Zombie romantyzmu

[wystąpienie na wieczorze „Czarnego rynku użytecznej wiedzy i niewiedzy”]

Odrzućmy krzepiące, uwznioślające i naiwne przekonanie o wampiry­cz­nym dziedzictwie romantyzmu we współczesnej kulturze polskiej!

Jeśli duch romantyzmu ciągle jeszcze jest obecny, jeśli przybiera współ­cze­śnie jakąkolwiek postać, a z pewnością tak właśnie się dzieje, to jest to raczej postać Zombie niż Wampira. Wam­pir, „arystokrata krwi”, istota pełna pożądań i pasji, wiecznie głodna, poszukująca, pe­ne­trująca rze­czywistość w poszukiwaniu Sma­ku nie jest figurą naszych czasów. Nie jest również figurą pol­skiego ro­man­ty­zmu, który skuty ojczyźnianymi kajdanami, przytłoczony przekonaniem o wy­­­zwo­leńczej sile tkwiącej w polskim ludzie, konsekwentnie, choć niewąt­pli­wie w dobrej wie­rze, niwelował różnice i wytyczał proste ścieżki między niskim a wy­so­kim. Zombie, „wyrobnik krwi”, nieśmiertelny raczej w swoim upadku niż w swojej żądzy, budzący grozę raczej pod­po­rząd­kowaniem i manipu­latyw­no­ścią, niż swobodą i rozwiązłością, swoją powolnością bardziej niż dynamiką, swoimi re­sen­tymentami bardziej niż pragnieniami, lepiej oddaje ducha polskiego ro­man­tyzmu, o ile nie ducha polskości w ogóle.

„Czymże jest Polska? Jest to kraj między Wschodem a Zachodem, gdzie Europa już po­czy­na się wykańczać, kraj przejściowy, gdzie Wschód i Zachód wzajemnie się osłabiają. Kraj prze­to formy osłabionej... Żaden z wielkich pro­ce­sów kultury europejskiej nie przeorał na­pra­wdę Pol­ski, ani renesans, ani re­li­gij­ne walki, ani rewolucja francuska, ani rewolucja prze­mysłowa; tu tylko złago­dzo­ne echa dochodziły. (...) Na tych więc równinach, otwartych na wszystkie wia­try, odbywała się od dawna wielka Kompromitacja Formy i jej Degeneracja. Roz­­mazywało się to, rozłaziło... (...) Gdzież była polska myśl oryginalna, polska filo­zofia, polski udział inte­lek­tu­al­ny i duchowy w tworzeniu Europy? Literatura od stu pięćdziesięciu lat była zakorkowana dra­ma­tem utraty niepodległości, spro­wadzona do lokalnych nie­sz­część. Największa figura tej lite­ra­tury to Mic­kie­wicz”.

W polskiej kulturze, w polskim sposobie myślenia, a co za tym idzie – tworzenia, nie do­ko­nał się radykalny przewrót antyromantyczny. Uwarun­ko­wa­nia historyczno-polityczne, wrodzona gnuś­ność duchowa, błędnie rozumiany patriotyzm, głód ideałów i wzorców, wszystko to unie­mo­żliwiło i jak można przypuszczać, w dalszym ciągu uniemożliwia rewolucyjne zerwanie, któ­re pchnęłoby polskość ku nowoczesności. Ponowoczesność w polskiej wersji być może nie jest prehistorią, ale z całą pewnością premodernizmem... Co gorsze, owe nieznośne szczątki ro­mantyzmu, ów trup w stanie wiecznego rozkładu na drodze licznych przedefiniowań, dzięki li­cznym nawiązaniom został uznany za wspaniałe, monumentalne dziedzictwo narodowe. Nawet jeśli nikt już teraz, z wyjątkiem rasowych akademików, nie odwołuje się bezpośrednio do twór­czości Mickiewicza, to nie oznacza to wcale, że jego dzieło obróciło się w popiół na wielkim cmen­tarzu kultury. Przeciwnie, powraca nieustannie w wizjach kresowych ojczyzn i siel­skich za­­ścianków, powraca w micie Polski wyklu­czo­nej, Polski Środkowoeuropejskiej, Pol­ski wzgar­­dzonej, powraca w idei Polaka-So­biepana, Polaka-Pesymisty, Polaka-Patrioty. Po­wra­ca wre­szcie zawsze wtedy, gdy zdrowy indywidualizm zastępowany jest przez neurotyczny izo­la­cjonizm, zaś radosny dystans przez „konstruktywną krytykę”.

„Polacy będąc narodem najbardziej uwikłanym w mrzonkę, iluzję, frazes, legendę, de­kla­ma­cję, byli też najbliżsi rzeczywistości in crudo, sans phrases, tej co łamie kości. To był atut do wyzyskania. Najostrzejszy realizm, to jedyne mogło nas wyciągnąć z bagna naszej „le­gen­dy”. Wierzę w moc oczyszczającą rzeczywistości. Potrzebna tu była rzeczywistość, nie ja­kaś wtórna, nie „polska”, ale ta najbardziej fundamentalna, po prostu człowiecza. Wy­do­być Polaka z Polski, żeby stał się po prostu człowiekiem. Czyli zrobić z Polaka anty-Polaka”.

By dokonać się mogła rewolucja antyromantyczna, niezbędne są głębokie przemiany du­cho­we i intelektualne. Polacy cierpią przede wszystkim na chorob­li­wą nieśmiałość, jakkolwiek pa­radoksalnie by to nie brzmiało. Wstyd czy wstręt przed wypowiadaniem się „we własnym imie­niu”, przed przyznaniem so­bie prawa do indywidualizmu czy wręcz egotyzmu maskują sar­mackim niemal tu­petem. Za polskim indywidualizmem zawsze stoi zbiorowość, polski in­dy­wi­du­­alizm jest silny swoją masowością, swoją powtarzalnością i po­wol­no­ścią. Po­do­bnie parado­ksal­nie ma się sprawa z polskim krytykanctwem, które nie ma w grun­cie rzeczy żadnej mocy des­trukcyjnej, przeciwnie utrwala jedynie zastany porządek, afirmuje go poprzez swoją stra­ceń­czą negację.

Wykorzenienie, zerwanie z przywiązaniem geo-politycznym, zdystan­so­wa­nie wobec kul­tu­ry narodowej, wbrew obawom, nie oznacza zawieszenia w pró­żni. Dopiero postawienie siebie „po­za”, by – o zgrozo! – nie powiedzieć „po­nad”, pozwala na powrót zbliżyć się do rzeczy­wis­to­­­ści. Dostrzec w niej procesy, prze­miany, zawirowania, czy wręcz aberracje, które nie mają wie­­­le wspólnego ani z tym, co „prywatne”, ani z tym, co „publiczne”. Podobnie jak realizm w li­­­te­­­ra­­turze nie jest prostym przeniesieniem losów jednostki i społeczeństwa, nie jest odwzo­ro­wa­­niem czy odbiciem, jest interpretacją samej rzeczywistości, jest pró­bą odnalezienia form i ję­zy­­ka jej właściwych, choć niekoniecznie faktycznie w niej funkcjonujących. Penetrowanie, kon­tem­­­plo­wa­nie rzeczywistości jest pra­w­­dziwą aktywnością, w przeciwieństwie do nurzania się w re­aliach dnia co­dzien­nego. Rzeczywistość to po prostu więcej niż codzien­ność, więcej niż ak­tu­alność i więcej niż historia.

„Ludźmi naprawdę swobodnymi duchowo, naprawdę, jeśli idzie o Eu­ro­pę, euro­pej­ski­mi, staną się ci, dla których ojczyzna będzie przeszkodą ra­czej, niż atutem do wykorzystania”

Jedynym, który dokonał precyzyjnej sekcji na zwłokach polskiej ducho­wo­ści poro­man­ty­cz­nej, był Gombrowicz. Było to przedsięwzięcie niemal z zak­re­su patologii sądowej... Jednak myśl Gombrowicza przemknęła gdzieś obok wszelkich, z gruntu pozornych przemian, jakie mia­ły miejsce w ostatnich dzie­się­cioleciach w Polsce. Katujmy się zatem Gombrowiczem! Być mo­­że wy­jdzie­my z tej samobójczej próby żywsi. Porzućmy komfort zombicznej nieśmier­tel­no­ści, ciepełko lokalności i dzielonych przez wszystkich wartości, by zwrócić się ku in­dywi­du­aliz­mo­wi, elitaryzmowi i szlachetności.