Dodano 14.12.2005
Na początek: czym jest «USA»? Otóż trzyczęściową powieścią stanowiącą szczytowe osiągnięcie literackie Johna dos Passosa - jednego z pisarzy amerykańskich tzw. „zagubionego pokolenia”, wymienianego czasem na trzecim miejscu za Fitzgeraldem i Faulknerem. Na poziomie hasłowym jedni skłonni są mówić o wzorcowej realizacji formuły „powieści społecznej”, inni akcentują zabiegi formalne - budzące skojarzenia z technikami kina - będące jakoby wyrazem przynależności powieści do alternatywnego odłamu modernizmu. Albowiem «USA» to nie tylko karkołomny zamysł kompozycyjny i zaangażowanie eksperymentalnych środków wyrazu, ale i oryginalna metoda obecna na poziomie techniki narracji.
Metoda ta dotyczy - mówiąc za autorem - samego „ciała” powieści, a więc dwunastu fikcyjnych biografii, wtopionych w rzeczywistość Ameryki z pierwszych trzech dekad XX wieku. Biografie, które zostają bądź ucięte śmiercią, bądź urywają się w momencie, gdy trajektorie losów postaci ulegają stabilizacji, otwierają szereg symultanicznych światów meandrujących w zewnętrznych, perspektywicznych konfrontacjach. Efekt ten uzyskany zostaje za pomocą specyficznej „techniki montażu” – poprzez rozbicie wszystkich biografii na kilkadziesiąt przeplatających się rozdziałów, których chronologią rządzi konsekwentna, chciałoby się rzec, dowolność. Mimo że w planie jednostkowym następstwo zostaje zachowane, to poszczególne historie wielokrotnie urywają się, zamykając pewien rozdział zdarzeń, «każdy z bohaterów pojawia się, by za chwilę ustąpić miejsca drugiemu, znów powraca, przechodzi z pierwszego planu na drugi, z drugiego na pierwszy, z głównego aktora własnego losu staje się statystą cudzego» (Krzysztof Zarzecki). Nieciągłość formy wytwarza efekt panoramiczny i skutkuje stopniowym nawarstwianiem się kolejnych ścieżek narracji – materia powieści zyskuje przez to na masywności, nie tracąc jednak przy tym na dynamice. Akcentów awangardowych upatruje się jednak nie tylko w rozwiązaniach kompozycyjnych, lecz zwłaszcza we wprowadzonych pomiędzy poszczególnymi rozdziałami rytmicznie powracających „refrenach” stanowiących swoisty zapis myślowej i ideologicznej tkanki epoki. A więc 1) w szeregu „kronik”, czyli zbitek złożonych z tekstów reklam, piosenek, fragmentów wyciętych z prasy (szczególnie to narzuca skojarzenie ze stosowaną później w filmie techniką wirujących nagłówków prasowych na tle pras drukarskich); a także 2) w kilkunastu utrzymanych w tonie pamfletu albo gawędy szkicach biograficznych traktujących o „wielkich postaciach epoki”: począwszy od Theodora Roosevelta i Wilsona, poprzez Forda i Edisona, propagandystę George’a Hearsta, przywódcę robotniczego Eugene Debsa, a na Isadorze Duncan i Rudolfie Valentino skończywszy. Ostatnią formą obecną w powieści jest pojawiające się tu i ówdzie „oko kamery” – zapis myśli i percepcji autora związanych z miejscami i wydarzeniami, o które zwykle ociera się akcja fikcyjnych biografii.
Jeśli chodzi o stosunek polityki do literatury – czy szerzej: tego, co stanowi o istotności tudzież jakkolwiek rozumianej „autonomii” literatury względem wymiaru politycznego – to można przypuścić, że powieść dos Passosa dość sprytnie wymyka się dwóm skrajnym tendencjom. Nie mamy tu do czynienia ani z podporządkowaniem tego, co literackie, tematom politycznym, ani z samą tylko sublimacją tego, co polityczne, przy pomocy strategii formalnych. Zarazem jednak jest to niewątpliwie powieść polityczna. Co więcej, rzecz zostaje rozegrana na obydwu poziomach – zarówno „formy”, jak i „treści”. Dopiero ich wspólne przełożenie uwalnia polityczny potencjał całości.
Zacznijmy zatem od stwierdzenia faktu podstawowego. Otóż zamysł ukryty w tej wielowarstwowej formie jest na wskroś realistyczny. Jest ona niejako gwarantem namacalności świadectwa, zdając sprawę z rozstrzygającego okresu kolosalnego przyspieszenia cywilizacyjnego Ameryki, wydobywając wspólny wektor, który rodzi się w zderzeniu kilku wyzwolonych w nim sił. Historie kolejnych bohaterów zostają tak sprofilowane i wypowiedziane, aby uczynić konfrontację tych sił czymś widzialnym. Już przy pobieżnej lekturze rzuca się w oczy kilka charakterystycznych cech powieści. Przejścia od optyki biograficznej do powieściowej sprawiają wrażenie arbitralnych. Z kolei w odniesieniu do samych postaci można mówić o czymś w rodzaju zamierzonej „spełniającej się emblematyczności” – przed każdym rozdziałem, niczym na epitafium, widnieje nagłówek z nazwiskiem. Mimo że bohaterowie nie tracą przez to indywidualności, ani nie stają się przerysowani, to jednak trudno mówić o realizmie kolejnych biografii, które sprawiają wrażenie zbyt barwnych i zbyt wyjątkowych – mówiąc krótko: mamy przed sobą typowych „bohaterów amerykańskich”. Zarazem postacie te cechuje jakby mechaniczna mobilność - ktoś porównał je do zderzających się kul bilardowych - której odpowiada swoista logika wpisywania ich w świat. I właśnie za tą logiką stoi kilka metod dos Passosa, pozwalających dostrzec, w jaki sposób ich losy – ich nagłe decyzje, ciągłe podróże i aż nazbyt częste zwroty akcji – zostają wciągnięte w orbitę wyższej, statystycznej przewidywalności. Sartre ukuł na tę okazję nawet odpowiedni termin, nazywając dos Passosa mistrzem „determinizmu statystycznego”.
Załóżmy na chwilę, że dane dzieło literackie z reguły na różne sposoby wypowiada pewien swoisty dlań przedmiot. W tym wypadku za taki współwypowiedziany przedmiot powieści należałoby z pewnością uznać równoległy proces krzepnięcia nowoczesnego społeczeństwa i wielkiego kapitału amerykańskiego. O tyle też trajektorie losów postaci to nic innego jako pewna konstelacja perspektyw, które na różne sposoby ów proces wypowiadają. Co takiego kryje się za tą ogólnikową formułą? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy sięgnąć do samej treści. Otóż pod tym względem bohaterowie dają się umownie podzielić na „biernych” (i to mimo ich nadaktywności) i „czynnych”. Innymi słowy – niekiedy kapitalistyczna realność dana jest pośrednio, a niekiedy wprost. W pierwszym przypadku techniki formalne pełnić będą rolę wiodącą. Spróbujmy więc najpierw krótko zanalizować kilka elementów tego literackiego i poniekąd „politycznego” zestawu środków na przykładzie „postaci biernych”. W następnym kroku przyjdzie nam sprawdzić, co takiego odsłania przed nami zamysł literacki, który rezygnuje z pozycji politycznej neutralności („postacie czynne”).
Za podstawową metodę można więc uznać jedną z praktyk, na którą zwrócił uwagę Sartre, nawiązując do „Się” Heideggera – mianowicie bezustanne utrzymywanie odstępu miedzy tym, co się mówi, a porządkiem faktów. Ten ostatni zostaje współwypowiedziany niejako w tle, jako niemy korelat superprzejrzystej dziennikarskiej tkanki, która dominuje w powieści i przez którą postacie te są ostatecznie wypowiadane, określone i nazwane – wręcz „skandowane”. Oto Charlie Anderson, chyba najbardziej malownicza z kilku postaci-ofiar: niewinny talent konstrukcji awiacyjnych i młody oficer lotnictwa, który zachłysnął się zbyt szybkim awansem społecznym. Bolesne zderzenie z barierą klasową w życiu osobistym, eskalacja dwóch nałogów – giełdy i alkoholu, walka o monopole a w końcu małżeństwo-transakcja – wszystko to zamyka się w proces, który powoli przekształca Charliego w milionera-legendę i zarazem w popsuty mechanizm „skandowany” przefiltrowanymi przez alkohol odpryskami podsuwanego mu świata. Właśnie w tym przypadku autor doprowadza do skrajności technikę, określoną przez Sartre’a jako wykorzystywanie cezury między niewyartykułowanym bełkotem myśli indywidualnej a światem przedstawień zbiorowych. Ten ostatni zwykle dochodzi do głosu w postaci natrętnych, medialnych klisz dziennikarskich. Przykład spotkania w pociągu: Senator zamówił u posługacza piwo imbirowe i konspiracyjnie zakropił je kilkoma miarkami dobrej żytniówki, którą wyjął ze swojego sekwojażu. Charlie zaraz poczuł się lepiej. Senator tymczasem perorował o nader zachęcających perspektywach, które według wszelkiego prawdopodobieństwa otworzą się po wytyczeniu szlaków powietrznych. Dość powszechnie uznaje się konieczność znacznych subsydiów, jeśli kraj ma nadrobić zapóźnienie w transporcie lotniczym. Oczywiście pozostaje pytanie, który z konkurujących koncernów awiacyjnych pozyska zaufanie rządu. – Wszystko zależy od zaufania rządu – przy słowie „zaufanie” czarne oczki senatora zalśniły – Dlatego się cieszę, że cię tu widzę mój chłopcze. Trzymaj się blisko naszej zatęchłej dziury nad Potomakiem – Ja-asne – odrzekł Charlie .
Prawda psychologiczna, logika faktów, rzeczywiste motywy decyzji itp. – wszystko to zostaje przesunięte na drugi plan, a przynajmniej pozostaje czymś zewnętrznym i niezależnym względem języka i świata wyobrażeń, w którym uczestniczą bohaterowie. Dlatego świadomość pozostaje zwykle całkowicie zrelatywizowana do sytuacji – określa ją to, co bohater musi – czy wręcz: co chciałby pomyśleć. Uczestnicząc w tym wspólnym procederze postacie, jakby za wszelką cenę, odtwarzają ów wspólny urojony świat również w sobie samych Dlatego często wystarczy redukcja zdarzenia do skróconych relacji, skrótowego obrazu. Przykład Sartre’a: Zamówili dwa głębsze i zaczęli rozprawiać o tym, jaka wstrętna jest wojna. X. mówił, że wolałby robić nie wie co niż bić się na wojnie, a Y mu przytakiwał. Rozczulili się obaj i powtarzali, jak to dobrze być jednej myśli. Wracając do domu X postanowił widywać się częściej z Y. Niezależność myśli wobec postaci sięga zresztą znacznie dalej. Niekiedy wystarczy sama odpowiedniość subiektywnych działań i ich opisu na poziomie narracji, która dopowiada refleksję lub motywację. Najczęściej zresztą pozostaje rzeczą nierozstrzygniętą, czy to bohaterowie myślą, czy zastępuje ich w tym owe zbiorowe językowe wspólnictwo. Oto dwie sceny z „amerykańskiej taksówki”: Kiedy wsiedli do taksówki, wtuliła się w najdalszy kąt kanapki, ale pan Barrow zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen, chociaż potem niezbyt pewnie trzymał się na nogach, gdy wysiadł się z nią pożegnać. […]
W taksówce trochę za wiele sobie pozwalał, więc go trzepnęła po buzi, ale nie za mocno. Temu szczeniakowi wszystko uchodziło na sucho.
Ponieważ narracja pozostaje wspólna dla postaci i świata, w który się ona wpisuje, dlatego to, co nieświadome, na odwrót – całkowicie znika z pola widzenia, zostaje zredukowane do granicznego punktu odniesienia. Pochwycone i wprzężone w ów świat przebija jedynie przez grę samouzasadniających się kodów („mój chłopiec”, „nasza zatęchła dziura nad Potomakiem”). A świat działa jak kołysanka, która porozumiewawczo i z cichym przymusem podsuwa bohaterom gesty, zapewniając intymne, swojskie wspólnictwo ze zbiorowymi wyobrażeniami. Nie, pan Budkievitz nie słyszał nigdy o starterze Askewa-Meritta, a Charlie nie słyszał nigdy o pralce samopłuczącej, co im nie przeszkodziło wkrótce przejść na ty. Paul miał również kłopoty z żoną. Oświadczył, że prędzej pójdzie do kryminału, niż jej będzie płacił alimenty. Charlie odparł, że on też prędzej pójdzie do kryminału. Na razie pojechali na dansing, gdzie poznali dwie szampańskie dziewczyny. Charlie wyłożył pięknym paniom jak urządzi Paula, poczciwego starego Paula w interesie, w samopłuczącym interesie pralniczym. Charlie miał załatwić wszystkim dziewczynom, szampańskim słodkim dziewczynom posady girlasek. Wyłuszczył im w jaki sposób puści tych łobuzów z Detroit bez jednej koszuli na grzbiecie. A słodkim dziewuszkom załatwi posady girlasek, żeby mogły też zdjąć koszulki. Była kupa śmiechu. - Ocknął się w świetle dziennym sam w jakimś lokalu z podartymi roletami.
Nie oznacza to, że zabiegi dos Passosa niosą ze sobą efekt komiczny, ograniczając się do każdorazowego tworzenia sytuacyjnego rozziewu między faktami a wyobrażeniami. Zwykle zamysł bywa nieco bardziej wyrafinowany. Niekiedy pozwala nam dostrzec cichą pracę tego odstępu realizującą się na przestrzeni całego życia – tak iż bieg zdarzeń zacieśnia powoli krąg możliwości, sprawiając, że postacie w końcu zaczynają się dusić. Na największą bodaj skalę dokonuje się to w przypadku Eweliny Hutschins – z kolei najbardziej chyba tragicznej bohaterki – zbyt ambitnej i zbyt łaknącej życia kobiety, która nie potrafiła zdobyć się na taką dawkę egoizmu i wyrachowania jak jej zakłamana przyjaciółka – Eleonora. Przypadek Eweliny dowodzi też wystarczająco wyraźnie, że nie mamy tu do czynienia z powieścią w „dziennikarskim stylu”. To raczej forma opisu dostosowuje się do typu percepcji. Właśnie Ewelinie poświęca Autor najdłuższe bodaj zdanie powieści: Ewelina mogła bez końca patrzeć przez delikatne desenie kutej balustrady balkonu na Sekwanę, na której walczyły z prądem miniaturowe holowniki prowadzące wylakierowane do glansu berlinki z koronkowymi firankami i pelargoniami w oknach malowanych na zielono i na czerwono nadbudówek, i na wyspę naprzeciwko, na której obłe strome przypory wynosiły absydę Notre Dame zawrotnie wysoko ponad drzewa małego parku.
Porażka Eweliny dokonująca się na scenie wielkiego europejskiego epizodu powieści odwleka tylko jej smutny koniec. Samotność i upokorzenie, a w końcu samooszustwo – nieświadoma prawda tym razem zostaje wypowiedziana, choć znów na marginesie głównego nurtu narracji. Gdzieś w budynku zamknięty był szczeniak, który bez przerwy skomlał i ujadał rozpaczliwie. Ewelina nie mogła zasnąć. W piersi skomlało jej coś jak ten uwięziony szczeniak.
Pójdźmy jednak nieco dalej w głąb. Dopiero za pośrednictwem postaci „aktywnych”, poddanych bezpośredniej konfrontacji z kapitalistyczną realnością, dos Passos pozwala nam spojrzeć jej prosto w oczy. Tutaj też wskazanie jest podejście bardziej trzeźwe i analityczne – dostęp do rzeczy samej gwarantuje bowiem dopiero konstelacja społecznych treści, która stopniowo rysuje się w tle historii poszczególnych bohaterów.
Pierwsza i zapewne najbardziej kluczowa z tych postaci, która naznacza swą obecnością wszystkie trzy części, to J. Ward Moorehouse – człowiek-instytucja, którego kariera ukazuje, jak arbitralne bywa przełożenie warunków indywidualnych na historycznie określoną tożsamość jednostki. Oto w punkcie wyjścia widzimy nieco sentymentalnego, pozbawionego krzty demonizmu agenta reklamowego, który w młodości chciał jedynie pisać piosenki a który jednak już od początku zarazem staje się złaknionym prestiżu i stabilizacji konformistą – widziany oczami innego bohatera – „gładkim bubkiem” szczerze oddanym swym mocodawcom, magnatom stalowym z Pittsuburga. Goli się maszynką Gillette; dlaczego goli się Gillette, a nie jakąś inną maszynką? Bessemer to dobra nazwa, pachnie z daleka pieniędzmi, olbrzymimi walcowniami i potentatami w limuzynach. Trzeba nią zainteresować odpowiedniego nabywcę, dać mu odczuć, że jest częścią czegoś wielkiego i silnego, myślał wybierając krawat. Bessemer, powtarzał sobie przy śniadaniu.[…] Uwieszony chwiejnej rączki w tłumie jadącym do śródmieścia, patrząc niewidzącymi oczyma na tytuły w gazecie, przez cały czas miał w głowie łańcuchy, ankry, żelazne nakrętki, żeliwne kolanka, złącza, tulejki, nasadki. Bessemer. – Kiedy poprosił o podwyżkę, dostał od razu sto dwadzieścia pięć dolarów.
Praktyka reklamowa i wyczucie koniunkturalisty, a przede wszystkim osobliwa, wrodzona „wrażliwość” – wszystko to nakłada się na zapotrzebowanie propagandowe, które rodzi się wśród środowisk kapitałowych w czasie pacyfikacji strajków w Pittsburgu. Gra obiektywnych warunków znów pozostaje w tle, aby tym bardziej uwidocznić, w jaki sposób przeciętność może odcisnąć się na przyszłości milionów ludzi. Seria pozornie nieskoordynowanych działań, idei i gestów powoduje, że ta względnie sympatyczna figura w końcu odpowiada na potrzebę otoczenia i odkrywa swoje powołanie, stając się „właściwym człowiekiem na właściwym miejscu”, a więc odkrywcą dziedziny wcześniej nieznanej – pionierem współczesnych profesjonalnych technik propagandowych. Gdy na fali chaosu inwestycyjnego wywołanego rewolucją meksykańską wypływa na szerokie wody układów rządowo-kapitałowych, już wówczas kształtuje swoją pozycję na wypadek przystąpienia Ameryki do pierwszej wojny światowej. Wtedy właśnie powstają nowoczesne techniki zarządzania informacją i sterowania wyobrażeniami. Przemysł amerykański jest jak machina parowa, jak wysokoprężna lokomotywa potężnego ekspresu pędzącego przez mrok dawnych indywidualistycznych metod […] - słowa, pomysły, plany, notowania giełdowe przebiegały mu przez głowę jak niestrudzona taśma telegrafu automatycznego. To właśnie „amerykanizm” – ten ideologiczny stop tayloryzmu z fordyzmem a także elementami ksenofobiczno-rasistowskimi – jest przedmiotem kilku pierwszych politycznych „odsłon” powieści. Jako zjawisko amerykanizm stanowi odpowiedź na rosnące zagrożenie ze strony zdobywającego coraz większe wpływy ruchu robotniczego, a także na szkodliwe idee, które napływają z Europy wraz z emigracją. J. W. Moorehouse ucieleśnia nowy, zapewne niedoceniany typ „szarej eminencji” – nowoczesnego doradcy rządowego i specjalisty od medialnych neutralizacji protestów społecznych. Zarówno pokój, jak i wojna (wówczas występuje w postaci „jednodolarowego” doradcy rządowego w stopniu majora) dają mu okazję do tego, by bezwiednie wygłaszać coraz to nowe samospełniające się proroctwa. Dzisiaj, obecnie jest pora na kampanię wychowawczą i słowną krucjatę, która dosięgnie każdego szeregowego pracownika gigantycznego nowoczesnego przemysłu amerykańskiego…
Biografia J. W. wtajemnicza nas zarazem w szerszy podskórny motyw powieści – motyw, który co prawda nigdy nie zostaje wypowiedziany wprost. Zaryzykujmy więc hipotezę, że ma on raczej charakter pytania – natarczywego pytania o to, co takiego przytrafiło się Amerykanom w okresie, gdy kraj ten przystąpił do pierwszej wojny światowej. W grę wchodzą co najmniej cztery czynniki wyjściowe. Z jednej strony mamy do czynienia z ekspansją dynamicznego ruchu robotniczego International Workers of the World (czyli tzw. „woobliesów”) oraz szczytowym nasileniem napływu emigrantów – oszołomionych nowością najsłabszych ofiar kapitalistycznych stosunków pracy. Z drugiej zaś właśnie wówczas rodzi się ów trudniej uchwytny typ nowoczesnej propagandy, znany później jako public relations, a także ma miejsce niespotykana dotąd na taką skalę koncentracja kapitalistycznej własności. Nie ulega wątpliwości, że zderzenie tych czterech czynników znalazło w wojnie wspólne ujście i niejako rozwiązanie (niezależnie od tego, że Wilson dosłownie kilka miesięcy wcześniej wygrał wybory dzięki hasłom pacyfistycznym). Jednak nie jest to odpowiedź wystarczająca – ambicja teoretyczna dos Passosa wydaje się sięgać znacznie dalej. Forma powieści umożliwia bowiem dostrzeżenie głębszego, bardziej długofalowego zjawiska – wpisanego co prawda w ów nieprzejrzysty splot faktów, ale niesprowadzalnego do niego.
Wskazówki tkwią niejako rozproszone w kilku miejscach powieści. Począwszy od jednego ze szkiców biograficznych pt. „Puchar goryczy” – poświęconego Thorsteinowi Veblenowi, autorowi Teorii klasy próżniaczej. Już tutaj, już ze względu na przedmiot szkicu, podstawowy fakt zostaje wypowiedziany wprost: Pod osłoną gwiaździstej frazeologii Woodrowa Wilsona monopole przystąpiły do uderzenia. Ich tryby zmiażdżyły demokrację amerykańską. Jednak już inne wątki wskazują, że za tym krótkim hasłem skrywa się coś więcej – coś, co można nazwać „procesem wielkiego zawłaszczenia” rodzącego się nowoczesnego społeczeństwa przez kapitalizm amerykański. Jeśli można tu mówić o jakimś punkcie wyjścia, to zapewne zostaje on wyznaczony przez postępujący rozpad marzenia woobliesów o demokracji przemysłowej, który dokonuje się w przededniu wojny – rozpad dokonujący się pod wpływem wspólnej pracy propagandy i władzy, które w bardzo krótkim czasie przekształcają wielomilionowe społeczeństwo w podejrzliwe i jednomyślne zbiorowisko. Pierwsza wojna światowa stanowi pod tym względem niejako punkt przełomowy – z kolei przypieczętowanie procesu tego zawłaszczenia stanowi niewątpliwie morderstwo sądowe na dwóch włoskich anarchistach Sacco i Vanzettim w 1927 roku.
Właśnie pod tym względem kluczowa rolę odgrywa zbudowana częściowo na bazie doświadczeń autora biografia Mary French. Podobnie jak J. W. jest ona „postacią czynną”, podobnie jak on również wywodzi się z klasy średniej; zaczyna jako dziennikarka. Zarazem jednak od początku zmierza w kierunku zupełnie przeciwnym; o tyle stanowi perspektywiczny kontrapunkt dla J. W. i pozwala spojrzeć na jego świat od drugiej strony.
Mary należy bowiem także do postaci najbardziej zdeterminowanych – łącząc dziennikarstwo z działalnością w komitetach strajkowych, przysłowiowym namawianiem znanych liberałów, „aby dali się zamknąć” na demonstracji i innymi, mniej lub bardziej beznadziejnymi inicjatywami. Ciągłe miotanie się, bezustanny natłok kolejnych wypadków i pasmo równoległych porażek w życiu osobistym, począwszy od niespełnionej namiętności do robotnika i agitatora polskiego pochodzenia – Gusa Moscowskiego, którego łamie potem więzienie: Mary nie pracowała tak ciężko nigdy w życiu. Pisała komunikaty dla prasy, sporządzała statystyki dotyczące przypadków gruźlicy, niedożywienia dzieci, warunków sanitarnych i przestępczości […] widziała konnych policjantów posuwających się szeregiem po niebrukowanych uliczkach domków towarzystw hutniczych, pałujących bez wyboru kobiety i mężczyzn, kopiących dzieci, które im się nawinęły pod nogi, przepędzających starców z ganków […] nocami nie pozwalało jej spać wspomnienie rzeczy, które widziała, aresztowań, potłuczonych czaszek, zdewastowanych saloników ubogich rodzin z wypatroszoną kanapą, połamanymi krzesłami i kredensem z porcelaną porąbanymi toporkiem przez policjantów, którzy przyszli szukać „bibuły” – I pomyśleć – mówił Gus o policjantach – że sukinsyny są w większości takimi samymi parszywymi Polakami. Czy to nie typowe dla Polaczków?
Być może nie należy doszukiwać się jakiegoś bezpośredniego związku między eskalacją konfliktów klasowych a przystąpieniem do wojny. Za główną przyczynę uznaje się zresztą zagrożenie astronomicznych kapitałów zaangażowanych w pożyczki Morgana dla państw Ententy. Pod tym względem «USA» jedynie sugestywnie odsłania splot faktów i pozostawia je przed nami w całej ich nieprzejrzystości. Nie zmienia to faktu, że widmo rewolucji ogólnoeuropejskiej z jednej strony, bezprecedensowy fenomen nowoczesnego ruchu robotniczego (IWW) z drugiej – że dopiero wojna umożliwia przeprowadzenie wielkiej propagandowej nagonki (słynny proces 101 woobliesów z Eugene Debsem na czele), bestialskie lincze („Paul Bunyan”), polowanie na „dekowników” (podejrzanych o uchylanie się od poboru). Również tutaj powieść pozwala nam spojrzeć na rzecz z kilku perspektyw. Jak szczerze i zwięźle przyznaje jeden ze speców od spekulacji naftowych dobijających targu o wpływy na Bliskim Wschodzie w czasie konferencji pokojowej: Zresztą opinia publiczna nie istnieje odkąd zaczęła się ta wojna. Mój Boże, dzisiaj społeczeństwo robi to, co mu się powie, a przy tym Ameryka jest tak daleko. O tym, że w krytycznym momencie opór staje się wręcz beznadziejny, przekonuje się jeden z naszych bohaterów – Ben Compton, przyjaciel Mary, wooblies i agitator, który doświadczył „ścieżki zdrowia” w czasie masakry woobliesów w Everett – jeden z tych, którzy pozostając w kraju skazani zostają na wieloletnie więzienie. Porażki dopełnia osamotnienie i upokorzenie na fali wojennego entuzjazmu charakterystycznego dla kolejnych beneficjentów wojny, amerykańskiej klasy średniej: Rodzina Heleny i wszyscy znajomi zarabiali jak nigdy na nadgodzinach i śmieli się albo obruszali na każdą wzmiankę o strajkach protestacyjnych i rewolucji. Wszyscy dookoła kupowali pralki, Pożyczkę Wolności, elektroluksy, domki na raty, dziewczęta sprawiały sobie futra i jedwabne pończochy.
Oddziaływanie Pierwszej Wojny okazuje się długofalowe, począwszy już od osobliwych gładkich przejść i utożsamień na poziomie języka. Znakomitą próbkę podsuwa nam naczelny redaktor pittsburskiej gazety w rozmowie z Mary o agitacji wśród robotników: te głupie barany zarabiają więcej niż kiedykolwiek w życiu. Kupują akcje, pralki, jedwabne pończochy dla żon, posyłają pieniądze rodzicom. Kiedy nasi chłopcy narażali życie w okopach, oni zajmowali wszystkie najlepsze posady, a w większości są cudzoziemcami i wrogami. Trudno nawet mieć za złe tym durniom, że w to wierzą, są po prostu ciemni. Ale ci czerwoni, którzy wykorzystują gościnność naszego kraju… Dobry Boże, wybaczyłbym im gdyby to robili z przekonania, ale oni to robią dla forsy, jak wszyscy. Nie ma dwóch zdań, kula w łeb byłaby dla nich za dobra.
W ten sposób „germanofile” płynnie ustępują miejsca „czerwonym”, choć – jak ktoś zauważył – zostać określonym za pośrednictwem pierwszej etykiety przed i w trakcie wojny, to nic w porównaniu z rażącą siłą drugiej bezpośrednio po wojnie. Przechodząc zatem do ostatnich sygnałów obecnych w «USA» – wszystko wskazuje na to, że „czas otwarcia”, cechującego drugą dekadę wieku, ulega stopniowo „zamknięciu” w latach dwudziestych. Zawłaszczenie w końcu się dokonuje, kręgosłup społeczeństwa zostaje przetrącony, zanim zdążyło ono na dobre powstać. Nieprzypadkowo bowiem wieńczącą kulminację trylogii stanowi ostatnia przegrana próba sił – morderstwo sądowe na anarchistach Sacco i Vanzettim (1927). W tej kwestii wystarczy pozwolić mówić samemu autorowi, który osobiście zaangażowany w kampanię o wstrzymanie egzekucji w „oku kamery” zdaje wreszcie wprost sprawę z doświadczenia swojego „pokolenia”: Ameryka nasza ojczyzna została podbita przez obcych którzy przenicowali nasz język przywłaszczyli sobie czyste słowa naszych ojców i splugawili je zmieszali z błotem zbudowali krzesło elektryczne i wynajęli kata żeby włączył prąd […] w porządku należymy do dwóch różnych narodów. Zwyciężyli, więc czemu boją się pokazać na ulicach? Stoimy pokonani Ameryko.
Całości obrazu dopełnia znamienne „ostatnie spotkanie” Mary z Benem Comptonem. Znów trudno wyciągać jednoznaczne wnioski: z jednej strony skuteczna kryminalizacja ruchów rewolucyjnych, z drugiej zaś – postępujący wpływ zdominowanego przez Sowietów Kominternu. W rezultacie Ben Compton zostaje ponownie skazany przed tę drugą stronę: Wywalili mnie z partii. Za opozycjonizm, indywidualizm, różne takie brednie. Partia potakiwaczy. To będzie coś pięknego.
Krótko po egzekucji Sacco i Vanzettiego losy ostatnich bohaterów – Mary French z jednej strony, J.W. Moorehouse’a z drugiej – w końcu się urywają. Przed naszymi oczami pojawia się raz jeszcze cynicznie-ojcowski związkowiec Barrow, który zatrzaskując drzwiczki taksówki, podsumowuje egzekucję słowami: „sprzeczności kapitalizmu”. Ostatni raz pojawia się także J. W., który za ścianą biurowca finalizuje „kampanię” na rzecz liberalizacji ustawodawstwa, zapewniającej znaczne zyski koncernom farmaceutycznym: Ta ustawa ma na celu pozbawienie Amerykanów prawa do samodzielnego leczenia się. Banda leniwych urzędników państwowych i rozmaitych pociotków na synekurach będzie mogła decydować, jakiej pigułki przeczyszczającej wolno człowiekowi używać, a jakiej nie. To policzek dla inteligencji Amerykanów. – No cóż – odrzekł powoli senator – może to i prawda, co panowie mówicie, ale ustawa cieszy się znacznym poparciem społecznym – Właśnie w tym momencie najbardziej potrzebne człowiekowi na stanowisku publicznym jest poparcie inteligentnie prowadzonej organizacji – zauważył serio pułkownik Judson - Potęga opinii publicznej, panie senatorze – oświadczył uroczyście J.W. – Oto czym dysponujemy.