Bajka o złej wróżce, upadłych królestwach i potędze miłości

Dodano 03.08.2005

M. Falkowski przedstawia: Z opowieści Pana Conte

(Od redakcji OM: Autorstwa utworu nigdy nie udało się stwierdzić z całą pewnością. W związku z pod­ty­tu­łem nie­którzy wskazują na Charlesa Perraulta, twórcę słynnych Contes. Wydaje się to o tyle prawdopodobne, że u­de­rza wręcz po­do­bieństwo – nie tylko zresztą fabularne – do jego Knypsa z czubem i istotnego tam wątku po­­ro­zu­mienia i wymiany. Być może mamy do czynienia z naśladownictwem albo relacją z jakiegoś spotkania, na co wskazywałaby „szkatułkowa” konstrukcja opowieści. Publikując przekład tego właśnie utworu chcemy nie tylko dostarczyć naszym młodszym i starszym Czytelnikom zasłużonej rozrywki, wieczornego oddechu po sło­ne­cznych orgiach, ale zapowiedzieć już kolejną edycję OM – tym razem POLITYCZNĄ! Jesień będzie równie go­rą­ca...)

Pan Conte – na wyraźne życzenie pani de L***, która nie zwykła powtarzać próśb – miał właśnie za­cząć swą opowieść, gdy młody caballero, gość nikomu bliżej nie znany a zaproszony z polecenia pew­nego znajomego z M., rzucił się do okna i po raz kolejny odsunął nieco zasłony, by od dawna już za­chodzące słońce rozjaśniało je­sz­cze salon. Jego ruch spowodował natychmiastowe zamieszanie. Wia­domo, że światło zachodzącego słońca, choć ciem­niejsze, nie traci wcale na intensywności. Tak przy­najmniej musiał pomyśleć wielebny z Mieux, gdy tylko za­uwa­żył oświetloną na czerwono twarz gos­po­dyni. Zerwał się z miejsca i stanął przy oknie, rzucając wcześniej kar­cące spojrzenie winnemu tej zbrodni. Wielebny słynął ze swoich kazań, nikogo więc nie zdziwiła krótka oracja, ma­jąca i przy tak błahej okazji pouczyć błądzących.

- Nie mylcie pozoru jasności z prawdą objawienia. Mieszka ona nie w waszych twarzach, lecz w wa­szych ser­­cach. Życie to niewyczerpana udręka, przed którą nie uchroni nikogo zmysłowe piękno. Chcia­łeś chyba, drogi caballero, niepotrzebnie ją powiększyć, skoro oślepiłeś naszego miłego dobro­czyń­cę. Stanę więc przed oknem, chro­niąc was przed grzechem a zarazem zbędnym cierpieniem, które do grzechu prowadzi. Reszta światła po­win­na wystarczyć.

Te słowa rozwścieczyły pana d’Hermé, sekretarza Akademii. Powiedzmy od razu, że wielebny z Mieux od­zna­czał się niewiarygodnie wielkim nosem, do tego garbatym. Ubolewał nad tym, ale wstyd roz­budzał tylko jego po­bożność. Zwracając się do winowajcy z konieczności stanął profilem do ze­bra­nych i w tej pozycji zastygł. Naj­wi­doczniej zapragnął ogrzać nieco połowę twarzy w ciepłych jeszcze pro­mieniach. Ten właśnie widok rozgniewał sekre­tarza Akademii.

- A to kabała! Jeden nochal potrafi zasłonić całe słońce i rzucić taki cień, że toniemy w ciem­noś­ciach! Mamy na szczęście inne sposoby, by uratować się przed mrokiem a pani urodę przed nie­istnie­niem.

I ruszył po świecę stojącą w rogu salonu. Wyprzedził go caballero, który jednym skokiem znalazł się w kącie i chwilę potem przyćmione światło wdarło się w ciemniejącą przestrzeń pokoju. Nie za­koń­czyło to jednak całego wy­darzenia. Pomiędzy oknem a świecą znajdował się pulpit, przy którym pa­ni de L*** pisała co rano, ograni­cza­jąc się zresztą do krótkiej korespondencji. Teraz o pulpit opierał się sędzia z Auteuil, który jakiś czas temu po­rzu­cił swoje miejsce przy stole, gdzie wraz z gospodynią i pew­nym oficerem piechoty, świeżo przybyłym z północy dzię­ki chwilowemu zawieszeniu broni, zaba­wia­li się modną ostatnio grą w karty. Oficer wygrywał a sędzia wy­raź­nie nie miał szczęścia. Poza tym gra wydawała mu się wyjątkowo głupia w swej przypadkowości, toteż – ratując god­ność i kieszeń za­razem - opuścił towarzystwo, by poszukać czegoś bardziej odpowiedniego dla swojej społecznej rangi i obywatelskich funkcji. Znalazł ów pulpit, za którym stał obecnie, niby szykując kolejny wyrok, roz­strzy­­gający rzecz nie na korzyść którejś ze stron, ale zawsze w imię sprawiedliwości. Kiedy więc roz­wście­czo­ny sekretarz najpierw zwymyślał nos wielebnego, a potem skierował się ku świecy, jego gnie­w­ne spojrzenie na­pot­ka­ło uważny wzrok sędziego. Choć przypadkowa, okoliczność ta zadziałała ni­czym wezwanie do bez­wzglę­d­nie sprawiedliwego osądu, surowość – jak wiadomo – to najwłaściwsza miara konieczności.

- Nic tu nie pomoże zasłanianie okna. Zawsze znajdzie się jakieś nowe źródło ułudy. Piękno wszak jest po­zo­rem i nic bardziej nie utwierdza jego władzy niż zniewieściałość. Słońce przecież zga­ś­nie a świeca niedługo się wy­pali. Niech więc przypominają nam raczej o odwiecznym świetle rozumu, dzięki któremu Opatrzność wskazuje lu­dziom to, co prawdziwie słuszne, bo nie przemijające z ka­ż­dym dniem.

Pan d’Hermé prychnął tylko pogardliwie. Pochylił się w stronę pani de L*** i odparł:

- A więc podziwiam jedynie kłamstwo?! Niech Merkury mi to wybaczy. Wolę jednak piękno jako pe­wny zysk ze światła aniżeli pański rozum – tę dawno zapomnianą inwestycję, która pozostawia mnie z niczym.

Źle zapewne skończyłaby się ta nagła awantura – słowa padały coraz ostrzejsze, stawka szła w górę a na szali le­żały już najcenniejsze dobra – gdyby pan Conte w tym momencie nie zaczął swej opowieści.

- Piękno, uwielbiane czy potępione, ma tę przynajmniej właściwość, że można je zobaczyć. Cóż jednak po­cząć z tym, czego nie widać a co niekoniecznie jest dziełem Opatrzności?...

Podobno zdarzyło się w pewnym królestwie, że z okazji narodzin następcy tronu wyprawiono ucz­tę, na którą król zaprosił gości z całego kraju, w tym wszystkich najważniejszych czarowników i co znacz­niejsze wróżki. Nie­stety, zapomniał o jednaj. Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że wró­żki tej od dawna nikt już nie spot­kał i tak naprawdę nikt o niej nie pamiętał. To ona jednak, ura­żo­na i złośliwa, sprawiła, że następnego dnia poddani na­gle przestali się nawzajem rozumieć. Bliźni nie pojmował czynów i słów bliźniego. „Dlaczego on to zrobił?!” – to pytanie w dziwny sposób połączyło du­sze rozłączonych. Zapanowały wściekłość, zdumienie i rozpacz. Nie by­ło tak silnej więzi, która nie mogłaby się w mgnieniu oka rozpaść. Każdy doskonale wiedział, czego sam pragnie i co mówi. Ale naj­zwyklejsza wizyta u sąsiada kończyła się katastrofą. Niejeden zastanawiał się, co robić, żeby go zro­zu­miano – wracał do najprostszych formuł i gestów. I to nie pomagało.

Ludzie zaczęli się chować, człowiek unikał człowieka, syn porzucał matkę a ojciec wyganiał córkę – kró­lestwo powoli zmieniało się w kraj samotników.

Ileż gatunków samotności! Można by rzec, oto postanowiono spróbować wszystkiego. Król i jemu podobni wy­brali drogę najprostszą. Zamknęli się w swoich domach, zamurowali w pałacach. Prawie zastygli za żadne skar­by nie chcieli się ruszać, poprzestając na towarzystwie własnych dusz. Nie­szczęsna konieczność uczyniła z nich nie­mal myślicieli. Inni od razu uznali całą historię za świa­dec­two dawno przewidzianego upadku kultury i równie szyb­ko przystali na własne zezwierzęcenie. Dla jednych ów powrót do natury oznaczał łagodność i osamotnienie. Ty­py gwałtowniejsze łączyły się w dzikie bandy, watahy na poły zwierzęce, na poły uspołecznione, rządzone twardą regułą hierarchii. Byli to ludzie milczenia – nieufni i karni, porozumiewali się nie inaczej niż przy pomocy pię­ści. Rów­nie tajemnicze więzi łączyły w gromady – choć tym razem jedynie doraźnie – rozpustników i ucztu­ją­cych. Części z nich udało się nawet wytworzyć pewna regularność: tych zwłaszcza uspokajało po­do­bień­stwo do daw­nych rytuałów, pełnych wrzawy i zrozumienia. Najliczniejszą grupę, przypominającą nie­co niegdysiejszych po­bożnych i stąd pewnie zyskującą coraz większą sławę, stanowili ci, którzy – nie­mało ryzykując życiem, ale bardziej jesz­cze nienawidząc powszechnej obcości – postanowili zaufać innym. Założywszy dobra wolę bliźniego, nie sta­rali się go już pojąć, ale skupiając się na przed­mio­tach, wierzyli, że tamten uczyni tak samo. Nie eliminowało to kłó­tni, nierzadko wręcz zbrodni. Cza­sem jednak najbardziej wyrozumiali i czujni potrafili żyć obok siebie. Wów­czas każda rzecz i cały świat stawały się obiektem kultu.

Nawet takie zjednoczenia nie zmieniały przecież ogólnej chwiejności panującej w królestwie. Każdy był w o­czach drugiego albo wariatem, albo łotrem.

Król zamknął się wprawdzie w swoim zamku, jednak troska o losy poddanych nie opuszczała go ani na chwi­lę. Owszem, słyszał już o takich bądź podobnych czasach, czasach odległych i bar­ba­rzyń­skich, czasach strachu i od­dzielenia. Żaden trwały i pewny przekaz nie zachował się z tej epoki mil­cze­nia, epoki niebyłej. Podobno ludzie wte­dy poddali się niczym jeńcy, sami ustanawiając własnego nad­zorcę. Być może teraz strach zastąpi po­ro­zu­mie­nie – z tą myślą król udał się na główny plac stolicy. Przybyli jedynie „pobożni”, śmieszni i bredzący, uradowani, że oto mają się wokół czego zjednoczyć. W złości i z obrzydzeniem król uciekł do zamku.

Z czasem kraj ten zyskał ponura sławę niebezpiecznego i dzikiego, gdzie ludzie są zaczarowani. Dlatego nikt go nie odwiedzał a każdy starannie omijał. Powoli jakby przestawał istnieć...

Tymczasem w sąsiednim państwie ogłoszono wszem i wobec radosną wieść o narodzinach kró­lew­ny, córki panującego tam króla, przyszłej następczyni tronu. Każdy ma tedy prawo złożyć jej hołd i wziąć udział w wielkim świę­cie, jakie na czas trzech tygodni ogłasza się z tej okazji! Niestety, kró­lew­scy heroldowie nie dotarli do owej za­pomnianej przez wszystkich wróżki i znowu niemile dotknęło ją to lekceważenie. Oburzenie przerodziło się w zem­stę. Oto wszyscy przestali rozumieć samych siebie – nikt nie wiedział, o co mu chodzi. Bez trudu pojmował swe­go sąsiada, ale w sobie odnajdował jedynie chaos, mrok i niewiedzę. Ledwie potrafił wykrzyknąć ze zdu­mie­niem: „Dlaczego to zrobiłem?!” Każdy siał wokół siebie wyłącznie spustoszenie. Biedak rujnował własną chałupę a w pa­ła­cach niczym ślepcy gra­sowali ich możni właściciele. Na jeden czyn zamierzony przypadała setka zaskakujących dzi­wactw. Grzecz­ności zawsze towarzyszyła niezliczona mnogość występków. Nie wiadomo było, jak zrobić co­kol­­wiek, nie popełniając przy okazji głupstw lub zbrodni. Nikt nie potrafił skupić się na tyle, by nie po­większać ogól­nego chaosu i niechęci.

Zaczęto się namiętnie przepraszać. Ludzie gorąco zapewniali o swych czystych intencjach, po czym – nie wie­dzieć czemu – odwracali się nagle i odchodzili, śmiali się bez powodu lub płakali, pluli in­nym w twarz, rzucali się do bójki. Na nic zdały się przeprosiny i zastrzeżenia. Każde okazywało się w końcu kłamstwem, miłą zapo­wie­dzią oszustwa.

Król z niemałym trudem zamknął się w swojej siedzibie. Wielu poszło jego śladem. Resztkami wo­li po­sta­na­wiali nie ruszać się. Zastygali niczym prawdziwi asceci. Najsilniejsi zakuwali się bądź sta­ran­nie pętali. Pojawiła się też niewielka grupa odważnych, którzy pośród bałaganu, jaki sami tworzyli, prag­nęli odnaleźć ślady porządku. Jedni – starym sposobem – wiązali chustki, inni coś tam zapisywali, za wszelką cenę szukając punktów zacze­pie­nia na przyszłość. Nadal nie rozumieli samych siebie, ale skru­pulatność ratowała ich życie przed całkowitym roz­pa­dem. Nie obawiali się go natomiast prostacy i hul­taje, pozbawieni jakichkolwiek hamulców, z rozkoszą oddający się zupełnemu bestialstwu. Po­je­dyn­czo lub całymi hordami przetaczali się przez kraj, wrzeszcząc nieludzko i nisz­cząc wszystko po dro­dze. Ofiarami ich byli najczęściej ludzie zwyczajni, którym nie starczało siły ani na ascezę, ani na roz­bój. Zdziwieni bezładem swoich umysłów i gwałtownością swoich serc, wściekli i zrozpaczeni, pę­dzili ży­wot na gruzach własnych domostw, zawsze gotowi oddać się pod czyjąś opiekę, wciąż sprag­nieni najbardziej na­wet wyimaginowanych porządków. Ich przede wszystkim powszechny brak opa­no­wa­nia czynił nieszczęś­li­wy­mi. Każdy zdawał się innemu dzieckiem lub łgarzem.

Król, równie zrozpaczony, za wszelka cenę starał się nie myśleć. Czytał całymi dniami, choć i je­mu zdarzały się wstydliwe wybryki. Z ksiąg dowiedział się o dziecięcych latach ludzkości, o tym, że są o­ne zwykle świa­dec­t­wem schyłku czy wręcz upadku, o panującej wówczas niestałości, o potrzebie trwa­­łych i dojrzałych zasad. We­zwał więc poddanych do siebie edyktem o nowym porządku, wiecznych fun­­damentach i nieprzemijalnych praw­dach. Przybyli tłumnie, mieszkańcy ruin, krzycząc nie­mi­łosier­nie, złorzecząc i błagając o przebaczenie – niemal do­szczętnie zniszczyli królewską siedzibę.

Różnie mówiono o tym kraju szalonym, niedojrzałym i kłamliwym. Jednak nikt raczej nie chciał poznać go bliżej. Był jak rafa, której istnienia nie bada żaden okręt.

Ale powoli też dorastały następne pokolenia a wśród nich królewicz, syn króla, i królewna, córka władcy sąsied­niego kraju. On, wyjątkowo nieufny, zamknięty w sobie, niczego w świecie nie był w stanie zrozumieć – ona, beztroska i niefrasobliwa, zupełnie nie znała własnych uczuć i myśli.

Przypadek sprawił, że pewnego razu wybrali się, każde z osobna, na wycieczkę do lasu, który roz­dzie­lał oba kró­lestwa. Ten sam przypadek zaprowadził ich na jedyną w tym lesie polanę. Spotkali się, zdu­mieni swą obecno­ś­cią, choć różne były przyczyny ich zdziwień. Królewicz nie rozumiał, po co tu przy­szła i co właściwie robi. Ale naj­bardziej zaskoczyła go jej bezładna paplanina i chaotyczna róż­no­rod­ność ruchów. Nie wydawała się przy tym ani przez moment niepewna, czujna czy przestraszona. Jak gdyby wszystko pojęła i nie widziała w świecie nic tajem­niczego. I oto królewicz zrozumiał, że to ona jest prawdziwą tajemnicą, że być może nigdy nie odsłoni jej na­tury, ale te jej zagadkowość widzi i bę­dzie widział wyraźnie. Z kolei królewnę uderzył jego spokój. Nie ruszał bez prze­rwy ręką ani nogą, do tego cały czas milczał. Ponieważ królewna nie rozumiała wprawdzie samej siebie, dos­ko­nale za to orien­towała się w świecie, szybko doszła do wniosku, że królewicz jest pierwszym zdecydowanym czło­­wiekiem, jakiego spotkała. Surowość jego postaci najlepiej świadczyła o wewnętrznej sile. I nagle zro­zumiała, że jedynym jej pragnieniem było i jest żyć razem z nim.

Tak właśnie oboje się pokochali. Porzucili swe rodzinne królestwa i założyli własne, w którym dobrze im się wiodło, jako i ich poddanym.

- Ach, miłość może połączyć wszystko – westchnęła pani de L***, gdy tylko pan Conte skończył opo­wiadać.

Sędzia – mając w pamięci obelgi rzucone pod adresem rozumu – chciał teraz dowieść, że i sprawy deli­kat­niej­sze nie są mu obce. Nie opuszczał go też wierny duch sprawiedliwości.

- Myli się pani! Miłość, czego przykład jedynie dała nam opowieść pana Gaduły, łączy zawsze prze­­ciwień­st­wa. Dowodzi tym samym istnienia powszechnej harmonii, której nawet różnice nie są w sta­nie zburzyć.

Tu obruszył się wielebny, który nie zapomniał ataku na swój ogromny nos i słusznie podejrzewał w tym chęć pod­kopania wiary. Musiał więc przypomnieć o jej podstawowych zasadach.

- Strzeżmy się tych heretyckich konceptów! Pan Nasz – jedyne źródło miłości – ukochał co pra­w­da wszyst­kich, ale grzeszników potępi. Jego miłość przemienia i dopiero kochający Go dostąpią łaski zba­wienia. Miłość przeto wiąże tylko podobieństwa, w czym zresztą opowieść pana Bajarza zgodna jest z najświętszymi prawdami.

Pan d’Hermé skrzywił się na te słowa.

- Bzdury!... Miłość? -

Wieczór nie skończyłby się bez poważnej kłótni, gdyby nie młody caballero, który raz jeszcze po­gnał do okna, by ostatecznie rozchylić zasłony i albo ten ruch, albo światło pociemniałego słońca za­po­bie­gły na chwilę kolejnej awanturze.