ostatnia aktualizacja wywiadu – maj 2007: o recepcji "120 godzin", o własnie wydanym traktacie "Filozofia głupoty", o literaturze nowoczesnej, itd.
Twoja debiutancka powieść „120 godzin” spotkała się z mieszanymi uczuciami wśród odbiorców, a w szerszym obiegu pozostała jeszcze niezauważona...
Nie nastawiałem się na szerszy obieg. A z tymi mieszanymi uczuciami, tak – to znaczy, że reakcje były zwykle albo bardzo pozytywne, albo bardzo negatywne; natomiast prawie nie było letnich, pośrednich. Co sprawiło mi pewną satysfakcję, bo – mówię całkiem szczerze – wolę mocne ciosy niż nijakość, to przynajmniej jest emocjonujące. Drugim powodem mojej satysfakcji było to, że recenzje pozytywne były przeważnie inteligentniej napisane od negatywnych ;-) To oznacza dla mnie, że moja proza nie jest bynajmniej hermetyczna czy niedostępna – jak się tego niegdyś obawiałem; że są odbiorcy dla takiej literatury, nawet jeśli jeszcze nieliczni, którzy wyczuwają jej klimat i specyficzny humor. Wszystkim im dziękuję za dobre słowa.
Jednak trzeba też zauważyć, że wielu ten klimat i humor odstręcza, i to mocno.
Wiem, czuję i cieszę się tym uczuciem, że są ludzie, których taka literatura irytuje.
Bo dla wielu to ekstrawagancja, osobliwość. Powieść na granicy formy powieściowej, ostentacyjnie nieprzystawalna do niczego, idiosynkratyczna aż po manierę. Nużąca. Do tego, nie da się jej zaklasyfikować, jest intelektualnie niejednoznaczna...
...Tak?... Mea maxima culpa...
Może jak na debiut to było „zbyt”... Zbyt śmiałe, zbyt ryzykowne... Przesadzone pod każdym względem, a przez to przeprawione. Chciałeś narobić szumu, epatując „literaturą XXI wieku”, a tymczasem przedobrzyłeś – no i w efekcie masz: taki Tomasz Charnas, młody krytyk z Krakowa, twierdzi, że – cytuję z pamięci – „powieść zdradza niedostatki warsztatowe”...
Ach ten „zbyt”. Ten zbytek, znaczy. Tak, w jakimś sensie na pewno to była przesada, teraz to już wiem. Trzeba było zacząć od czegoś innego, mniej dionizyjskiego, rozpasanego. Może bardziej wyważonego. To było rozbuchane również przez to, że nadmiernie skondensowane, paradoksalnie, ta powieść była za krótka ;-))). Co do niepotrzebnych tu personaliów, nie chciałbym sprawiać wrażenia, że odszczekuję osobiście moim krytykom. To, co napisał wymieniony przez ciebie recenzent, nie było pozbawione dobrej woli. Tylko że zabrakło w tym wypadku chyba doświadczenia, może wnikliwości. Nie chcę zresztą recenzować recenzentów...
Co teraz?
Teraz „Filozofia głupoty”. Coś z zupełnie innej bajki, choć równie „moje”. Równie, znaczy się, idiosynkratyczne. Gatunkowo "Filozofia głupoty" jest traktatem filozoficznym, i w tym sensie absolutnie nie jest to „książka akademicka”.
Traktatem filozoficznym?!...
W rzeczy samej. Zawsze twierdzę, że wszystko wolno. Odważnym, rzecz jasna. Jestem radykalnym liberałem, a ściśle rzecz biorąc, jak Hume, który był liberałem, ale przede wszystkim był umiarkowanie sceptycznym oświeceniowcem, ale nielękliwym, taką właśnie postawę jak on, mniej więcej, zajmuję.
Więc cóż w tym idiosynkratycznego?
Pozornie nic, poza pewną prostodusznością takiej postawy. Mówię o tym, bo w tym sensie dyskurs, który uprawiam, jest niejako "nieuchwytny". Jest wyrazem wielkiej swobody i pojedynczości, przygodności, jeśli chcesz, myślenia. Największa moja obawa, a zarazem przyczyna idiosynkrazji, jest taka, że mam poczucie, iż ta rzecz jest do niczego nie podobna. A jak wiadomo, gdy chcemy wyrazić nasze oburzenie, mówimy: "do czego to podobne?!" - co najlepiej pokazuje, że coś do niczego niepodobne jest najbardziej oburzające.
Co nie znaczy, że nieskromnie przypisuję sobie jakąś oryginalność. Raczej chodzi o to, że w tej książce jest mowa o rzeczach, które wszyscy wiedzą, ale o których nie mówi się oficjalnie; to takie przyziemne, płaskie i głupie sprawy... Moja książka jest bardzo niedyplomatyczna wobec człowieka, by tak się wyrazić...
Jednak „Filozofia głupoty”, przy całej przygodności i prostoduszności, podejmuje dialog z tradycją. Tylko, że... Hume. Kartezjusz. Spinoza. Potem Nietzsche. Do tego Junger, Canetti, Ortega. Rzecz jasna Foucault, który jest tu bez wątpienia milczącym punktem odniesienia. Deleuze jako inspirator. Specyficzny zestaw.
Jest to jak najbardziej tradycjonalna rzecz, przecież mówię, że to traktat. Oczywiście, Deleuze, choć raczej inspirator właśnie niż wprost nauczyciel czy źródło konceptów, chyba że pewną systematyczność by porównywać... To jasne, Deleuze właśnie pokazuje, że trzeba pisać traktaty, napisał ich co najmniej dwa duże, plus mini- i quasi-traktaty. W tym sensie wiele mu zawdzięczam. Obudził mnie z post-dogmatycznej drzemki naszych czasów. Ale sądzę, że posługuję się myślą o wiele mniej złożoną i odjechaną niż Deleuze, toteż nie chciałbym się do niego odwoływać wprost. Tyleż samo zresztą w tym sensie ze współczesnych zawdzięczam paru innym z tej listy.
Jednak bodaj największą idiosynkrazją twego projektu jest jego, jak by to powiedzieć, „aspołeczność”. To skrajna pochwała indywidualizmu i nieufności do człowieka w ogóle.
Bez przesady z tą nieufnością. Tu jest raczej mowa o nieuchronności i pewnej katastrofalności, też, tego, co w człowieku irracjonalne.
No właśnie, dochodzimy oto do meritum, które jakoby zdaje się płytkawe: „człowiek jest irracjonalny i to jest groźne”... Czy nie jest tak, że "Filozofia głupoty" wiele obiecuje, a w końcu...
Twierdziłbym raczej, że powyższe wypowiedziane przez ciebie rzekome przesłanie Filozofii głupoty jest w istocie jej przesłanką, punktem wyjścia. Przeważnie na tym się poprzestaje; filozofia nie lubi zapuszczać się dalej niż w ogólniki na temat „irracjonalnego”. Ale faktycznie, "Filozofia głupoty" w końcu jest raczej opisem głupoty niż remedium na nią; raczej przestrogą, a przez to czymś trywialnym, niż czymkolwiek więcej; opisem jej niezbywalnosci. Ale opis! Opis ten jest bardzo szeroki i pozwalam sobie nawet twierdzić, że przynajmniej w napotkanej przeze mnie literaturze nie ma równie szerokiego opisu i systematyzacji rozmaitych schematów irracjonalnego działania umysłu ludzkiego.
Wskrzeszasz między innymi pojęcie „masy”. Antyhumanistyczne w zamyśle. Jakby zapomniane. Tylko wariat mówi teraz o masie. Może poza fizyką, rzecz jasna.
Noo, tak! Ale wydaje mi się, że właśnie należało je reaktywować, aby po raz kolejny opisać ludzkość w jej masowości. Obecnie masa jest czymś innym niż dajmy na to u takiego Ortegi. Choć zarazem fascynująco aktualne pozostają pewne jego spostrzeżenia na temat absolutnej ambiwalencji tego stworu. Wiadomo, że Ortega to teraz raczej kuriozum z seminarium na drugim roku studiów human. Tak więc nie przesadzałbym z eksponowaniem pokrewieństw. Tam są ciekawe cytaty, nie zapożyczenia. Ale konkretnie, jak prezentuje się, jak istnieje, w sensie politycznym, ekonomicznym, kulturowym, cywilizacyjnym, społecznym i psychologicznym masowość u progu XXI wieku, w epoce jednak wytwarzającej już pewną bardzo charakterystyczną swoistość, zdecydowanie odmienną od klimatu belle epoque końca XX wieku, gdy panowali, jak pamiętamy, np. Clinton i Jelcyn. Teraz mamy pewien wzrost napięcia, zamordyzmu, a zarazem, jak mi się wydaje, totalnej dezorientacji i niejednoznaczności tego, ku czemu to wszystko zmierza. Wielość wymyka się spod pojęcia, a przez to i spod kontroli. Polityka aleatoryczna. Kiedyś Fukuyama przewidywał, że skończy się na liberalnej demokracji jako wieczności, ale teraz czuć, że tak nie będzie i nawet autor tego przewidywania wykazuje obecnie chyba większą rezerwę. I jak zwykle towarzyszy temu klimatowi nawrót irracjonalności, jej masowej infuzji czy eksplozji – nawet to jest niejednoznaczne, czy to infuzja, czy eksplozja; czy jedno i drugie. Choć, że znowu użyję tego porównania, tacy Clinton i Jelcyn to jednak byli gentlemeni i ludzie oświeceni w porównaniu ze swoimi obecnymi następcami, nieukiem i agentem tajnych służb („akulturalnym ekspertem”). Tak więc wydaje się, że masa właśnie chce zgłupieć, pożąda narcystycznie afirmacji własnej irracjonalności i to napawa niepokojem. Ale o tym traktuje tylko parę rozdziałów w książce która ma ich ok. 30.
Co więc jest kwintesencją tego projektu?
To, że człowiek jest ciekawy w swojej banalności, w swojej dziecinadzie, naiwności, łatwowierności, nieuctwie, a zarazem pyszałkowatym przekonaniu o swej inteligencji itd. W pewnym sensie wszystko funkcjonuje „byle jak”, „jakoś”, ledwo-ledwo. Wszędobylska niewydolność, zawałowość, awaryjność są niezaprzeczalne. Co więcej, człowiek bardzo źle przeważnie rozumie siebie i swoje otoczenie, a zwłaszcza drugiego, regułą, żywiołem komunikacji międzyludzkiej jest nie-porozumienie. I na tyle często, by było to poznawczo ciekawe, zachowuje się wedle pewnych irracjonalnych schematów – nie tylko odruchów czy emocji, choć też, oczywiście, ale i pewnych mikro-, mini- i makro-paradygmatów irracjonalnego, z gruntu spaczonego karykaturalnego i absurdalnego oglądu spraw, zarazem dogmatycznego i mało refleksyjnego. Takie schematy determinują człowieka w istotny sposób. Występują w wielu skalach. Aby je dobrze sklasyfikować, potrzebna jest wycieczka po świadomości ludzkiej, w jej rozmaitych wcieleniach, społecznych, familijnych, instytucjonalnych, płciowych, indywidualnych i masowych. Nawet w najbardziej jednak wzniosłych formach świadomości wciąż uobecnia się głupota. Zachodzą, zarazem, dwa dynamiczne i przeciwstawne procesy: w miarę, jak rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona, znakomita większość postrzega w sposób coraz bardziej upraszczający, odchodząc od przywiązania do rozumu i oświecenia w miarę potęgowania się masy. Obecna „niedorzeczność” pojęcia masy wynika z tego, że zaszła już ona tak daleko, by stać się ślepą na samą siebie (choćby przez swoją wielkość). Zimny i lepki zarazem karnawał ciasnoty rządzi ciałem masy...
Wszystko to brzmi jakoś tak banalnie, oczywiście.
Jak powiedziałem, filozofię głupoty cechuje pewna prostoduszność; jest ona w dużej mierze swoistym banalizmem: zajmuje się głupawymi i niegłębokimi stronami natury ludzkiej. Nazywam to o tyle ciekawym wydarzeniem w humanistyce, niezależnie od inkryminowanego mi antyhumanizmu, który jest jednostronnym odczytaniem mojej książki, że powstaje w ten sposób „antropologia płaskości”. Człowiek, choć szczyci się rozumnością, to jednak pogrąża się z jakichś przyczyn – tak naprawdę mniejsza o przyczyny – w płaskości, w bezmyślności, w drętwocie i ociężałości. Jeden pogrąża się w nich czasem, inny często, jeszcze inny zawsze – ale dotyczy to każdego w tym samym sensie. Głupota jest niewątpliwie rzeczą najsprawiedliwiej wśród ludzi rozdzieloną.
A ponieważ nasze czasy są parodią Oświecenia, należało napisać - wyrażającą je - parodię "Fenomenologii ducha". Bo - w uproszczeniu - Hegel pokazywał, w ramach wzniosłego zwieńczenia Wieku Rozumu, jak wszystko okazuje się rozumne. Ale wszystko jednak okazuje się raczej nierozumne, niż rozumne, jak można sądzić. "Filozofia głupoty" pokazuje zatem to właśnie - mówiąc w humorystycznym uproszczeniu - jak wszystko okazuje się głupstwem.
Jak to jednak jest z tą masą, z kulturą masową? Przecież w twojej prozie jest mnóstwo nawiązań do kultury masowej, do popu, często wręcz nazbyt eksponowanych?
O tak, oczywiście, i jestem nawet z tego bardzo zadowolony! Pop-kultura to dla mnie niewyczerpane źródło natchnienia. Pop, kicz, blichtr, płaskość, głupota – to mnie fascynuje, bo jestem realistą, a świat się w tym pławi. Trzeba z tym grać. Ale podkreślam – grać, tak, jak na przykład robi to w filmie Lynch – a nie tonąć w tym.
W takim razie, czy uważasz, że rzeczywiście nie ma już różnicy między „wysoką” a „niską” kulturą?
Z jednej strony ta różnica została faktycznie zniszczona, od tego nie da się uciec. Kiedyś to było jasne i aksjomatyczne, teraz już nie. Są więc tacy, którzy mówią, że tej różnicy już nie ma, że stała się anachronizmem, bo wydaje im się ten pogląd bardzo nowoczesny. Od razu zaznaczam, że uważam szerzenie takich opinii za szkodnictwo... Co gorsza, nawet ci, którzy sądzą inaczej, przejawiają zazwyczaj kompletną dezorientację. Na przykład, uważa się, że w naszych warunkach „wysoka literatura” to poezja Szymborskiej. A przecież to jest właśnie taka pop-poezja, ani zbyt inteligentna, ani zbyt poważna, w sam raz dla młodzieży. Więc zazwyczaj, gdy sprzedają nam coś jako „wysokie” i „elitarne”, to jesteśmy nabierani... Krótko mówiąc, ta różnica została na tyle zatarta i rozmyta, że kto chce się do niej odwołać, nie ma do wyboru żadnych zastanych, niesfalsyfikowanych wzorców do naśladowania, musi ją stworzyć, reaktywować na własny rachunek. I to mi się zresztą wydaje jednym z podstawowych postulatów: stworzyć nowe formy „wyższości”, odbudować utracony dystans.
To dość konserwatywny pogląd w ustach autora, który uważa się za nowoczesnego... Jak zatem rozumieć twoją „awangardowość”?
Myślę, że i moja awangardowość i ta, która w ogóle zapisana jest w programie „Orgii”, polega w dużej mierze na konserwatyzmie właśnie, jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć. Przede wszystkim należy zauważyć, że awangarda dziś nie może być tym samym, co awangarda np. w pierwszych dekadach XX wieku. W ogóle podstawowa sprawa, to oddzielić awangardowość od modernizmu: awangarda jest czymś, co zawsze decydowało o ruchu naprzód w literaturze, a nie czymś związanym wyłącznie z modernizmem; w tej kwestii należy zerwać ze szkolnym pojęciem awangardy; należy przestać utożsamiać ją z jakimiś zjawiskami powierzchniowymi w literaturze, typu grupy i programy, a zrozumieć, że awangardowość jest czymś, co leży głęboko, w samym sercu, w samym życiu literatury jako takiej, a również i sztuki w ogóle. Nie tylko ci, którzy otwarcie nazywali siebie awangardystami, byli nimi, bo w głębszym znaczeniu tego pojęcia – w znaczeniu, które, jak sądzę, idea przyświecająca „Orgii” chce podjąć i ożywić – byli nimi wszyscy nowatorzy: awangardystą był tak samo Joyce, jak Cervantes czy Ajschylos... Otóż być może ktoś postawi zarzut takiemu rozumieniu awangardowości, że jest rozmyte i niekonkretne – zgoda. Ale nie chodzi nam przecież o to, by tworzyć nowe programy, nowe dogmaty, chodzi w pierwszym rzędzie o ogólny kierunek: chcemy czegoś tyleż nowoczesnego, co nowego. Paradoksalnie właśnie to pragnienie nowości jest wyrazem konserwatywnej wiary w niewyczerpywalność literatury w czasach, kiedy przyjęło się uważać, że literatura powiedziała wszystko, że odkryto już wszystko, co było do odkrycia...
Faktem jednak jest, że awangarda XX wieku dokonała już chyba wszystkich możliwych przekroczeń, zrobiła wszystkie eksperymenty, jakie były do zrobienia, zdeformowała wszystkie formy, pokonała wszelkie ograniczenia, przenicowała wszystkie języki... Więc co naprawdę nowego można odkryć w wieku XXI? Co nas jeszcze może zaskoczyć? Może rzeczywiście skazani już jesteśmy na powtórzenia?
Tak, na wielu polach nie pozostało już wiele do zrobienia. W pewnym sensie, w pewnym wąskim, lecz istotnym przecież sensie, można by nawet zauważyć, że po Joysie nie da się już zrobić niczego oryginalnego, że pod tym względem „my wszyscy z Joyce’a”, co by oznaczało, że postulat awangardy został zrealizowany i przeszedł do historii osiemdziesiąt lat temu. Niemniej cały czas nalegam, by rozumieć awangardę bardziej ogólnie i bardziej źródłowo zarazem. Faktycznie, jeżeli ograniczać jej postulaty do kwestii formy i jej deformacji, eksperymentu, poszukiwania nowych środków ekspresji itd., to pewnie niewiele pozostało do odkrycia, jeżeli w ogóle coś. Faktycznie, trudno sobie wyobrazić teksty bardziej radykalne od „Finnegans wake” czy późnej prozy Becketta – co do tego zgoda, te kierunki zostały wyczerpane. Niemniej sądzę, że twierdząc tak, wciąż zajmujemy stanowisko zewnętrzne wobec samej literatury jako pewnego „strumienia życia”, stanowisko historyków literatury: jesteśmy zbyt akademiccy, zbyt techniczni. Proponuję, byśmy podeszli do literatury bardziej „naiwnie”. Z tego punktu widzenia np. pojęcie „formy”, w swojej techniczności właśnie, wydaje mi się zewnętrzne, grubiańskie, nieadekwatne. Tak samo jest zresztą z większością instrumentów pojęciowych poetyki. W literaturze jako takiej, w jej żywym ruchu, nie istnieją żadne „formy”, żadne „typy narracji”, żadne „podmioty”. Jeśli chcemy mówić o nowej literaturze, o współczesnej awangardzie, to musimy przede wszystkim odrzucić tę technokratyczną pojęciowość. Bo jeśli literatura bywa kiedykolwiek odkrywcza i oryginalna, to nie dlatego, że którykolwiek autor chce zrobić coś z „formą”.
Mówiąc krótko i prosto: Tekst składa się ze zdań. Zdania to ciągi słów. Te ciągi, i ciągi ciągów, wytwarzają jakiś sens. Ten sens zawiera w sobie, w sposób bezpośredni, jakiś fragment życia, jakiś świat. Chcę przez to powiedzieć, że sens wytworzony przez słowa ułożone w ciągi nie jest czymś zewnętrznym wobec życia, jakimś odbiciem, odtworzeniem, przedstawieniem i czym tam jeszcze – on jest samym tym życiem, nie kopią, nie reprodukcją, ale nim samym... A jest tak dlatego, że język nie jest czymś nałożonym na rzeczywistość, nie jest jej powtórzeniem, ale jest z nią spleciony, jest w niej zawarty, a ona w nim. Dlatego również tekst literacki jest z jednej strony autonomiczny, a z drugiej zanurzony w rzeczywistości; jest on zarazem światem odrębnym i światem zawartym w świecie w ogóle... Wracając do kwestii awangardy jako poszukiwania nowości. Jeśli sprowadzimy to poszukiwanie do kwestii czysto technicznych, do eksperymentów formalnych, to oczywiście wychodzi nam, że „nihil novi sub sole”... Ale jeśli będziemy je rozumieć źródłowo, jako poszukiwanie takich „nowych światów”, światów, jak powiedziałem, autonomicznych i immanentnych zarazem, a więc jeśli będziemy rozumieć to poszukiwanie jako odkrywanie nowych żywiołów autonomii i nowych ruchów rzeczywistości, to stanie się dla nas jasne, że dopóty, dopóki świat, w którym żyjemy, nie przestanie się stawać, zmieniać, dopóty będą istniały przesłanki i materialne podstawy po temu, żeby odkrywać nowe „światy literackie”, nowe strategie twórcze, nowe i niepowtarzalne, najprościej rzecz ujmując, ciągi słów i ciągi ciągów... Ot i tyle. Czy to nie oczywiste zresztą?
Wciąż jednak nie wyszliśmy poza teorię i słuszne prawdy. Dlatego ponawiam pytanie, na czym polegać miałaby awangardowość tu i teraz?
Na pewno, jak już mówiłem, nie może ona nawiązywać do programów modernistycznych. Co więcej, najpewniej w ogóle nie może się opierać na jakimś określonym programie. Właśnie, może warto byłoby najpierw uświadomić sobie, na co nie ma w niej miejsca, co zawiodłoby nas natychmiast na manowce... Przypomnijmy niektóre z postulatów awangardy początku XX wieku, np. futurystyczne hasło zerwania z tradycją, spalenia muzeów. Od razu widać, że idea „zerwania z tradycją” to w naszych czasach żadna rewolucja, tylko, prawdę mówiąc, panujący stan rzeczy, ponury stan rzeczy... Radykalne byłoby raczej – znów uczynić tradycję i odwoływanie się do niej obowiązkiem każdego twórcy... Albo, łączący się z tamtym, postulat „młodzieńczości”, „barbaryzmu” – w czasach, gdy kultura została w zasadzie zdominowana przez młodzież i „młodzieżowość”, w czasach spełnionego barbarzyństwa, powtarzanie tego hasła nie tylko byłoby nieoryginalne, ale służyłoby najbardziej szkodliwym siłom... Młodzieżowość, czyli programowy brak głębszego namysłu i ignorancja, która w czasach futurystów mogła być czymś odświeżającym i rewolucyjnym, to dziś jedno z największych przekleństw kultury... Albo inne hasło, surrealistyczny postulat dążenia do „pierwotności doświadczenia”, który stał za „zapisem automatycznym” – jest oczywiste, że idea ta opiera się na zamierzchłych przesłankach metafizycznych i antropologicznych, których w naszych czasach zwyczajnie nie da się już reaktywować bez popadnięcia w anachronizm... W ogóle, gdy uprzytamniam sobie konkretne postulaty awangardy modernistycznej, przynajmniej niektóre z nich, dochodzę do wniosku, że ze wszystkich awangard w dziejach literatury, te modernistyczne były najbardziej pozorne, najbardziej hasłowe... – przynajmniej na poziomie sformułowanych programów i manifestów. Prawdziwa awangarda, przynajmniej w tym ogólnym znaczeniu, o jakim już mówiłem, zawsze była gdzieś indziej, tam gdzie nikt o niej wprost nie mówił, gdzie nikt się do niej bezpośrednio nie przyznawał... Prawdziwi awangardyści nigdy nie nazywali siebie awangardystami... Bo przecież to nie futuryści, ani nawet nie surrealiści najbardziej przyczynili się do rozwoju literatury w XX wieku... Więc może popełniamy ten sam co oni błąd... Może nie powinniśmy nic mówić o awangardzie, nie zgłaszać żadnych pretensji, tylko w milczeniu robić swoje – bo skończymy jak tamci...
Już za późno... Możemy się tylko pocieszać, że jakieś hasło zawsze byłoby nam potrzebne... I że pewnie nie znaleźlibyśmy lepszego... I że nie możemy już być tak niewinni jak ci „prawdziwi awangardyści” przeszłości, którzy nie nazywali siebie awangardystami, bo nie musieli nazywać siebie w ogóle... Ale pytanie brzmiało: na czym, niezależnie już od haseł, powinna dzisiaj polegać nowoczesność, czym ta „współczesna awangarda” miałaby się konkretnie różnić od „współczesnej nie-awangardy”?...
Cóż, znowu powiem ogólnikowo, zamiast konkretnie, ale moim zdaniem to hasło nie ma sugerować niczego innego, jak tylko różnicę jakości... Różnicę temperamentu być może...
No dobrze, w takim razie powiedz, na czym miałaby polegać awangardowość twoich własnych tekstów?
O tym właśnie mówię... A serio, to jeszcze wróciłbym do zasad, a dopiero potem przejdę do siebie... Sądzę, że najogólniej rzecz biorąc literatura awangardowa zawsze różniła się od nieawangardowej przede wszystkim tym, jak odnosiła się do materii życia, do świata... Cechą zasadniczą literatury nieawangardowej byłoby dążenie do tego, żeby relacja pomiędzy sensem tekstu a sensem świata, między rzeczywistością artystyczną a rzeczywistością w ogóle, była prosta, np. mimetyczna. Sztuka czysto naśladowcza, werystyczna, reprodukcyjna to byłaby kwintesencja nieawangardowości. Oczywiście pojęcie naśladownictwa jest dyskusyjne i niejasne, ale przyjmijmy dla potrzeb tej rozmowy, że intuicyjnie wiemy, o co chodzi. Inna sprawa to stosunek do ustalonych form, wiadomo, że literatura nieawangardowa traktuje zastane formy jako nieprzekraczalne – ale, jak już mówiliśmy, kwestia formy jest wtórna. Jest wtórna dlatego, że wynika z tej pierwszej, z kwestii odniesienia do doświadczanej rzeczywistości, w tym sensie, że ustalona forma jest zwykle odzwierciedleniem panujących, transcendentalnych schematów organizacji doświadczenia. Należy oczywiście zauważyć, że pewne „ustalone formy” czy „schematy” nie są pod żadnym względem mimetyczne. Np. co mimetycznego jest w klasycznym schemacie fabularnym, przecież widać gołym okiem, że w „prawdziwym życiu” rzadko zdarzają się historie o klasycznie fabularnym przebiegu... Ale dlatego właśnie mówię, że prosty mimetyzm ma swoją podstawę nie tyle w strukturze rzeczywistości, ile raczej w transcendentalnej strukturze organizującej tę rzeczywistość, w różnego rodzaju symplicystycznych wyobrażeniach o świecie. Pewien wariant tego rodzaju mimetyzmu można zaobserwować w literaturze pisanej współcześnie w Polsce: polega on na tym, by w pisaniu naśladować potoczne użycie języka: literatura miałaby „wsłuchiwać się” w mowę, miałaby odzwierciedlać to, jak ludzie mówią, aby pokazać, jak myślą, aby dać wierne przedstawienie „stanu świadomości”.
Podsumowując, literatura nieawangardowa polegałaby na tym, by nie sprzeciwiać się panującym wyobrażeniom na temat „prawdy o rzeczywistości”, a jej mimetyzm oznaczałby bardziej zamknięcie w obrębie pojęć „normalnego człowieka”, „przeciętnego odbiorcy”, niż rzeczywiste naśladowanie świata, który przecież, przepraszam za truizm, jest o wiele bardziej złożony i niejednoznaczny niż się naszym filozofom śniło. Dlatego rzadko kiedy literatura nieawangardowa jest fascynująca poznawczo, czasem bywa dobra, najczęściej jest przeciętna, a gdzieś tam na drugim brzegu przestaje już się odróżniać od literatury masowej... Podkreślam, taka literatura nie jest z góry skazana na słabość... Ale – i tutaj odwołałbym się do przykładu naszego polskiego tu i teraz – jest w swoim mimetyzmie na tyle zależna od „zastanej rzeczywistości” i „zastanych pojęć”, na tyle nieautonomiczna wobec realiów i języka, że może być tylko o tyle ciekawa i estetycznie wartościowa, o ile pozwala jej na to owa „zastana rzeczywistość”... Kiedy ta ostatnia staje się płaska, szara i nijaka, literatura czysto naśladowcza nie może być głęboka, barwna i mocna... Dlatego właśnie tak rzadko zdarza nam się przeczytać jakąś ciekawą książkę, która by mówiła w sposób „bezpośredni” o współczesnej Polsce...
Ten wątek może zostawmy na razie na boku... Powiedziałeś, że taki, jak opisałeś właśnie, charakter literatury nieawangardowej wynika z dążenia, by relacja między sensem tekstu a sensem rzeczywistości, do której się on odnosi, była maksymalnie prosta... Rozumiem, że w przypadku awangardy, odwrotnie, istnieje dążenie, by relacja ta była złożona?
W rzeczy samej. Awangarda nie polega przy tym na zwykłym odrzuceniu mimetyzmu, naśladownictwa, ale na wprzęgnięciu go w bardziej rozbudowaną strukturę odniesienia. Polega na tym, żeby relacja, o której mówimy, czyli odniesienie tekstu do materii świata, do materii języka, do umysłowych schematów pojęciowych, było stosunkiem złożonym, skomplikowanym i wciąż komplikującym się, niejednoznacznym, zagadkowym, heterogenicznym... I właśnie tutaj, w przestrzeni tego stosunku, otwiera się największy obszar eksploracji – to tutaj właśnie awangardowy twórca odnajduje pole do popisu, tutaj szuka nowych, nieznanych wcześniej rozwiązań, tutaj tworzy się idiosynkratyczny i zindywidualizowany charakter każdej awangardowej narracji... Obszar ten jest niewyczerpany...
Mówiąc nieco inaczej: literatura awangardowa, nie odrzucając naśladownictwa, lecz wcielając je w bardziej złożoną „maszynę” kreacji sensu, wyróżnia się tym, że „przedstawia” rzeczywistość uruchamiając jednocześnie – i to na wiele sposobów, poprzez wiele technik i wymiarów kreacji literackiej – coś, co nazwałbym tu roboczo „żywiołem fantazmatycznym”. Nie chodzi mi tylko o czyste „twory wyobraźni”, fantastyczne wymysły, wyssane z palca sytuacje, sztuczne historie, szaleństwa – choć też... Działanie „żywiołu fantazmatycznego” może odnosić się do każdego wymiaru literatury, do każdego elementu struktury tekstu, nie tylko do „świata przedstawionego”, do czasu i przestrzeni, do konstrukcji psychicznych, ale i do głębiej ukrytych mechanizmów, może przede wszystkim właśnie do nich – także do schematów transcendentalnych, o których już mówiłem, tych, które literatura nieawangardowa pozostawia nienaruszone; albo do struktur języka... Nie tylko zatem „twory wyobraźni”, ale i „potwory”... W literaturze awangardowej zawsze obecny jest moment „spotwornienia”, który sprawia, że „tradycyjnym czytelnikom” taka literatura wydaje się „dziwaczna” albo nieznośna... Oznacza to, jednym słowem, że gdy „zwykła” literatura pragnie zatrzeć różnice pomiędzy sensem tekstu a sensem świata, to literatura awangardowa różnice te zawsze od nowa wytwarza, różnicuje, komplikuje, dyslokuje – po to, byśmy koniec końców nie mogli ich definitywnie określić, uchwycić... Właśnie w ten sposób powstaje „tajemnica”, nieuchwytność – bo przecież każdy odkrywczy tekst ma swoją własną fascynującą tajemnicę, swoją nieokreśloność, która powstaje na styku jego sensu i sensu świata, a która sprawia też, że wymykając się Jednoznacznemu zrozumieniu, otwiera się na „nieskończone” rozumienie i myślenie...
Po omówieniu ogólnych zasad miałeś, przypominam, powiedzieć coś o sobie... A zatem: jak realizujesz te zasady w swojej twórczości?
Chyba zbyt długo musiałbym o tym mówić. Więc może powiem coś o tym, jak wygląda u mnie sprawa mimetyzmu, sprawa odniesienia do świata rzeczywistego. I postaram się powiedzieć o tym prościej... Otóż jest dla mnie czymś bezwarunkowo oczywistym, że piszę o tym, co mnie otacza... Moje historie toczą się w Warszawie na przełomie XX i XXI wieku – poza tę regułę nie chciałbym i chyba nawet nie umiałbym wykroczyć. Ale z drugiej strony nie jest tak, że zaludniają je bohaterowie wzięci z ulicy, ludzie, których moglibyśmy spotkać za rogiem... Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale żyjemy chyba w miejscu i czasie, w których po prostu nie ma ciekawych ludzi... Ja przynajmniej nie znam nikogo ciekawego, oczywiście w sensie literackim, a nie towarzyskim. Sam jestem przykładem osoby bez biografii... I tutaj pojawia się konieczność, by uruchomić „żywioł fantazmatyczny”. Jest potrzeba, by stworzyć bohatera, bohatera naszych czasów... Kogoś, kto mógłby poruszyć naszą wyobraźnię, kto mógłby wzbudzić jakieś emocje swoją działalnością, kto mógłby wzbudzić podziw albo wstręt, kto by nie był letni, kto nie redukowałby się do swojej pracy i swojej funkcji w rodzinie... Jak widzisz, dość tradycyjnie to rozumiem... Skoro jesteśmy społeczeństwem bezkrwistych pseudo-osobowości, letnich słabeuszy – powinniśmy przynajmniej wyobrazić sobie kogoś, kto w takich warunkach zmierza ku jakiemuś ekstremum, kto idzie „do kresu nocy”, kto przekracza jakąś granicę, nie wiem, przyzwoitości, normalności, jakiegoś, najogólniej mówiąc, „radykała”... Ale nie neurotyka! Oczywiście, nie może być tak, żeby ta wyobrażona postać była od tych psychospołecznych realiów zupełnie wyabstrahowana – to ma być postać nieprawdziwa, ale nie nierzeczywista. A więc musi to być bezkrwista pseudo-osobowość, która z jakichś tam powodów przekształca się w radykała, to musi być ktoś letni, kto staje się gorący, albo jeszcze lepiej – gorący i zimny jednocześnie, to musi być słabeusz, który odkrywa w sobie jakąś moc... Z tego założenia wynika już wszystko inne...
Jednak to, co mówisz odnosi się przede wszystkim do „Ani, ani”... W „120 godzinach”, którymi debiutujesz w OM, jest chyba inaczej?
Nie, chodzi z grubsza o to samo, tylko postać głównego bohatera jest inaczej zbudowana – tworzą ją raczej wyobrażenia, wizje, pragnienia i ich wewnętrzne eksplozje niż czyny i relacje z innymi ludźmi. Zastrzegając, że „120 godzin” to również fragment większej całości – choć fragment całkowicie autonomiczny – mogę powiedzieć, że w tym przypadku chciałem skonstruować postać na zasadzie zupełnego odosobnienia, postać, która z niczym i nikim nie jest związana, a jedynie wprzęga się, chcąc nie chcąc, w pewne niezależne, zupełnie zewnętrzne procesy... Pod tym względem bohater „Ani, ani” był zbudowany nieco bardziej „po ludzku”, ale może właśnie dlatego musiał okazać się w końcu potworem, musiał zniszczyć wszystkie więzi, jakie łączyły go z ludźmi i jego własnym człowieczeństwem... Natomiast w „120 godzinach” od razu, niejako z założenia, mamy do czynienia z kimś, kto nie czuje się z niczym i nikim związany, z kimś na swój sposób bezosobowym, co nie znaczy, że beznamiętnym – przeciwnie, jest to postać tym bardziej namiętna, im bardziej bezosobowa... Albo jeszcze inaczej – o ile bohater „Ani, ani” to był ktoś, kto dopiero odkrywa pozorność wszystkich swoich zewnętrznych powiązań i określeń i kto je w związku z tym świadomie niszczy, o tyle w „120 godzinach” mamy do czynienia z kimś, kto już od początku uzewnętrznia się tylko poprzez własne pozory, zjawy, fantomy, kto je mnoży ku własnej uciesze – a z drugiej strony fatalistycznie oddaje się strumieniowi wydarzeń, jakby nie chciał być sprawcą czegokolwiek w świecie, który go otacza, za nic nie odpowiedzialny... To ktoś, kto nic nie robi, a jedynie kontempluje to, co dzieje się z jego ciałem, przy czym z tym ciałem dzieją się najprzeróżniejsze rzeczy – czyli marionetka do potęgi... Ale to także ktoś, kto żyje tylko wewnątrz samego siebie – choć to wnętrze nie opiera się na żadnej osobowej prawdzie, na żadnej określonej tożsamości, bo jest tylko korowodem mniej lub bardziej osobliwych myśli, wyobrażeń, snów i zmyślonych krajów... Radykalizm polega tu na skrajnej niefrasobliwości nie tylko wobec świata, ludzi, ale i wobec samego siebie, wobec swojej tożsamości, wobec wszelkich obowiązków, nawet tych ostatecznych, czyli tych, jakie mamy wobec samych siebie... Moc tej postaci zasadza się wyłącznie na jej impulsywności... Tak pokrótce wyobrażam sobie, że mógłby wyglądać bohater naszych czasów. Człowiek bezwolny – jak my wszyscy, pusty, nieokreślony – bezduszny – ale zarazem uwalniający cały potencjał intensywności i eksplozywności, jakie tkwią w jego pustce... A przy tym chodzi też o to, by wszystko to miało miejsce w ramach realiów, w Warszawie 200..., w kapitalistycznej Warszawie, pośród kapitalistycznych Warszawiaków... Cóż, mam nadzieję, że przynajmniej po części udało mi się zrealizować ten program...
Złapię cię więc za słowo, skoro wspomniałeś o „kapitalistycznej Warszawie”... Czy mógłbyś się odnieść do obu członów tego sformułowania? Z jednej strony zauważyć można w „120 godzinach” autentyczną fascynację kapitalizmem. Z drugiej zaś strony – na ile to jest właśnie literatura warszawska?
Cóż, ten nasz kapitalizm jest niewątpliwie fascynujący, jest w nim jakaś niesamowita, heraklitejska jedność przeciwieństw, jest jednocześnie skrajnie żywotny i strasznie martwy, ma w sobie niezwykłą dynamikę, a jednocześnie robi z ludzi nieruchome, beznamiętne cienie, jest trzeźwy i pijany, barwny i szary, opiera się na wolności, ale czyni ze wszystkich niewolników – itd., długo można by wyliczać. Ale za moją fascynacją kryje się też pragnienie, by przekroczyć wreszcie perspektywę „krytyki społeczeństwa konsumpcyjnego”... Muszę powiedzieć, że jak słyszę samo to pojęcie, to wyciągam rewolwer... I drażni mnie skrajnie, że nikt nie chce wyjść poza ten łatwy krytycyzm, poza tę chroniczną czarną lewicowość, że wszyscy uważają to niemal za obowiązek, żeby poddawać krytyce, i to takiej najbardziej oczywistej, kapitalistyczne społeczeństwo, jego „dehumanizację”... Podobna choroba to „wrażliwość społeczna” – najwięcej pisze się o biedzie, o braku perspektyw, o frustracji, czy to indywidualnej, czy zbiorowej, o głodnych dzieciach, o Polsce B najogólniej rzecz biorąc – a jeśli o Polsce A w ogóle się wspomina, to tylko z resentymentem, frustracko, ech, ta wstrętna Warszawka i jej wyścig szczurów... - faktycznie to przykre, że to jedyna alternatywa, ale na Boga, czy to chcemy wyłącznie zakomunikować przyszłym pokoleniom? Że byliśmy przepracowani albo bezrobotni?... Tymczasem sądzę, że Polska A, Polska kapitalizmu i kapitaliźmiku, jest o wiele głębsza i ciekawsza poznawczo od problemów dzieci, dobrze znanych... Zresztą, i tu przechodzę do drugiej części odpowiedzi, to nie Polska, ale Warszawa A jest najciekawsza. I w tym sensie właśnie ja bym swoją literaturę nazwał warszawską o wiele bardziej, niż polską – sam o sobie bym powiedział, że jestem raczej obywatelem Warszawy niż Polski i tak samo jest z moją literaturą... Nie znaczy to, że nie darzę wielką sympatią reszty kraju, tyle tylko, że w bardzo ograniczonym zakresie mnie ona inspiruje literacko.