przypadkowe podwórze... Takie są właśnie doświadczenia, które zbieram...
***
....Kolejny pociąg mknie pod moim oknem... Okno w kuchni wychodzi wprost na stację metra, która w tej części miasta biegnie już nad ziemią na dziesięciometrowej estakadzie... Od czasu, kiedy wprowadzili przezroczyste wagony, każdy przejazd jest świętem dla wszystkich moich zmysłów... Z mojej perspektywy pasażerowie zamknięci w cudownie przezroczystych klatkach są jak efemerydy, które chciałyby w sztucznym świetle błyszczącym wewnątrz wagonów jak najpełniej przeżyć swój jedyny dzień, jedyny moment życia i w tym celu przybierają jakąś specyficzną, wykręconą pozę. Głowy zwieszone między kolanami. Tułowie kołyszące się na rękach wczepionych w metalowe poprzeczki, nogi założone na nogę... Odjeżdżają – już tracę ich, w oddali umykają czerwone światła zaczepione z tyłu pociągu... Pojedynczy ludzie pozostają na platformie peronu – szarej, oświetlonej bielejącym światłem, nie wiadomo na co czekają, skoro pociąg przyjechał tuż przed chwilą. Jakieś dwie pochylone postacie siedzą zgarbione na plastikowych krzesełkach wymazanych sprayem, wyraźnie przysypiają, pewnie ćpuny... Ktoś nerwowym, wyraźnie zawiedzionym krokiem chodzi po peronie próbując wysłać sms-a. Nieudana randka z internetu, ktoś zrobił go w konia i nie przyszedł na umówione spotkanie? Może tak być, może być inaczej... Tyle rzeczy widzę...
Chciałbym, żeby wszystkie budynki były przezroczyste, bez żaluzji, bez zasłon, bez przyciemnianych szyb i żeby odeszła całkiem noc, która przeciwstawia się tej przezroczystości. Chciałbym widzieć przestrzeń wszystkich mieszkań, powierzchnie wszystkich rzeczy martwych, mapę wszystkich ludzkich ruchów. Chciałbym też, żebyście teraz zobaczyli mnie – przy oknie, niemal nagi (niedbale owinięty ręcznikiem) z papierosem w dłoni, którym jeszcze z roztargnienia nie zdążyłem się zaciągnąć (spalił się ukradkiem prawie cały) wsłuchany w pierwszy kontrapunkt „Kunst der Fuge”, przeglądam jakieś notatki – chyba początek (a może projekt środka) niniejszego protokołu, a może pomysły do pracy, o której jeszcze powiem – jedno z drugim w chwilach zmęczenia czasem mi się miesza...
Przezroczyste budynki. Nie miałoby to nic z prostej ciekawości, nie miałoby to wiele z obiegowo traktowanego podglądactwa. Interesowałyby mnie nie tyle pojedyncze osoby, ich losy, ich zachowania, ale wielka ciągłość, jaką tworzą ludzie i rzeczy w przestrzeni jednorodnej, choć poszatkowanej pionami, poziomami, liniami skośnymi i krzywymi. Zwłaszcza duże skupiska ludzi, przedmiotów, tudzież zwierząt – wielkie kamienice i bloki, o szklanych ścianach – to byłoby wspaniałe – interesowały by mnie te godziny, kiedy w przezroczystych wnętrzach zapalają się światła, kiedy setki postaci uwijają się na pół świadomie zjednoczone w swoich ruchach – zjednoczone z geometrią swoich mieszkań, ze światłem, które zalewa szklane klatki, z przejrzystymi ścianami budynków. Nigdy nie podglądałbym – przynajmniej nie na dłużej – żadnej określonej osoby.
Ktoś mógłby powiedzieć, że wtedy zanikłby wstyd. Być może... a razem z nim bezwstydność. Podglądanie pojawia się wtedy, gdy nie można czegoś zobaczyć, a tę niemożliwość podglądacz traktuje dosłownie i konwencjonalnie – jako przesłonięcie pola widzenia przez ściany czy na przykład zamknięte albo, co najwyżej, lekko uchylone drzwi. Kiedy ściany byłyby przezroczyste, znikłaby tajemnica, która jest zawsze wyjściową i niezbędną podstawą typowo mieszczańskiego podglądactwa.
Jednocześnie pojawiłaby się nowa tajemnica, dotycząca tego, co obnażone, lecz nie mniej oddzielone, nie mniej niedotykalne niż gdyby miało zostać otoczone pomalowanym na czarno betonowym murem. Nie można byłoby mówić, że między obrazem tego, co widziane, a patrzącym nie byłoby żadnego rozdzielenia. Wciąż byłaby granica. Tyle że nie granica widzialności, ale „czysta granica”, najbardziej źródłowa, najstraszniejsza. I trzeba umieć się uczyć przezroczystych barier, bo ku nim właśnie zmierza świat.
Poza tym zgadzam się z jednym – jeżeli znikną ściany, jeśli zniknie mrok, zniknie też i wewnętrzność – komfort bycia zamkniętym we własnej świadomości. Ale pozostanie daleko większa ekstaza – ekstaza tego, co zewnętrzne i obce...
Przezroczysta, ledwie widzialna bariera szklanych ścian zapewniłaby intymność patrzących na siebie i poznających się. Intymność w obnażeniu, nie w ukryciu. Nikt nie musiałby stać się niewidzialnym, żeby czuć się niedotykalnym, gdyż byłby nietykalny, niepojmowalny, autonomiczny w swej nagości wystawionej na pokaz.
Jeżeli wtedy można byłoby mówić o podglądactwie, byłaby to nowa, nieznana forma voyeryzmu, przepraszam... wampiryzmu.
Bo tam, gdzie w ogóle możliwa jest percepcja, zawsze wewnątrz postrzeżenia i zawsze wewnątrz doznania jest granica, jest to, co pośredniczy... Trudno określić w sposób jednoznaczny, czy to, co jest po jednej stronie granicy, można nazwać podmiotem, a to, co po drugiej – przedmiotem (i co po której stronie?) – jednak granica jest tym, co najbardziej oczywiste. Inaczej nie ma postrzeżenia, inaczej nie ma życia. Zniesienie dystansu wobec tego, co się postrzega – rozumem i zmysłami, zniesienie rozwarstwienia każdej, najprostszej nawet rzeczy, zniesienie różnicy ukrytej w ramach każdego, pojedynczego nawet doznania, zwykle równa się śmierci. A nawet jeśli nie – równa się na ogół niemożliwości dalszego doznawania, zlaniu w bełkot albo w obojętność.
Utrata dystansu to niemota i obłęd...
Obojętny jest dla mnie widok klatki schodowej w moim budynku, kiedy oglądam po prostu schody i poręcze, które nie mówią absolutnie nic i o niczym – o nich ani o czymś innym nie mogę wtedy myśleć. A jeżeli – same w sobie – miałyby mi w ogóle coś powiedzieć, to ich głos byłby tylko echem jakiejś pustej formy lęku, który brałby się z mojej jaźni, kiedy bym próbował na nowo nadać sens i treść temu, co obojętne i martwe. Ale kiedy jednak widzę tę klatkę zza szyby na półpiętrze, spomiędzy szczeliny drzwi, którą rozwieram wychodząc z mojego mieszkania, od razu ten sam obojętny widok staje się pojmowalny, pełen różnych możliwych odpowiedzi i pytań.
Postrzegać coś zza czegoś, spomiędzy czegoś, zza jakiegoś parawanu posługując się jakąś pośrednicząca maszyną (kamerą filmową, aparatem) – tak po prostu jest lepiej. Zapomnieć o innych postrzeżeniach.
Ale najlepszą barierą, najlepszym zapośredniczeniem jest, jak już mówiłem, to, co przezroczyste... Na szczęście tam, gdzie materia nie daje mi żadnej przesłony, potrafię w świadomości wstawić pomiędzy siebie a to, czego doznaję, cienką przezroczystą szybę.
***
Na ogół późne wieczory spędzam w swoim mieszkaniu... To znaczy – z reguły gdzieś wychodzę – po papierosy, na jednego drinka, albo tak po prostu... Ale zwykle (wyjątki czasem bywają) jeżdżąc nocą do centrum, nie odwiedzam najmodniejszych lokali, a w związku z tym nie baluję do rana. Może dlatego, że moja dzielnica niewiele ustępuje centrum pod względem wielkomiejskości, też jest tu sporo do roboty w nocy, a przy tym czuję się w niej trochę bardziej dyskretnie – zarówno bardziej przytulnie i bardziej anonimowo. Lecz tutejszych modnych lokali też unikam, a raczej – będąc ścisłym – nierzadko do nich zachodzę, lecz długo nie zabawiam. Piję małego drinka w czasie, w którym niejeden stały bywalec dopiero kończy się witać w progu z dobrze mu od dawna znajomym towarzystwem, płacę, zostawiam napiwek i już jestem gdzie indziej.
Z reguły mam w tych lokalach jakieś dziwne spotkania – na pół przypadkowe i paradoksalne. Trudno mi wytrzymać ich śmieszność, ale też i grozę. Często widuję ludzi, którzy byli kiedyś moimi podwładnymi, albo wykonywali dla mnie jakieś prace. Teraz dostatni, zamożni, totalnie rozbawieni porzucili mnie, zapomnieli o mnie, czemu się nie dziwię, nie powiem, że nie mam o to do nich ani krztyny żalu, bo gdybym to powiedział, nikt by mi nie uwierzył, właśnie z racji tego, że to powiedziałem. W takim razie powiem jeszcze więcej – umiarkowanie (choć bez szczególnej przesady) cieszę się, że o mnie zapomnieli, a już na pewno często mnie to bawi. Stylizują się na panów tego świata – wspaniałego świata, chociaż widziałem niejako ich od kuchni – widziałem ich w stanie największego poniżenia, ogłupienia, zniewolenia, fizycznej i umysłowej katorgi. Są tak pewni siebie, że któryś z nich mógłby mnie spróbować potrącić lub zwyzywać, gdybym powiedzmy wpadł na niego jakoś przypadkowo. Nie tylko mnie, żeby nie było, że jestem jakiś przeczulony. Tacy po prostu są, takimi po prostu mają prawo się czuć w błysku nocy nasyconej neonami rozświetlającymi plastikowe ciała i wnętrza. Ale za dnia z nimi bardzo różnie bywa.
Jeden z nich pracował jako architekt wnętrz. A ściślej biorąc był doradcą do spraw klamek... W jaki sposób na niego się napatoczyłem?
Było tak: niedawno postanowiłem kupić sobie meble, bo te, które pozostawił poprzedni właściciel mieszkania, nie były w dobrym stanie – zresztą – uprzedzał o tym lojalnie, nie chcąc za nie dodatkowych pieniędzy, a nawet oferując, że dołoży trochę za koszty zwózki na śmieci... Tak źle nie jest, synu, pomyślałem wtedy – za te meble dałoby się pokrajać niemało przedstawicieli klasy średniej niższej, nie mówiąc o obywatelach krajów uboższych od tego, w którym żyję... No ale potem okazało się, że właściciel miał jednak całkowitą rację przynajmniej w stosunku do jednej czy dwóch szafek, które jakimś cudem się rozpadły – nie pamiętam już dokładnie, w jakich okolicznościach, za sprawą mego działania czy też za sprawą działania sił zewnętrznych... W zasadzie te szafy nie były mi kompletnie do niczego potrzebne – nie mam aż tak wielu ubrań, w tym, co zostało, mógłbym wszystko zmieścić. Poczułem jednak swego rodzaju telepatyczną lojalność wobec dawnego właściciela, z którym zawarłem coś na kształt zakładu o to, czy dokupię nowe szafy w miejsce tych dwóch rozklekotanych. Uznałem, że wypada stwierdzić swą przegraną (miałem nawet zadzwonić i powiadomić go o tym, jednak zapomniałem zapisać telefonu). No i przy okazji przeglądając setki różnego rodzaju ofert dałem się namówić na bardziej radykalną przebudowę wnętrza.
Dobry sklep z meblami mieścił się tuż na granicy centrum miasta... Polecała go nawet wysoko-nakładowa gazeta w weekendowym dodatku „Dobry styl”... Gdy trafiłem tam, okazało się, że meble są w cenie przeciętnej urzędniczej płacy za sztukę średniej wielkości (powiedzmy – jedną sofę) i do tego wykonuje się je wyłącznie na zamówienie klienta... Nie była to dobra wiadomość – chciałem coś dostać od razu, najlepiej trochę tańszego... ale ponieważ sympatyczna pani bardzo namawiała, zdecydowałem się – nie tyle przez nieśmiałość czy przez skuteczność jej perswazji (w zasadzie w ogóle nie słuchałem, więc nie mogę przytoczyć w niniejszym protokole szczegółowych argumentów o wyższości mebli robionych na zamówienie nad meblami gotowymi – nawet dobrej firmy), ale przez najzwyczajniejszą w świecie obojętność. Bywa czasem tak...
Po trudnym wyborze kształtu, koloru i rodzaju materiałów, z których miały być wykonane szafki, stół i krzesła, przyszedł czas na klamki, których nie pozostawił w schedzie poprzedni właściciel mieszkania, nie licząc drzwi wejściowych...
Tam go właśnie spotkałem... Był wysoki, smukły, lecz nie przesadnie wychudzony, na pewno był wysportowany... Styl odrobinę latynoamerykański – ewidentnie solarium, bardzo ciekawe, jak nordyccy biali tego świata usiłują stylizować się na tych, których mają w pogardzie... Ubrany był elegancko, ale z pewnym luzem, bo – bez przesady – to nie bank, tylko drogi awangardowy sklep z meblami: sportowa ciemna marynarka zarzucona na czarne eleganckie polo...
Nigdy nie zetknąłem się z tak głęboką znajomością tematu... Jakiegokolwiek tematu. Ile w tym mieście różnych miejsc, z których można wyczytać całą historię świata widzianą poprzez jeden tylko towar, albo przynajmniej odkryć jakiś inny wszechświat, niemal kompletnie samowystarczalny... Co do mnie, to współczesny kapitalizm powoduje, że staję się ascetą, gdyż nie mogę od pewnego czasu połapać się wśród tysięcy rozmaitych bytów, które nie są stwarzane a produkowane... Uwaga na marginesie dla różnej maści demiurgów – nie tworzy się świata, ale produkuje. A produkcja współcześnie oznacza często reprodukcję. To w jakiś sposób uzasadnia to, co już wcześniej powiedziałem.
Przed facetem od klamek miałem już kiedyś podobne doświadczenie. Poszedłem raz jeden kupić pędzel malarski... Cóż prostszego. Nie pamiętam co prawda powodów, dla których uznałem ten zakup za niezbędny, w każdym razie decyzja została podjęta w sposób bardzo klarowny i wydawała się nader prosta do realizacji.
Sklep, na który natrafiłem posługując się wcześniej internetową bazą danych, nazywał się po prostu „Pędzle świata”. Był stosunkowo najbliżej mego domu, niedaleko od trasy moich zwykłych przechadzek. Jak się okazało – jeden z kilkunastu tego typu zakładów na terenie miasta. No proszę, a wcześniej bym obstawił, że pędzle sprzedaje się w sklepach z artykułami malarskimi, zaś sklepów specjalizujących się wyłącznie w obrocie tym właśnie artykułem zwyczajnie nie opłaca się prowadzić.
Trafiłem tam. Tuż przed wejściem do środka wyobrażałem sobie, że zastanę stosunkowo zapuszczony sklep a w nim sprzedawcę o ziemistej cerze, najpewniej wąsatego, odzianego w niebieskawy drelich i czapeczkę baseballową (z logo firmy, logo ulubionej drużyny koszykarskiej albo też z jakimkolwiek innym), który będzie mówił przez zachrypłe gardło z dziwnym, sepleniącym akcentem, po którym nie będę pewien, czy jest cudzoziemcem, czy tylko za dużo w życiu wypił i wypalił. Pchnąłem drzwi, usłyszawszy od razu dźwięk „promenady” z „Obrazków z wystawy” Mussorgskiego, taki alarm, który miał zasygnalizować ekspedientowi pojawienie klienta. Motyw był w ogóle dziwnie zniekształcony, grało go chyba z taśmy jakieś elektryczne pianino, staccato, z synkopami, jakby mieli z niego zrobić jakiś avant-jazz albo muzak do chill-outu.
Sprzedawca mnie zaskoczył – grubawy dżentelmen, raczej niski, od ucha do ucha rozpromieniony w miarę szczerym uśmiechem, od stóp do głów odziany w elegancki garnitur, wypachniony średniej klasy perfumami.
Pełen rozterek wyjawiłem, że przyszedłem do jego zakładu kupić pędzel, chociaż może w tym sklepie mówić o tym było nazbyt oczywiste.
- Jakiego typu włosie życzy Pan szanowny? – zapytał wtedy ekspedient.
- Zwykłe.
No i okazało się, że włosie „zwykłe” nie występuje w nomenklaturze współczesnego obrotu pędzlami. Mogło być to włosie ze sztucznych tworzyw, przy czym ilość różnych odmian, które wymieniał, przyprawiła mnie od razu o ciężki zawrót głowy. Włosie zwierzęce, ze stworów najróżniejszych gatunków, oczywiście także wchodzi w grę. Można również nabyć, jak się dowiedziałem „włosie półnaturalne”. Zapytałem, czy można nabyć pędzel z włosiem ludzkim, co swoją drogą odpowiadałoby prawie doskonale pojęciu włosia „pół-naturalnego” – lecz sprzedawca otworzył tylko usta, wybałuszył oczy i skinął ku mnie jakoś tak, że mogło to oznaczać „dla specjalnego klienta wszystko się da załatwić”... Nie zareagowałem a ekspedient, być może lekko rozczarowany brakiem podchwycenia jego gestu, przeszedł do kwestii wyboru odpowiedniej rączki – czy z drewna, czy z plastiku, czy z metalu, czy z innego tworzywa, a niezależnie od tego – jaki profil? Ponieważ byłem bezradny, sprzedawca zaczął wypytywać do jakiego rodzaju powierzchni i do jakiej farby ma posłużyć pędzel. Należy bowiem pamiętać, że w zależności od jego komponentów farba w różny sposób osadza się na włosiu – w jednym przypadku bardziej obsycha usztywniając je, dzięki czemu samo może się wykruszyć a pędzel nadaje się do umycia i ponownego użytku z wykorzystaniem zupełnie innej farby, w innym zaś przypadku nieszczęsne włosie skleja się ze sobą. Różna giętkość włosia wpływa również na jakość malowania – włosie miększe oznacza mniej wysiłku mięśniowego podczas pracy, lecz z kolei farba może bardziej chlapać i trudniej zachować jest precyzję. Z kolei jednym z wielu kryteriów wyboru rączki stanowi czas, jaki średnio zajmuje malowanie na drabinie. Badania psychofizjologiczne wykazały bowiem, o czym, jak myślę, nie ma pojęcia większość malarzy pokojowych, że malarz stojący wysoko na drabinie nieco inaczej rozkłada napięcie mięśni przedramienia oraz dłoni trzymającej pędzel oraz
Tak więc niczego nie można kupić tak po prostu. Za każdym gatunkiem czy podgatunkiem towaru kryje się nieprawdopodobnie szczegółowa wiedza, właściwego wyboru należy dokonać analizując nieskończone ilości parametrów. W przypadku pędzli nie mogłem zachować się inaczej, jak tylko wybrać na chybił trafił siedem sztuk (bardzo żałując wielu innych, które jednak musiałem jakoś pominąć, chcąc by zakup zmieścił się do podręcznej torby), nie chcąc nawet ich oglądać podczas pakowania. Dodam, że pędzel nie był mi jakoś bardzo potrzebny, a fakt posiadania aż siedmiu sztuk spowodował, że ostatecznie nie zdecydowałem się użyć żadnego. Musiałbym bowiem odtworzyć w pamięci informacje, jakich udzielił mi sprzedawca na temat walorów, które ma każdy przyrząd, i zastanowić się, który byłby najwłaściwszy do drobnej pracy, której zamierzałem dokonać, charakter tej pracy był też dla mnie niejasny.
Ale przecież nie mogę tak postępować z każdym towarem, dlatego uznałem, że muszę ograniczać się.
W odniesieniu do klamek został mi zaprezentowany jeszcze większy wachlarz asortymentu niż w przypadku pędzli, poczynając od prostych dzieł minimalizmu uwielbianych przez młodych karierowiczów aż po klamki falliczne chętnie kupowane przez samotne wdowy...
- Ta klamka może być zbyt chłodna, niewątpliwie jest w niej dużo zimna. Ale za to znakomicie kształtuje optyczną przestrzeń pomieszczenia.
- Tutaj motywy zwierzęce mogą być kontrowersyjne dla tych, którzy bardzo lubią oszczędność, ale myślę, że ta klamka jest wyjątkowo ciekawa. Nie jest to typowy ornamentalizm. Jest to klamka dość odważna a jednocześnie jednak mało pretensjonalna, zgodzi się Pan chyba, że nie jest zanadto manieryczna.
Mówił o tych klamkach tak, jakby od ich wyboru zależało, jak się potoczy moje własne życie – jakiej sztuki stanę się aktorem. Oczywiście, przepływ towarów i pieniędzy, a więc duża część życia, jest czymś jak najbardziej realnym, ale już oferowanie towarów jest także w pewnym sensie czymś ściśle teatralnym, a zresztą z teatrem również związana jest produkcja rekwizytów i przepływ pieniędzy z tytułu kosztów produkcji, gaż i wpływów za bilety – tak więc mówienie o teatrze nie jest czymś sztucznym, a skądinąd ma tu znaczenie zgoła nie szekspirowskie i nie fatalistyczne – przynajmniej w prosty sposób. W każdym razie do rzeczy – jeżeli wybrałbym klamkę o wzorze spotykanym za czasów Ludwika XIV, może moje życie stałoby się chłodną, romanizującą, klasycystyczną opowieścią o Ariadnie w rękach jej wewnętrznego Minotaura, gdybym z kolei wybrał klamki wiktoriańskie – musiałbym wybierać między opowieścią o anyżkowych ciasteczkach, gotyckim kryminałem a historią o miłości występnej, która kończy się u bram więzienia w Reading, chociaż z tym ostatnim mogłyby być trudności z uwagi na zmianę rygorów w kwestiach obyczajów.
Ktoś mógłby powiedzieć, że zmarnował swój talent. Mógłby odświeżyć nowoczesną powieść tworząc zawikłane historie widziane z perspektywy klamek umieszczonych w pokojach, w których te a nie inne, pełne pasji zdarzenia miały miejsce... Byłoby to o tyle fascynujące, że klamki postrzegałyby ludzi na poziomie bioder, tej najważniejszej, najbardziej dynamicznej, najbardziej jednocześnie anarchicznej a niedocenianej przez mówców i pisarzy części ludzkiego organizmu.
A zresztą – komu on tych klamek nie doradzał. Moja skromna postać mogła być zaszczycona figurami, które przetoczyły się przez ów sławetny sklep. Nie omieszkał się pochwalić swoimi klientami: ambasador, jakaś pani minister, gwiazda country and western i jeszcze paru innych. Ale nie sądzę, żeby marnował jakikolwiek talent: był znakomitym sprzedawcą.
Zamówione klamki (zaraz muszę zrobić krok i zobaczyć, jakie – rozczaruję was, bo są dosyć proste i trudno mi je zakwalifikować do jakiegoś stylu – jak na modernizm zbyt mało kanciaste) miały być dostarczone w tym a tym terminie.
...A jednak musiałem czekać dzień dłużej... W dniu odbioru klamek doradca zadzwonił na moją komórkę i oświadczył mi łkającym głosem dziecka, które z góry spodziewa się nagany, choć niekoniecznie musi ona nastąpić. Dopadła go wyjątkowo paskudna epidemia grypy, jednak musiał pracować w trosce o dobro swoich klientów, w dodatku w nadgodzinach, przez co z roztargnienia zapomniał na czas przekazać mojego zamówienia do kierownika produkcji, zrobił to z jednodniowym opóźnieniem i z takim opóźnieniem przyjdzie odbiór towaru.
Nie wiem, co mi odbiło, lecz trochę się uniosłem, po czym zapowiedziałem mu, że mam ochotę porozmawiać z jego przełożonym na tematy, które mogą pośrednio się przełożyć na kwestie jego dalszego zatrudnienia... Niezwykle się przestraszył... Bał się, że z mojej przyczyny zostanie usunięty... A w ogóle to mi mówił, jak bardzo ciężko pracuje... Nie jest to prawdą, że pracuje mniej więcej od otwarcia do zamknięcia... Pracuje znacznie więcej. Jeździ też do wyjątkowo ważnych klientów i doradza na miejscu. To, że ja nie okazałem się wyjątkowo ważny, co wynikło pośrednio z jego wypowiedzi, było dla mnie wyjątkowo komfortową sytuacją, oznaczało, że nie jesteśmy w jakikolwiek sposób bliżej zobowiązani względem siebie.
(W końcu nie porozmawiałem z jego przełożonym. I tak – bardziej niż bym tego chciał – obnażyłem go).
Kilka tygodni później spotkałem go w jednym z modniejszych lokali w towarzystwie, z którego zwłaszcza zapamiętałem dwie kobiety – ubrane na biało blondynki, nienagannie odchudzone, wspaniale opalone na solarium (mocno, lecz bez kiczowatej przesady), wspaniale farbowane na swój jasny blond. Dobrze opłacane, rzetelne sekretarki w dobrych firmach brylujące po kilku caipirhiniach niczym gwiazdy kina – takie, jakimi gwiazdy kina są w ich wyobrażeniach. Non stop usiłował je jakoś emablować – opisywał egzotyczne przekąski, które polecali w ramach „specjalności tygodnia” – typu ryba serwowana z jakimś bardzo rzadkim owocem – rozwodził się na temat tego, jak smakują w kraju, z którego danie pochodzi (oryginalniej więc lepiej itd.)... Niespecjalnie mu szło z tym podrywem, mógłbym go w tej kwestii odrobinę pouczyć... Pouczyć zwłaszcza w kwestii tego, że nie należy mówić aż tak wiele, chyba że się napotyka na specyficzny typ perwersyjnych intelektualistek (a one do nich nie należały), że należy wobec kobiet być uprzejmym, ale nie sprawiać wrażenia, że się nadmiernie zabiega. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio wcieliłem w życie te wielce ważne zasady, ale to nie kwestionuje ich słuszności – jeżeli nawet moje doświadczenie było skromne (a mogło być inaczej), uznajmy, że jak mało komu wolno mi powiedzieć, iż zasady te mają w życiu towarzyskim charakter aprioryczny..
Nie pouczyłem go jednak, bo po pierwsze – nie jestem zwolennikiem dawania rad mężczyznom, zwłaszcza rad dotyczących uwodzenia kobiet. Kobietom też rad nie udzielam, ani dzieciom, lecz przyjmijmy półprawdę, że łatwiej dałoby się tutaj nakłonić moje do wyjątku. Po drugie – i to o wiele ważniejsze – nie jestem pewien, czy on chciał je uwieść, a w każdym razie czy to było zasadniczym celem jego zachowania. Po prostu chciał brylować, a ja w jego towarzystwie czułem się nieśmiało, jak nigdy wobec nikogo.
Bo nikt od niego się nie zachowywał się wtedy bardziej wielkopańsko... bo nikt tamtej nocy, nikt pośród tamtych sztucznych świateł i tamtych plastikowych mebli, farbowanych włosów i smakowitych specjalności tygodnia nie był w większym stopniu władcą, nikt nie był stworzony w takim stopniu jak on do panowania nad światem, który prowizorycznie sobie produkował po skończeniu dziewięćdziesięciogodzinnego tygodnia pracy, przepracowanego za w miarę przyzwoite pieniądze okupione ciągłym strachem przed zwolnieniem... To właśnie te chwile, kiedy człowiek przez krótki czas może znaleźć się na szczycie, wyniesiony nad innych. Zawsze to wymaga poświęcenia, bo każdy triumf jest okupiony godzinami łez przed i po – niewiele jest wyjątków (jeżeli jednak kiedykolwiek osiągnąłem jakiś triumf – zdecydowanie jestem takim wyjątkiem).
Spojrzał na mnie tak, jakby mnie w ogóle nie znał, sądzę, że był szczery, a jednocześnie była w tym taksującym spojrzeniu pogarda i nienawiść, być może do końca nie uświadomiona.
Czułem się ewidentnie niepotrzebny – myślałem, że jestem już zbędny na tym świecie – nie, nie czułem do niego żadnego żalu, ani też śladu zazdrości względem niego – jedynie przez krótki moment czułem wielki żal do nikogo a zarazem żal do wszystkiego, co żyje i istnieje... Patrzyłem zza filaru ustawionego pośrodku sali restauracyjnej, jak unosi się w tym swoim kilkugodzinnym nocnym panowaniu... Tydzień pracy miał ciężki, lecz chciał się dobrze bawić... I słowa dalej padały z jego ust... Słyszałem, jak była mowa o taksówce, jak była mowa o tańcach karaibskich. Patrzyłem a on raz za razem spoglądał pogardliwie i chyba wciąż nie pamiętał, kim dla niego byłem (to ostatnie może mieć, zastrzegam, bardzo wiele znaczeń)... Spojrzałem na jego nogi – dziwnym trafem miał te same półbuty (sam się zdziwiłem, że je zapamiętałem, lecz tak bywa, że spostrzegam po czasie, że coś dziwnie przypadkowego zostało na dnie mej pamięci, będę o tym co nieco jeszcze mówił) – eleganckie, choć w żadnym wypadku nie lakierki, równie dobre do pracy jak do dyskoteki... Pomyślałem o tym, w jak różnych konfiguracjach – z cudzymi butami, z cudzymi półbutami, z innymi podłogami – można zobaczyć te półbuty – w różnych porach dnia, w różnych dniach tygodnia. Owe piękne półbuty poważnie, a zarazem jakże pragmatycznie traktowane przez ich właściciela... Tak, patrzysz na kogoś, na ogół obojętnie i bezintencjonalnie, ale potem chwytasz jakieś jego słowa i od razu patrzysz w dół – na nogawki spodni mówiącego, na jego skarpety, tudzież jego eleganckie obuwie... Oto dzieło stworzenia! Tak, to takie doświadczenie, z którego możesz się śmiać do rozpuku cały tydzień, ale możesz wejść też na balkon i powitać bruk...
Ja trwam a oni pojawiają się i znikają. Widzę ich – widzę ich kontury, fragmenty, odbicia, być może w części są to chorobliwe przywidzenia, lecz często zdarza się, że fakty przeczą temu ostatniemu przypuszczeniu. W każdym razie – ja jestem a oni przemijają. Chociaż być może jest odwrotnie, być może oni w swoich przemieszczeniach, w swoich ucieczkach, w swoich prowizorycznych przyjemnościach trwają – dryfując utrzymują się ciągle na powierzchni zdarzeń, kiedy ja tymczasem siedząc nieruchomo mijam w narkotycznym poczuciu egipskiej bezczasowości, a coś we mnie się roznieca i wygasa, coś wewnątrz mnie zachodzi z niebywałą prędkością. Dlatego nigdy w żadnym miejscu nie bawię bardzo długo. Jeżeli coś ma się skończyć – niech przemija szybko, niech skończy się gwałtownym cięciem – nic nie wprawia w większą błogość – jeśli się do tego przyzwyczaisz... Nic nie jest – najpierw dla intelektu a potem i dla ciała bardziej wyszukanym, silniejszym, a jednocześnie bardziej zdradliwym narkotykiem nad gwałtowne cięcie, którym żegnasz się z ludźmi, rzeczami i miejscami.
Muszę jednak przyznać, że moja sylwetka całkiem pasuje do różnych modnych miejsc. To dzięki pewnym cechom blondyna białej rasy – ta rasa, ta karnacja w największym stopniu czynią ludzi anonimowymi. Większość ludzi mija mnie, kompletnie nie zauważając. W cywilizacji, w której physis odgrywa raczej znaczną rolę, jestem prawdopodobnie jedną z najrzadziej komentowanych osób, jeżeli chodzi o mój wygląd zewnętrzny. Najłatwiej przemykającą się, najłatwiej unikającą zbyt długiego przedłużania spojrzeń. Pasuję do nikogo. Nie jestem ładny ani brzydki, choć zdarzało się, że mnie nazywano zarówno pięknym i ohydnym – czasem mówiły to te same usta, jedno i drugie wymawiały tuż po sobie i wiele razy powtarzały w kompletnym zgiełku w bełkocie, tak szybko, że przestałem te słowa odróżniać, a w każdym razie przestałem odróżniać ich znaczenia, jeżeli nawet łapałem ciągle dźwięki.
Dzięki temu – oto druga strona medalu – pasuję do każdego, jak jakiś motyw z Bacha, którym można by zilustrować od biedy każdy film... Kiedy jakoś, przypadkiem, naprawdę zbliżam się do kogoś, padam ofiarą dziwnego pożądania, a wszyscy się rozwodzą nad moim niestworzonym pięknem, przetykając niekiedy te wywody niepotrzebnie dramatycznymi przekleństwami. I zwykle kończy się tak, że budzę się w jakimś dziwnym miejscu, po kilku dziwnych i raczej nie przespanych nocach, z fragmentaryczną niepamięcią... Tak, moja wewnętrzna i zewnętrzna szarość ma rzadki dar rozpromieniania się w przypadkowym kontakcie... niemal z kimkolwiek... z czymkolwiek... z nikimkolwiek – tak może należałoby powiedzieć.
Znam te doświadczenia, więc wreszcie chcę się od nich wstrzymać. Jak się to ma do ascezy? W żaden sposób – ascezie nigdy nie mówiłem i nie powiem tak. To raczej doznanie wielości ukrytej w zachowaniach, które pozornie za ascezę uchodzą.
W bezdechu – zawsze odzywa się oddech, tysiące oddechów, w bezdechu oddycha każda bezrozumna cząstka ciała, przez bezdech zawsze przechodzi jakiś płomień, jakieś gwałtowne, na w pół cyrkowe, a na w pół rytualne uderzenie werbla.
„W bezdechu...” i tak dalej, osobliwe jest to, co przed chwilą powiedziałem, mam jednak niewątpliwe doświadczenie w mówieniu takich zdań, także o tym jeszcze zdążę, mam nadzieję, trochę wam powiedzieć.
W każdym razie wolność jest tylko w opuszczeniu domu – ktoś powiedział kiedyś. Ja nie miałem w zasadzie nigdy domu rodzinnego – w zwykłym ludzkim sensie, tym niemniej ćwiczę się cały czas w sztuce opuszczania... Pojedyncze spotkania, znajomości, przyjaźnie, nawet miłość fizyczna otwierają mnóstwo płytszych albo głębszych światów, jednak ograniczają. Stąd wybieram dystans, który nie oznacza samotności. Zachowując dystans w istocie rzeczy odrzucasz jakąkolwiek samotność. Czujesz się blisko wszystkiego, a może lepiej powiedzieć – blisko czegokolwiek... Każde, nawet przypadkowe zetknięcie jest miłosnym zetknięciem... wszystkim i niczym się nasycasz...
Opuszczenie domu nie oznacza całkowitej bezdomności, wędrowania nie wiadomo skąd dokąd... Opuszczenie domu oznacza raczej, że zakorzeniasz się w przestrzeni, która dla ciebie jest całkiem anonimowa, zakładasz domy będąc świadom ich tymczasowości (choćbyś w jednym z tych domów mógł spędzić prawie całe życie), kochasz je za obcość, którą odczuwasz w ich spokojnym wnętrzu – obcość wobec nich, jak również – co może znacznie ważniejsze – wobec siebie samego. Nie znaczy to, że sam wygląd domostwa, jego urządzenie są całkowicie obojętne. Co więcej – opuszczenie domu wymaga – przynajmniej w moim przypadku – pewnej inscenizacji – np. jakichś przypadkowych, kompletnie oderwanych, przyniesionych z zewnątrz przedmiotów, które lubię mieć w swoim otoczeniu, żeby móc za ich pomocą odgrywać i wymyślać dziwne, nic nie znaczące rytuały, których jestem nie tyle reżyserem, ile niemym, na w pół bezwolnym statystą. Lubię na przykład, jeżeli w moim tymczasowym mieszkaniu stoją ogromne zakurzone paprocie, lubię jeżeli jego okna wychodzą na ruchliwą ulicę albo na tory kolejowe. Lubię, jeżeli dom jest pełen przepychu, zimny, monumentalny, a jednocześnie jeśli przepych ów zdradza wyraźne ślady zaniedbania... W takim środowisku spędzam jakiś czas, żeby – z nostalgią i radością jednocześnie – zmienić je na kolejne (szybkim cięciem). W takich właśnie miejscach zastygam w milczeniu, często staję na głowie i trwam w tej pozycji godzinami, zmieniam się niczym kameleon, nie wiedząc jaki sens mają te zmiany i ku czemu prowadzą – i jest mi z tą niewiedzą bardzo dobrze, dzięki niej czuję się mocniejszy.
***
No a jeżeli mówić o bliskości, bliskości z drugą osobą, to nie mogę sobie przypomnieć momentu, w którym byłbym bliżej z kimkolwiek niż podczas pewnego spotkania w trakcie jednej z podróży, które kiedyś odbyłem... Tak, to była kobieta, nie będę zapewne w tym momencie bardzo oryginalny, rzadko zresztą chcę takim być – jednak przykład jest autentyczny – nie kłamię, przynajmniej nie tym razem.
Wsiadłem do pociągu... Byłem w środku na pięć minut przed odjazdem. Zawsze wbiegam w ostatniej chwili i sam byłem odrobinę zaskoczony tym, że udało mi się wejść na peron nieco wcześniej... Zacząłem chodzić przez moment w kółko po peronie, nie byłem jednak w stanie nadać moim krokom żadnego ciekawego rytmu... Nawet palić nie miałem już ochoty. A więc załadowałem się przed czasem, bez problemu odszukałem miejsce i usiadłem licząc w głowie sekundy do odjazdu – nie, nie spieszyło mi się, ani też nie dałem się pogrążyć nudzie, ale liczenie sprawiało mi niewymowną przyjemność... Nałożyłem słuchawki na uszy i zacząłem szukać jakiegoś kanału w kolejowym radio. Raczej nudne. Przestawiałem z jednej stacji na drugą. Odjazd pociągu opóźnił się o jakieś dwie minuty...
Wtedy ona weszła, spóźniona. Nie zdążyła kupić miejscówki. Ponieważ moje siedzenie było tuż przy wejściu do wagonu a obok mnie nie było żadnego pasażera, podeszła i zapytała czy może obok usiąść. Była uśmiechnięta i jakby nieobecna, pamiętam do dziś to niesforne rozbawienie dziewczynki, której najwyraźniej dobrze było z tym, że prawie spóźniła się na pociąg. Była drobną szczupłą brunetką. Ledwie widoczny kolczyk w nosie. Ubrana wyraźnie na podróż. Miała wielką walizkę na kółkach, kiedy ją jeszcze ciągnęła przez skrawek korytarza, wydawało się, jakby to ona była dodatkiem do walizki, nie na odwrót... Walizka ta blokowałaby przejście i dlatego zdecydowaliśmy się położyć ją na górnej półce... Wziąłem jej tę walizkę i pomogłem.
W jej dezynwolturze kryło się coś zdecydowanie poważnego. Mógłbym napisać wiele scenariuszy na temat zawirowań, które przeszła, na ogół niespecjalnie dramatycznych. Mógłbym wymyślić na poczekaniu kilka wersji jej życia, najbardziej różniących się od siebie, a wszystkie byłyby na swój sposób prawdziwe. Na pewno jej życie było bogate w doświadczenia, niezależnie od tego, jakie były. Mogły być z pozoru najbardziej nieznaczące. Dla jednych jest doświadczeniem to, co dla innych pozostaje całkiem niezauważone. W każdym razie miała jakieś przejścia „wypisane” na twarzy. Jednak trudno powiedzieć, żeby te doświadczenia pogłębiły ją w sensie psychologicznym... Pogłębiły ją tak, jak mech porastający z czasem korę drzewa, który sprawia, że patrzącego na drzewo oku jawi się większe bogactwo i dojrzałość materii, że w ciele objawia się jakiś nowy rytm, przez co czas, który przemija nieubłaganie wewnątrz ciała, pulsuje aksamitnie i miękko... Jej smutek nie był smutkiem psychologicznym był raczej smutkiem fizycznym – był smutkiem w środku radości, smutkiem, że nie ma nic wspanialszego ponad banalny fakt, że się żyje.
Zaproponowałem jej, żeby usiadła przy oknie, jeżeli ma ochotę. Na początku to ja miałem usiąść tam. Przyjęła to z wdzięcznością. Dzięki temu oddalił się ode mnie widok z okna, ale mogłem oglądać jego skrawki, patrząc przez przesłonę jej postaci, patrząc z jej perspektywy, widząc, jak ona spogląda na przemijające miasta, pola, chmury, drzewa, kamienie, trakcje elektryczne... Pociąg wyjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem. Najpierw przejeżdżał przez przedmieścia. W oddali jakieś budynki mieszkalne, nowoczesne, schludne, kilkupiętrowe, całkowicie pozbawione stylu... Dalej zaczęły się jakieś składy fabryczne, kominy, cysterny i silosy... Tak, o ile wielu nadal kocha krajobrazy za ich wyjątkowość i niepowtarzalność, ja muszę powiedzieć, że zdarza mi się kochać jeszcze bardziej za to, co powtarzalne, co ujednolicone, co nie kojarzy się z żadną konkretną ziemią, z konkretnym klimatem, z konkretnymi imionami i twarzami. Takie widoki, ich powtarzalność sprawiają, że ziemia traci swoją przestrzeń, traci swój podział na strefy, klimaty i krainy, staje się wyzbyta tożsamości, kosmiczna – jakby była gdziekolwiek, w jakiejkolwiek epoce, jakby wirowała chłodna w bezprzestrzennej (w naszym, psychologicznym rozumieniu słowa „przestrzeń” ) galaktyce. A jeszcze bardziej fascynuje mnie, gdy widzę, jak ta powtarzalna mechaniczna cywilizacja łączy się z naturą albo jeszcze bardziej – z ludźmi, z tymi nielicznymi spośród ludzi – tymi dobrze grającymi, tymi szepcącymi i krzyczącymi, zawsze zamaskowanymi, bogatymi i kalekimi zarazem... Kocham te połączenia, za to, że trudno o większą obcość, większe pęknięcie, większą alienację niż związek człowieka obeznanego z tym, co wyrafinowane, człowieka znającego wszystkie subtelności masek i ponurego, monotonnie rytmicznego krajobrazu elektronicznych imperiów przemysłowo-handlowych. A jednak symbioza niepowtarzalności i mechaniczności, abstrakcji i zmysłowości istnieje i przebiega w praktyce dla większości niezauważalnie... Są w świecie skrajne przepaści, ale przechodzi się przez nie miękkim krokiem, bez świadomości, że się jest już po drugiej stronie albo że skądś – z całkiem innego świata – powróciło się... Obserwowałem jej twarz widzianą z pół profilu podziwiając jednocześnie ów wyżynny pejzaż, w którym powoli peryferyjne zabudowania oddawały władanie przyrodzie – bujnej, falującej, pogrążonej w milczeniu... Ostatnie budynki przemysłowe, które się pojawiały, jak ostatni rozbitkowie przeciwstawiali tej przestrzeni wzgórz pokrytych lasami i sadami najbardziej koszmarną, najbardziej przy tym sztuczną wzniosłość prowizorki – pudełkowate kształty, aluminium i szkło. Patrzyła, jak te szpetne budowle znikają i patrzyła z żalem, tak jak ja. Może jej żal nie odnosił się w jej świadomości wyraźnie do tego, co widziała, jednak te obrazy wypełniały ją – wiem o tym na pewno – irracjonalną melancholią, w której kryła się wolność i miłość przyzwyczajenia do takich właśnie podróży. Dziecinne, ciche rozbawienie i radość z tego, co ucieka, z tego, co zawsze było i pozostanie obce, z tego, co bezimienne, z tego, co widziane tylko poprzez coś innego, poprzez okna, balustrady i kraty... Nie wiem, o czym myślała, ale w samej jej mimice i spojrzeniu było głębokie poczucie tej wolności. Oby wtedy nie myślała o niczym! Gdybym był malarzem, uchwyciłbym w tym spojrzeniu wszystkie rzeczywiste i możliwe stany jej duszy, we wszystkich barwach, modulacjach, bez konieczności jakiejkolwiek wiedzy o jej życiu, bez konieczności badania tak zwanej psychiki. Być może prawda jej życia wewnętrznego wykraczała ponad to, co ja mogłem na jej temat odgadnąć. Tak, wbrew pozorom, wbrew temu, co naiwni czasem przypisują mi, są rzeczy, których odgadnąć nie potrafię. W takim razie powinna odrzucić fałsz tej wewnętrznej prawdy i zobaczyć siebie jako coś zewnętrznego względem jej samej, taką, jaką widzę ją na obrazie, który właśnie sobie przedstawiam – zobaczyć siebie w pełni swojej możliwości (problem w tym, że rzeczy, w których fizycznie się przeglądasz – lustra i tak dalej – nie mówiąc już w ogóle o fotografiach – to na ogół rzeczy tragicznie nietrafione, nie do końca odpowiednie do tego, żeby w nich oglądać swą zewnętrzność taką, jaka jest).
Nie tylko patrzyłem na nią, ale też rozglądałem się dookoła. Co jeszcze z tego pamiętam. Tapicerka była pluszowa, jakiś deseń w biało-czarną kratkę.
Wyszliśmy na papierosa. Niby w całym pociągu palenie było zakazane, ale zauważyłem, że jeden facet pali koło toalety a obsługa nie zwraca żadnej uwagi... Staliśmy naprzeciwko siebie. Zadzwonił jej telefon, głosem cichym, powolnym, pozbawionym obawy i żalu, lekko ironicznym, ale jednocześnie poważnym, refleksyjnym mówiła jakiemuś, jak sądzę, facetowi, że na razie wyjeżdża i prędko się nie zobaczą. Zaprosiłem ją do restauracyjnego. Zjedliśmy jakąś przekąskę i wypiliśmy po kieliszku wina. Nie pamiętam, czy w ogóle rozmawialiśmy. A jeżeli tak, to zadałem jakieś banalne pytania, typu dokąd jedzie i otrzymałem równie banalne odpowiedzi, których w ogóle nie zapamiętałem.
Jechaliśmy dalej, na tych samych siedzeniach, blisko siebie, ale co najwyżej tylko lekko muskaliśmy się, niechcący przypadkowo, choć bez niechęci i bez skrępowania.
W nocy pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji w interiorze, nikt tam nawet nie wsiadał ani nie wysiadał. Na wyczucie, sądząc po godzinie, byliśmy w niezamieszkałej niemal części kraju. Przyroda tam miała być surowa, półpustynna... A jednak wśród szarego krajobrazu (jakieś góry w oddali, których w ciemności prawie nie dało się zobaczyć) tuż koło stacji zobaczyłem stary dom w ogrodzie. Wapienne ściany zarośnięte bluszczem. Mogła być to jeszcze jakaś średniowieczna rezydencja, w ciemności niewiele było widać. Równolegle do trasy kolejowej biegła szosa, którą wolno sunęła jakaś półciężarówka, przez te tereny niemal nie zamieszkałe jechała bardzo powoli, jakby sukcesywnie zwalniała, jakby kierowca miał już niedaleko... Czuło się w tym wielki powrót do siebie, powolne zdążanie do łożyska... Ta noc – widziałem, jak jakiś człowiek wynurzył się zza drzwi starego domu, szaro ubrany, pochylony, po chwili zniknął w ogrodzie.
Położyłem dłonie na jej brzuchu. Również samochód znikł z pola widzenia, pociąg ruszył i pozostawił za sobą willę, ogród i szarego człowieka skrytego gdzieś w gęstwinie. Jednym z palców okrążyłem jej pępek przekłuty dużym kolczykiem... Uśmiechnęła się... Zasnęliśmy. Obudziliśmy się tuż przy sobie w jakiejś dziwnej pozycji... Popatrzyliśmy na siebie uśmiechnięci, pełni zaufania, jakby coś głębokiego nas łączyło... Nie pamiętam, żeby cokolwiek mi się śniło, zwłaszcza na jej temat, być może ona po prostu śniła we mnie... Nie wiemy, co się zdarzyło, wtedy kiedy spaliśmy... Nasze ubrania były w lekkim nieładzie – większym niż wtedy, kiedy usnęliśmy, ale bez całkowitego negliżu. Od dawna nie sypiałem, muszę to powiedzieć.
Był już prawie ranek, kiedy pociąg przyjechał... Dworzec kolejowy był położony poza centrum miasta. Niski, lecz zadbany budynek, w stylu pseudo-gotyckim z elementami motywów mauretańskich, powstał zapewne na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Podjechał autobus kolejowy, wliczony w cenę biletu, który miał zawieść nas do centrum miasta. Podałem jej walizkę do luku bagażowego...
Jechaliśmy razem. Pstrokate pluszowe siedzenia w niebiesko-beżowo-czerwono-szarą kratkę... Na pokładzie mieli telewizor, w którym leciał jakiś program sportowy... Znów położyłem rękę na jej brzuchu, najpierw na w pół niechcący, potem kiedy jednak przypomniałem sobie niedawną podróż pociągiem i zobaczyłem wyraz jej twarzy, wyraźnie wskazujący, że ona też o tym myśli, zatrzymałem dłoń. Ten gest był w pewien sposób chłodny, sztuczny, czysto teatralny. I za tą sztuczność, za pusty rytuał, który w nim się krył, pokochaliśmy go – pokochaliśmy oboje – na pewno o tym wiem. Chodziło o przywołanie poprzedniego ruchu mojej dłoni, tego w pociągu, o wspomnienie tego, co zdarzyło się, co zawsze dla nas będzie jedyne a czego przecież dokładnie nie pamiętamy – bo oboje spaliśmy. Wedle wszelkiej logiki nic zresztą nie mogło się wydarzyć. Wagon był niemal zapełniony, w większości statecznymi podróżnymi, którzy daliby zapewne wyraz oburzenia wszelkim nieprzyzwoitościom i niegodziwościom. Może wspominając podróż wspominaliśmy w istocie coś innego, co kiedyś się wydarzyło każdemu z nas z osobna, może coś, co komuś z nas albo może nam obojgu dopiero się przydarzy, może coś, co przydarzyło się komuś obcemu, a może coś, co nas kusi, ale co nigdy nie zdarzyło się i nie może się zdarzyć. Ważne było jedno – ten transowy gest moich dłoni – ten w pociągu – ten w autobusie powtórzony, który jednak stawał się pierwotnym, gdyż z uwagi na niepamięć wszystkiego, co zdarzyło się w pociągu, pierwszy gest pozostawał bardziej domysłem, fantazją przywoływaną przez drugi.
A i jeszcze ten entourage – siedzenia w pociągu, w autobusie, no i wnętrze mieszkania, w którym teraz jestem i w którym mówię to...
W każdym razie w połowie drogi wstała i podeszła do kierowcy mówiąc że chce wysiąść na rogu takiej a takiej ulicy, nie chce natomiast jechać aż do głównego placu, gdzie autobus miał końcowy postój (dokładnie nie zrozumiałem, ona była miejscowa, ja byłem formalnie i nie tylko formalnie rzecz ujmując cudzoziemcem nieźle znającym język tego kraju). Kierowca mruknął, coś narzekając, ale po chwili się zatrzymał. Wstała, podkurczyłem kolana, żeby ją przepuścić. Niemym gestem zasugerowałem, że mogę pójść z nią i pomóc jej wyjąć walizę z luku bagażowego. Uśmiechnięta podziękowała uznając, że to niepotrzebne.
Wyjrzałem przez okno. Z ogromnym animuszem wyciągnęła walizkę, oglądała ją potem, coś poprawiała, jakby któraś z klamer wcześniej była nie domknięta. Wydawało się, że o niczym innym nie myśli niż tylko o klamrze walizki, z którą być może było coś nie tak – i to sprawiało mi radość. A jednak podniosła głowę i spojrzała na mnie.
Pomachaliśmy sobie ręką na pożegnanie.
Widziałem potem, gdy autobus jechał powoli nie mogąc się rozpędzić, z uwagi na uliczny korek, jak szybkim krokiem idzie po chodniku, jakby walizka jej nie przeszkadzała. Ta okolica, w mieście średniej wielkości, w którym nigdy wcześniej nie byłem i do którego pewnie już nie wrócę. Stare, trzy piętrowe kamienice z podcieniami. W podcieniach całodobowy sklep spożywczy. Na chodniku paru pomywaczy. Dwóch, trzech zgarbionych, sunących powoli przechodniów, wpatrzonych beznamiętnie w trotuar. Jakiś bar z bilardem, który właśnie otwierali. Wielki zegar na ścianie budynku z arkadami wskazywał szóstą rano. Odjechałem, bez niej – w miejscu gdzie siedziała – położyłem moją torbę na ramię (granatowa, sztruksowa, w delikatną kratkę).
***
Z ludźmi kontaktuję się za pomocą wynalazków, które powstały już pod koniec XX wieku i nadal są bezustannie ulepszane: telefonu przenośnego i poczty elektronicznej. Ciekawe, że kiedy odezwę się do kogokolwiek, od razu otrzymuję odpowiedź. Zaczynam być natychmiast w centrum zdarzeń, a raczej w różnych centrach zdarzeń, ku którym mnie ściągają poszczególne osoby. Wszyscy i wszystko do mnie lgnie, wplątuję się w jakieś dziwne afery, na ogół komiczne, czasem z jedną, drugą, czy trzecią kroplą łzy – na wierzchu albo na dnie... Co więcej – jak tylko się odezwę do jakiejś jednej osoby (albo do konkretnej grupy osób) – w niedługim odstępie czasu zaczynają się odzywać jeszcze inni – i to zupełnie niezależnie. Jakby najdrobniejszy sygnał, najdrobniejszy motyw wywoływał eksplozję wielkiej orkiestry, złożonej z muzyków nie słyszących się nawzajem i o sobie nawzajem nie wiedzących, grającej aleatoryczny utwór w poszukiwaniu dyrygenta, którym mam być ja.
Ale (co ma miejsce od niedawna) jeżeli sam do nikogo nie odzywam się, również nikt bliski do mnie nie dzwoni ani nie pisze. Czasem ktoś zadzwoni przez pomyłkę, czasem ktoś z byłej pracy. Czasem jakiś były znajomy odezwie się kurtuazyjnie, co sprowadza się do rozmowy przez kwadrans o niczym (tyle się zmieniło, że długo by opowiadać, ale generalnie wszystko po staremu), rozmowy pełnej umiarkowanego zakłopotania.
Ktoś przypadkowy, którego nazwiska nie pamiętam, pyta mnie, jak się czuję.
Jak czujesz się? Ok – jak się czuję. Całkiem cool. Naprawdę całkiem cool. Znowu przejazd pociągu... Sygnał... Prawie nikt nie zostaje na peronie... Jedna osoba na krzesełku... Odjazd... Za chwilę przetoczy się kolejny... Metro na tej linii kursuje całą noc... Myślę o wszystkich murszejących cegłach, o zakurzonych szybach i żelazie – o wiadukcie, o szynach, o brudnych ścianach kamienic po przeciwnej stronie estakady, o niekończących się dachach krytych cyną lub papą. Na słuchawkach znów pierwszy kontrapunkt z „Kunst der Fuge”.
Stoję teraz nago i patrzę się przez okno. Jeżeli ludzie z kamienic naprzeciw też patrzą przez okna (pewnie dwóch albo trzech takich jest), tak naprawdę nie widzimy się – jesteśmy cudownie puści w naszej radosnej a przy tym melancholijnej cielesności. Tak, w tym momencie czuję radość, jakiej nigdy nie czuł nikt na świecie. Być może nawet ten wspaniały nowy świat, w którym jestem na co dzień zanurzony, jakby nastał na moje zamówienie, nie jest jeszcze na skalę tej radości...